Zmierzch Ostrza-Rozdział 4

Skrzypiącymi schodami zmierzał ku ostatniemu piętru. Nazywali je „gabinetem”, ponieważ tylko Lord James, ich ojciec przebywał tam całe dnie, jednak oni nie mieli tam wstępu, nawet służbę trzymano z daleka. Zakurzone i pełne pajęczyn drzwi powodowały szybsze bicie serca, Prześnił wiele o zawartości ukrytej za nimi, od bajecznych skarbów, po okropne maszkary, powodujące, że moczył łóżko ze strachu.
     Wysupłał z kieszeni przedmiot i delikatnie włożył do podniszczonego zamka, czekał na brak reakcji, na opór uniemożliwiający przejście dalej. Pragnął poznać tajemnicę zmarłego, ale jednocześnie obawiał się tego, co za chwile ujrzy. Po przekręceniu klucza wrota, wydając przeciągły dźwięk, stanęły otworem. Poczuł ukłucie rozczarowania w sercu, przed oczyma majaczyło ogromne pomieszczenie z licznym sprzętem, którego nigdy nie widział i regały, uginające się pod ciężarem opasłych tomów.
     Idealny świat dla Edmunda, a nie dla niego. Zawsze wolał ćwiczenia i zabawę na świeżym powietrzu niż zagłębianie się w nudne literki. To ma być miejsce zakazane? Wygląda bardziej na pokój uczonego. Bez sensu, dlaczego mieli tu nie wchodzić? Przez przypadek pchnął fiolkę z dziwnym płynem, który wyciekł na dziwne wyrzeźbione symbole.
     Pokój zabłysnął krwistą czerwienią, a znaki na podłodze jarzył się wspaniałym błękitem. Powstało szkarłatne koło, bulgoczące nieznaną substancją. Nagle do uszu Thomasa dotarł warkot, a z okręgu zaczął wychodzić ogromny pies, obśliniając wspaniałe, choć zakurzone drewno. Ślepia wściekle szukały ofiary, sytuacja zdawała się zmieniać na gorsze z sekundy na sekundę. Młodzieniec próbował przemknąć po cichu, lecz upadł, gdy nadepnął szklaną fiolkę. Silny ból w ręce uniemożliwił mu sprawną ucieczkę.
„Czyżby był to jego koniec?”, pomyślał, próbując zlekceważyć udrękę i uciec. Stwór rzucił się w jego stronę i... zniknął, pozostawiwszy po sobie tylko popiół.
— Pierwsze przywołanie i to diabelskiego psa? Masz chłopcze talent. — Wright nie zdążył ochłonąć, a już nawiedziło go kolejne dziwo. Gadający kot. — Co masz taką minę, jakbyś popuścił? — Zwierzak zmienił się w eleganckiego młodzieńca z cylindrem na głowie. Od człowieka odróżniał go długi ogon i maleńkie rogi na czole.
— Diab... Diabeł. — W oczach Thomasa pojawił się strach.
— Diabeł, diabeł. — Przedrzeźniał go stwór. — Tak jakby każdy demon miał jedno imię. Miło by ci było, jakby jakaś istota mówiła do każdego człowieka Zdzisiu, albo Franku? Twój ojciec jako jedyny z całego rodu zareagował inaczej.
— Ojciec?
— Tak, James po zobaczeniu mnie powiedział tylko: " Chcesz to mnie kuś, byle szybko, zanim Maria przyjdzie. Jest sto razy gorsza od ciebie, jak się zdenerwuje.". Możesz nazywać mnie Lucy, jako że nie mam płci, nie obchodzi mnie, że jest to żeńskie imię. To skrót od Lucyfer. Wiesz Pan Zniszczenia, Książę Ciemności i takie tam. — Zdjął nakrycie głowy i zaczął nim kręcić. — Moim zadaniem jest wtajemniczyć cię w arkany alchemii i bronić przed niebezpieczeństwem.
— Za cenę duszy? Podziękuje. — Zaczął powoli dochodzić do siebie i wróciło mu trzeźwe myślenie.
— Za dużo kościelnych stereotypów. Nie wszystkie demony pragną jedzenia. Wasz daaaaleki przodek spotkał mnie pewnego razu w piekle, gdzie nieopatrznie sprowadziły go eksperymenty z nieznaną nauką. Nie będę opowiadać całej historii, mrożącej krew w żyłach, ale skończyło się na kontrakcie. Ja chronię ród Wrightów i pomagam kolejnym dziedzicom za cenę poznawania zmieniającego się świata ludzkiego oraz doznawania interesujących rzeczy. Gdyby był tu James, lepiej by ci to wytłumaczył, niestety ten wasz klan ma jedną głupią cechę, głowy domu umierają dosyć wcześnie, bez przekazania wiedzy poprzednikom. Robią wielkie tajemnice, zasłaniając się ochroną rodziny, a potem giną, zostawiając mi całą brudną robotę. Typowe. — Podszedł do młodzieńca.
— Nie zamierzam poznawać szachrajstwa i innych guseł. — Powziął zamiar opuszczenia pokoju i zamknięcia go na cztery spusty.
— A co jeśli powiedziałbym ci, że dzięki alchemii twój brat zacząłby chodzić, a ty odzyskałbyś sprawność w ręce?
— Bredzisz, próbując zwabić mnie na manowce.
— Naprawdę? — Ponownie wrócił do postaci kota. — A w jaki sposób James uratował twoją matkę ponad dziesięć lat temu? Żaden lekarz tego nie potrafił, a zwykły szlachcic owszem. Czy ci to nie wygląda podejrzanie? A te dziwne spojrzenia rzucane na was przez wieśniaków?
     Stwór uderzył w najgorsze wspomnienia. Choroba matki była naprawdę poważna, ciało miała w ohydnych ciemnych guzach, wymiotowała krwią, była tak słaba, że nie mogła mówić. Lekarze ze stolicy rozkładali bezradnie ręce, paląc ubrania po wizycie u niej. A jednak wystarczyło przybycie ojca, by doszła do siebie. Nie wiedzieć czemu po tym wydarzeniu dzieci z wioski zaczęli wytykać palcami, szepcząc o pomiotach szatana, a dorośli ze strachem spoglądali w stronę posiadłości. Wszystko skończyło się rok później, gdy Pan umarł. Matka tego tematu również unikała. Czy możliwe, że alchemia była powodem tego? Zapragnął sprawdzić, czy rzeczywiście coś w tym jest.
— Nie licz, że będę uczestniczył w jakiś pogańskich obrzędach, czy w ofiarnych rytuałach.
— Thomasie, Thomasie. Alchemia to nie magia wiedźm, czy jakieś dziwne hokus-pokus. Opiera się na roślinach, znakach i innych podobnych. Więc zgadzasz się na przyjęcie dziedzictwa? — spytał się, wpatrując się kocimi ślepiami.
— Niech będzie. — Długo się zastanawiał, lecz ciekawość zwyciężyła.
— Wyśmienicie. — Zmienił się w dym i poszybował wprost do kalekiej ręki Wrighta. Ten ryknął z bólu, łapiąc za kończynę.
— Paniczu! Wszystko dobrze? — krzyknął lokaj z dołu, słysząc wrzask.
— Tak, tak. Nic mi nie jest. Po prostu rana dała o sobie znać, zaraz mi przejdzie. Możesz wrócić do zajęć. — Spojrzał wściekle na znamię w kształcie czaszki. — Coś ty, u diabła, zrobił?
— Ciekawe odniesienie w zdaniu. — Zmaterializował się jako człowiek. — Teraz mogę cię chronić i iść za tobą.
— Przecież byłeś wolny... — Usiadł zmęczony na zakurzonym krześle.
— Tylko w tym pokoju. Moje naczynie zmarło, więc nie chcąc wracać do ojczyzny, musiałem zostać tutaj.
— Więc co teraz? — spytał, nie mogąc przyzwyczaić się do nowego towarzysza.
— Pójdziemy się przywitać z twoją matką. Zapewne siedzi w kaplicy, zawsze była pobożna. — Głos Lucyfera zabrzmiał w głowie Thomasa.
— A czy wy czasami nie możecie wchodzić do świętych miejsc?
— W prawdziwej postaci nie, ale w naczyniu tak. Wprawdzie nadal odczuwamy dyskomfort i pewien ból, ale da się wytrzymać. A teraz chodźmy. Szkoda czasu. — Diabeł był bardzo niecierpliwy, nie mógł się doczekać opuszczenia piętra.
— Nie rządź mną. To ja tu jestem szefem — odpowiedział. Służący sprzątający niższe piętro spojrzał na schodzącego jak na durnia. Stwierdzając, że nie będzie się w to mieszać, poszedł dalej.
— Musisz uważać Tommy. Za gadanie do siebie przypną ci łatkę szaleńca albo – co gorsza – opętanego. Zabawnie byłoby zobaczyć egzorcyzmy. Taka zabawa dla mnie, wypędzają mnie, wracam do piekła, a potem znowu do ciebie za sprawą kontraktu. Interesujące.
— To kiedy nauczysz mnie czegoś?
— Najpierw pomów z matką, alchemik musi mieć czyste serce i umysł do pracy. Bez wyjaśnienia paru rzeczy się nie obędzie.
     Westchnąwszy ciężko, kontynuował zmierzanie do kaplicy. Sam nie wiedział, czy dobrze zrobił, uczestnicząc w tej farsie, jeśli jednak będzie potrafił zwrócić Edmundowi nogi, zapłaci każdą cenę i pokona wszelkie przeciwności. Wymarzę swoje błędy...

1 komentarz

 
  • emeryt

    emeryt · 13 sierpnia · 202091556

    @krajew34, dziękuję za kolejny odcinek. Co prawda to po przeczytaniu poprzednich, spodziewałem się dalszego ciągu walk,  lecz nie  paktu z ciemnymi mocami. Pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy.