Deszcz cz 25

— Jesteś potworem i będziesz się smażył w piekle.

— Kto to wie. A ty może uratujesz duszę, bo każde cierpienie, zmniejsza winę.

Cień zobaczył, że Simon przestał się bać. Co nie znaczyło, że nie będzie czuł bólu. Oprawca założył mu na powrót knebel i zaczął. Musiał go cztery razy cucić, bo nieszczęśnik mdlał z bólu. Sprawdził czas i w końcu ostatnim cieciem rozciął mu tchawicę i aortę. Patrzył jak krew leje się aż do sufitu. Obserwował spokojnie ostatnie drgawki umierającego ciała. Kiedy Simon umarł, wyszedł z garażu bez żadnej emocji. Wrócił do domu. Ukrył samochód w specjalnym schowku w garażu i poszedł się umyć. Oczywiście poprzednio spalił całe ubranie, te w którym dokonał mordu. Wiedział, że nie zostawił żadnych śladów. Czekał. Odprowadził niewidziany jak cień, Euri na lotnisko. Wszystko miał zaplanowane, ale przecież dobry scenariusz musi być elastyczny. W domu Hajze założył podsłuch. Wiedział co tamten planuje. Obserwował wszystko bez emocji. W pewnym momencie zrozumiał, że Euri jest mu bliższy niż ktokolwiek inny, oczywiście poza matką.

Dlatego postanowił go zabić na końcu. Nie mógł przewidzieć, że najstarszy syn Josepha Parkera przeżyje podróż do Nowego Yorku, ale zakładał, że wróci cały zdrowy. Podczas ostatniego aktu dramatu, jaki skomponował Hajze, skoncentrował się na najstarszym dziecku Josepha Parkera. Również nie mógł wiedzieć z całą pewnością co zrobi Remi czy jego stryjek. Dopiero, kiedy Hajze opuścił dom Parkerów, a dom wybuchł, wkroczył. I to pomogło Aishy, inaczej prawdopodobnie zabiłby ją i Chloe. No cóż, nawet geniusz robi pomyłki. Potem kiedy odkrył to, zmienił decyzję i postanowił również zabić obie dziewczyny na końcu, oczywiście nieco wcześniej niż samego Euri. I wiedział, że zadba, by Deszcz o tym się dowiedział od niego, że to z jego ręki zginęły.

Kiedy budynek rozleciał się na kawałki wszedł do jedynego ocalałego miejsca. Nie chciał, by Euri dostał się w ręce policji, dlatego go wyniósł z gruzowiska. Zrobił coś jeszcze, czego sam nie rozumiał. Dla pewności dał mu środek, by Euri go nie rozpoznał. W końcu był bardzo podobny do Hajze. Zastanawiał się, czy Euri się zabije. Słyszał strzał. Oczywiście nie miał nic wspólnego, z tym że broń dwukrotnie nie wystrzeliła. Uznał to za przypadek, bardzo wyjątkowy, ale przypadek. Oczywiście się mylił. W tym świecie nie ma przypadków. Ani w małych, ani w wielkich sprawach. Wielki Kontroler wie o ruchu wypustek każdego wirusa i o ruchu planet i słońc. Wiedział o walce i o jej wyniku.

Największym atutem Itzala była cierpliwość. Przewidział, że w końcu Euri poleci do Japonii. Po stracie żony jego stara i wciąż aktualna miłość mogła na powrót rozkwitnąć.

— Szczęściarz z ciebie, bracie. Wszystkie na ciebie lecą. Ciekawe dlaczego? Doświadczaj tego, bo ja nigdy nie poznam ciała kobiety — szepnął do siebie i wrócił do domu. Nie wiedział, że i w tym się myli.

Nie wiedział najważniejszego. Serce matki wiedziało. Dlatego Betty była zawsze smutna. Odkryła prawdę, która raniła jej serce i duszę. Nie wiedziała detali, ale domyślała się, że Itzala jest wielokrotnie gorszy niż Hajze.

Teraz.

— Chyba idziemy spać — rzekła Rozalinda.

— Pokażemy im pokój — powiedziała Chloe.

Wzięła za rękę swoją miłość i podeszła do mnie i Koi.

— Pokażemy wam wasz pokój.

— Jest tylko jeden dla nas? — zapytałem.

— Niestety. W drugim ja śpię z Aishą, a Rozalinda śpi w salonie.

— Mogę z wami — zwróciła się do Euri i Koi, Brazylijka.

— Nie dzisiaj — rzekłem.

Koi popatrzyła na mnie zdziwiona.

— Chcesz spać ze mną i z nią?

— Czy ja tak powiedziałem?

— Tak zrozumiałam — rzekła Koi, wciąż zdziwiona, ale zupełnie nie wzburzona.

— Koi — san. Powiedziałem, że nie dzisiaj. Znaczy, że nie będziemy spać dzisiaj we trójkę.

— To oznacza, że może jutro — nie dawała za wygraną Japonka.

— Może, jest przypuszczeniem, a nie akceptacją.

— Dobrze, Euri. Powiedz wprost. Będziesz spał z Rozalindą i ze mną razem?

— Nie wiem. Nie myślę o tym i nie pragnę tego.

Lekko uspokojona zwróciła się zatem do Brazylijki.

— A ty byś chciała? Kiedy mnie opatrywałaś mówiłaś, że chciałabyś spać ze mną.

— Coś pomieszałaś, Koi. Powiedziałam, że byłoby miło, gdybyś ze mną spała. To nie to samo.

— Dla mnie, tak.

— Wytłumaczę ci Koi. To nie znaczy to samo.

— Jesteście bardzo skomplikowani. Sądziłam, że będę wszystko rozumieć, a tak nie jest.

— Bo inaczej myślisz. Jesteś prostolinijna i szczera jak dziecko. Dlatego cię kocham.

Florentyna przytuliła i pocałowała zaskoczoną Koi w policzek.

— Rozumiem coraz mniej. Być może będę musiała pomedytować i wówczas zrozumiem.

— Jestem bardzo zmęczony, chodźmy już. — rzekłem.

Rozalinda zabrała się za doprowadzanie kuchni do stanu idealnego. Pomachała odwrócona do nas tyłem ręką, a córka i Aisha poprowadziły nas do pokoju. Chloe pocałowała mnie w policzek, a Egipcjanka tylko powiedział dobranoc. Zostaliśmy sami z Koi.

— Euri san, chciałabym wrócić do Japonii z tobą.

— Dobrze, ale najpierw musimy coś zrobić.

— Co takiego?

— Zniszczyć Syndykat.

— Rozalinda zabiła wielu, w tym najgorszych.

— Nie, Koi. Najgorsi są w ukryciu. To oni wydawali polecenia, ale jak ona myśli wjechać tam ciężarówką pełną Syntexu?

— To już lepiej mieć atom.

Popatrzyłem na nią z olśnieniem.

— Tak! Tylko i tak przemycić tam atomową bombę, będzie trudno.

— Nie mówiłam poważnie, Euri.

— Ale to lepsze niż cały wóz Syntexu, tylko taką bombę nie jest tak łatwo zdobyć.

— A jest to w ogóle możliwe?

— O tak! Znam kogoś, kto ma dojścia.

— Żartujesz!

— Wcale. Musimy tylko podmienić. Jakieś sześć lat temu uratowałem pewnemu generałowi dziecko. Zrobi dla mnie wszystko.

— Nawet to?

— Tak. Z jakiegoś powodu ludzie mi się odwdzięczają.

— Tak. Dostałeś miecz.

— Koi, jestem zmęczony, a ty ranna. Boli cię ręka?

— Oczywiście, lecz jestem wojownikiem. Wytrzymam. Nadal mój duch jest nieco zburzony. Przegrałam.

— Czy to istotne? Żyjesz i bardzo się z tego powodu cieszę.

Spojrzała na mnie inaczej.

— Naprawę?

— Oczywiście.

Podeszła i wtuliła się we mnie.

— Mogę to powiedzieć?

— Zawsze.

— Watashi wa anata o aishiteimasu, watashi no saiai no hito (kocham cię, mój najdroższy).

— Japoński jest taki dziwny — szepnąłem — U nas jest tylko pięć słów, a po baskijsku nawet mniej.

— A jak to będzie w twoim języku?

— Maite zaitut, maitea.

— Rzeczywiście, krótko. Ale to znaczy tylko, że ja kocham cię więcej niż ty mnie.

— Nieprawda. Mam w sercu Dianę, ale kocham cię tak samo.

— Skoro mówisz.

Poczułem przypływ miłości. I przez chwile czułem, że Diana zezwala mi dodać miłość, którą czuję do niej, do miłość do Koi. Pocałowałem ją delikatnie.

— Tak mi przykro, że straciłeś ją i syna, ale jednocześnie jestem szczęśliwa, że mogę być z tobą. Jesteśmy słabł dzisiaj...

— Wiem, Koi. To kiedyś się stanie.

Coś mi odpowiedziała, ale już nie usłyszałem, bo ogarnęła mnie senność.

Kiedy się obudziłem, już świtało. Koi leżała obok zwinięta w kłębuszek, wyglądała jak dziecko.

Pokonaliśmy wrogów, ale czy wszystkich? Czy nadal zagrażało mi niebezpieczeństwo? Czy tak się stanie, jak mówiła Koi, że kiedy wrócę z mieczem do Japonii, wszystko się uspokoi? A co z organizacją? Musiałem się wziąć za siebie. Miałem powód, by żyć, a właściwie dwa. Moja córka żyła i miałem obok Koi. Teraz niejako sytuacja uległa zmianie. Miałem nadal w sercu Dianę, a mogłem bardziej realnie kochać Koi. W końcu moja żona zginęła trzy lata temu i nie mogłem wrócić jej życia. Wstałem i dokonałem wszystkich porannych czynności. W łazience wisiało duże lustro i mogłem się sobie przyjrzeć. Straciłem kilka kilogramów. Nadal miałem niezłą sylwetkę, ale stres i strata ukochanych osób zrobiły swoje. Mimo to nadal wyglądałem na swoje lata. Ogoliłem się, a kiedy skończyłem, wyszedłem.

— Hej tatku — powiedziała Chloe.

— Wyspałaś się? — zapytałem.

— Aisha nie dała pospać.

Zrobiłem minę i pokręciłem głową.

— Żartuję, spałyśmy grzecznie. Od trzech lat myślałam, czy cię zobaczę. Szukałam w wiadomościach. Ahmed mi bardzo pomógł i Fatima również. Obawiali się o mnie, bo nie wiedzieli, czy ktoś nie będzie chciał mi zrobić krzywdy. Parę razy była policja, ale nigdy nie mieli nakazu i nie szukali. Być może słusznie im nie ufaliśmy.

— Być może. Ja też żyłem jak uciekinier. W sumie się nie bałem. W moim zrozumieniu straciłem was i nie chciałem żyć. Zaraz po wybuchu domu, ktoś mnie wywiózł i zostawił broń, bym się zabił. Strzelałem dwa razy, ale pistolet zawiódł, a kiedy rzuciłem go na ziemię, wystrzelił.

— Och, coś ty chciał najlepszego zrobić! — przywarła do mnie całym ciałem.

— Widocznie musiałem żyć.

— Tak — pocałowała mnie krótko w policzek i usiadła na fotelu.

— Zaraz zacznę coś robić do jedzenia. Ta Koi jest taka miła.

— Tak, uosobienie dobra. Nigdy ci nie mówiłem, ale nie zdołałem powiedzieć mamie jak bardzo ją kochałem.

Chloe otarła łzę.

— Tak mi jej brak. To przez twojego brata, on namówił Remiego.

— Nie wiem. Remi nie był dobry. Ciężko mi się z tym pogodzić. Nie mi oceniać, który z nich był gorszy. Ale jest jeszcze ktoś.

— Kto? — zobaczyłem zaciekawienie, ale i niepewność w jej oczach.

(Oczywiście czytelnicy już wiedzą, ale nie wszystko).

— Nie wiem. Ten ktoś wyniósł mnie ze zniszczonego domu. Nie wiem kim jest i dlaczego to robi, ale jest moim wrogiem. Sądziłem, o ja nieszczęsny, że najgorsze co mnie może czekać, to śmierć. Nie sądziłem, że stracę żonę i syna. Oczywiście myślałem, że i ciebie straciłem.

— Wiesz co tatku... Może nie powinnam o tym teraz mówić. Pamiętasz, że chciałam...

— Tak.

— Nie myślę o mężczyznach, jestem szczęśliwa z Aishą, ale być może masz rację. Może kiedyś będę z mężczyzną i ona też znajdzie męża. Jakkolwiek będziemy kochać się do końca życia. To pewne.

— Miłość jest zawsze dobra.

Do salonu weszła Rozalinda.

— Jak się czujesz, Euri?

— Dobrze.

— Rana ci nie dokucza.

— Tak, ale przeżyję.

— Koi?

— Śpi. Myślę, że będzie dobrze.

— Zjemy coś. Musicie się wzmocnić, będę was potrzebować.

— Do czego?

— Jak to do czego? Musimy zniszczyć gniazdo węża. Chcę wysadzić kwaterę główną Syndykatu.

— Jak chcesz to zrobić? Mówiłaś o tym wczoraj. Pilnują. Van z Syntexem zrobi szkody, ale nie nadruszy podziemi.

— Mam lepszy pomysł. Zaniosę bombę atomową.

— To absurdalne, Rozalindo.

— Wcale nie.

— Chcesz ją zanieść i uciec?

— Nie. Chcę to zabrać ze sobą i zdetonować. Zabiję wszystkich. Mają zebrania i czasem są prawie wszyscy. Ponad sto dwadzieścia osób. Same rekiny finansjery światowej, te niewidoczne.

— Nie chce byś ginęła. Zabijesz ich, przyjdą inni.

— Przynajmniej ich osłabię.

— Nie chcę byś ginęła.

Podeszła do mnie blisko.

— Zabiłam wielu ludzi, nie zawsze winnych. Nie jestem dobra.

Popatrzyłem na nią.

— Jesteś w błędzie. Twoja śmierć bardzo mnie zasmuci. Koi też by tego nie chciała.

— Czego bym nie chciała? — właśnie pokazała się w salonie.

— Powiem ci później. Jak się czujesz?

— Nie tak źle. Przez jakiś czas nie będę najlepsza w mieczu. A przypuszczam, że możemy mieć kłopoty za jakiś czas. Uważam, że powinniśmy jak najszybciej polecieć wszyscy do Japonii. Tam będziemy najbardziej bezpieczni.

— Sama powiedziałaś, że chodzi im o miecz. Może go odeślę...

— Euri, ale chcę mieć cię blisko. Nie chcę cię już tracić drugi raz.

— A co z nami? — zapytała Chloe.

— Polecimy wszyscy. Yakuza nam załatwi ochronę.

— Mają aż takie możliwości?

— Tak. Poznałam osobiście ich szefa.

— Kenichi Shinoda?

— Tak. Wyobraź sobie, że jedna z ich głównych organizacji znajduje się w Nagano.

W końcu do kuchni przyszła Aisha.

— Witajcie. Wszyscy spali dobrze?

— Ja świetnie — odezwała się Rozalinda.

— Ja również — powiedziała ciszej Koi.

Usiadłem w salonie, bo nie chciałem im przeszkadzać. Zacząłem myśleć jak skontaktować się najszybciej z Georgem i Camillą. Ze słów Brazylijki wynikało, że wie gdzie są. Zbierałem myśli. Teraz kiedy wiedziałem, że chociaż córka żyje, i o tą odrobinkę moje serce mniej cierpiało. W końcu mój ból nie przywróci ich do życia, ale tak działa ludzka psychika. Nadal nie chciałem do końca przyjąć, że mój syn był zły. I nawet próbowałem tłumaczyć sobie, że Hajze zdradził ze strachu. Cóż, nie żyli i nie mogłem o tym z nimi porozmawiać. Przeszła mi również krótka myśl o zamiarze Rodriguez. Wydawało mi się, że nie powodowała nią zemsta. Chciałem dokładniej wiedzieć, dlaczego chce to zrobić. I przy okazji, ponieważ miałem szansę się dowiedzieć, zamierzałem ją poprosić o dokładne opowiedzenie jak miały się sprawy sprzed trzech lat. Być może dlatego pragnąłem tych informacji, żeby mieć powód do wybielenia winy mojego brata. Po jakimś czasie kobiety zaczęły przynosić jedzenie do salonu. Po raz pierwszy od przeszło trzech lat poczułem się jakbym z powrotem miał rodzinę. Ponieważ odebrałem to nieco emocjonalnie, zakręciła mi się łza. Akurat stało się to w momencie, kiedy Chloe usiadła blisko i zauważyła, że mam mokry policzek. Nie potrzebowała tłumaczenia, zrozumiała.

— Znowu jesteśmy razem, ojcze.

Spojrzałem na jej śliczną buzię. Chyba nigdy tak mnie jeszcze nie nazwała.

— Właśnie to pomyślałem. Czy wybaczysz mi, że zaniedbywałem was, kochanie?

Objęła mnie i położyła głowę na ramieniu.

— Nie mam ci, czego wybaczać, kochałeś nas w sercu i pewnie nadal kochasz zarówno mamę, jak i Remiego.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użył 2483 słów i 14267 znaków, zaktualizował 31 sie 2020.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Choc

    Witaj.
    Jak zwykle ,świetne.

  • AlexAthame

    @Choc Dziękuję.Jesteś nielicznym z komentujących.Teraz dla Deszcza(dziwnie mu się imię odmienia, może powinno być, Deszczu) nastąpi sielanka.Jest otoczony czterema kobietami.Wszystkie o niego dbają. Kochają go, pragną, lecz żadna nie chce go mieć na własność.I to jest piękne.On sądzi, ze Chloe przestała...Czy uda im się zniszczyć Syndykat?I co planuje Cień?