Hanahaki ~ 4

Hanahaki ~ 4

- To właśnie Artur… Artur to Eliza… - przedstawia nas sobie Misia, wystrojona w uroczy fartuszek. Pomidorowo-ziołowy zapach lasagne przywołuje ulotny miraż Włoch. Blondynka biegnie do kuchni, zupełnie pochłonięta naszą Toskanią wyczarowaną na dwudziestu pięciu metrach kwadratowych.  

- Więc ty jesteś tym doktorem - rzucam, nieśmiało patrząc w ciemne oczy mężczyzny. Nie wygląda ani staro ani nudno, czym mnie zaskakuje. Wygląda przystojnie. Tak przystojnie, że moje niedoświadczone, piętnastoletnie serce zaczyna gwałtownie przyspieszać.  

-  A ty jesteś siostrą Misi… - zniża głos, przyglądając mi się uważnie. Czuję nagłą suchość w ustach.  

- Przyszywaną.  

- Niemniej równie piękną - stwierdza swobodnie, a ja zamieram. Oto usłyszałam pierwszy komplement. Nie wiem, czy szczery. Misia uchodzi za olśniewającą, ja… Ja jestem. Gwoli ścisłości, nigdy nie zazdrościłam Misi. Nigdy z nią nie rywalizowałam. Wystarczyło jednak jedno proste zdanie, wtrącenie pozbawione orzeczenia, aby wszystko uległo diametralnej zmianie.

***

- Yeah, I saw photos… She’s beautiful… Pretty smile… Congrats… I'm happy about you… G’Night - kończę rozmowę lekkim stuknięciem w ekran. Nie jestem zła. Ani smutna. Po prostu wydrążona wewnętrznie. Mogłam się spodziewać takiego biegu wydarzeń. Mogłam go przewidzieć bez żadnych zdolności jasnowidzenia. Mogłam. Nawet nie spróbowałam. Niemniej… Są przecież większe tragedie od mojej, a dziewczyna jest naprawdę seksowna. Muszę to uczciwie przyznać. Ciekawe, czy obcisłe sukienki i szpilki aż tak działają? Dziesięć procent lycry plus piętnaście centymetrów zachwianej równowagi kontra cała chemia męskiego mózgu… Jaka powstanie reakcja? Coś wybuchnie, czy poczuję wyłącznie swąd rozczarowania… Otwieram szafę Misi. Migocząca złotem, długa suknia wieczorowa natychmiast dyskwalifikuje resztę garderoby. Znajduję kopertówkę Chanel oraz szpilki dopełniające kreacji. Przesadziłam? Zdecydowanie. Dotychczas szczytem mojej elegancji była zachowawcza mała czarna.

- Gotowa? - pyta Artur, poprawiając krawat.  

- Tak sądzę - zatrzymuję się z dłonią wspartą o poręcz zakręconych schodów. Mąż Misi obrzuca mnie długim spojrzeniem.  

- Pamiętam tę sukienkę. Kupiła ją, podczas podróży poślubnej… - urywa gwałtownie. Przez krótką chwilę mam wrażenie, że jest bliski płaczu.  

- Mam założyć coś innego?  

- Nie. Chodź, zanim się spóźnimy - oferuje mi ramię, prowadząc do luksusowego modelu Porsche. Z samochodowych głośników płyną boskie dźwięki smyczków.  

- Czajkowski? - rozpoznaję po charakterystycznych pociągnięciach.  

- Brawo. W wykonaniu Friedmana.

- Dobry jest.  

- Najlepszy.  

Oczywiście. Wszystko musi być najlepsze. Najlepsza koszula, najlepszy skrzypek, najlepsza klinika, najlepsza żona… Artur nie uznaje półśrodków. Dojeżdżamy pod ekskluzywny hotel, w którym odbywa się bankiet. Spęd doktorów wszelakiej maści słodzących sobie nawzajem. Mężczyzna pokazuje zaproszenie i zostawia mnie przy imiennie opisanym stoliku. Chociaż nie przepadam za tego typu festiwalami masła, odnajduję tutaj wiele godnych uwagi rzeczy, jak choćby kieliszek zmrożonego szampana. Powoli odprężam się, chłonąc atmosferę tożsamą z galą rozdania Oscarów. Kto by przypuszczał, że lekarze mają swój odpowiednik? Zgarniam kolejnego drinka i wychylam jednym haustem.  

- Nie za szybko? - zawstydzona przyłapaniem spoglądam lekko spanikowana na stojącego za mną mężczyznę. Marcel. Nie spodziewałam się go - Szampan nie wódka…  

- Troskliwość to twoje zboczenie zawodowe? - wyduszam, próbując jednocześnie rozgryźć zapach perfum doktora. Nie pachnie typowym samcem. Żadnego piżma ani innego “męskiego”  gówna. Jakaś subtelna, nieuchwytna nuta… Kardamon? Hiacynt?  

- Możliwe. Przyszłaś z Arturem?  

- Łatwo się domyślić. A ty? Z kim przyszedłeś?  

- Z zaproszeniem.  

- Ach… - naturalnie. Jest przecież lekarzem.  

- Marcel? To ty? - atrakcyjna kobieta kładzie rękę na ramieniu doktora. Nosi prostą, białą sukienkę bez zdobień i równie skromne baleriny. Czarne włosy luźno rozpuściła, żadnych wyrafinowanych upięć. Słaby makijaż, prawie niewidoczny, ot, trochę podkładu i tuszu. Nic więcej. Lecz bije od niej taka aura świeżości i siły, że czuję się wręcz śmieszna w swoim przesadzonym kostiumie. Śmieszna, ociężała, pusta… Radość Marcela potwierdza jej zwycięstwo nade mną.  

- Karina! Nawet nie wiesz jak się cieszę… - obejmuje brunetkę. Tkwią przez moment w ciasnym uścisku. Postanawiam dyskretnie odejść. Właśnie robię pierwsze parę kroków wstecz, kiedy lekarz przypomina sobie o mojej obecności - Eliza poznaj Karinę. Studiowaliśmy razem… Karina, to  Eliza, towarzyszy Arturowi.

- Hej, miło mi cię poznać… Mam nadzieję, że  się nie zanudzisz - rzuca Karina ze zniewalającym uśmiechem. Oddaję uśmiech, przytłoczona jej urokiem.  

- Też mam taką nadzieję.  

- Karina dwa lata spędziła w Jemenie jako lekarz bez granic - wyjaśnia Marcel. Cudownie… Więc dodatkowo ratuje ludzi w ekstremalnych warunkach. Przez jeden dzień zrobiła więcej wartościowych uczynków niż ja przez całe życie. Nic dziwnego, że okularnik pojaśniał na jej widok.  

- Wow, imponujące i godne podziwu… - wyduszam. Karina niedbałym gestem zbywa pochwałę.  

- Głównie brudne i męczące. Dobra, lecę sprawdzić jedzenie, bo jestem autentycznie gotowa zabić za czekoladę - brunetka znika w tłumie. Marcel odprowadza ją spojrzeniem.  

- Idź z nią. Nie musisz mnie niańczyć… - oświadczam, nerwowo wyłamując palce.  

- Nie niańczę cię. Przykro mi jeżeli takie odniosłaś wrażenie.  

- Odniosłam wrażenie, że ją podziwiasz.  

- Karina to wyjątkowa kobieta.  

- Jest piękna - wypowiadam te słowa po raz drugi tego samego dnia… Znów tonem pełnym goryczy porażki. Co robię źle?  

- Mówiłem raczej o jej oddaniu pracy, ale rzeczywiście jest dość atrakcyjna - odpowiada Marcel, zatrzymując spojrzenie na odchylonych do granic wytrzymałości stawach - Przestań - łapie moją dłoń i rozprostowuje palce.  

- Idź. Powinieneś.  

- Jak chcesz.  

- Jak ty chcesz.  

- Czyli teraz wiesz, czego ja chcę? - pyta wyraźnie rozzłoszczony.  

- Tutaj się ukrywa nasza gwiazda! - Artur klepie Marcela po plecach. Opuszczam ich, wracając do stolika, gdzie odnajduję mojego dzisiejszego przyjaciela. Gładzę zimne szkło opuszkiem.  

- Zostaliśmy sami… Ty i ja… Wierzysz w przeznaczenie? Bo my jesteśmy sobie przeznaczeni…  - informuję bąbelkowy płyn, po czym wybucham śmiechem. Śmieję się aż do łez. Czuję spływającą mascarę i jakiś dziwny ucisk w płucach. Jakby wszystkie emocje osiadły na nich, uniemożliwiając oddychanie. Krztuszę się własnym, skrupulatnie tłumionym, płaczem, by ostatecznie zaczerpnąć bolesny wdech. Byłoby śmiesznie… Udusić się wśród setki najwybitniejszych lekarzy. Unoszę kieliszek w karykaturalnym toaście - Za pieprzone przeznaczenie!  

1 247 czyt.
100%225
Somebody

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 1174 słów i 7105 znaków

Komentarze (5)

Zaloguj się aby dodawać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto
  • AuRoRa

    AuRoRa 5 kwietnia

    Jak to na wystawnych przyjęciach, zawsze mają drugie dno. Świetnie opisujesz odczucia, które są niewypowiedziane wprost, bo zwyczajnie nie da się ich pokazać, ale one tkwią w każdym z nas. Za uśmiechem często kryją się łzy. Emocjonalne i głębokie.

  • agnes1709

    agnes1709 4 kwietnia

    15 cm, i 15 cm pnie się w górę... tak mi się jakoś NIEWINNIE skojarzyło Czemu baby zawsze mają kompleksy przy innych babach? Nie zawsze, ale częste zjawisko.

  • angie

    angie 4 kwietnia

    No i to jest ten moment, żeby wyjść z przyjęcia na dach hotelu   Skąd ja to znam... Staraj się, ubierz, zachowuj... Zawsze będzie coś, zawsze przyjdzie ktoś, kto to wszystko rozwali. Będzie lepszy, mądrzejszy, ładniejszy... Albo wszytko to naraz. Jak dobrze, że jest jeszcze jedna płaszczyzna życia, na której mało kto dorównuje. Mam nadzieję, że bohaterka też to w sobie odkryje Trzymam kciuki.

  • Duygu

    Duygu 3 kwietnia

    To jest piękne... Moje serce rozleciało się na malutkie kawałeczki    Dziękuję. Pięknie ukazane emocje. Coraz więcej siebie widzę w bohaterce. Leci do ulubionych  

  • AnonimS

    AnonimS 3 kwietnia

    Cytując opinię o Nikodemie Dyźmie " trafne podejście do życia: chwyta je za grzywę i wali w pysk!". To jest odpowiedź na" pieprzone przeznaczenie". Poza nieuniknionym o resztę  można zawalczyć.  Pióro Mistrzyni