Deszcz cz 7

Nie zdołałem zakończyć zdania, kiedy drzwi otworzyły się i wpadł Hitaru.
– Powinienem cię zabić – krzyczał.
Tym razem nie miał nic w ręku.
– Zrozumiałeś upomnienie, czy nadal będziesz udawał błazna? – zapytałem.
Splunął krwią. Podszedł do mnie i wyciągnął rękę.
– Wybacz, Euri - san. Dzisiaj dostałem właściwą nauczkę.
Kiwnąłem głową.
– Masz potencjał. Zabijanie jest proste, ale nie prowadzi do niczego. Prawdziwa siła tkwi w dobrych decyzjach. Ucz się od starego capa, Miramoto, a daleko dojdziesz. Przekażę centrali, że doszliśmy do porozumienia, a wy róbcie co poprzednio, tylko bardziej rozważnie.
Miramoto zaklaskał w dłonie. Dwie gejsze przyniosły sake i wielką tacę z jedzeniem.
– Nie odmówisz poczęstunku.
– To honor dla mnie jeść z tobą, Miramoto - sana.
Starszy Yakuza wskazał dłonią moje miejsce obok siebie i odezwał się do młodego gangstera. – Siadaj bracie z nami i pamiętaj, że w każdym z nas płynie krew przodków.
Hitaru naprawdę zrozumiał.
– Miramoto - sana, od dzisiaj pracujemy razem, dla dobra naszej wspólnoty.
– Dziękuje Hitaru - san. Gdyby Euri - san miał kiedyś kłopoty, może liczyć na nas obu.
– Tak, szefie. – Ukłonił się, młodzieniec.
– Przykro mi, że wybiłem ci zęby, ale inaczej nie mogłem.
– Drobiazg, warto było stracić, Euri - san. Nauczysz mnie tej sztuczki?
– Może przy następnym spotkaniu.
– Itadakimasu – rzekł Miramoto.
– Hai – odrzekłem wraz z Hitaru.  
Zaczęliśmy jeść. Posiłek i tym związane z tym sprawy było znowu pełne niespodzianek dla obcokrajowca. Po pierwsze, trzeba zostawić po sobie pusty talerz. Można, a nawet powinno się siorbać. Miseczkę z zupą podnosi się do ust (nigdy nie należy pochylać się nad jedzeniem). Nie można dziurawić jedzenia pałeczką jak dzida lub przecinać potrawy jak mieczem. Broń Boże rozciąć sushi. I należy jeść szybko. Sposób i zasady spożywania posiłków wypływają również z tradycji samurajów. Wojownik miał być zawsze gotowy na walkę i nie mógł jeść długo i z namaszczeniem.

Miramoto pochodził ze starego klanu. Potrafił docenić lekcję, którą dałem młodemu Yakuzie. Różnorodne jedzenie przynosiły nam gejsze ubrane w ciężkie, czasem ważące do dwudziestu kilogramów kimona, o różnych kolorach. Wciąż się kłaniały, poruszały na klęczkach i uśmiechały w bardzo subtelny sposób. Tu nie płaciłem, ale gdybym odwiedził restaurację, musiałem pamiętać, że w Japonii napiwek jest ogromną obrazą dla serwującego.  
Mieszkanki kraju Kwitnącej wiśni mają zwykle brązowe oczy i długie czarne włosy, spięte przeważnie drewnianą, ostro zakończoną pałeczką. Właśnie tak wyglądające gejshe, siedział przy ścianie i pieściły nasze zmysły słuchu, tradycyjną muzykę japońską. Jedna z nich grała na drewnianym flecie, druga na trzynastostrunowym koto, instrumencie zbliżonym budową do cytry. Ta, szarpiąca struny koto, również śpiewała. Prawdopodobnie obcokrajowiec miałby trudności ze słuchaniem tego rodzaju śpiewu.

To bardzo dziwny kraj. Ogólnie Japończycy są bardzo pruderyjni. Yakuza? Ich zabawy w towarzystwie z kobietami lekkiego prowadzenia, mogą nieprzygotowaną osobę pozbawić dopiero co zjedzonego posiłku. Gdyby przyjęcie urządzał Hitaru, prawdopodobnie mielibyśmy tu półnagie prostytutki, mające buty o dwunastocentymetrowych obcasach, a w uszach dźwięczałaby hard rock.  
Do posiłku składającego się z kilku rodzajów zup, sosów i sałatek podano oczywiście sake.
– Gochiso – sama deshita – rzekł Marimoto, kiedy zjedliśmy.
To mniej więcej odpowiada naszemu smacznego i na zdrowie.
Spędziłem z nimi resztę dnia w wyśmienitym humorze. Wieczorem, ci sami ludzie, którzy przywieźli mnie z lotniska pojechali ze mną do hotelu.
Kiedy umyty leżałem już w łóżku, rozmyślałem o Koi i zastanawiałem się, czy ją odwiedzić. Prawdopodobnie mieszkała tam, gdzie dawniej. Ze swoim mistrzem w klasztorze Osu Kannon w Nagoya.

Obudziłem się rano. Tak, chciałem ją zobaczyć! Wczoraj pożegnałem zarówno Miramoto, jak i Kitaru. W Japonii nikt nikogo nie przytula, jest również bardzo niegrzeczne wskazywanie kogoś palcem.  
Dotarłem na dworzec kolejowy i kupiłem bilet do Nagoya. Po godzinie i pół jazdy szybką koleją, wysiadłem. Pociąg pocisk, w oryginale zwany Shinkansen jedzie na prostej trzysta sześćdziesiąt kilometrów na godzinę. Jazda tym pociągiem jest bardzo komfortowa.
Kiedy wysiadłem, wziąłem taksówkę i kiedy dojechałem w pobliże klasztoru, dalej poszedłem już pieszo. Wkrótce doszedłem do buddyjskiego klasztoru Osu Kannon.

To bardzo stary klasztor, wybudowano go w 1333 roku. W 1820 poważny pożar spalił prawie wszystko. Budowle wzniesiono na nowo i w tej postaci dotrwały do dzisiaj. Wszedłem na schody i poprosiłem młodego mnicha by odszukał Koi Osaka. Czekałem około kwadransa i wtedy ją zobaczyłem. Bardzo mało się zmieniła. Zostawiłem ją, kiedy miała siedemnaście lat. Znaliśmy się prawie od urodzenia. Joseph wysłał mnie do Japonii gdy skończyłem siedem lat. Koi skończyła wówczas dopiero cztery lata.
– Euri - san – szepnęła wzruszona.
– Koi - san, miło cię widzieć.
– Poczekaj chwilę, przebiorę się.
– Mistrz Kensi - Omura nie będzie się gniewać, że odrywam cię od zajęć?
– Wie, że przyjechałeś, pozwolił mi spędzić z tobą czas. Już wczoraj wiedział, że nas odwiedzisz.
– A ty wiedziałaś?
Nie odpowiedziała, spojrzała tylko. Mimo że zostawiłem ją wówczas bez jednego słowa pożegnania, nadal kochała mnie tak samo. Dostrzegłem to w jej oczach. Czyli nadal jest sama, pomyślałem, kiedy oddaliła się, żeby zmienić ubiór.  
Prawdopodobnie złamałem jej serce. Pokochałem ją pewnie od razu, jeszcze jako dzieciak, ale tak poważnie, jak skończyłem piętnaście lat, Koi miała wtedy dwanaście. Była moim partnerem w walce, przyjacielem i za rok, kochanką. I to trwało pięć lat. Wyjechałem bez słowa, ponieważ Joseph i Ewelina Parker… zginęli. W testamencie napisał, że chce, bym wrócił, kiedy on umrze i dalej prowadził już dobrze rozwinięty interes. Nienawidziłem go, lecz spełniłem jego wolę. Czekałem na nią i nadal rozmyślałem. Prawdopodobnie każda inna kobieta miałaby mnie w nienawiści, za to, co zrobiłem, ale nie Koi.
Po kilku minutach, ubrana po europejsku, zeszła po schodach. Zaraz potem, spokojnie opuściliśmy teren klasztoru.
Nie zwracałem uwagi na pojedyncze, zadbane domki. Czułem swoisty zapach w powietrzu, bo zbliżał się deszcz. Stawialiśmy równo nasze stopy i poza oddechami i biciem naszych serc, nic nie mąciło ciszy.
– Mieszkam w klasztorze, ale nadal mam dom po mamie.
– Co z nią?
– Odeszła dwa lata temu.
– Przykro mi – powiedziałem.
– Jak Diana i dzieci?
– Znasz nawet imię mojej żony?
– Również imiona twoich dzieci.
– Nigdy nie napisałaś. Źle odebrałem wówczas twoje słowa, dlatego wyjechałem.
– Nic nie mów, Ame - san, wszystko jest dobrze.
Poczułem coś w sercu. Teraz mogłem spokojnie odpowiedzieć na jej poprzednie pytanie.
– Dobrze. Zamierzam opuścić organizację. Sądziłem, że chcę to zrobić dla nich, ale doszedłem do wniosku, że robię to i dla siebie. Przyjechałem do Tokio, by porozmawiać z szefami Yakuza. Rozmowy przebiegły pozytywnie. A przyjechałem tutaj, ponieważ chciałem cię zobaczyć.
Znowu przez dobre dwadzieścia minut nic nie mówiliśmy. Doszliśmy do domku. Widać, że go odwiedzała, ponieważ nie dostrzegłem żadnego zaniedbania.
– Mam herbatę. Możemy zrobić zakupy i ugotuję ci coś dobrego, Ame - san.
– Zamówmy, jeżeli chcesz, chcę się tobą nacieszyć.
Popatrzyła na mnie i dostrzegłem łzy w jej oczach.
– Ty wiesz, że ja...
– Tak, Koi. Jesteś nadal w moim sercu i zawsze będziesz.
– Jesteś pierwszą i jedyną miłością mojego życia. Cieszę się, że jesteś szczęśliwy z Dianą.
– Dziękuję.
Zdjąłem buty i wszedłem za nią do domku. Bezzwłocznie zaczęła przygotowywać herbatę.
– Może chcesz sake?
– Nie, Koi, chyba, że ty chcesz. Jako mniszka, możesz?
– Nie jestem mniszką, mieszkam i pracuję w klasztorze. Nadal się uczę. Walki, a głównie życia. Bo  jesteśmy tu po to, żeby się uczyć. Kensi - Omura ma już osiemdziesiąt lat i pożyje jeszcze kilka. Nie wiem co zrobię, kiedy go zabraknie. Mam tylko jego i ciebie – szepnęła.
Nie mogłem tego nie zrobić. Przytuliłem ją. A ona... pocałowała mnie w usta. I przytrzymała je o sekundę za długo. Trwało to dwie minuty, może dłużej. Odsunęła się.
– Wybacz, Euri - san. Teraz już mogę umrzeć szczęśliwa. Mam nadzieje, że Diana mi wybaczy.
– Z pewnością. Ona wie, że jesteś w moim sercu, ale...
– Nie mów nic, Ame - san. Ja wszystko rozumiem.
Patrzyłem, jak robi herbatę. Widziałem to setki razy, ale nigdy mnie to nie nudziło. Nie odwróciła się ani razu, ale wiedziała, że na nią patrzę. Potem usiedliśmy razem i rozpoczął się cały rytuał picia naparu. Siedzieliśmy bez słów, bo co mieliśmy więcej mówić? Zarówno ona jak i ja wiedzieliśmy, że możemy się kochać, ale to nie byłoby dobre ani dla mnie, ani dla niej, ani dla Diany. Miłość to bardzo dziwna rzecz. Niektórzy mówią, że nawet ruchome ścieżki w tajemniczym i mrocznym, gęstym lesie Aoki-ga-hara nie są tak zawiłe, jak drogi miłości.
– Powalczymy? – zapytała, kiedy wypiliśmy herbatę.
– Nie masz szans – uśmiechnąłem się.
– Nie bądź taki pewny Hariken. (Huragan)
– Jestem teraz tylko Zefa – odrzekłem. ( Zefirek)
– Dla siebie mam kimono, ale dla ciebie?
– Może wejdę w stare. Masz je nadal, prawda?
– Tak, Aisare shi - sha. – szepnęła. ( ukochany)
Spojrzałem na nią.
– To boli, Koi - san. Kochm Dianę, ale nigdy sobie nie wybaczę, że cię zostawiłem.
– Jest dobrze, Euri - san. Nigdy byś nie miał Chloe i Remiego, gdybyś nie wyjechał.
Poszła się przebrać. Po pięciu minutach wróciła w czarnym kimonie i podała mi granatowe spodnie.
– A gdzie góra?
– Nie pamiętasz? Porwałeś na strzępy w przypływie złości. A ja nie chciałam zszyć.
– Masz je?
– Oczywiście.
– Kiedy cię zobaczę następnym razem, chciałbym je zobaczyć już zszyte – uśmiechnąłem się.
Jej śliczne lico okryła listopadowa chmura.
– Pewnie mnie już nie zobaczysz.          
– Jeżeli mnie pokonasz, zrobię to.
– To mam o co walczyć.
Otworzyła starą szafę i wyjęła dwa bambusowe miecze.
– Powinniśmy mieć strój do ken - do.
– Nikomu nie powiem. Jeżeli przegram, dasz mi szanse w aikido?
– Dobrze, a jak ja przegram, to ty dasz mi również – odrzekłem.
– To mamy umowę. Przebierz się.
Poszedłem do drugiego pokoju. Stało tam nadal stare łóżko, na którym kochaliśmy się pierwszy raz. Mogliśmy na macie, ale pamiętałem, że tak chciałem. A Koi już wtedy zrobiłaby wszystko dla mnie. Miałem wówczas siedemnaście lat, ona trzynaście. Zaraz po akcie zbliżenia wyznała mi, że chciała tego już więcej niż rok wcześniej, ale czekała na moją decyzję.
Przebrałem się szybko, bo dziwnie się czułem w tym pokoju. Kiedy wyszedłem w samych spodniach od kimona, spojrzała na mój tors.
– Jesteś potężnym mężczyzną, Ame - san, ale ja jestem szybka jak kobra.
– Zobaczymy.
Poszliśmy do małej salki, gdzie ćwiczyliśmy przed laty. Ustawiłem się w pozycji, Koi również. Dobry rycerz miecza zadaje jedno cięcie. Po chwili wiedziałem, że chyba jednak nie wygram, w walce na miecze i nie tylko. O tym kto zwycięży, wiadomo już przed walką.
Koi od wielu ciągle ćwiczyła, nawet do sześciu godzin dziennie. Poza tym pracowała, medytowała i wykonywała podobne czynności, co reszta mnichów.
Zadałem cięcie. Oczywiście nie chciałem zrobić jej krzywdy. Sztuka naszej walki polegała na tym, że musieliśmy szybko i precyzyjnie zadać cios i równie szybko go wyhamować, milimetry przed ciałem przeciwnika. Koi nie zdołała uskoczyć, ale również zadała cios, o ułamek sekundy szybciej niż ja. Gdybyśmy walczyli na prawdziwe miecze, oboje byśmy umarli. Ja uderzyłem w jej serce, ona w moją szyję.
– Przegrałem – rzekłem.
– Mówiłam, że tak będzie. Jesteś świadomy co by się stało, gdybyśmy walczyli na prawdziwe miecze i uderzenia trafiłyby do celu?
– Wiem, Koi, Amai kuma no ko. (Słodki niedźwiadku)
Uśmiechnęła się.
– To ty jesteś Amai kuma no ko, chcesz rewanżu?
– Nie, wiem, że wygram.
– I ja to wiem. To mnie zobaczysz, albo ja ciebie.
– Na to wygląda.
– Zamówię jedzenie, chyba, że chcesz zobaczyć mistrza, to wówczas razem zjemy.
– Dobrze. Nie planowałem tego, wiedziałem, że twoje serce mi wybaczy. Nie miałem pewności co do niego.
– Przecież on jest jak Budda. Jakby miał ci nie wybaczyć?
– Fakt. Tylko się przebiorę.
– W takim razie i ja.
Znowu się rozdzieliliśmy. Po dziesięciu minutach ja miałem na sobie zwykłe ubranie, a ona tę samą, śliczną sukienkę.
– Wyglądasz ślicznie – pochwaliłem.
– Nie podlizuj się. – Spojrzała na mnie z uśmiechem.
– Naprawdę?
Walnęła mnie mocno w rękę.
– Masz siłę i szybkość. – rzekłem.
– Jestem pewna, że ty też.
– Trenuję, ale maksymalnie godzinę dziennie.
Stanęła przede mną i uchwyciła mnie za ramiona.
– Powinieneś to zostawić, dobrze czujesz. Kiedy mnie zostawiłeś, miałeś złota aurę, teraz masz nadal, ale jest ciemna mgiełka wkoło. Ciemna moc pragnie cię pociągnąć na swoją stronę.
– Może zapytam mistrza, jak to interpretuje. Tak, postanowiłem odejść, ale nie sądzę, że mi pozwolą.
– Joseph Parker cię skrzywdził, ale jak widzisz, gdyby tego nie zrobił, nigdy nasze ścieżki by się nie zeszły.
– Tak.
Resztę drogi szliśmy bez słów. Weszliśmy na schody klasztoru. Zdjęliśmy buty i dalej szedłem za nią w półmroku, bo tylko małe świece po obu stronach, tuż przy ścianach korytarza, znaczyły drogę. Kensi - Omura siedział tyłem do nas, a przodem do posagu Buddy. Panował tu półmrok, jedynie kilka świec dawało minimum światła. Wonne kadzidła drażniły przyjemnie nozdrza. Bez słowa usiedliśmy za nim i czekaliśmy. W sali medytacyjnej panowała całkowita cisza. Po kilku minutach mistrz wstał.
– Euri - san.
– Sensei - sana. – odrzekłem. (mistrzu)
Dopiero teraz odwrócił twarz i spojrzał na dziewczynę.
– Dobrze cię widzieć, Ame - san. Budda mi szeptał, że przybędziesz. Chcesz odejść z tej organizacji, to dobrze.
– Koi mówi, że widzi ciemną chmurę na mojej złotej aurze. Czyżbym się stał gorszy?
Twarz mistrza pokrył tajemniczy uśmiech.
– Nie Euri. To część aury tego, kogo miłujesz. On schodzi do piekła, strzeż się go.
– Mówisz o moim bracie Hajze.
– Tak.
– Czy mogę mu pomóc?
– Próbuj.
Wiedziałem, że niczego więcej mi nie powie. Siedzieliśmy w milczeniu.
– Bracia się ucieszą, jak spożyjesz z nimi posiłek. Pójdźmy.
Po pięciu minutach jedliśmy już ryż z sosem z jarzyn. Piliśmy wodę. W sali siedziało dwunastu braci. Pod ścianami paliły się wonne kadzidła. Zatęskniłem za tym światem. Poczułem dotyk dłoni Koi.  
– Cieszę się, że przyjechałeś. Zostaniesz do rana? – zapytała.
– Dobrze, ale gdzie będę spał?
– Tutaj. Rozmawiałam z mistrzem.
– Kiedy?
– Przed chwilą.
Zrozumiałem i uwierzyłem. Poczułem miłe ciepło w okolicy serca. Rozkoszne, kojące, jak śpiew anioła…

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użył 2713 słów i 15645 znaków, zaktualizował 11 lip 2020.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Almach99

    Fragment od: "jesli mnie pokonasz..." Jest wklejony 2 razy

  • AlexAthame

    @Almach99 Dziękuję. :)