Deszcz cz 30

— Bardzo wam dziękuję, że macie staranie o mnie. Postaram się dojść do swojej wagi i wezmę się solidnie za trening. Postanowiłem pomóc Rozalindzie. Jej jestem szczególnie wdzięczny, bo uratowała moją kochaną Koi, a teraz jej ludzie, na jej prośbę, roztaczają nad nami opiekę.

— Euri — san, mój ukochany — szepnęła Koi — ja też wezmę udział w akcji. Wiem, że dziewczyny będą bezpieczne. Sądziłam, że najlepiej będzie, jeżeli polecą do Japonii i zamieszkają w klasztorze, a Yakuza otoczy je jeszcze większą opieką, ale jeżeli uznacie, że mają tu zostać, wierzę, że ludzie Rozalindy zdołają je i tu ochronić.

— Kochana Koi — zaczęła Rozalinda — ja również wszystko przemyślałam. Z uwagi, że rozpęta się tu niezłe piekło, jeżeli bomba wybuchnie i zabiję tych szubrawców, to jednak lepiej i bezpieczniej dla Chloe i Aishy będzie jak jednak polecą do Japonii.

— A co na to dziewczyny? Jestem ojcem Chloe i mam praw decydować, ale chciałbym znać jej zdanie i tej osoby, dzięki której żyje, Aishy.

— Myślałyśmy o tym i zrobimy, jak ustalicie. Skoro uważacie, że najbezpieczniej będzie dla nas w Japonii, tam polecimy, ale chcę byście nam coś obiecali. Wszyscy. Chcemy was widzieć żywych i w całości. Możecie to obiecać?

Zapadła cisza. Nikt nie chce umierać, a czasem się to zdarza zdrowym ludziom przestrzegającym bezpieczeństwa. My byliśmy zdrowi, ale mieliśmy zrobić prawie samobójczą akcję.

— Zrobię wszystko córeczko, żebym przeżył.

— Postaram się nie zginąć — szepnęła Koi.

— Jeżeli uda mi się ocaleć, zrobię to — zakończyła Rozalinda.

— Tylko na tyle was stać? — zapytała Aisha.

— To tylko jest w Bożych rękach, czy zginiemy, czy nie. — powiedziała Rozalinda.

Zdziwiłem się, bo sądziłem, że jest niewierząca.

— Może Bóg będzie miał was w opiece — powiedziała Chloe.

— Kiedy chcesz to zrobić? — zapytałem.

Rozalinda popatrzyła na mnie wnikliwie.

— Nie wcześniej niż za trzy tygodnie. Pewnie za miesiąc. Kiedy dostanę bombę, będę musiała to zrobić w ciągu dwóch dni. Dlatego przygotowuje wszystko równolegle.

— Czy ten ktoś nie sypnie? — zapytałem.

— Nie. Porwano mu siedmioletnią córkę i poszlaki wskazywały, że zginęła w tym właśnie zamku. Nie kupią go za nic. Bo życie człowieka nie ma ceny. Być może nawet pójdzie z nami. Nie ma już nikogo. Żona załamała się i popadła w nałóg narkotyczny. Miesiąc temu umarła. Jemu pozostała tylko zemsta.

— Znam ten ból, chociaż nie miałem zemsty w sobie. Uznałem, że to moja wina i chciałem zrobić na koniec coś dobrego i odejść.

— Jeżeli mogę coś powiedzieć, to tylko to, że zemsta nie jest dobrą motywacją. Czy będę mogła z tą osobą porozmawiać?

— Nie wiem, wybadam. To pułkownik wojska. Odszedł z armii, kiedy córka zginęła. Jest na podglądzie. Mimo że tamci czują się bezkarnie, inni pomniejsi obserwują.

— Skoro odszedł, jak to zrobi? — zapytała Aisha.

— Dobre pytanie. Twierdzi, że w wojsku ma kilka bardzo zaufanych osób. Dowodził nimi i zawsze chciał służyć słusznej sprawie. Kiedy odszedł, uznano to za akt słabości. Ale ludzie, którymi dowodził, kochali go. W wojsku rzadko kto ma trochę serca, a on miał.

— Myślę, że z pewnością jest jakaś szansa, by uniknąć ofiar z naszej strony, chodzi o to, żeby nikt się nie poświęcał.

— W dużej mierze zależeć to będzie czy niczego nie odkryją. Najtrudniejsza sprawa jest, by bombę wnieść.

— Rozmawiałyśmy o tym, jedyna droga to przez kuchnię.

— Tylko że z tego, co wiem, oni mało jedzą zwykłego jedzenie. To kanibale.

— Rytualnie tak robią, ale jeden raz w roku mają jakieś specjalne święto i jest wówczas specjalny bankiet. Mają wówczas normalne jedzenie. Najlepsze wina i nawet desery. To właśnie wypada dokładnie za miesiąc bez jednego dnia.

— Jedzenie jest sprawdzane?

— Oczywiście, ale wyrywkowo. On mają zaufanych ludzi. Poza tym mało kto wie o tym miejscu.

— Jak duża jest bomba? — zapytałem.

— To nowoczesna technologia, jednak sama bomba jest wielkości dużej teczki.

— Ile będzie tam osób, chodzi mi o samych najważniejszych, nie obsługę i ochronę.

— Powinno być sto dwadzieścia osób. Z obsługą i ochroną około trzystu osób. Każdy z nich ma ochronę i nie wierzy innym. Kochają zabijać i męczyć, ale sami się boją o swoje tyłki.

— Och, to dużo! — zdziwiła się Asha — i nikt z mediów nie wie?

— To sekret. Sam zamek jest w lesie. W promieni dwóch kilometrów nikt nie mieszka. Większy krąg chroni wojsko, mają tam jednostkę. Do środka wjeżdżają tylko ludzie, którzy znają hasło. A hasło jest znane dzień wcześniej tylko wtajemniczonym.

— To jak wejdziecie.? — zapytała Aisha.

— Musimy zdobyć hasło. Jest jeszcze druga droga. Są tam podziemne korytarze. Istnieją setki a może tysiące lat. To jest ich droga ewakuacyjna. Niestety wejście jest silnie chronione. Zamyka jej brama ze stali o grubości pół metra. I otwiera się od wewnątrz. Otwarcie tej bramy jest sygnalizowane u każdego zaproszonego.

— Jednak warto to rozważyć — powiedziałem.

— Jasne, wszystkie opcje można. Problem jest w tym, że w środku nie działa elektronika. Jeżeli nawet uda się nam wprowadzić bombę, to trzeba będzie ją odpalić manualnie. Jeżeli ją odkryją będą chcieli wynieść na zewnątrz i wówczas eksplozja zabije jedną trzecią gadów, bo podziemie jest cztery piętra pod ziemią i chroni je w sumie trzy razy po osiem metrów zbrojonego betonu. W innym wypadku zaniosą bombę do korytarza i zamkną bramę. Wówczas znowu eksplozja da jeszcze mniejsze straty. Dlatego zrobimy tak, że w razie wpadki bomba wybuchnie od razu. Jest jedna sprawa, o której pomyślałam teraz — rzeka Rozalinda.

— Co takiego — Koi popatrzyła na nią.

— Jest tam jeden, przez nich bardzo szanowany facet. Wyjątkowa kreatura, nawet jak na nich. Ma prawie dziewięćdziesiąt lat, lecz jak każdy, obawia się umrzeć. Pewnie wie gdzie trafi. Dwa miesiące temu miał wypadek. Wykluczono wpływ osób trzecich. Zawinił jego luksusowy wóz. Kierowca zginął, a on stracił nogę. Normalny sędziwy starzec by pewnie umarła, ale złego diabli nie biorą. Specjalnie dla niego zbudowano nowoczesną bioniczną nogę. Kosztuje majątek, a ponieważ jest w fazie prób, musi być obok niego wózek. Gdyby...

— Chcesz powiedzieć, że tam można by umieścić bombę.

— Teoretycznie tak. Zmieniają techników, bo stary jest okropnie upierdliwy. Może ty, Koi?

— To pedał, lubi co prawda młodych chłopców, ale takiego przystojniaka jak Euri z pewnością zaakceptuje.

— Ponoć jestem atrakcyjny da kobiet — próbowałem się uśmiechnąć.

— Jesteś atrakcyjny dla dzieci również — Rozalinda posłała mi szczery uśmiech.

Nie podejrzewałem ją o uszczypliwość. Jednak lubiłem jasne sytuacje.

— Dla jakich dzieci jestem atrakcyjny?

— Euri, znasz mnie i moje uczucia do ciebie. Nie miałam nikogo konkretnego na myśli. Wiem, że tak jest. Masz coś w sobie, że każdy cię lubi i jesteś dla niego atrakcyjny w całym spektrum tego słowa.

— Miałem kilku wrogów i pewnie jeszcze kilku zostało.

— To musieli być dziwni ludzie, z pewnością bardzo źli.

— A ten stary, jak mu tam, jest aniołem?

— Lord Jeffrey Essex-Cumberton. Aniołem nie jest, przynajmniej z nieba, ale z pewnością mu się spodobasz.

— A jak załatwisz mi wejściówkę?

— Mam dojścia. Jest pewien doktor Melvill Ortingen, jest specjalistą od elektroniki i biotechniki i jest fanem trans humanizmu. Oto on.

Rozalinda pokazała mi fotografię.

— Nie wiedziałem, że mam sobowtóra.

— Nie jest pewnie wszędzie identyczny — uśmiech pokrył jej, teraz już całkiem ładną buzię.

Posłałem jej długie spojrzenie. Zrobiła minę niewiniątka.

— Euri, zdjęcie podretuszowano. Czyli można i ciebie tak ucharakteryzować.

— Co dalej z tym Melvillem?

— Niektórzy wiedzą o niejakim Euri Parkerze i słuch niesie, że zginął. Sprawdzano Melvila kilka razy.

— Co go skłoni do współpracy z nami?

Rozalinda wyjęła pistolet.

— To mały śliski drań, coś jak Morgan. Też lubi dzieci.

— Tak jak ja?

— Przeciwnie.

— Rozumiem. Tylko co będzie jak mnie zaproszą do stołu na ucztę z niewiniątek.

— Poświęcisz się dla dobrej sprawy.

— Chyba żartujesz Roz — spojrzałem na nią ostro.

— Teraz nie. Szansa na to jest mała. Dodają pewnie rozweselające przyprawy, a technik musi być w pełni sprawny.

— Musisz podać mi bardzo dokładny plan.

— Oczywiście, że to zrobię.

Odniosłem wrażenie, że Rozalinda próbuje mnie poderwać. W tym jednoznacznym znaczeniu.

— Przestań — powiedziałem poważnie.

— Dobrze, Euri. Mam usprawiedliwienie mojego zachowania, ale nie wiem, czy zrozumiesz.

Reszta patrzyła na nas.

— Tato to się nazywa burza hormonów, wiem, o co chodzi.

— Dziwne, że ja takowej nie mam — rzekłem nieco niezadowolony.

Ku mojemu zdziwieniu Chloe wzięła mnie za rękę i poprowadziła do drugiego pokoju.

— Powinno jej zaraz przejść. Wyznała mi, że brak jej zwykłych antystresowych terapii, a teraz jest narażona na podwójny atak.

— Nie rozumiem.

— Działamy na nią. Każda z osobna i wszystkie razem, a ty podobno jeszcze więcej niż my wszystkie razem. Coś takiego miałam wtedy, ale u mnie zawsze uczucia górowały.

— Wówczas jakoś nie widziałem uczucia, za to coś innego.

— Popełniłam błąd. Powinnam ci wyjawić źródło, a nie pokazywać efekty.

— No już dobrze, kochanie. Nie stało się wówczas i nie stało się teraz.

— Ja chciałam trzy lata wcześniej.

— Chloe, miałaś dwanaście lat. Jak?

— Koi też miała dwanaście.

— Tylko ja miałem wówczas siedemnaście i Koi nie była moją córką. Dobrze, wracamy. Dziękuję za informację.

— Już zrozumiałam, ale dalej jestem zaborcza. Cos jak pies ogrodnika. Sam nie weźmie i innemu nie da. Widzisz, zmieniło się, ale dopiero czynię staranie, by być zwykłą córką.

— Chloe, proszę!

— Wybacz. Podziwiam Koi, a Aishę rozumiem. Więc musisz wybaczyć i Rozalindzie. Sądzisz, że jak im to ogłosisz, że nici z kochania się z tobą, to tak nagle im przejdzie?

— Nie muszę jej niczego wybaczać. Uratowała Koi, nigdy jej tego nie zapomnę i nie ma rzeczy, której bym dla niej nie zrobił. A czy im przejdzie, czy nie to już nic na to nie poradzę. Ja już nie mam z tym problemu.

— Tatku, ona nie chce byś się odwdzięczał. Ona pragnie byś ją potraktował z miłością.

— Czy ja jestem darem dla wszystkich? Kocham was wszystkie. Co nie znaczy, że mam z wami spać. Zrozumiałem i dla mnie sprawa skończona.

— Pewnie tak. Kiedyś mama mi to powiedziała, chyba miałam czternaście. Oczywiście nie wiedziałam, że ona wie co ja czuję.

— Chloe. Wciąż o tym wspominasz. Przestań. Zostaw przeszłość.

Wróciliśmy do salonu.

— Co tak długo — zapytała Rozalinda.

— Tłumaczyłam tatusiowi twoje postępowanie, on nie jest kobietą i nie rozumie pewnych spraw.

Dziwne to zabrzmiało. Zawsze się rozumiałem z Koi. W większości rozmów nie miałem najmniejszych kłopotów rozumieć się z Dianą, dlaczego miałbym nie rozumieć Rozalindy?

— Sądzę, że Euri jest bardzo specjalny, i nawet gdyby się postarał, zrozumiałby nas, jako ród kobiecy — rzekła Brazylijka.

— Wygląda na to, że Euri rozumie wszystkich, tylko nie mnie — szepnęła Aisha, a kiedy dostrzegła spojrzenia innych, zarumieniła się na buzi.

Musiałem zareagować.

— Dlaczego tak sądzisz?

— Raczej czuję.

Poczułem się dziwnie. Zrozumiałem, o ile dobrze to odczułem.

— Czy jej chodzi o to? — skierowałem pytanie do Koi.

— Dokładnie.

— Czy to naturalne? — zapytałem z kolei Rozalindę.

— Nie zwróciłeś uwagi, że wszystkie tracimy głowę i nie tylko w twoim towarzystwie?

— Niezupełnie — odrzekłem szczerze.

— W sumie najmniej widać to po Koi, ale pewnie zawdzięcza to temu treningowi w klasztorze.

— Prawdopodobnie — odrzekła.

— Wygląda na to, że jutro pójdziemy znowu coś popatrzeć w sklepach i zostawimy Aishę z naszym rodzynkiem.

— A to dlaczego? — zapytałem zdziwiony.

— Musisz jej wytłumaczyć, że ją również rozumiesz — uśmiechnęła się Rozalinda.

Spojrzałem na Koi.

— Wytłumaczę ci istotę sprawy.

Czułem się nieco wyłączony. Rozalinda tłumaczyła Koi istotne drobiazgi odnośnie do planowanej akcji. Ona przekonywała, że wszystko się powiedzie, ja natomiast zastanawiałem się, czy rzeczywiście Lord Essex nie pozna różnicy. Wtrąciłem tę uwagę.

— Nie rozumiesz albo lepiej nie czujesz jak ci ludzie myślą. Oni nie traktują nas jako równych. Dlatego, jeżeli cię dobrze ucharakteryzujemy ten stary gad niczego nie odkryje. On będzie cię widział jako niewolnika. Wie, że jest już za stary, by coś móc, ale ponieważ jeszcze coś widzi, zechce nasycić swoje oczy twoim widokiem. A z powodu jego pozycji, nikt nie śmie dotknąć jego wózka.

— A kto nim się zajmuje teraz? — zapytałem przytomnie.

— Melvill Ortingen, oczywiście.

— On tam nocuje?

— O nie. Ten rodzaj niewolników śpi w swoich domach. Jest tam od ósmej rano do dziewiątej wieczór. Essex mu dobrze płaci. Czego nie wie Melvill to tego, że kiedy jego bioniczna noga się przyjmie, Melvill nie będzie już potrzebny.

— Zwolnią go?

— Euri! Oni są gorsi niż Syndykat. Zabiją go, tak płacą swoim sługusom.

— To ratujemy mu życie.  

— To jest właśnie główny punkt planu. Melvill jest na tyle mądry, że to zrozumie i przede wszystkim, uwierzy. Tylko oczywiście nie ujawnimy, że jest pedofilem. Niech sądzi, że nie wiemy.

Na dłuższą chwilę uciekłem we wspomnienia. Brakowało mi Diany. Wiedziałem, że nie wróci, ale bardzo tego chciałem. Żal mi było syna. Nadal nie chciałem uwierzyć, że był zły. Wierzyłem, że mógłbym go zmienić.

Wyłapywałem pojedyncze słowa Ramirez. Ona z pewnością wiedziała, że nie słucham, ale miała do mnie zaufanie, że kiedy będzie czas, sprawię się dobrze. Ani przez sekundę nie zapominałem, że uratowała moją Koi, a przez to i mnie, bo z pewnością Czarna śmierć by mnie zabiła. Ten fakt mnie mobilizował do treningu. Zostało mi wiele z lat, kiedy ćwiczyłem z Koi, ale jak się chce być dobrym, trzeba ciągle ćwiczyć. Ponoć istniał samuraj, który stoczył ponad siedemset pojedynków. W późniejszych latach szukali go, tylko żeby z nim walczyć, bo był niepokonany. I wszyscy ginęli. Musiał być naprawdę dobry. Pewnie on pokonałby Tomine Saro.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użył 2536 słów i 14787 znaków.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Choc

    Witam.
    Och,budujesz napięcie.
    Czekam,czekam.

  • AlexAthame

    @Choc Dziekuje.Nie spodziewałem się, że tak dużo osób przeczyta w tak krótkim czasie.Postaram się dzisiaj lub jutro wstawić następny.Nie jest tak łatwo eksplodować bombe A i przeżyć. :)