Hanahaki ~ 7

Hanahaki ~ 7Podobno z dwóch przyjaciółek jedna jest tą ładną, a drugą tą mądrą. My - Misia i ja - nigdy nie robiłyśmy takiego podziału. Czy inni go robili za nas? Nie wiem. Obie byłyśmy piękne, choć w zupełnie odmienne sposób. Ona, filmowej urody blondynka, szczupła, wysoka, długonoga, kobieta anioł, jak mawiali niektórzy. Po rewersie puli genów tkwiłam ja, istny demon, z burzą czarnych kłaków i kształtami latynoski. Ona, poukładana, kulturalna, dokładna, flegmatyczna, spokojna. Ja, niezorganizowana, sprawiająca problemy, porywcza, o braku konsekwencji w działaniu. Rozpieszczony... Tak, jestem rozpieszczona. Misia musiała szybko dorosnąć, podczas gdy ja mogłam pozwolić sobie na beztroskę nastolatki. Ona nie miała czasu na imprezy. Studiowała, pracowała, dom jak hotel, byle przespać te cztery zbyt krótkie godziny, zanim szara rzeczywistość, zanim podwyżka cen masła, zanim zatkana toaleta… Jednak przecież los jest sprawiedliwy, prawda? Kopciuszek spotkał księcia i żyli długo i szczęśliwie. Tyle, że nie. Życie nigdy nie dało jej tego, na co zasłużyła.  

- Trzymaj - wręczam jej bubble tea w kolorowym plastiku z logo pobliskiej budki. Siada z trudem, wyłapuję lekki grymas na jej, niegdyś atrakcyjnej, twarzy. Wciąż widać ślady dawnej urody, lecz oglądanie chorej, przypomina oglądanie bezlistnego drzewa. Wyciąga chudą rękę. Żyły wyglądają jakby zostały w nią sztucznie wszczepione, tak grube i obce się wydają. Mimo to, uśmiech rozświetla ją na moment, przebłysk czystego piękna, niczym figlarne mrugnięcie bursztynu, zanim zabiorą go fale.  

- Dziękuję. Dobrze, że przyjechałaś… Bałam się, że odeszłaś i nie zobaczę cię więcej… Tak nagle wtedy wyjechałaś… Tamten list…  

- Wróciłam. Już więcej nie odejdę.  

- Nie… Teraz moja kolej - jej śmiech nosi w sobie smutek. Nie umiem dłużej kontrolować łez - Nie płacz, nie ma potrzeby… Liza, no co ty… Hej… - ociera moje policzki wierzchem dłoni.  

- Powinnam była przyjechać wcześniej - wyduszam, nie potrafiąc spojrzeć przyjaciółce w oczy.  

- W porządku. Nadal mamy czas, Lizzie.  

- Ty nie - wyrzucam rozżalona. Brzmi to okropnie, wiem.  

- Nie obwiniaj się… Byłaś przecież młoda… Zakochałaś się i wszystko inne przestało mieć wówczas znaczenie… - atak suchego kaszlu przerywa jej wypowiedź, od której przechodzą mnie ciarki. Czy to możliwe, że Misia wie? Nie, na pewno nie. Artur sprzedał jej historyjkę, by wyjaśnić moje zniknięcie i tylko przypadkiem jest ona zbieżna z faktami… A jeśli wie? Jeśli wiedziała cały ten czas? Niebieskie oczy spoglądają głęboko w moje - Wybaczyłam wam dawno temu. Tobie i Arturowi. Wybaczyłam, kiedy przyszliście mnie przywitać, a ja widziałam, że twoje łóżko nie było ruszane tej nocy…  

Zamieram. Sens słów Misi paraliżuje mnie zupełnie. Otwieram usta, szukając właściwych słów, jednak takie chyba nie istnieją. Wychodzę zatem w milczeniu, trzasnąwszy drzwiami. Szturmem wpadam do gabinetu Artura, bynajmniej zaskoczona widokiem Marcela.  

- Musimy porozmawiać - rzucam do Artura.  

- To nie najlepszy moment…  

- Misia wie.  

- Wie, co? - pobłażliwy uśmiech nadal błąka się po wargach mężczyzny. Wciąż nie skojarzył, boże…

- O nas! Misia wie o nas! Wiedziała od początku!  

- To niemożliwe.  

- Zostawię was… - mamrocze Marcel cicho. Dopiero teraz przypominam sobie o jego obecności. Zaciska wargi w cienką kreskę, wbijając wzrok w szary gumolit. Cierpi? Czy tylko mi się wydaje? Jeżeli cierpi… Nie powinien przywiązywać się tak szybko. Powinien być profesjonalistą.  

- Nie było żadnych nas - słowa Artura są zimne, obojętne.  

- Dla ciebie nie było! Ja… Ja cię kochałam! - wybucham gwałtownie, a Marcel zatrzaskuje drzwi głośniej niż zazwyczaj.  

- To już twój problem. A teraz wybacz, muszę porozmawiać z żoną.  

- Nie zasługujesz na nią!  

- Ani ty, Liz, ani ty. Popatrz, jak się nam poszczęściło - odpowiada z gorzkim śmiechem. Wybiegam za nim rozwścieczona. Ma rację, skurwysyn ma rację i chyba ta świadomość boli najmocniej. Prawda… Możesz ją kopać, wyzywać, nienawidzić, ale nie sposób jej zmienić. Chwytam fartuch Artura, zmuszając, by się zatrzymał. Uderzam go raz, drugi, trzeci… Czwarty nie daję rady. Wykręca moje nadgarstki, przypierając mnie do ściany - I co? Lepiej ci? - milczę, adrenalina wciąż podkręca tętno - Mam dla ciebie propozycję… - próbuję się wyrwać, ale Artur jest znacznie silniejszy - Ochłoniesz, wrócisz do domu, spakujesz swoje rzeczy, pojedziesz na lotnisko…  

- Nigdzie nie pojadę. Obiecałam Misi…  

- Mi również coś obiecałaś. Obiecałaś nigdy tutaj nie wracać.  

- Artur, puść ją - spokojny głos Marcela przerywa dalszą rozmowę. Znalazł się wybawca. Jakbym była nie dość upokorzona.  

- Marcel, miałbym ogromną prośbę do ciebie… Eliza wyjeżdża. Mógłbyś pomóc jej dostać się na lotnisko?  

- Naturalnie… O ile rzeczywiście zamierza wyjechać…  

- Zamierza!  

- Wolałbym usłyszeć to od niej - odpowiada stanowczo lekarz - Elizo… - kładzie dłoń na moim ramieniu, próbując spojrzeć mi w oczy - Wyjeżdżasz?  

- Nie wiem - mówię cicho. Jednocześnie muszę i nie wolno mi wyjechać. Marcel unosi delikatnie mój podbródek. Taki dobry w tych swoich okularach. Kolejna osoba, na którą nie zasługuję.  

- W takim razie, zabiorę cię gdzieś, gdzie będziesz mogła pomyśleć - wyprowadza mnie ze szpitala w całkowitej ciszy. Jego "gdzieś" znajduje się w pobliskim parku. Siada na ocienionej ławce i po prostu dotrzymuje mi towarzystwa. Żadnej rozmowy, żadnego dotyku… Zwyczajnie siedzi obok, obserwując stado gołębi.  

- Wyjeżdżam, Marcel - informuję po dłuższym namyśle. Kiwa głową ze zrozumieniem.  

- Okay… - nerwowym ruchem przeciera szkła okularów - Wezmę auto, pojedziemy po twoje rzeczy i… - Nie słucham go. Ciągle jeszcze nam czas, żeby skończyć inaczej tę historię. Wystarczyłoby zwyczajne "Nie powiedziałam, że jadę dzisiaj, dokąd się wybieram… Ani z kim". Tak, tyle by wystarczyło. Długie spojrzenie, może pocałunek… Potem musiałabym tego nie spieprzyć. Nic więcej. A jednak wciąż zbyt wiele. Pakuję się do mojego wojskowego plecaka obszytego mnóstwem naszywek. W drodze na lotnisko przyglądam się zwłaszcza jednej. Tej z płucami pełnymi kwiatów. Hanahaki. Przez chwilę chcę kazać Marcelowi zawrócić, powiedzieć, że Misi dolega coś innego, że chirurg musi usunąć z niej te cholernie kwiaty, zanim się udusi.  

- Dlaczego umieramy?  

- Przeceniasz moją wiedzę w tym temacie - Marcel uśmiecha się słabo.  

- Pytam poważnie.  

- Co mam ci odpowiedzieć? - rzuca zrezygnowany. Dopiero teraz dostrzegam, jaki jest zmęczony - Nie wiem. Nie wiem - powtarza, zaciskając dłonie na kierownicy. Wbijam paznokcie w skórki, zdeterminowana, by po raz kolejny uciec. Wyjechać, złamać obietnicę i zostawić jedyną osobę, która zrobiła dla mnie więcej niż wszystko. Zostawić na zawsze, jakby przestała istnieć. Zresztą, wkrótce faktycznie przestanie, a ja… Będę sama. "Żyjemy tak jak śnimy - samotnie", prawda?

5 komentarzy

Zaloguj się aby dodać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • agnes1709

    agnes1709 · 12 sie 13:00

    Dotarlam z opóźnieniem No tak, najlepiej  zwiać. Wkurza mnie laska  

  • AnonimS

    AnonimS · 7 sie 13:58

    Brak odpowiedzialności  Elizy mnie zaskoczył. Powinna zostać do.końca.  a Misia? Mimo calego wspolczucia do niej jakie to.kobiece. to dwie najblizdze dla niej osoby. Mogła zabrać ze sobà tajemnicę a teraz oni zwlaszcza Eliza bedzie musiala tym zyć. Bardzo dobra część.  Pozdrawiam

  • Speker

    Speker · 7 sie 12:35

    Usunąć kwiaty... Wątpię by te kwaiaty dało się usunąć. Jeśli są"prawdziwe" to są jak chwasty, zawsze odrosną. Takie zdarzają się tylko raz.
    Tyle emocji, tyle wszystkiego...

  • kaszmir

    kaszmir · 7 sie 10:15

    Piękne rozgoryczenie i nic poza tym. Ucieczka niczego nie usprawiedliwi. Dlaczego my kobiety zawsze czujemy się winne i chowamy się przed prawdą. Misia milczała, Eliza milczała i teraz kiedy można wyjaśnić to ucieka, a On dalej będzie bez winy. Myślę, że Liz podejmie inne kroki... Marcel przecież jest obok.  

    Poruszająca część, a zarazem wkurzająca.

    Pozdrawiam

  • Duygu

    Duygu · 7 sie 9:56

    Podoba mi się użycie czasu teraźniejszego, który buduje napięcie i dogłębnie ukazuje emocje. Ciekawe, co dalej z Elizą. Nie jest jej łatwo. Artur działa mi na nerwy. Jest cwaniaczkiem. Bardzo dobra część