Deszcz cz 39

Nie mogłem uwierzyć, kogo widzę. Była nieco tylko wychudzona, ale nadal piękna. Smutna, ale nie złamana. Nie miałem broni, żeby strzelić w łańcuch. Klucz co kłódki leżał dwa metry za obrębem łańcucha.

— Ty żyjesz — zdołałem wyszeptać.

Łzy ciekły mi po policzkach, a podobny potok widziałem na policzkach Diany.

— Czekałam na ciebie, kochanie.

Dałem jej pić. Rozpiąłem kłódkę i uwolniłem.

— Chcesz jechać do szpitala?

— Nie. Jestem słaba, ale czuję się dobrze. Chcę się wykąpać. Co z Itzala?

— Nie żyje.

— Zabiłeś go?

— Nie ja. Zrobiła to Betty. Gdyby nie ona, pewnie bym nie żył.

— Nie jestem taka pewna. Zobacz to. Napisał kartkę, zanim wyjechał do Japonii, pięć dni temu.

Przeczytałem kartkę. ,,Chcę go zabić, ale mam nadzieję, że mi się nie uda".

Czytałam kilka razy i spoglądałem na żonę po każdym przeczytaniu.

— Kiedy ostatnio jadłaś?

— Pięć dni temu.

Nie chciałem jej zostawiać, ale zrobiłem to i poszedłem na górę. W lodówce było trochę jedzenia. Z dobrą datą ważności. Dziwny facet. Miałem pewność, że Diana wie o nim dużo więcej. Zszedłem na dół i pomogłem jej wejść na górę.

— Pomogę ci się umyć, a potem zrobię coś do jedzenia.

— Dobrze kochanie.

Na samym dole gdzie ją więził miała toaletę. Musiał to sam zrobić, bo tego nie było w oryginalnym domu, pamiętałbym. Patrzyłem jak się rozbiera. Stałem w pogotowiu gotowy zareagować, gdyby straciła równowagę czy zasłabła. Zaczęła się myć. Potem nalała wody i poleżała kilka minut w cieple.

Pomogłem jej się wstać, wytrzeć i ubrać.

— Zadzwonię do Chloe i powiem, że żyjesz.

— Dobrze, zrób to. Z pewnością się ucieszy. Aisha i Koi również.

— Wiesz, że tam są?

— Wiem wszystko. Ty nie wiesz wiele, więc ci powiem. Chcesz teraz czy jak zjem?

— Jak zjesz.

Rozmowialiśmy w dziwny sposób, biorąc pod uwagę okoliczniści. Nie musiałem pytać, wiedziałem, że zawdzięcza życie Itzali. Kiedy się ubrała poszliśmy na górę, do kuchni.

— Pozwól, że zadzwonię do naszej córki.

Skinęła głową. Wybrałem numer i czekałem na połączenie.

— Tak? —usłyszałem głos córki.

— Kochanie, mama żyje.

Przez chwilę nic nie słyszałem. Czułem, że są tam emocje.

— Boże...cudownie. Czyli uratował również ją. Przylecicie, czy ja mam przylecieć?

— Przylecimy. Muszę tylko załatwić paszport i bilet. Znajdę kontakty i da się zrobić.

— Tak się cieszę. Powiem Aishy i Koi.

— Jasne. Kocham cię

— Mogę z mamą porozmawiać?

— Oczywiście. — oddałem komórkę żonie.

Nowe łzy napłynęły do jej ślicznych oczu.

— Kochanie — szepnęła.

— Mamusiu.

Milczały długą chwilę.

— Przyjedź, będę czekała — szepnęła Chloe, a wszystko mogłem słyszeć, bo Diana włączyła głośnik.

— Dobrze kochanie. Ucałuj wszystkich ode mnie.

Rozłączyła. Siedziała i patrzyła na mnie, a ja robiłem obiad dla mojej ukochanej żony. W szafce znalazłem ryż. Poza tym pastę pomidorową. Dlatego postanowiłem zrobić najłatwiejszą zupę pomidorową. Dałem do wody jedną marchewkę, mała pietruszkę i małą cebulę. W drugim garnku gotowałem ryż. W zamrażalniku znalazłem filet z łososi. Po chwili gotowałem ziemniaki. Zrobiłem surówkę z kapusty kiszonej, marchewki i jabłka. Wszystko miałem, nawet cytrynę. Kiedy ryba się odmroziła zacząłem ją smażyć. Diana wciąż patrzyła. Czułem o czym. Tego nie dało się pojąć. Ona wiedział, że ja żyję a ja sądziłem, że ona nie.

— Mogę już zacząć mówić? — zapytała.

— Oczywiście, kochanie.

— Powiem ci wszystko, a najważniejsze zostawię na koniec.

— Oczywiście, chociaż co może być ważniejsze ponad fakt, że żyjesz?

— Zobaczymy. Myślę, że nasza miłość jest większa niż to wszystko.

— Jest, kochanie.

— Dobrze to zacznę już. Wiem, że myślałeś, że nie żyję. On też nie powiedział mi od razu, że nie zginąłeś. To był bardzo dziwny i nieszczęśliwy człowiek. Joseph go zniszczył. Może nie on, ale tak to Itzala odczuwał.

Popatrzyłem na nią i zapytałem.

— Byłaś z nim blisko?

Diana patrzyła bez strachu.

— Euri to miał być na końcu. Pozwól, że ci wszystko opowiem.

— Dobrze, kochanie.

— Ja też wiem, że byłeś z Rozalinda i Aishą i że chcesz być z Koi. No i wiem o Chloe. Tylko nie wiem jak Izala to wiedział.

Poczułem się obnażony. Faktycznie, jak on to mógł wiedzieć? Jednak w momencie jak pady te słowa wiedziałem, że nasza miłość jest silna i nic się nie zmieniło. Mogłem słuchać.

— Mów ukochana.

— Itzala mnie uratował. Podobno walczyłam ze śmiercią trzy tygodnie. Miał zdolności medyczne inaczej pewnie bym umarła. Kiedy odzyskałam przytomność, ponieważ trzy tygodnie pozostawałam w śpiączce byłam mu wdzięczna, ale zaraz mnie sprowadził na ziemię. Powiedział, że nigdy cię nie zobaczę. Ja sądzę, że chciał mnie złamać. Jak wiesz nie miałam nigdy nienawiści i nie mógł tego zrobić, żeby ją wzbudzić we mnie. Opowiadał mi wszystko o tobie. Jak żyjesz jako żebrak. Jak umierasz za życia. Musiał cię obserwować. Wiedział o Chloe. Mógł nas wszystkich zabić, ale tego nie zrobił. Oczywiście powiedział mi, że zabił tych dwóch. Terrego i Simona. Wiedziałam, też, że zabił Hajze, twoich rodziców. Nigdy nie pytałam, czy zabije mnie. Często mówił, że jak przyjdzie czas zabije ciebie. Sądził, że będę go prosić o twoje życie, ale nigdy tego nie zrobiłam. Kiedy uznał, że mnie nie złamie, zaczął traktować mnie inaczej. Powiedział, że jeżeli uda mi się uciec, zabije was wszystkich i mnie. Dlatego nie próbowałam, zresztą nie dał mi takiej szansy. W końcu, kiedy wiedziałam, że nigdy nie miał nikogo zapytałam, czy mogę mu siebie zaofiarować. Zapytał, czy chcę to zrobić w zamian za wolność. Powiedziałam mu, że chcę mu dać ciało, ale jeżeli zechce, dam mu miłość. Bo czułam, że jej brak jest powodem, że jest taki. Powiedział, że nie wolno mi o tym mówić, lecz ja to robiłam. Raz na tydzień czy dwa. W końcu złamałam go. To stało się przed wybuchem bomby.

— Wiedział nawet o tym?

— Tak. Masz do mnie żal o to? Chciałam mu dać miłość. Myślałam, że go zmienię.

Zastanawiałem się, czy zadać to pytanie, ale Diana mnie wyręczyła.

— Nie był dobrym kochankiem. Nie dał mi rozkoszy. I sądzę, że nie udało mi się niczego zmienić, ale kiedy napisał tę kartkę, może jednak coś się zmieniło. On kochał, o ile tak można powiedzieć tylko matkę.

— Tak. Zabił ją w odruchu. Jak jej się udało go wytropić, przecież był doskonały? Powiedział przed śmiercią: Dlaczego? Przecież cię kochałem?

— Tak, bardzo tragiczna postać. Z początku mówił mi o swoim cierpieniu. Szkoda mi go było. Może teraz jest wolny.

— Może, nie wiem.

Diana jadła powoli.

— Dobrze gotujesz, kochanie.

— Dziękuję.

Patrzyła na mnie. Co za cudowna osoba. Ułatwiała mi wszystko.

— Wiem, że chcesz być z Koi i będziesz.

— Będę z tobą!

Uśmiechnęła się.

— Nie zostawisz więcej Koi. Będziesz z nią.

— Będę z tobą — powtórzyłem.

— W takim razie będziemy razem, o ile ona się zgodzi. Nie chcę mieszkać w Anglii. Nie wiem, czy będę chciała mieszkać w Japonii.

— Może zamieszkamy na wyspach, tam, gdzie Camilla i George?

— W Polinezji?

— Skąd wiesz?

— Itzala wszystko wiedział. Dziwny człowiek. Genialny. Doskonały we wszystkim i bardzo nieszczęśliwy. Mówił mi, że był blisko wyzwolić się z tej nienawiści, kiedy zabił Josepha Parkera i twoją matkę, ale mu się nie udało. To prawda, że Rozalinda się zmieniła?

— Tak. Powiedział ci jak się to stało? Skąd mógł wiedzieć, że ja i ona...?

— On nie mógł wiedzieć, tylko się domyślił. Ja wiedziałam.

— Rozalinda przeżyła piekło. Miała twarz pełna blizn. Sądziła, że jest brzydka a w środku potworem. Musiałem udowodnić jej, że tak nie jest. Powiedziałem coś, a potem nie widziałem innego rozwiązania niż to. Chciałem ci o tym powiedzieć, ale zabrakło czasu... To stało się, kiedy pojechałem do Nowego Jorku.

— Domyślałam się. Jak się to stało? Ty nie jesteś taki, jesteś dobry, jesteś aniołem. Nigdy nie zdołam być tak dobra, jak ty.

Nie wytrzymałem i zacząłem płakać. Długo, może z dziesięć minut.

— Kochanie — szepnąłem, kiedy skończyły mi się łzy — przez te trzy lata żałowałem, że nie pokazałem ci jak bardzo cię kochałem i jak bardzo dobra jesteś. Ale to się zmieniło. Każdego dnia będę ci to mówił.

— Głuptas. Nic nie musisz zmieniać. Jestem bardzo szczęśliwa. Czy to prawda, że one wszystkie cię chciały?

Poczułem się głupio i niezręcznie.

— Tak. I w sumie byłem bliski, by zrobić to z Chloe, ale właśnie wówczas uświadomiłem sobie, że tego zrobić nie mogę.

— Tak, to miałeś ten kłopot. Nigdy bym nie miała do ciebie żalu, gdyby to się stało.

— Ona nas wówczas podglądała.

Diana pokiwała głową.

— Cóż, pewnie to nie tylko to.

— Kiedyś jej powiedziałem, że zrobiłbym to z nią setki razy, aby ci wrócić życie.

— Widzisz, Bóg jest łaskawy dla swojego anioła.

— Diano ja nie jestem aniołem. Zabijałem, prowadziłem kryminalną organizację. Spałem z obcą kobietą, a potem z Aishą.

— Rozalinda nie była nigdy dla ciebie obca, a teraz ją kochasz, prawda? Kochasz je wszystkie, a one ciebie. Trudno cię nie kochać, jesteś doskonały.

— Nie jestem.

— Dla mnie jesteś. Pragnęłam tego dożyć, widocznie i dla mnie Bóg okazał łaskę. Może Itzala to zrozumiał. Może wiedział i to, że Betty go śledzi i zabije. Być może on zezwolił na to. Szkoda mi go, naprawdę. Inaczej niż Remiego i inaczej niż Hajze.

— Wiesz, że zostawił mnie wówczas w opuszczonym domu z naładowanym pistoletem? Dwa razy strzelałem sobie w głowę i pistolet zawiódł. Kiedy w końcu go rzuciłem na podłogę, wystrzelił sam.

— Itzala to widział. Powiedział mi po tym, kiedy już byłam z nim. On chyba zrozumiał, że nie może cię zabić. Szkoda, że nie pokonał swojej nienawiści i smutku. Tak jak w wypadku Remiego i dla niego dałam mu wszystko, co mogłam, żeby zrozumiał czym jest miłość i wybaczenie, lecz to nie wystarczyło.

— Jaka ty jesteś cudowna. Masz tyle serca.

Popatrzyła na mnie.

— Był dla mnie zimny, ale nie brakowało tutaj mi niczego poza wolnością. Tak bardzo chciałam cię zobaczyć. Oczywiście chcę zobaczyć Chloe. Wiesz, że matka zawsze kocha najbardziej swoje dzieci.

Zobaczyłem jej łzy. Wiedziałem, że to z powodu Remiego.

— Nie zawiodłaś, on był inny. Nie chcę powiedzieć zły.

— Tak, Euri. On był zły. Zapytamy Boga czemu tak.

— Z pewnością, o ile będziemy mieli taka szanse. Ty z pewnością.

— Nadal sądzisz, że jestem lepsza niż ty, a tak nie jest.

Znowu popatrzyła tak inaczej. Odczułem jej spojrzenie.

— Bardzo cię kocham, ale też i pragnę. Ale nie zrobię tego aż Koi się zgodzi. Mam nadzieję, że wyrazi zgodę.

Nie mogłem nic powiedzieć. Jej miłość nie była dla mnie do zrozumienia.

— Nie zostawisz mnie samej, kiedy będziesz załatwiał ten paszport?

— Nie zostawię cię na chwilę.

Znowu popatrzyła.

— Dziwne jest to, że zabiliście tyle złych i wpływowych ludzi i nie ma żadnej reakcji.

— I mnie to dziwi. Mam jednak nadzieję, że ludzie dobrej woli to wykorzystają i usuną innych.

— Kiedy się to stanie będziemy wiedzieć. Powoli, ale tajemnica zostanie odkrywana.

— Najbardziej mi żal dzieci. Dzieci są niewinne.

— Nie wszystkie — posmutniała.

— Przeważająca większość — sprostowałem.

Pokiwała tylko głową.

— A ty nie zjesz? — zapytała.

— Jutro. Czujesz się dobrze.

— Już tak — wtuliła się w moje ramiona.

Trzymałem ją długo i trwaliśmy w milczeniu. Powoli osiągałem spokój.

Chciałem być przy niej blisko. Powiedziała mi, że przez te trzy lata spała w łóżku i nie była przykuta. Tylko na czas, kiedy gdzieś jechał. Wyznała, że oczywiście miała chwile zwątpienia, ale nigdy do końca nie straciła nadziei, że mnie i Chloe zobaczy. Tego dnia więcej nic nie mówiliśmy. Siedziała blisko, wsparta na moim torsie. A potem poszliśmy spać. Ona zasnęła szybko z błogim, cudownym uśmiechem, ja natomiast długo nie mogłem zasnąć. W końcu i mnie sen zmorzył. Kiedy się obudziłem, przez pierwszy ułamek sekundy sądziłem, że to sen, ale nie, Diana spała wtulona we mnie. Po lekkim śniadaniu zadzwoniłem do dwóch osób. Kiedy przekonałem się, że nie będzie z tym problemów, pojechaliśmy. Paszport miał być gotowy za dwa dni. A więc właśnie tyle mieliśmy dla siebie czasu. Sprawdziłem, że nadal mam kilkadziesiąt milionów w różnych bankach na Ziemi. Dobrze, że miałem dobra pamięć i pamiętam wszystkie hasła. Posiadałem w sumie czterdzieści sześć milionów i dwieście trzynaście tysięcy.

W odpowiednim terminie odebrałem paszport. Teraz Diana nazywała się Anita Cortney. Miała trzydzieści dziewięć lat i miała firmę na Bermudach i Kajmanach. Kupiłem bez problemu dwa bilety do Tokio. Paszporty były znakomite, co dziwne mój dawny znajomy nie chciał pieniędzy, kiedy dowiedział się, że Diana żyje.  

Lecieliśmy do Japonii, by zobaczyć naszych bliskich. Dopiero z Nagano chciałem zawiadomić Rozalindę o moim szczęściu. Nie musiałem się zastanawiać jak to przyjmie Koi. Jednak nie wiedziałem do końca jak będzie się zapatrywać na perspektywę życia we trójkę. Sądziłem, że podobnie jak Diana poprosi bym był z żoną. Ale znowu moja umiłowana powiedział, że sama z nią o tym porozmawia. Zostawiłem to, bo wiedziałem, że jako dwie kobiety z pewnością lepiej się porozumieją. W końcu miały być razem. Jeszcze raz musiałem przyznać w sercu, że Diana jest bardzo sprawiedliwa. Dla niekomplikowania poprosiłem, żeby nikt nas nie oczekiwał w Tokio. Natomiast wszystkie czekały na nas na dworcu w Nagano. To był bardzo wzruszający moment, kiedy Chloe i Diana wpadły sobie w ramiona. Aisha i Koi stały blisko mnie. Arabka robiła wrażenie nieco zdenerwowanej, chociaż widziałem i czułem, że cieszy się w swoim sercu.

— Euri, czy ona nie będzie zła jak się dowie?
Nie mogłem mieć do niej żalu, że martwi się właśnie o to.
— Już wie i nie jest jak widzisz, to cudowna osoba.

— Z pewnością. Boże, nie wyobrażasz sobie jak Chloe to przyjęła. Chodziła i całowała mnie, to znowu Koi. A twoja Japonka cieszyła się również, a wiesz, że oni nie okazują uczuć. Naprawdę się cieszę. Poznałyśmy dwóch mnichów. Kensi— Omura powiedział mi, że oni są dla nas. To bracia. Wspaniali chłopcy. Jeszcze im nie powiedziałyśmy o nas, ale oni się chyba domyślają.

— Japończycy?

— Nie, są z Norwegi. Dziwne, prawda?

— Nic mnie już nie zdziwi. Jestem taki szczęśliwy. Naprawdę.

Diana i Chloe podeszły do mnie i razem się przytuliły.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użył 2715 słów i 15158 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto