Zmierzch Ostrza

Odgłosy walki ścierały do cna neutralną ciszę, barwiąc powietrze krwawymi melodiami i dźwiękami rzezi. Krzyki tysięcy gardeł zlewały się w jedną bitewną pieśń łamanych kości i niweczonych żyć. Pomiędzy ludzką ciżbą Thomas odziany w ciężką zbroję z trudem odpierał ataki wrogiego żołnierza. Stracił rachubę, ilu zabił i jak długo walczył. Odrzucił popękany hełm i tarczą ogłuszył napastnika, nie czekając, aż dojdzie do siebie, wbił mu ostrze prosto w miękką tkankę. Spojrzał w jego gasnące oczy, kolejne istnienie zatracone w grze wielkich panów.
     Wyszarpnął miecz ze stygnącego ciała i rozejrzał się. Wróg w swych ciemnych, żeby nie powiedzieć mrocznych barwach, wycofywał się na swoje pozycje. Potyczka miała przechylić szale na jakąkolwiek stronę, lecz sytuacja pozostała niezmienna, armie miały wystarczającą ilość ludzi, by prowadzić kilkudniowy konflikt, nie bacząc na straty. Zabrzmiała trąbka, nadszedł czas także na ich powrót. Wright upuścił podziurawioną osłonę i wyszczerbiony miecz, wymieniając je na oręż truposzy. Kowal nie był sztukmistrzem, mógł jedynie naprostować ostrza i je naostrzyć, a bez sprawnego ekwipunku mogłeś się po prostu poddać i dać się zabić.
— Thomasie Wright, nie słyszałeś sygnału? — Zwrócił się sierżant do niego. — Ruszaj swe dupsko, inaczej dołączysz do sztywniaków, ta ich przeklęta lekka konnica już o to zadba.
— Wybacz oficerze — odrzekł krótko, maszerując w jego stronę.
— Martwisz się o brata co? — Dowódca regimentu lubił gadać, ponoć tylko dzięki temu nie popadł w szaleństwo, mając za sobą tyle bitew i straconych ludzi. — Jest w oddziale Lyncha, zgadza się?
— Tak, miał osłaniać natarcie na jednym ze wzgórz i zasypywać wroga strzałami. Jednak słyszałem, że ciężka jazda przedarła się przez nasze lewe skrzydło.
— Jeśli oni dopadli strzelców, to nie będzie czego zbierać. Z drugiej strony nie musiało się tak stać, w odwodzie mieliśmy parę grup pikinierów. Książę może próżny i niecierpliwy, ale potrafi szybko zareagować. — Zakończywszy na tym dialog, ruszyli w stronę obozowiska. Brudne i postrzępione namioty jawiły się z daleka, tylko jeden odstawał od reszty zarówno stanem, jak i kolorytem. Szlachcic nie mógł cierpieć niewygód. Dołączyli do grupki przy ognisku, w blaszanym garnku bulgotała breja z ostatnich resztek. Taborów nie było widać, a zapasy kurczyły się w zastraszającym tempie. Ciężko rannych dobijano na polu bitwy lub po prostu zostawiano na pastwę losu i tak lekarz dawno zginął, gdy zabłąkani wrogowie zaatakowali tyły. Wykopana prowizoryczna latryna, czytaj dziura w ziemi, niosła odór na całą okolicę, szczury gryzły śpiących, a robaki zatruwały życie. Nawet w cholernym lesie pełno było niebezpieczeństw. Tylko nadzieja o rychłym zakończeniu walk, dawała wojującym siły i jako takie morale.
— Bracie! — Z powracającej grupy wyłonił się niski blondyn, który podbiegł do Thomasa i mocno go uściskał. — Przeżyliśmy kolejny raz. Chwała Dragoni.
— Myślałem, że po tobie. Ponoć ciężko zbrojni na was napadli. — Wysunął się z objęć, nie lubił tego i uważał za mało męskie.
— Prawda, wielu z mych towarzyszy właśnie siedzi z obsranymi gaciami, mało brakowało. Durnie, zamiast jechać bardziej na około i uderzyć nas od tyłu, postanowili działać frontowo. Taki kawał przejechali, objeżdżając lewą flankę, a mimo to pośpieszyli się. Wjechali prosto w wilcze doły, wystrzelaliśmy ich jak kaczki. Jeździec bez konia w tej głupiej, ciężkiej zbroi i hełmie ograniczającym widzenie, jest łatwą ofiarą. Liczba Utariańskich szlachciców dzięki nam zmniejszyła się, wprawdzie nie dużo, ale zawsze coś. — Na glinianej misce odebrał imitacje zupy, z trudem zjadł ją.
— Jakie macie następne zadania? — spytał, zdejmując zakrwawioną zbroję.
— Według tego, co mówił kapitan, wychodzi na to, że nadal robimy to, co przedtem. Książę widzi nasze zwycięstwo, wystarczy atakować.
— Nie podoba mi się to Edmundzie. — Spojrzał w płomienie ogniska. — Utaria nie rzuca wszystkiego, co ma. Tamtejszy dowódca coś knuje, mam do tego złe przeczucia. Popatrz, ilu straciliśmy... Gdzie tu zwycięstwo?
— Przesadzasz bracie, nie jesteśmy generałami, tylko zwyczajnymi żołnierzami. Lepsi od nas dyrygują tym przedstawieniem. — Z uśmiechem odstawił miskę i ogrzewał dłonie przy płomieniu.
— Nadal marzysz o występie na deskach teatru i to we własnej sztuce? — Uważał krewniaka za zbyt oderwanego od ziemi, żyjącym jutrem, a nie dniem dzisiejszym.
— Tłumy ludzi w królewskim teatrze, ja w głównej roli. Publiczność bije brawo, a ja zostaje znanym twórcą. Wyobrażasz to sobie?
— Trzymaj się blisko ziemi, inaczej odlecisz. — Klepnął go w plecy i roześmiał się. — Idź już lepiej spać, nasz jaśnie pan książę zapewne od świtu zacznie atakować, przesuwając nas, niczym pionki.
— Śmiej się, śmiej. To o mnie będą mówić poeci, a damy padną u moich stóp.
Thomas potrząsnął głową, jeśli jego brat nie przestanie przebywać z głową w chmurach, szybko zginie. I co powie matce, czekającej w posiadłości na ich powrót? Oby przeżyli. Położył się na wytartym sienniku, niestety dla niego zabrakło namiotu. Klikanie świerszczy i migotliwy blask ogniska utuliły go do snu.
— Wstawaj chłopcze! Pora ponownie zaatakować. — Sierżant kopnął w śpiącego. — Nie wróżę ci szans na przeżycie bez dobrej, starej zbroi.
— Dziękuje za słowa otuchy, sir. — Podniósł się ociężały, chwytając za miecz i tarczę.
Wraz z innymi powlekli zmęczone ciała na pole bitwy, nie było już entuzjazmu tego samego, jak na początku. Każdy chciał już wrócić do domu, lecz rozkaz brzmiał walczyć.
     Na drugiej stronie stał wróg, lecz zamiast zwykłych rycerzy, można było zauważyć ludzi z długimi kijami i okrągłymi przedmiotami przy pasie. Czyżby nawet stal się im skończyła? Wszyscy żartowali z nowego uzbrojenia, tylko Wright milczał. Z kusz także było dużo zabawy i kpin, a jednak potrafiła przebić najgrubszą zbroję i nie wymagała wieloletniego szkolenia z zakresu jej obsługi. Mocniej chwycił tarczę, gotując się do ataku.
     Zabrzmiał sygnał trąbki i ruszyli z okrzykami na przeciwnika. Thomas, jak w zwolnionym tempie widział, jak nieprzyjaciel odpina okrągłe cosie, wystającą końcówką przecierają o dziwną blaszkę na pasie i rzucają. Pociski spadają pośród masy, nie robiąc żadnej krzywdy. Wybuch śmiechu i tryumfu zabrzmiał wśród nacierających. Nagle rozległy się wybuchy i krzyki żołnierzy, czyjaś ręką przeleciała przed jego oczyma, a krew zalała i tak już brudne ubrania.
– Nie rozglądaj się, biegnij. – Powtarzał w swej głowie, nie przestając przebierać nogami. Gdy tłum znalazł się w odległości kilkunastu kroków od obrońców, ich pierwszy szereg ukląkł i wystawił kije do przodu. Nie minęła chwila, a zabrzmiał niepokojący huk, słup dymu zasłonił strzelających, a wielu z atakujących upadło na ziemie.
– Co się do cholery stało? – Myślał gorączkowo Wright. Szok był na tyle duży, że osadził rycerzy na miejscu.
— Do jasnej cholery, tworzyć mur tarcz! — Zabrzmiał tubalny głos jednego z oficerów. Dopiero szturchania innych, zmusiły zdumionych do wykonania rozkazu. Tymczasem obrońcy rozstąpili swe szeregi, ukazując jeszcze większe kije na kołach. „Potwór” buchnął ogniem i dymem, niszcząc formacje. Thomas poczuł pulsujący ból w ramieniu, musiał porzucić tarczę. Większość pozostała na miejscach, póki wysocy rangą nie zaczęli uciekać. Wybuchy zaczęły się powtarzać, okrągłe pociski spadały, powodując chaos i śmierć, grzmiące duże i małe rury pluły ogniem, strach, jak zgroza padła na wszystkich. Porażka była jedynym zakończeniem. Thomas rzucił miecz i zaczął panicznie uciekać. Tętent końskich kopyt narastał, zwiastując szybką śmierć od lekkich jeźdźców.

1 komentarz

 
  • emeryt

    emeryt · 10 sierpnia · 196859643

    Coś nowego, czyżby znudziły się Tobie dotychczasowe opowiadania? A może to taki chwilowy trening wyobrażni?  Ale fajny, więc dobrze się czyta i zaczyna wciągać. Pozdrawiam.