Coś pozytywnego w tych ciężkich czasach.

Coś pozytywnego w tych ciężkich czasach."Kultowa cukiernia w Warszawie uratowana
To, co działo się w ciągu ostatnich 3 dni na Rondzie Wiatraczna, to było istne szaleństwo".

Zmasowana akcja internautów i efekcie setki ludzi w kolejce pozwoliły uratować słynną warszawską cukiernię. "Rurki z Wiatraka" przetrwały.

Przypomnijmy. Rurki Z Wiatraka, czyli kultowa cukiernia znajdująca się przy Rondzie Wiatraczna na warszawskiej Pradze Południe, istnieje od ponad 60 lat. Przetrwała czasy PRL, dziki kapitalizm lat 90. i wiele innych zawirowań, a teraz - po raz pierwszy w swojej historii - właścicielom lokalu w oczy zajrzało widmo bankructwa. Powodem tego jest, oczywiście, pandemia i lockdown.

- Nigdy nie spotkaliśmy się z tak zwaną ścianą, czyli sytuacją obecną, która nas całkowicie zamroziła - mówi Business Insider Polska Piotr Przewłocki, właściciel cukierni i wnuczek jej założyciela. Na pomoc przyszli internauci. W ciągu 15 godzin post cukierni z prośbą o wsparcie zdobył kilka tysięcy polubień i udostępnień. Wkrótce później przed lokalem zaczęły ustawiać się długie kolejki. Dzięki temu Rurki z Wiatraka przetrwały.

"Rurki z Wiatraka" w Warszawie uratowane
Dziennikarz Michał Nobis napisał w niedzielę na Facebooku, że "to, co działo się w ciągu ostatnich 3 dni na Rondzie Wiatraczna, to było istne szaleństwo". Wspomniał m.in., że w kolejce potrafiło stać nawet kilkaset osób, od rana do wieczora. Dodał również, że ilość kupionych rurek wielokrotnie przewyższyła miesięczny utarg, a rekordzista kupił ich 225. "Rurki na Wiatraku uratowane" - podkreślił.

Cukiernia z warszawskiej Pragi powstała w 1958 r., założył ją dziadek obecnego właściciela - Konstanty Pietrzykowski. Mistrz Cukiernictwa, którego historia była bardzo ciężka - Pietrzykowski bowiem w wieku 16 lat został sierotą. Rozpoczął wówczas praktykę u cukiernika. Potem walczył w wojnie polsko-bolszewickiej i po powrocie z wojska postanowił zająć się cukiernictwem."
Że swojej strony pragnę dodać, że jako dziecko co tydzień jadłem te rurki, wracając z kościoła. Potem zaprowadziłem tam swoją córkę , a teraz wnuka.  
Jest to mała rodzinna cukiernia, która swoją sławę zawdzięcza dwóm faktom. Bita śmietana jest rewelacyjna i nie do podrobienia w innych cukierniach. W latach dziewięćdziesiątych znane firmy cukiernicze min Grycan, chciały odkupić recepturę. Właściciele odmówili sprzedaży, przedkładając markę i dobro rodzinnej  firmy nad łatwą kasę.

AnonimS

opublikował opowiadanie w kategorii felieton, użył 424 słów i 2575 znaków, zaktualizował 9 lis 2020.

7 komentarzy

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • agnes1709

    No i narobił smaka na rurki, no!:nunu::D

  • MrHyde

    A widziałeś, jak ludzie wsparli kultowych sprzedawców zniczy? ;)

  • MEM

    @MrHyde "A widziałeś, jak ludzie wsparli kultowych sprzedawców zniczy?"

    :rotfl:  

    Ale to jednak nie to samo. W końcu, ze wsparciem czy bez, sprzedawcy zniczy, znicze sprzedawać będą dalej, a zlikwidowanego miejsca z długą tradycją już się nie da odtworzyć.

  • MrHyde

    @MEM Nie to samo? A co powiesz na tę wypowiedź właściciela cukierni z oryginalnego tekstu w BusinessInsider, pominiętą przez naszego felietonistę?

    >>Myśleliśmy, że okres jesienny pozwoli nam zacząć normalnie pracować, ale w obecnej sytuacji wypadły nam z ręki wszelkie narzędzia. Nie mamy perspektyw, by odrobić straty, a musimy spłacać zadłużenie - zaznacza Przewłocki.

    Nie dość bowiem, że z dnia na dzień coraz jaśniejsze stawało się, że Polskę czeka kolejny, nawet "miękki" lockdown, to na dodatek rząd postanowił znienacka zamknąć cmentarze - choć tę decyzję władze mogły ogłosić przecież dużo wcześniej.<<

    >>Nie jesteśmy branżą cmentarną, ale przy naszej cukierni są linie cmentarne przy których porusza się sporo ludzi, oni do nas przychodzą i wtedy sprzedajemy najwięcej rurek w stosunku do całego roku. Naprawdę liczyłem, że listopad pozwoli nam trochę odrobić straty i spłacić pewne należności. Zatowarowaliśmy się "po kokardkę" i okazało się, że cmentarze będą zamknięte. Na szczęście towar się nie zmarnował, ale gdybym wiedział o tym wcześniej, to mógłbym przeznaczyć pieniądze zamiast na towar, to na coś innego. Obracamy bardzo ograniczonymi środkami i w takiej sytuacji cały mój plan regulowania płatności legł w gruzach. Generalnie żeby coś zaplanować, to muszę się poruszać z chirurgiczną precyzją. Stąd ta frustracja. Zawsze myślałem, że jednak osoby zarządzające państwem będą wiedziały co robią. Liczba zachorowań rosła i chyba nikt nie był zaskoczony tym faktem. Chyba nikt nie liczył na to, że jedna, drobna regulacja zatrzyma jakoś ten wzrost zakażeń.<<

  • MEM

    @MrHyde "Nie to samo? A co powiesz na tę wypowiedź właściciela cukierni z oryginalnego tekstu w BusinessInsider, pominiętą przez naszego felietonistę?"  

    Nie to samo w takim sensie, że przeciętny sprzedawca zniczy nie jest (na ogół) firmą z wielodekadową i wielopokoleniową tradycją, do którego z sentymentu i z powodu renomy walą drzwiami i oknami całymi rodzinami kolejne pokolenia klientów.

    I przy okazji samych sprzedawców zniczy, to choć faktycznie kacza władza, jak zwykle, dała ciała na całej linii, to jednak lockdownu na 1 listopada można się było spodziewać, po prostu obserwując coraz wyższą liczbę zachorowań pomimo wprowadzanych systematycznie obostrzeń i zamykające się z powodu pandemii inne państwa Europy. No zastanów się: czy w takiej sytuacji, ktoś normalny bierze full towaru i to jeszcze na krechę? No ja rozumiem, że branża cmentarna ma "świąteczne żniwa" raz w roku, ale naprawdę wystarczało trochę rozsądku i poskromienia chciwości.

    Zaś co do cukierni. Nie wiem z jakiego powodu ma ona w ogóle zadłużenie, ale mając interes w znanej klientom od dziesiątek lat lokalizacji, w dodatku po tylu latach dawno pewnie własnej (co oznacza choćby mniejsze koszty niż przy wynajmie), to biedy raczej nie klepią (inaczej dawno temu poszliby po prostu na etat; no nie oszukujmy się: fajnie że takie miejsca są i że przetrwają, ale nikt tego nie prowadzi z pobudek altruistycznych). Oczywiście, że czas jest ciężki dla wszystkich, oczywiście, że będzie wiele firm, które zwiną interes z powodu pandemii i kryzysu z nią związanego. Ale bez przesady... Jak ktoś prowadzi interes – i to w dodatku interes, który nie wymaga jakichś milionowych nakładów, a i z racji terminów przydatności towaru, nie da się go kupić na nie wiadomo jak wielki zapas, co z kolei ogranicza poniesioną stratę za to "zatowarowanie się na 1 listopada" – dziesiątki lat, a nie "od wczoraj", to po pierwsze, na tyle chyba jest kumaty, żeby przewidywać z wyprzedzeniem niektóre rzeczy i się na nie, choć jako tako, przygotować. Po drugie, nie wierzę, że taki prosperujący latami przybytek nie przynosił na tyle dochodu, by nie móc odłożyć przez lata dobrych pieniędzy na właśnie gorsze czasy. Tylko ludzie czasami po prostu wykorzystują sytuację i jak zwykle liczą na to, że państwo (ewentualnie zdobywająca w ostatnich latach popularność internetowa zrzuta) ma dać (czyli: "jak zarabiam, to moje i od tego wara, a jak mam stratę, to dajcie" ).  

    Oczywiście mogło się zdarzyć tak, że facet zaryzykował albo nie przemyślał sprawy (sam mówi przecież, że widział, co się dzieje i że liczba chorych rośnie z dnie na dzień, nie? To po jasną cholerę zapełniał magazyn towarem po brzegi? Chciwość... Chciwość i bezmyślność, liczenie na farta wbrew rozsądkowi. Pamiętasz naszą dyskusję o akcjach giełdowych? Najważniejsza jest ochrona własnego kapitału.) i przez to teraz stracił płynność finansową, ale nie do końca wierzę w to, że nie mógłby sobie poradzić we własnym zakresie, bazując na oszczędnościach (o ile nie rozpuszczał regularnie wszystkiego, co zarobił, ale w takim razie to też by była jego wina). Tak jednak czy inaczej, dobrze, że miejsce z jakąś tradycją przetrwa. Tylko, że biznes jest biznes, właściciel powinien liczyć tylko na siebie, a nie na to, że będzie ściągał zyski, a jak się noga powinie, to mu mają interes sponsorować.

  • MrHyde

    @MEM "że przeciętny sprzedawca zniczy nie jest (na ogół) firmą z wielodekadową i wielopokoleniową tradycją, do którego z sentymentu i z powodu renomy" - A Bożena Awoś z cmentarza parafialnego przy Rondzie Wicherka jest. Już jej prababcia ustawiała tu stół ze zniczami zaraz po ogłoszeniu NEP-u Wilczka. I co na to powiesz? ;)

  • MEM

    @MrHyde "A Bożena Awoś z cmentarza parafialnego przy Rondzie Wicherka jest. Już jej prababcia ustawiała tu stół ze zniczami zaraz po ogłoszeniu NEP-u Wilczka. I co na to powiesz? "

    Że jedna jaskółka wiosny nie czyni. ;)

    Może się zdarzyć, że ktoś prowadzi taki sklepik od lat czy nawet z pokolenia na pokolenie. Tyle, że w takich branżach to raczej wyjątek a nie reguła. Raz, że jakaś część klientów idzie do sklepu wielobranżowego, albo do marketu lub do dyskontu. Dwa, że kolejną część rynku w tej branży zajmuje sprzedaż taka jak np. tutaj o niej mówią: lazarz. pl/?menu=2&NR=673

    No trudno zrównać np. taką wielopokoleniową cukiernię z tradycją wśród mieszkańców, z nieraz na jeden dzień postawioną targową "szczęką" czy wręcz stolikiem albo łóżkiem polowym jak za początków "dzikiego kapitalizmu" w Polsce.

    No więc. Jeśli odliczymy tę część rynku, która należy do wielkich firm handlowych typu markety, kolejną część, która należy do małych sklepów "ze wszystkim" (czyli strata, lub brak zysku, ze zniczy jest pokrywana innym towarem, który normalnie schodzi), to co Ci tak naprawdę zostaje z branży? Drobny promil osób takich jak "Bożena Awoś z cmentarza parafialnego przy Rondzie Wicherka" i reszta, mająca interes na pace furgonetki i mająca pretensje do całego świata (bo do rządu to akurat słuszne – to nie powinno być ogłaszane na parę godzin przed świętem, no ale "rządzą jak latają, latają jak jeżdżą, na trzy litery" i tego się należało spodziewać, podobnie jak tego, że jak gwałtownie rośnie liczba zakażeń, to trzeba się liczyć z tym, że żniw nie będzie), że chcieli zarobić, chciwość zaślepiła ostrożność i w efekcie przyszły straty... I ja mam się na nich zrzucać (czy to bezpośrednio czy via zdzierane ze mnie podatki), żeby oni mogli zarobić, ale tak poza tym to jest kapitalizm i ich zysk jest ich, tak? Siedzę na GPW, mnie nikt nie pokrywa ewentualnych strat, ani też od nikogo tego nie wymagam i nigdy nie wymagałam, a tak samo jak wszyscy muszę się utrzymać i pozapłacać podatki i, tak samo jak większość z nas, mnie nikt nie pyta, czy na to mam. No "albo, albo". Albo mamy kapitalizm, systematyczne budujący dobrobyt, albo do grup należących do elektoratu PiS-u i lewicy w zamian za socjal "bo nam się przeca należało, a tak w ogóle stanie pod sklepem z winem to ciężka praca", dodamy kolejne, coraz bardziej przyzwyczajane latami do cwaniactwa (choćby w stylu: bezmyślnie nakupię towaru, a jak nie zejdzie przez moją głupotę, to niech mi pokryją jego koszty i mój zysk, bo inaczej płacze po mediach i protesty po ulicach) oraz do tego, że jakby co, to państwo/ludzie się zrzucą, zamiast do samodzielnego myślenia i choćby elementarnego przewidywania, i będziemy na nie zapierdzielać.  

    Ale jak chcesz, to możesz nawet całą wypłatę i wszystkie oszczędności zanieść do sklepiku przy "cmentarzu parafialnym przy Rondzie Wicherka". :) Tylko czy to ma sens.

  • MrHyde

    @MEM "Może się zdarzyć, że ktoś prowadzi taki sklepik od lat czy nawet z pokolenia na pokolenie. Tyle, że w takich branżach to raczej wyjątek a nie reguła" - zupełnie tak jak w branży budek z pączkami/rurkami. ;)

  • MEM

    @MrHyde "zupełnie tak jak w branży budek z pączkami/rurkami."

    Nie, jeśli jest to cukiernia z prawdziwego zdarzenia a nie ktoś, kto sobie ciężarówkę pączków zamówił w hurtowni i prosto z bagażnika samochodu je sprzedaje pod cmentarnym murem.

  • MrHyde

    @MEM "Ale jak chcesz, to możesz nawet całą wypłatę i wszystkie oszczędności zanieść do sklepiku przy "cmentarzu parafialnym przy Rondzie Wicherka". :) Tylko czy to ma sens." I co miałbym potem zrobić z towarem? Przecież nie rozpalę świeczek na jakimś grobie - nigdy tego nie robię z przekonań eko-logicznych i -nomicznych. ;)

  • MrHyde

    @MEM ... ale najlepsze świeczki w całej gminie, z wielopokoleniową renomą, sprawdzone. Jak kartofle z bazarku. ;)

  • MEM

    @MrHyde "I co miałbym potem zrobić z towarem?"

    A to jest już Twoje zmartwienie. ;)

    Zresztą, możesz przecież zanieść tam wypłatę wraz z oszczędnościami w darowiźnie, a towar niech sobie pani Awoś sprzeda po "żniwach" we własnym zakresie. Znicze się nie zepsują. :)

    'Przecież nie rozpalę świeczek na jakimś grobie - nigdy tego nie robię z przekonań eko-logicznych i -nomicznych."

    Zawsze możesz część wykorzystać w sytuacjach awaryjnych, gdy na skutek rządów PiS znowu przyjdą czasy "chwilowych przejściowych" problemów z prądem i tzw. 20 stopień zasilania jak za towarzysza Wojciecha J. ;) Adolf Kudliński się zwinął z tego padołu, to ktoś go musi zastąpić w roli Pierwszego Preppersa RP. ;) Z magazynem pełnym zniczy na ciężkie czasy, masz już jakiś początek nowego, społecznie pożytecznego, hobby. ;)

    "... ale najlepsze świeczki w całej gminie, z wielopokoleniową renomą, sprawdzone. Jak kartofle z bazarku."

    :lol2:  

    Przy czym z wielopokoleniową renomą w sprzedaży. Tymczasem cukiernia z felietonu nadal przewyższa przybytek pani Awoś, bo pichci swoje wyroby sama i to na tym polega jej renoma.

  • MEM

    @MrHyde  

    PS. Rozważ sobie jeszcze to, zanim zaczniesz pomagać "biednym" sprzedawcom: "Żaden naród nie został nigdy zrujnowany przez handel." – Benjamin Franklin.

  • MrHyde

    @MEM Franklin? Zaplecze intelektualne partii by się z tobą nie zgodziło. Przecież każdy wie, że Polskę (tę prawdziwą) zrujnowali Żydzi, a to handlarze przecież. ;)

  • MEM

    @MrHyde "Franklin? Zaplecze intelektualne partii by się z tobą nie zgodziło. Przecież każdy wie, że Polskę (tę prawdziwą) zrujnowali Żydzi, a to handlarze przecież."

    Ale ja nie należę do partii. :)

    Poza tym, zastąp w tym cytacie słowo "naród" słowem: biznesmen/przedsiębiorca. ;)

  • MrHyde

    @MEM Wiem, że nie należysz. Nie cytowałabyś dawno zdezaktualizowanych staruszków ze zdradzieckiej Pennsylvanii ;)

  • MEM

    @MrHyde "Wiem, że nie należysz. Nie cytowałabyś dawno zdezaktualizowanych staruszków ze zdradzieckiej Pennsylvanii"

    Klasyka się nie starzeje i nie traci na aktualności. ;) Poza tym Franklin był m. in. masonem, więc to raczej nie jest ulubieniec GOP, nie wspominając już o tym, że za jego czasów o tej partii się nikomu nawet nie śniło.

    A swoją drogą, smutne jest to, że prezydenci amerykańscy zjechali z poziomu np. Franklina do poziomu Trumpa.

  • emeryt

    @Anonim, z moich okien mam możliwość od wielu, wielu lat widzieć tą stronę ronda, dawwniej prawie co dzień tam bywałem, teraz niestety mam zakaz od małżonki ze wzgl. na zdrowie, czego bardzo żałuję. lecz raz na tydzień nie mogę się powstrzymać. Ten smak od dziesięcioleci się nie zmienił.  Serdecznie Tobie dziękuję za ten felieton. Pozdrawiam iżyczę dużo zdrowia.

  • AnonimS

    @emeryt dzięki za dobre słowo. Ja też mniej ich jem , ale wnuczek pałaszuje po kilka na jednym posiedzeniu. Parę lat temu jakaś firma chciała przejąć ten teren ale ludzie obronili te pawilony. Pozdrawiam

  • AnonimS

    @MEM dzięki ludziom. Ale tu oprócz tradycji wg mnie wpływ miał fakt, że nie sprzedali potentatom receptury. I woleli sami fizycznie pracować.

  • MEM

    @AnonimS "Ale tu oprócz tradycji wg mnie wpływ miał fakt, że nie sprzedali potentatom receptury. I woleli sami fizycznie pracować."

    Też to pewnie ma wpływ na postrzeganie miejsca (podobnie jak wielopokoleniowość tego biznesu). Jest dobre marketingowo. Tylko, że na dobrą sprawę gdyby nawet sprzedali recepturę, albo zmienili ją na nieco inną, a oferowane wyroby nadal ludziom smakowały, to ta kultowość nadal by się z powodzeniem utrzymała (Coca-Cola też już nie zawiera ekstraktu z liści koki, a sprzedaje się z dużym powodzeniem nadal, i to pomimo swojej szkodliwości na zdrowie). Właśnie przez to, że od dziesiątek lat w tym samym miejscu była ta sama cukiernia – to jest podstawą w tym wypadku, a wszystkie inne przyczyny są do tego dodatkiem. Z tym postrzeganiem tego, że mają nadal tę samą recepturę jest dla przeciętnego klienta tej cukierni trochę tak, jak z tym, że już tej cukierni nie prowadzi pierwszy właściciel. Jest ona jakimś plusem, jeśli w ogóle o niej wiedzą, ale nie jest to coś, co ostatecznie decyduje o tym, czy ludzie chcą tam kupować i czy chcą, by miejsce nadal istniało. Tak jak im, koniec końców, nie przeszkadza w zakupach, że biznes prowadzi już jednak ktoś inny (nawet jeśli to rodzina).

  • MrHyde

    @AnonimS ciekawe co ten potentat miałby zrobić z tą procedurą. Skalowałeś kiedyś reakcję chemiczną (lub kulinarną) z wielkości laboratoryjnej (lub domowej/warsztatowej) do przemysłowej? ;)

  • MEM

    @MrHyde "ciekawe co ten potentat miałby zrobić z tą procedurą."  

    Recepturą. ;)  

    Np. patentem zablokować możliwość jej stosowania przez kogoś innego. Skupujesz ileś tam takich receptur (jeśli akurat zdarzyłoby się tak, że nie da się ich wykorzystać na wielką skalę) i przejmujesz w ten sposób, łącznie, kawał rynku.

    Albo przejmujesz markę i pod jej szyldem produkujesz/sprzedajesz to samo lub coś innego.

  • MrHyde

    @MEM Wątpię, by uzyskali na to ochronę patentową. Markę kultowej cukierni z Grochowa? Może. ;)

  • AnonimS

    @MrHyde masową produkcję. Lody Gryczana zaczęły się od słynnej Zielonej Budki na Mokotowie. Tylko jak się robi coś na masową skalę to zawsze jakość produktu jest gorsza. Ta bita śmietana do rurek ma wyjątkowy smak i stąd popularność.

  • MrHyde

    @AnonimS A preparaty Mercka zaczęły się od słynnej apteki na rynku w Darmstadt. Wszystko się od czegoś zaczyna.  
    "Tylko jak się robi coś na masową skalę to zawsze jakość produktu jest gorsza". Gorsza, lepsza jakość - to bezsensowne porównania jakości produktu, bo produkt nie ten sam. Możesz nazwać tym samym słowem gęstą emulsję wydzielającą się na powierzchni mleka zostawionego w spoczynku w szklance i gęstą emusję otrzymywaną przez potraktowanie centryfugatu mleka lactobacillusami, ale to nie sprawi, że te dwie śmietany będą miały ze sobą cos więcej wspólnego niż pochodzenie krowie i nazwę.  
    Fajnie jest, jak ludzie wspierają się nawzajem. Niefajnie jest, jak tworzą mity i kity. W tym wypadku legenda o odmowie sprzedaży receptury to zwykła bujda niewarta uwagi. Tylko psuje wizerunek rzetelnego rzemieślnika.

  • AnonimS

    @MrHyde ale to prawda. Kiedyś nieżyjąca już córka właściciela powiedziała to w wywiadzie. Bo razem z recepturą chcieli też nazwę kupić.

  • MrHyde

    @AnonimS niech ci będzie, skoro tak bardzo lubisz mit o małym Dawidku i wielkim Goliacie ;)

  • MEM

    @MrHyde "Wątpię, by uzyskali na to ochronę patentową."

    Oczywiście, że jest jak najbardziej możliwe, że uzyskają ochronę patentową w takich przypadkach. Z punktu widzenia prawa, nie ma znaczenia wielkość firmy czy skala produkcji, a jedynie to, czy produkt spełnia wymogi prawa, pozwalające na takie zastrzeżenie.  

    Np. masz o tym artykuł tutaj:
    mistrzbranzy. pl/artykuly/pokaz/O-ochronie-receptur-cukierniczych-ciastkarskich-i-nie-tylko-3880. html

    "Markę kultowej cukierni z Grochowa? Może."

    Nie: "może", a: "na pewno". :) To, gdzie i jak wielka jest prowadzona działalność, nie ma żadnego znaczenia. Tym bardziej, że jeśli np. właściciele cukierni "Iksiński i spółka" otworzą sobie drugi taki przybytek pod tym samym szyldem, to to nadal jest mikroprzedsiębiorstwo, ale już jednak rozbudowujące się pod własną firmą. Nie można im zabronić prawa do ochrony patentowej marki tylko na podstawie tego, że to nie jest firma wielkości Coca-Coli (która też zresztą zaczynała od mieszania, co się dało tylko mieszać, w przydomowej piwnicy). Ba, możesz niczego nawet nie produkować, nie mieć działalności, a zastrzec sobie np. nazwę marki, konkretnego produktu, czy znaku graficznego. Wynajmujesz prawnika (kancelarię) zajmującego się takimi sprawami (tak jest najwygodniej, ale można nawet i samemu wniosek poskładać), wnosisz odpowiednią opłatę do danego urzędu, i za parę miesięcy, po sprawdzeniu, czy to nie koliduje z prawami innych osób, masz patent w rękach (najczęściej na określony okres czasu, po którym możesz go przedłużyć).

    I zresztą, zastrzeżenie znaku towarowego, nawet na całym (lub niemal całym, bo tu nieco na przeszkodzie staje to, że w niektórych krajach procedurę zastrzeżenia np. znaku towarowego trzeba robić z osobna i z osobna za to zapłacić, lub np. zetknąć się z przypadkiem, w którym w danym państwie coś takiego jest zastrzeżone) świecie, nie kosztuje jakichś wielkich pieniędzy. To jest – w przypadku zastrzeżenia na terenie UE – parę tysięcy zł. Korzyści zaś są dużo wyższe.

    I nie doceniasz siły starych lokalnych marek. Np. kiedyś, za PRL-u, w Poznaniu była firma Animo. Produkowała zupki w proszku itp. Dziś od dawna prawa do marki są własnością Unilevera, którego trudno uznać, za drobnego detalistę, któremu naiwnie zależałoby na kultowości wśród mieszkańców np. poznańskiego Dębca.

    "Wszystko się od czegoś zaczyna."

    Tak. Ale warto na tym początku zastrzec sobie prawnie różne rzeczy. To może być przydatne, gdy przyjdzie się rozwijać, gdy się okaże, że ma się dobry produkt, który chciałaby mieć konkurencja, a nawet gdy się będzie zwijało interes, bo wyrobiona przez x czasu marka może mieć znaczną wartość. Tylko trzeba mieć na to wszystko papier, a nie obudzić się z przysłowiową ręką w nocniku gdy np. konkurencja zacznie sprzedawać towar pod naszą nazwą i po zorientowaniu się o tym, okaże się, że nazwa prawnie jest ich, bo po prostu oni pierwsi ją zastrzegli (jeszcze mogą Cię wtedy do sądu podać o odszkodowanie za bezprawne wykorzystanie marki i działanie na szkodę, a takie rzeczy bardzo słono kosztują, więc dochodzi nam do tego zwykłe bezpieczeństwo przed takimi sytuacjami).  

    "Gorsza, lepsza jakość - to bezsensowne porównania jakości produktu, bo produkt nie ten sam."

    Nieprawda. :)

    Raz, że w przypadku małej firmy, która np. otwarła sobie filię gdzieś tam, może zdarzyć się np. nieuczciwy, leniwy, lub zwyczajnie niedbały pracownik i produkować na nasze zlecenie badziewie, nie stosując się w praktyce do receptury, którą kazaliśmy mu stosować.

    Dwa, że w przypadku wielkiego biznesu bywa tak, że na konkretne rynki sprzedaje się pod dokładnie tą samą marką/znakiem towarowym produkt o gorszej jakości lub o nieco innym składzie ale dającym np. niemal identyczny smak. Np. zachodnie firmy robiły tak od lat z produktami na rynek Europy Wschodniej. To się przez te kilka dekad zmienia powoli na plus, ale zjawisko występuje nadal.
    money. pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/rozna-jakosc-zywnosci-w-polsce-i-w-niemczech,6,0,2418182. html

    "W tym wypadku legenda o odmowie sprzedaży receptury to zwykła bujda niewarta uwagi."

    To może być legenda, ale może być też prawdą. Tego tu nie rozstrzygniemy, bo nie znamy faktów. W zasadzie jest jednak najzupełniej możliwe, że takie zdarzenie miało miejsce.

  • MrHyde

    @MEM Dziękuję za artykuł. "W takich przypadkach dany przepis lub wytwór trak­towany jest w myśl przepisów prawa pa­tentowego jako wynalazek i musi spełniać ustawowo określone przesłanki do objęcia ochroną (wspólne dla wszystkich wyna­lazków). Oznacza to, że musi cechować się nowością, poziomem wynalazczym i nadawać się do przemysłowego stoso­wania" - Stąd moje wątpliwości w tym konkretnym przypadku.

  • MrHyde

    @MEM "W tym kontekście ważne jest również podkreślenie, że decydując się na ochro­nę danej receptury za pomocą patentu (pod warunkiem, że spełnia ona przesłanki do skorzystania z tego rodzaju ochrony), w konsekwencji dojdzie do jej publicznego ujawnienia. Rejestry patentowe są bowiem jawne, a idea prawa patentowego opiera się na założeniu, zgodnie z którym twór­ca otrzymuje co prawda prawo wyłączne do danego wynalazku, ale jest ono ogra­niczone czasowo i po wygaśnięciu ochrony rozwiązanie wchodzi do domeny publicznej" - To co prawda inna para kaloszy, ale praktyka uczy, że kto chce zachować know-how w tajemnicy (albo zataić, że posiadane know-how nie jest wcale tak niezwykłe, jak się chce, żeby wierzyli klienci i konkurenci), unika rzeczników patentowych jak ognia. ;)

  • MEM

    @MrHyde "Dziękuję za artykuł."

    Nie ma za co. :)

    "Stąd moje wątpliwości w tym konkretnym przypadku."  

    Ale na ogół spełnia te wymagania. Nie ma technicznie różnicy pomiędzy recepturą Coca-Coli, a recepturą napoju, jaki chcesz sobie stworzyć (ta "nowość" w tym wypadku nie oznacza, że musisz od razu koło wynajdywać, wystarczy, że skład produktu będzie się trochę różnił od innych, co jest łatwe do zrobienia). Zwróć uwagę, że nawet niektóre produkty są zastrzeżone prawnie jako regionalne. Czyli receptura robienia, dajmy na to, szampana, albo jakiegoś tam gatunku sera, jest znana o dawna w różnych częściach świata, ale nie możesz sobie, ot, tak, wyprodukować danego produktu i nazwać go szampanem (nie konkretną marką szampana, tylko samym nawet słowem "szampan" ), bo jest to zastrzeżone.

    "To co prawda inna para kaloszy, ale praktyka uczy, że kto chce zachować know-how w tajemnicy (albo zataić, że posiadane know-how nie jest wcale tak niezwykłe, jak się chce, żeby wierzyli klienci i konkurenci), unika rzeczników patentowych jak ognia."

    Cóż..., nic nie jest na tym świecie idealne (stąd kwitnące piractwo; Chińczycy kiedyś skopiowali Fiata Pandę a potem oddali Włochów do sądu – a Włosi, ze swej strony, ich – że bezprawnie ten samochód produkują). Natomiast ryzyko jakie ponosi np. producent żywności z powodu ukrywania receptury jest zaś takie, że pierwszy z brzegu nieuczciwy pracownik, biorący udział w procesie produkcyjnym i mający dostęp do receptury, może ją sprzedać konkurencji, która rzecz sobie zastrzeże. I wtedy firma, która wynalazła produkt, ma problem. Dlatego raczej nie warto nie mieć patentu na recepturę (zresztą na logikę: gdyby prawo patentowe wpuszczało ludzi starających się o patent w kanał, nikt by nigdy do urzędu patentowego w ogóle nie szedł). Owszem, ona wtedy będzie znana, ale co z tego, skoro nie będzie jej mogła konkurencja legalnie na rynek wypuścić.

    A w przypadku patentów przemysłowych innych niż receptury produktów żywnościowych, sprawa jest tym bardziej skomplikowana. No możesz mieć wgląd do rejestru patentowego i tam będzie napisane, że do budowy komputera potrzebujesz takich i takich układów scalonych a do budowy samochodu takich i takich części. Ale możesz mieć duży problem w posiadaniu lub pozyskaniu technologii pozwalającej na produkcję dokładnie takich układów scalonych czy w zdobyciu stopów metali, z których dane części samochodu wykonasz (I w tym ostatnim przypadku ciekawostka. W latach tuż powojennych, do UK wybrała się delegacja z radzieckiego biura konstrukcyjnego Mikojana i Guriewicza z zapytaniem o możliwość kupna brytyjskiego silnika odrzutowego. Skutkiem decyzji idiotów rządzącej wtedy w Brytanii lewicy, te silniki zostały Rosjanom sprzedane, ale Rosjanie nie mieli technologii dotyczącej materiałów z których wykonane były te silniki, a zwłaszcza ich turbiny. I nie wiedząc jeszcze, że Brytyjczycy im te silniki sprzedadzą, bo dopiero pojechali zapytać, wpadli na genialny w swej prostocie pomysł. Podczas zwiedzania fabryki tych silników, jeden z członków rosyjskiej delegacji miał buty z przymocowaną do ich podeszwy gąbką lub czymś podobnym. I jak sobie chodził wokół tych maszyn produkujących te turbiny, oglądając je, to nazbierał na te "gąbki" opiłków metalu, z którego turbina była robiona. :) Metodami odwrotnej inżynierii można było odtworzyć potem silnik, i co w tym najważniejsze – wraz z materiałami do jego budowy zastosowanymi. Czyli właściwie już w tym momencie Rosjanie obeszliby się bez handlu z Anglią, ale skoro brytyjski rząd był na tyle głupi, że sprzedał te silniki wraz z technologią...).

  • AnonimS

    @MrHyde to nie chodzi o patent. Przecież rurki z kremem produkuje sporo cukierni. Te są wyjątkowo smaczne zarówno krem jak i chrupiąca obudowa. Do tego ta maszyna sprzed ponad sześćdziesiąciu lat. Jest zarówno klimat jak i smak. Chodziło o kupno receptury wraz z nazwą do otwarcia wielu cukierni pod tą samą nazwą , w różnych miejscach kraju. Na uwagę zasługuje fakt że tam w sprzedaży są tylko rurki.

  • MrHyde

    @AnonimS Wiem. Dlatego nie rozumiem, po co komu "receptura", której nie da się przenieść w inne miejsce ani przeskalować na potrzeby "potentata". Śmieszna ta dyskusja. Im poważniej, tym śmieszniej ;)

  • MrHyde

    @MEM no, nie spełnia. Wynalazek (przedmiot patentu), żeby być patentowalnym, musi rozwiązywać jakiś problem technologiczny. Rurka z kremem nie rozwiązuje. Ale oczywiście w świecie wynalazków wszystko się  może zdarzyć, np. to: US5832937A. ;)

  • MEM

    @MrHyde "Wiem. Dlatego nie rozumiem, po co komu "receptura", której nie da się przenieść w inne miejsce ani przeskalować na potrzeby "potentata"."

    Oj, pisałam Ci – by wyeliminować z rynku konkurencję i zająć jej kawałek tortu.

    Poza tym czy się nie da przenieść, to rzecz bardzo wątpliwa. A przeskalowanie? No bez przesady. Jeśli, dajmy na to, Coca-Cola produkuje swój napój z wody, karmelu i cukru, dodając do tego dwutlenek węgla, to obojętne, czy robisz to na skalę manufaktury czy wielkiego zakładu, nadal masz skład ten sam. Podobnie jest z cukiernią – jeśli robisz pączki z ciasta i marmolady, to czy gnieciesz to ciasto sam w piwnicy, czy robią to za Ciebie zatrudnieni pracownicy albo maszyny, nadal receptura jest taka sama, a maszynie jest wsio rawno, czy masz 10 % koncentratu soku owocowego i 90% wody, czy 50% koncentratu soku i 50% wody, ona to tylko miesza (ewentualnie kupuje się inną maszynę, która to wymiesza).

    I faktycznie ma też sens kupno marki i receptury produktu po to, żeby rozszerzać działalność na wiele punktów. Cukiernia Bliklego dziś się już od dawna nie ogranicza do pierwotnej lokalizacji. Obojętne, czy do każdej towar jest dowożony z miejsca produkcji, czy w każdej robi się wyroby cukiernicze wedle receptur stanowiących własność firmy, to się najwyraźniej opłaca. Podobnie jak opłaca się np. McDonald's standaryzowany (do pewnego stopnia) przecież we wszystkich swoich lokalach na całym świecie.

    Kto wie..., może gdyby właściciele tej cukierni z rurkami z kremem sprzedali biznes, gdy mieli okazję, dziś byś widział tego efekty i przyjmował do wiadomości, że istnieje sieć tej marki tak samo, jak niczym niezwykłym nie są pewnie dla Ciebie przybytki McDonald's albo KFC. A tak, to Ci się wydaje, że jak coś jest lokalne i na mikroskalę, to nie ma w tym interesu, żeby taką firmę kupić.

    "no, nie spełnia. Wynalazek (przedmiot patentu), żeby być patentowalnym, musi rozwiązywać jakiś problem technologiczny. Rurka z kremem nie rozwiązuje."

    Spełnia. :) Bo w każdym urzędzie patentowym Ci powiedzą, że rzeczy podległe prawu do patentu są podzielone na klasy. W osobnej masz np. maszyny dla górnictwa, w osobnej elektronikę, w osobnej żywność, a w jeszcze innej filmy. I do każdej klasy podejście decydujące o tym, co da się opatentować a co nie, jest nieco różne. No czy dany tytuł filmowy wyświetlany w kinie dla czystej rozrywki rozwiązuje jakiś problem technologiczny? Nie. Ale spróbuj tknąć cokolwiek z nim związanego na własną rękę... Na własną rękę, to Ci mogą nawet nie pozwolić gadżetów związanych z danym tytułem sprzedawać w sklepiku. I puszczą Cię, w majestacie prawa, w skarpetkach, jak tylko spróbujesz i się będziesz upierał, że możesz, bo figurka jakiegoś tam Batmana czy innego "-mana" "nie jest patentowalna, bo niczego nie rozwiązuje". Prawo patentowe nie dotyczy jedynie czystej techniki. Obejmuje również w praktyce każdą rzecz, jaką dla zarobku zajmują się ludzie. Tym samym, nie jest tak, że prawo patentowe mówi, że tylko coś, co jest rozwiązaniem jakiegoś technicznego problemu, może zostać zastrzeżone. Ponadto, określenie typu: "poziom wynalazczy", albo: "rozwiązanie problemu technologicznego", jest na tyle pojemne i elastyczne, że w praktyce wszystko da się pod to pociągnąć. Nawet te rurki z kremem (bo ktoś jednak wynalazł recepturę inną niż pozostałe obecne na rynku, a nikt w prawie patentowym nie mówił o tym, że to mogą być jedynie wynalazki na miarę Nobla).

  • MrHyde

    @MEM "No czy dany tytuł filmowy wyświetlany w kinie dla czystej rozrywki rozwiązuje jakiś problem technologiczny? Nie" Pokaż lepiej jakiś patent na film. Choćby jako rewanż za patent na fryzurkę. ;)

  • MEM

    @MrHyde "Pokaż lepiej jakiś patent na film. Choćby jako rewanż za patent na fryzurkę."

    trademarks. justia. com/757/86/batman-75786495. html

    A tu masz całą listę dotyczącą produktów powiązanych z tym tylko tytułem:
    trademarks. justia. com/search?q=batman

  • MrHyde

    @MEM okey, rozmawiamy o różnych rzeczach. Jak piszesz "patent", rozumiem patent, a nie znak towarowy czy prawo autorskie.

  • MEM

    @MrHyde @MEM okey, rozmawiamy o różnych rzeczach. Jak piszesz "patent", rozumiem patent, a nie znak towarowy czy prawo autorskie.  

    No dobrze, są pewne prawne różnice pomiędzy patentem, znakiem towarowym i prawami autorskimi, ale tak potocznie to używa się określenia "opatentować", nie? I nie bez przyczyny, skoro w każdym przypadku rzecz dotyczy ochrony prawnej danej własności i jeden i ten sam urząd zajmuje się i patentami i znakami towarowymi. Przy czym co jest w jakimś stopniu istotne: na patent uzyskujesz ochronę przez 20 lat, a ochronę znaku towarowego masz "wieczną", co jaki okres tylko ją odnawiasz. Niekoniecznie nie da się opatentować filmu (bo zwróć uwagę, że pomimo tego iż w przypadku takiego "Batmana" mówimy o znaku towarowym, to to nie dotyczy samego tytułu filmu czy powiązanej z tym tytułem grafiki, np. kroju czcionki używanej do przedstawiania tego tytułu na filmie albo plakatach, ale także jego całej, unikalnej, zawartości), tylko po prostu trademark jest tu lepszy prawnie – daje prawo dosłownie na wieczność, bijąc na głowę nawet prawa autorskie nie mówiąc o patencie (rozumianym dosłownie).

    Tyle, jeśli chodzi o np. filmy. Natomiast nadal rzeczy, które są wykorzystywane w przemyśle, są patentowane. Coca-Cola może woli trzymać swoją recepturę w sejfie gdzieś w Atlancie, ale już np. kompozycję słodzików z witaminami ma opatentowaną (patents. justia. com/patent/20130202742), podobnie jak charakterystyczny dla coli kształt butelki ze zwężeniem. A przecież to nie są "nowatorskie rzeczy, które rozwiązują problem" (nie rozumiany w sensie takim, że Coca-Cola rozwiązała w ten sposób problem składu swoich napojów, tylko w taki, jaki wcześniej miałeś na myśli :)). I na tej samej podstawie możesz sobie opatentować nawet i rurkę z kremem. ;)

  • MrHyde

    @MEM "ale tak potocznie to używa się określenia "opatentować", nie?" Pierwsze widzę, ale może tak jest - słyszałem o leniu patentowanym. Zaczęło się od kultowości, a dojechaliśmy do patentowości - taki to bezpardonowy atak (jeszcze jedno modne słówko w pewnych kręgach) na język potoczny. ;)

  • MrHyde

    @MEM "patent/20130202742" piękny dokument! Popatrz na zastrzeżenia 1-90:  
    "Claims
    1-90. (canceled)
    91. A beverage comprising at least one vitamin, rebaudioside A and erythritol, wherein:"
    Napracował się aplikant, żeby zastrzec kompozycje należące do state of the art, i się  nie udało ;)
    Zgodzisz się chyba, że kompozycja wg zastrz. 91 "nie wynika dla znawcy, w sposób oczywisty, ze stanu techniki". (Formułka z ustawy ;) )

  • MrHyde

    @MEM "I na tej samej podstawie możesz sobie opatentować nawet i rurkę z kremem" w potocznym (niezdefiniowanym = nie wiadomo jakim) znaczeniu  na pewno tak. ;)

  • MEM

    @MrHyde "piękny dokument! Popatrz na zastrzeżenia 1-90: "

    To, że coś z tego im wykreślono, nie zmienia faktu, że dostali jednak patent na recepturę w przypadku pozostałej części swoich roszczeń.

    A wykreślenia i odrzucenia się zdarzają i to nic niezwykłego (podobnie jak to, że firmy starają się jak najwięcej "przemycić" w swych wnioskach o patent). Craig Venter chciał kiedyś poszczególne geny opatentować i mu z oczywistych względów uzyskania patentu odmówiono.

    "w potocznym (niezdefiniowanym = nie wiadomo jakim) znaczeniu na pewno tak."

    Nie w potocznym. Receptura tej rurki z kremem nie różni się od tej receptury słodzika z witaminami, na którą Coca-Cola uzyskała patent – w jednym i drugim przypadku masz unikatowy produkt złożony z konkretnych surowców i ewentualnie określonego procesu produkcji.

  • MrHyde

    @MEM a, skoro unikatowy, to okey. ;)

  • MEM

    Fajnie, że takie miejsca z tradycją się jeszcze trzymają. :)

  • nefer

    Rzeczywiscie, dobra wiadomość. Lubię rurki z kremem, ale ponieważ staram się unikać cukru, nie jadam już od dawna. Moja Pani zabrania.  :shrug:

  • AnonimS

    @nefer na te sama by się skusiła. Wyborne jak mówią bracia Lepiki.

  • merlin

    W końcu pokazałeś coś pozytywnego. Tak trzymaj! :)

  • AnonimS

    @merlin dzięki za komentarz. Wiesz żeby była dyskusja muszą być różne poglądy. Pozdrawiam

  • MrHyde

    @AnonimS Różny pogląd zawsze się znajdzie. Ja na przykład nie lubię bitej śmietany i - podobnie jak w wypadku okrągłego opłatka serwowanego z ręki - nie rozumiem, na czym polega kult cukierni. Czy ten kult jest zgłoszony do jakiegoś oficjalnego rejestru wyznań i kultów? Jakie rytuały wiążą się ze sprawowaniem tego kultu? Czy może stanowić skuteczną konkurencję wobec okultyzmu? ;)

  • AnonimS

    @MrHyde dzięki za komentarz. Kult cukierni , tak samo jak winiarni czy kawiarni nie ma sztywnych reguł. Podlegają mu prawie wszyscy. Zarówno łakomczuchy jak i smakosze czują potrzebę degustacji. Okultyzm ma swoje rytuały tak samo jak i konsumpcja. Dla niektórych ceremonia parzenia kawy czy herbaty stanowi sztukę samą w sobie .

  • MEM

    @MrHyde "i - podobnie jak w wypadku okrągłego opłatka serwowanego z ręki - nie rozumiem, na czym polega kult cukierni."

    Mówię Ci, że Ci się to szukanie wszędzie spisków religijnych źle skończy (jakąś paranoją albo czymś...). ;)


    A kult takiej cukierni polega na tym (nie licząc ewentualnie dobrych wyrobów), że po prostu ludzie lubią, jak coś istnieje wydawałoby się wiecznie. Tworzą go sentymenty ludzi przywykłych do tego, że takie miejsce, które znają, istniało i istnieje nadal.

    Ja na przykład co jakiś czas się łapię na tym, że wiele miejsc znanych mi z dzieciństwa/młodości już nie istnieje. Nieraz nawet od dość dawna. I jak sobie je przypomnę, to jest mi szkoda, że już ich nie ma. One nawet nie były "kultowe", były takie zwyczajne, traktowało się je jako coś naturalnego i nie zwracało się na nie wtedy uwagi, ale istniały długo i właśnie wydawało się, że będą istnieć zawsze, a tu pstryk, i nie ma. Nie ma mojej podstawówki, nie ma miejskiej biblioteki, do której chodziłam, gdy byłam dzieckiem, nie ma nawet placu zabaw pod blokiem, w którym mieszkałam, a który istniał na długo przed moim urodzeniem. Idziesz w takie miejsce, i nagle świata nie poznajesz. Dlatego jak coś takiego ocaleje pomimo tych ciągłych zmian wokół, to się zaczyna inaczej takie miejsce postrzegać. Ludzie mają z nim jakieś tam wspomnienia i w ten sposób rodzi się mniejsza lub większa legenda (mocno koloryzowana, jak wszystkie).

  • merlin

    @MEM Nie podejrzewałem Cię o taki sentymentalizm. :rotfl: Podobno z wiekiem docenia się takie małe, kiedyś nieważne rzeczy.  :smile: Wybacz nie chciałem Cię urazić,  :blackeye: ale jak chyba się domyślasz u czarodzieja czas biegnie inaczej. ;)

  • MEM

    @merlin "Nie podejrzewałem Cię o taki sentymentalizm."  

    Jak to powiedział pewien gość o wdzięcznej ksywie "Trumna" Hannibalowi Smithowi: "Señor, jestem jak rzeka, mam wiele zakrętów". ;) Jakaś tam doza sentymentalizmu jest jednym z nich. :)

    "Podobno z wiekiem docenia się takie małe, kiedyś nieważne rzeczy."

    Nie wiem, czy z wiekiem (z upływem czasu, co ma mało wspólnego z własnym wiekiem, to mi m. in. szkoda, że niektórych rzeczy już nie ma, a przywykłam, że były), bo w moim przypadku jest tak niemal od zawsze – mnie się czasami potrafi gęba cieszyć nawet przy takich drobiazgach jak robienie jajecznicy na śniadanie. Jest jakaś radość z tego, że ma się możliwość robienia codziennych rzeczy (to w sumie jest przywilej, jaki mamy w rozwiniętych i dostatnich krajach w porównaniu z większością świata), które składają się na to, że lubi się życie. Jest też i przysłowiowa łyżka dziegciu w beczce miodu, jaką jest świadomość, że nie zawsze tak będzie albo, że niektórych rzeczy już się nigdy nie zrobi (i to psuje czasem humor). W każdym razie, im dłużej żyję, tym bardziej mnie cieszy taka ogólna "mała stabilizacja", wręcz rutyna, i święty spokój z nią związany, ale drobne rzeczy brane z osobna doceniałam dużo wcześniej, po części zresztą właśnie z tej odrobiny sentymentalizmu, i z wiekiem mi się to w żaden sposób nie zmieniło.

    "Wybacz nie chciałem Cię urazić, ale jak chyba się domyślasz u czarodzieja czas biegnie inaczej.""

    Ale czym urazić? Tym, że się starzeję? :) No starzeję się i nie ma co tego ukrywać ani się o co obrażać (jedyne co, to cieszyć się nie ma tym jak; ale dalej trzymam kciuki za nowoczesną medycynę – może się jej w końcu uda nas odmładzać i bez uciekania się przy tym do czarów ;)).

  • MrHyde

    @MEM A, to o to chodzi z tym kultem! Bo, widzisz, mnie się skojarzyło z powieścią Orbitowskiego i taki dysonans językowy z tego się zrobił, że padłem jak produkt miękki firmy Microsoft. ;)

  • MEM

    @MrHyde "A, to o to chodzi z tym kultem!"  

    No tak mi się wydaje, że o to. :) Choć różnie to bywa z takimi kultami – dla niektórych ludzi pewne rzeczy są właściwie jak religia (i zresztą co to za różnica, czy modlą się do jakiegoś kamienia gdzieś w dżungli na Borneo, czy do logo McDonald's ;)).

  • merlin

    @MEM Masz rację! Jajecznica ze skwarkami z boczku, posypana szczypiorkiem, niebo w gębie.
    Mimo, że niezbyt zdrowa na kolację to chyba zaraz sobie ją usmażę. :p

  • MEM

    @merlin "Masz rację! Jajecznica ze skwarkami z boczku, posypana szczypiorkiem, niebo w gębie."

    Jajecznica: tak, szczypiorek (albo zioła): tak, boczek...: nie, o linię też trzeba czasem zadbać. ;)  

    "Mimo, że niezbyt zdrowa na kolację to chyba zaraz sobie ją usmażę."

    Smacznego. :)  

    U mnie dziś na obiad były jajka sadzone, więc jajecznica będzie musiała poczekać.

  • merlin

    @MEM Widzę, że jesteś zwolenniczką zdrowego odżywiania. Nie wiesz ile tracisz.
    Takie zrazy zawijane, żeberka pieczone, pierogi z mięsem- po prostu boskie. :p

  • MEM

    @merlin "Widzę, że jesteś zwolenniczką zdrowego odżywiania. Nie wiesz ile tracisz."

    Nie do końca zwolenniczką, :) tylko zwolenniczką zachowywania umiaru w jedzeniu różnych mniej zdrowych (i kalorycznych) rzeczy. Mnie się też czasem zdarza jeść fast food, chipsy, albo i popijać to wszystko colą. ;)  

    "Takie zrazy zawijane, żeberka pieczone, pierogi z mięsem- po prostu boskie"  

    Jak ktoś lubi mięso. :) Ja za nim nie przepadam – tak już całkiem w oderwaniu od zdrowego odżywiania – więc jem go niewiele (i łatwiej mi zrezygnować z boczku w jajecznicy, a zaoszczędzone miejsce na kalorie wykorzystać przy innym jedzeniu), wolę rybę.