Szkarłatny Łowca-Rozdział 10

     Dagda nie była pięciogwiazdkowym kurortem, gdzie odpoczynek i relaks wpisano w cenę. Złośliwi mówili na nią planeta wszystkich pór roku, ponieważ w zależności od miejsca lądowania można było trafić na mroźną pustynię, płaską niczym talerz, dżunglę skąpaną w wiecznym deszczu, podziurawioną małymi wulkanami jezioro lawy, czy mroczną puszczę, wysysającą życie z wszystkiego wokół.
     Cesarskim, jak dotąd udało się zdobyć tylko mroźny przyczółek i nazwać go Bazą Echo. Dlaczego największa potęga militarna galaktyki nie posunęła się dalej w kolonizacji? Raporty dostarczone przez dowództwo nie mówiły nic o tym. Zero stał w jednej z lecących transportowców, widać byli mniej ważni, by mogli wykorzystać kanonierki. Na centralnym miejscu tego latającego złomu widniał hologram dowódcy.
— Słuchajcie Tau 5, właśnie otrzymałem nasze rozkazy. — Jego zmęczone oczy nie wyrażały żadnego entuzjazmu, czy radości. — Jak widać, nasze misja ma mały priorytet, skoro nie zadbano, bym je otrzymał na krążowniku przed załadunkiem. No nic, brzmią one jasno, zastąpić Sigmę i czekać na dalsze instrukcje. Tyle. Zanim wylądujemy tymi złomami, zostaniecie podzieleni na pięć drużyn, tak jak teraz siedzicie. Nie chce mi się kombinować, więc po prostu będą to numery, drużyna pierwsza, druga i tak dalej. Jedynką zajmie się podporucznik Laydeen Krin, dwójką porucznik Lydia Owens, trójką podporucznik Basir El Sar, czwórką porucznik Saakt War i ostatnią porucznik David Loretz. Ustawiacie się w szyku, a potem przydzielimy odpowiednie obowiązki. To wszystko. — Krótkie błyśniecie i obraz zniknął, Zero spojrzał na swojego nowego dowódcę. Z wyglądu przypominał normalnego człowieka, jednak biada temu, który wspomni o tym w jego obecności. Loretz pochodził z Nilfheimu, planety pogrążonej w trującym smogu i podobnie, jak jego pobratymcy uważał siebie za nadistotę, niegodną zwykłym mianem człowieka. Ambitny, dążący po trupach do celu mógł spowodować wiele problemów. Gdy tylko usłyszał o nominacji, zaczął wygłaszać różne rozkazy, teorię, mówiąc wprost, nie zamykały mu się usta.
Zero przyzwyczajony do ciszy i samotności, usiadł w otwartym tylnym wejściu, pozwalając, by mroźny wiatr dotykał go do szpiku kości.
— Czyżbyś drogi przyjacielu nie lubił naszego porucznika? Jego niska sylwetka dodaje znaczącej powagi do jego słów. — Uśmiechnął się Ramzes, siadając obok.
— Brzmi, jak zepsuty silnik starego bombowca, Chyba wziął sobie do serca nauki Sovieta, choć wątpię, by wróg, mając miotacz w ręce, dał mu dojść do słowa.
Oboje wybuchli śmiechem, przyciągając na chwile uwagę niektórych żołnierzy.
— Nie wiem czemu, nie zamknęli klapy ładunkowej, przecież lecieć tak to szaleństwo. — powiedział, rozgrzewając zmarznięte dłonie o nagrzaną ścianę silnika.
— Wiesz dobrze Ramzesie, że gdyby nie otworzyli jej, po przekroczeniu atmosfery, musieliby to robić za pomocą nożyc. Silniki hydrauliczne zamarzają w takiej temperaturze.
— Byłem przekonany, że te transportowce to starocie, ale żeby aż tak? — Cofnął się dalej od ściany z obawy przed jej nagłym zniszczeniem.
— Spokojnie Setianinie, pomimo lat nadal górują wytrzymałością od niektórych współczesnych statków.
— Jakoś nie czuje się przekonany. — mruknął Ramzes. Dalszą rozmowę przerwało lądowanie statku. Jeszcze tylko krótki, choć rwący ruch, po czym wszystko stanęło. Wszyscy przełożyli miotacze z ramion do rąk i w szyku opuścili oblodzony pokład. Na miejscu oczekiwała ich jedna z jednostek Sigmy, odziana w błękit. Okazało się, że czerń należy tylko do najlepszych, a wszyscy mogą ją założyć tylko raz, na ceremonie przysięgi. Tau przypadł kolor czerwony, oznaczający resztki armii, bądź rekrutów.
— Kapitan Ar Loen, melduje, że Sigma jest gotowa do wymarszu. — rzekł zamaskowany oficer.
— Kapitan Arni Yssen, przejmuje wasze obowiązki.
     Po tym krótkim, oficjalnym powitaniu błękitni zapakowali się do pustych transportów, a następnie odlecieli. Nowy dowódca Echo spróbował zapalić papierosa, lecz po kilkukrotnej próbie odpuścił, wyrzucając go w śnieg. Nie mogli dłużej czekać, zasilane lądowisko pobierało zbyt dużo energii, by można było je cały czas utrzymać w odśnieżonym stanie. Kto wie, kiedy lub czy w ogóle przybędą zapasy do reaktora, Yssen westchnął ciężko, nie ciesząc się z nowego kwaterunku. Nie dość, że musiał zacząć racjonować niemal wszystko, to jeszcze w tym non stop padającym śniegu nic nie było widać. Mógłby się założyć, że czujniki też zostały wyłączone, dla oszczędności. Spojrzał na twarze swoich żołnierzy, miał ich do dyspozycji setkę, ale co znaczyła ta liczba wobec siły natury, czy wroga ukrytego pod jej płaszczem? Nie tracąc czasu, przywołał oficerów do siebie.
     Zero stał pośród innych i obserwował otoczenie, czuł, że ta planeta ukrywa więcej, niż można było zauważyć. Nagle pośród śnieżycy kątem oka zauważył wysoką postać stojącą w oddali. Była wysoka na dwóch nogach, ale posiadała dwie pary rąk, trzymała długi podłużny przedmiot. Zanim nasz bohater zdążył się temu przyjrzeć, sylwetka zniknęła w ścianie wiatru i białego puchu. Co to u diabła było? Musiał się mieć na baczności. Spostrzegł, że Ramzes wraz z resztą jego oddziału ruszyli dalej, szybko dogonił oddalającego się przyjaciela, z niepokojem rozglądając się wokół.

637 czyt.
100%62
krajew34

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i science fiction, użył 958 słów i 5625 znaków, zaktualizował 9 lut o 21:35. Tagi: #kosmos #sci-fi #armia #wojsko #kwaterunek

2 komentarze

 
  • Almach99

    Almach99 9 lutego

    Niezly przydzial sie trafil dryzynie  Tau. Bedzie ciekawie I zimno

  • emeryt

    emeryt 9 lutego ip:8979110

    @krajew34, znowu zaczęło coś się dziać. To jakby wstęp do kolejnej przygody bohaterów, a jednocześnie napisany tak, że z niecierpliwością będę czekał na ciąg dalszy. Pozdrawiam i dziękuję.