Zmierzch Ostrza – Rozdział 27

Nocne wycie wilka rozbrzmiewało co jakiś czas nad miastem. Księżyc połyskiwał z daleka, rzucając światło na opustoszałą dzielnicę. Zła sława bestii już na dobre zadomowiła się, zmuszając wszystkich do strachu. Echo niosło kroki braci Wright, którzy kolejny raz spróbowali dostać potwora w swoje ręce.
— Cholera, uważaj z tą kuszą — syknął Thomas, gdy bełt wbił się w ścianę obok niego.
— Wybacz, ma bardzo delikatny spust. — Szybko podszedł i wyjął pocisk. Ruszyli parę godzin temu, lecz tylko irytujące wycie towarzyszyło im przez cały ten czas. Wilkołak mógł być szalony, jednak wciąż miał swoje umiejętności łowcy.
— Jego też chcesz uratować? — spytał młodszy. — Czy mogę strzelać, jak tylko go zobaczę?
— Nie zadawaj głupich pytań.
— Ostatnio prawie mnie rozszarpałeś, gdy spróbowałem to zrobić. — Pomimo swobodnego kroku, rozglądał się uważnie.
— Ostatnio było inaczej... — Jego ręka powędrowała na miecz, gdy wycie zabrzmiało bliżej.
— Jak inaczej? Było tak samo, tylko różnica jest taka, że napastniczką okazała się kobietą i to piękną. Gdyby nie płeć, ze spokojem mógłbym ją sprzątnąć.
— A co, nie żal ci pięknych dam?
— Tego nie powiedziałem, chodzi o to...
Przerwało mu ogromne cielsko nagle wyłaniające z alejki obok. Bestia jednym ruchem posłała Thomasa na ścianę budynku. Młodzieniec jęknął, gdy drzazgi wbiły się w jego plecy. Drewniane oszczepy to był kiepski pomysł. Na szczęście groty ominęły bezpiecznie jego ciało.
— Nic ci nie jest? — zawołał Edmund, ostrzeliwując co jakiś czas wilkołaka. Mimo kilku wbitych bełtów nie wyglądało, by był ranny. Raczej potęgowały jego wściekłość. — Co robimy?
— Atakujemy — odpowiedział krótko, chwytając za resztki broni miotanej, wyjmując jednocześnie miecz z pochwy. Z okrzykiem rzucił się na wilkołaka, wbijając zatruty grot w odsłoniętą rękę.
    Zwierzę zaryczało głośno i machnęło zdrową łapą w stronę napastnika. Thom z ledwością zablokował cios, odrzucony do tyłu przez ogromną siłę ataku. To nie przypominało żadnych polowań, w których dotąd uczestniczył, nawet niedźwiedź nie stanowił takiego wyzwania, a zarazem niebezpieczeństwa. Uchylił głowę, unikając ugryzienia, kły również były ostre, podobnie jak pazury.
     Wright mógł odsapnąć dopiero, gdy jego brat trafił bełtem wprost w szyję potwora. Rana wprawdzie nie śmiertelna, ale na tyle dokuczliwa, by cofnął się. W złotych ślepiach wilkołaka tliła się tylko nienawiść i gniew, tutaj nie było drugiej strony medalu. Życie albo śmierć. Thomas mocniej chwycił rękojeść i zamachnął się w stronę bestii. Poczuł, jak oblewa go ciepła ciecz, a obrzydliwy dźwięk spadającego mięsa, upewnił go o odcięciu ręki.
     Nie było chwili na celebrowanie małego zwycięstwa, tylko refleks uratował mu życie, nim pazury zdążyły odciąć jego głowę. Zabrzmiało uderzenie o metal, miecz wytrzymał. Wilk zawył głośno i zostawiając za sobą plamy z krwi, uciekł po ścianie, a następnie po najbliższym dachu. Witalność tych stworzeń budziła respekt.
— Gonimy go? — spytał Edmund.
— Zwariowałeś? — Upadł na kolana, tylko miecz uniemożliwił całkowity upadek. — W plecach mam kawałki drewna, prawie nie czuję rąk, nie wspominając o nogach, a ty chcesz gonić go po dachach? Czy myślisz, że jesteśmy cholernymi pająkami, albo ptakami, by bez problemu go złapać? Spójrz na siebie. Ledwo oddychasz, a ręce masz lepkie od swojej krwi. Posłałeś mu tyle bełtów, że wyglądał, jako jeż. Każdy łowczy wie, że rannej, przypartej do muru zwierzyny się nie atakuje, bo wtedy jest sto razy bardziej niebezpieczna. Ma w sobie tyle srebra, że na pewno nie dojdzie do siebie. Poszukamy jutro na przedmieściach, tylko tam mógł się ukryć. A teraz zbieraj swoje pociski, a ja pozbieram swoje resztki. — Wstał na drżących nogach i ruszył w stronę ostatnich dwóch grotów z resztkami drewna.
     Wolał nie zostawiać takich niebezpiecznych zabawek, ludzie są łasi na nieswoje rzeczy, nawet kosztem własnego zdrowia. Żądza zysku przytłacza niemal każdego. Gdy pozbierał z ziemi owe dwa groty, rozejrzał się dookoła. Skala zniszczeń nie była jakaś zatrważająca. Dziura w ścianie, popękane fragmenty ulicy i plamy z krwi, brudzące znaczny obszar. Gdyby nie wiedział, co tu się wydarzyło, zapewne stałby, jak skamieniały, rozmyślając, jakie licho mogło coś takiego uczynić.
— Wracamy, czy chcesz jeszcze poobserwować naszą klęskę, drogi bracie? — spytał Edmund, podchodząc bliżej.
— Amator z ciebie, skoro myślisz, że polowanie to kwestia godzin. Im większa zwierzyna, tym dłuższe i bardziej skomplikowane łowy. Teraz zabieraj swe marudne dupsko, mamy kawałek do tej cholernej posiadłości. — Nie miał ochoty silić się na grzeczny język, szczególnie wobec brata.
     Wbrew swoim słowom, również wiedział, że nie wszystko potoczyło się, jak chciał. Ciężko ranne zwierzę podczas ucieczki może zranić, a nawet zabić wszystko, co stanie na jej drodze. Po wytropieniu wilkołaka, jeśli oczywiście się to uda, też nie będzie łatwo. Już ich tak nie zlekceważy. Muszą się odpowiednio przygotować do ostatecznego rozwiązania. Z głową wypełnioną intensywnymi myślami, z ciężkim mieczem przy pasie, skierował kroki w stronę posiadłości.

krajew34

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i przygodowe, użył 936 słów i 5507 znaków, zaktualizował 24 lis 2019. Tagi: #fantastyka #fantasy #magia #alchemia #wilkołaki #łowcy

2 komentarze

 
  • shakadap

    Brawo.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • krajew34

    @shakadap dzięki  za wizytę

  • emeryt

    Dziękuję Tobie za kolejny, wspaniały  odcinek. Oby wszystkie następne były tak samo ciekawe. Przesyłam serdeczne pozdrowienia i życzę dużo ciepła w te coraz chłodniejsze dni.

  • krajew34

    @emeryt dzięki  za wizytę