Deszcz cz 16

Czy oni się jej obawiają, pomyślałem? Ruszyłem w kierunku, w którym się udała. Jak zgadnę gdzie jest? Miałem przed sobą sześć wejść. Postanowiłem wyczuć, wykorzystując moje nabyte zdolności wojownika. Słuch, zapach i intuicja. Zafundowałem sobie mały sprawdzian. Po chwili wybrałem. Zapukałem.

— Wejdź, Euri.

Wiedziała, że ja przyjdę, pomyślałem.

Wszedłem. Pokój wyglądał jak biuro, ale dalej musiała mieć drugi.

— Chodź, pomożesz mi w decyzji, usłyszałem jej głos z drugiego pokoju.

Wszedłem zdecydowanie i stanąłem jak wryty. Stała w szpilkach, pończochach i komplecie bielizny, powiedzmy, że nazwałbym odważną. Figurę miała niezłą jak na jej wiek, a nawet bardzo dobrą.

— Wiedziałaś, że przyjdę.

Spojrzała na mnie i nie miałem już najmniejszych wątpliwości. Podeszła blisko.

— Dawno nie spotkałam prawdziwego faceta. W Brazylii owszem, ale tamci mało mieli z ludzi. Ci dwaj to dupki.

— Rozalindo, powiedziałem coś...

— Dlatego, że jestem starsza i brzydka jak noc?

— Nie jesteś brzydka jak noc.

— Mam tylko trzy lata więcej niż ty — powiedziała wyjątkowo miękko.

— Lubisz kobiety, a ja mam żonę.

Spojrzała mi prosto w oczy i szepnęła.

— Nie powiesz mi, że nie spałeś z inną kobietą, od kiedy jesteś żonaty, a ja gustuję w kobietach nie dlatego, że je wolę, tylko z powodu, że nie spotkałam odpowiedniego faceta.

— To nie jest dobry pomysł. Miałaś wrócić za dziesięć minut...

— Chciałam, żebyś przyszedł — teraz już opierała swoje jędrne, małe piersi o mój tors.

— Porozmawiamy o tym potem, teraz chodź.

W tym momencie przypomniałem coś sobie.

— Tylko jedno pytanie. Zajmujesz się handlem dziećmi?

Popatrzyła na mnie ostro.

— Też słyszałam o tym. Ktoś przypina mi najgorsze łaty. Aniołem nie jestem, ale pamiętam dzieciństwo w Brazylii. Jadłam już lekko śmierdzące jedzenie. Widziałam tyle okrucieństwa na tych niewinnych istotach. Wiesz kto, rozsiewa te plotki? Jest ktoś z naszej trójki kogo szczerze nienawidzę. Nie z innego powodu, tylko z tego.

— Morgan?

— To pedał. Ja jestem lesbijką i powinnam go popierać, ale powiem ci coś w sekrecie, bo masz jaja. Któregoś dnia zabije tego skurwiela, właśnie za to. Nie za plotki o mnie tylko, że on zajmuje się tym diabelskim procederem.

Odetchnąłem. Czy wszystko, co mówili o tej kobiecie pozostawało kłamstwem? Musiałem trochę poczekać, by się tego dowiedzieć. Skończyła zakładać ubranie i spojrzała na mnie inaczej. Momentalnie złagodniała. Dostrzegłem w jej oczach nadzieję i dlatego dłużej nie patrzyłem w jej oczy. Wyszedłem szybko. Wystarczyło kilkanaście kroków i ochłonąłem.

— Zaraz będzie. Zacięła się jej haftka, to w końcu tylko kobieta.

Obaj wymienili uśmiechy.

— Pracujemy z nią kilkanaście lat. Nigdy do nikogo się tak nie zachowywała, jak do ciebie. Mieliśmy naciski od sponsorów, by nie być tak miłym, ale wymogła zmianę decyzji. Co do twojego stwierdzenia, jest dużym błędem nazywanie jej kobietą. To wcielony diabeł. Jednym ciosem powala z nóg stukilogramowego osiłka, strzela jak błyskawica, a w nożach nie ma równych. Z kobietą ma mało wspólnego.

Czyżby, pomyślałem? Miała aż takie wpływy albo coś wyglądało inaczej niż w rzeczywistości. Rozalinda przyszła za trzy minuty.

— Dobry koniak czeka — powiedział Collins.

— Mam na imię Larry, a w ostateczności nazwisko.

— Przepraszam, Rozalindo. Zachowujesz się dzisiaj inaczej.

— Nie każdego dnia żegnamy zasłużonego pracownika.

Chyba trochę przesadziła. Sądziłem, że mnie będą chcieli wykończyć, a ta wstawia gałkę, jakby zamierzała mnie obdarować medalem Honoru Kongresu.

Jej suknia świadczyła, że zna się na ciuchach. Srebrna, jedwabna, z rozcięciem na udzie i udekorowana gustownym pasem i naramiennikami.

Wzięliśmy kieliszki.

— To za twoje odejście Euri Parker i ...moje wkrótce.

Spojrzała na Larrego.

— Ciebie tak łatwo nie puszczą — uśmiechnęła się.

Koniak miał wyśmienity smak i aromat. Mieszaniny owoców, cygar, amfory, suszonej róży i zapachu trawy. Prawdopodobnie im doskonalszy smakosz i znawca, tym odkryłby szerszą gamę zapachów i smaków.

— Całkiem niezły — rzekłem.

— Dla mnie to koniak jak koniak.

Rodriguez spojrzała na Morgana jak na prostaka.

— To zbrodnia dawać coś tak dobrego i gustownego ignorantowi.

Zauważyłem jak poruszyły mu się kości policzkowe. Już drugi raz w ciągu kilku minut dotknęła go do żywego. Wypił szybko i odłożył kieliszek.

— Zadzwonię by kierowca czekał — powiedział sucho.

— Jedziemy w obstawie, nie zapomnij.

— Tym razem będzie wiadomo gdzie są ważne osoby.

— Boisz się o swoją dupę? Było zostać nianią do dziecka, a nie gangsterem — roześmiała się szczerze.

Collins roześmiał się również.

— To jest typowa Rozalinda Rodriguez.

— Pani Rozalinda Rodriguez — zaakcentowała.

— Oczywiście — spoważniał.

Zaczęliśmy iść do windy. Oczywiście uczepiła się mojego ramienia. Widocznie miałem powodzenie u pewnego rodzaju kobiet.

Dojechaliśmy po czterdziestu minutach. Zbliżała się dopiero pora lunchu. Ja coś skubnąłem w samolocie, z powodu myśli. Teraz kiedy dowiedziałem się, że jest całkiem inaczej niż myślałem, nabrałem ochoty na posiłek.

Kucharz przedstawił nam całą listę potraw. Homary, ryby, różne rodzaje mięs. W klasztorze zadowalałem się ryżem z sosem. Czasem jarzynami, ale po przyjeździe do Anglii zacząłem jeść mięso.

Rozalinda miała wilczy apetyt. To dziwne, bo miała szczupłe i umięśnione ciało, bez grama tłuszczu. Morgan chyba stracił apetyt, a Collins dbał o to by niemiał większego brzucha. Obaj męczyli ryż z sosem, sałatkę i jagnię. Ja zjadłem dobą rybę, owoce, homara, spróbowałem kilka sosów i sałatek. Kiedy Rozalinda kończyła trzeci talerz. spojrzałem na nią zdziwiony. Chyba wyczuła bezsłowną aluzję i rzekła.

— Masz rację, trzeba zostawić miejsce na deser.

Wypiła całą butelkę wina. Przedniego. Ja tylko umoczyłem usta.

— Ja dziękuję za deser. — odrzekłem.

— Cholera! Zapomniałam, że mieliśmy walczyć. I tak byś mnie pewnie pobił, za to możemy postrzelać. Umiesz, prawda?

— Nieźle, ale wolę miecz.

— To wiem. Faktycznie to, co masz należało do cesarza Hirohito?

— Tak. Dał miecz w ramach zasług zasłużonemu dla Japonii, właścicielowi elektronicznych sprzętów, a tamten podarował mi go, za osobistą przysługę.

— Coś słyszałam. Zabiłeś kilku ludzi w wieku dwunastu lat. Ja również miałam już kilku na swoim koncie, kiedy skończyłam dwanaście, a potem kilka razy tyle. Ale nie jestem dumna z tego. Pewnie się będę smażyć w piekle.

— Nie wiem — odrzekłem.

— Każdego dnia obiecuje sobie z tym skończyć, ale nie za długo wytrzymuję. Wierz mi, zabijam jak muszę.

— Słyszałem, że robisz to z przyjemnością.

Walnęła pięścią w stół.

— Co za skurwiel ci to naopowiadał?

— Nie zdradzam ludzi.

— To zgraja kłamców. Obrabiają mi dupę i czynią ze mnie potwora. A sam widzisz, że taka nie jestem.

Klepnęła mnie mocno w tors.

— Może już starczy wina, Rozalindo — powiedziałem łagodnie.

— Nie jestem pijana.

— Może i nie. Masz słabą głowę...

Spojrzała na mnie ze złością.

— Gówno wiesz. Zanim przyjechałeś z lotniska wypiłam pół butelki whiskey. Nie mówili ci, że mam problemy z alkoholem? To moja jedyna wada.

Collins się roześmiał, a Morgan powstrzymał.

— Co się śmiejesz, Collins. Jesteście facetami bez jaj, a ja muszę z wami pracować. Szkoda, że Euri odchodzi. Pozbyłabym się was i z nim bym postawiła Syndykat na nogi. Chince nas okradają, Japońce mają w dupie, a Ruscy tylko patrzeć jak zaczną robić nam konkurencje. Wiesz ile gangów powstało kiedy komuna upadła? Co za świat!

Widziałem, że powoli odpływa.

— Zawiozę ją do domu — powiedziałem.

Collins uniósł brwi i odrzekł.

— Czuj się wolny. W końcu to jej zasługa, że nie masz nieprzyjemności.

— Wiem, że pewnie chcieliście mnie sprzątnąć i pewnie by wam się udało.

— Nie chcieliśmy tego. Zaprzyjaźnieni ludzie sugerowali nam na ciebie wpłynąć...

— Nie mów mi. Postanowiono tak i dobrze. A z tymi sprawami różnie bywa. Każdy jest śmiertelny.

Larry chciał cos powiedzieć, ale Rodriguez podniosła głowę ze nad stołu i popatrzyła lekko zamglonymi oczami na nas.

— Chcę się napić, ale muszę iść do toalety.

Zebrała się i niezbyt równym krokiem i poszła we wskazanym kierunku. Po blisko dziesięciu minutach wróciła. Miała nieco zmoczona sukienkę przy dekolcie.

— Szkoda dobrego jedzenia, ale już mi lepiej. Napijesz się ze mną, Euri?

— Zawiozę cię do domu — powiedziałem zdecydowanie.

— Do domu?

Popatrzył na mnie bardziej trzeźwo.

— Nich będzie. Potem postrzelamy.

— Mamy dla ciebie zarezerwowany hotel u zaprzyjaźnionych ludzi. Bezpieczny.

— Dam sobie radę. Jutro wracam do Londynu. Przyjechałem tylko porozmawiać.

— Tak. Szkoda, że odchodzisz. Mieliśmy małe kłopoty z Hajze, zanim wróciłeś, dlatego pan Parker zaznaczył w testamencie...

— Daruj sobie, Collins. Powinienem to wszystko inaczej rozegrać, ale nie zawrócę historii. Żegnam. Może się jeszcze spotkamy lub porozmawiamy.

— Być może.

Nie podałem im ręki. Morgan się nie odezwał, a Collins tylko skinął głową. Poprosiłem własciciela lokalu by zamówił taksówkę. Zdziwił się, że chcę tak jechać. Czy oni wszyscy nie mieli za grosz odwagi?

Rodriguez zawisła mi na ramieniu. W taksówce zasnęła, zaraz po tym, jak podała adres.

Miała ładny dom blisko Centralnego parku. Sześciu goryli patrolowało teren. Dostrzegłem kamery i kraty w oknach. Twierdza z solidną bramą, tak oceniłem.

— Kim jesteś? — zapytał jeden trzydrzwiowy osiłek.

— Twoją ciotką, nie poznajesz?

Widziałem, że zacisnął pięści.

— Max, to mój dobry znajomy. Na drugi raz grzeczniej się odzywaj.

— Tak proszę pani — zmiękł momentalnie.

Coś tam zamruczała w niezrozumiałym języku, pewnie po portugalsku.

Kiedy weszliśmy do domu, zrzuciła szpilki.

— Muszę siusiu — powiedziała ciepło.

Pokręciłem głową. Potwór okazał się jagnięciem albo naprawdę traktowała mnie wyjątkowo.

Usłyszałem szum spuszczanej wody, potem kilka przekleństw, a potem szum prysznica.

— Mam nadzieję, że wyjdzie w szlafroku — powiedziałem cicho do siebie.

Odmawianie kobiecie jest trudną sztuką. A ja miałem słabość, chyba szczególnie do niej.

Czytałem jej akta. Nie miała łatwego życia. Ale to, co pokazała dzisiaj, zaprzeczało całkowicie co o niej mówiono i pisano. W końcu woda przestała szumieć. Wyszła w białym szlafroku.

— Jestem już trzeźwa.

Z pewnością częściowo alkohol z niej wyparował, ale do całkowitej trzeźwości jej sporo brakowało.

— Napijesz się? — zapytała i otworzyła barek.

Dostrzegłem wina, wódkę, gin i oczywiści whiskey. Nic specjalnego. Nalała sobie szklankę i wrzuciła dwie kostki lodu. Podszedłem do niej i zabrałem szklankę.

— Przywiozłem cię i masz iść spać, nie będziesz pić.

I w tym momencie mnie zaskoczyła. Zobaczyłem w jej dłoni pistolet.

— Oddawaj, bo cię zastrzelę.

Nie miałem pewności czy mówi poważnie. Raczej nie chciała mnie zabić, ale nadal miała procenty w sobie. Poruszyłem dłonią ze szklanką. Dała się złapać. Skierowała tam wzrok. Odebrałem jej broń.

— Idziesz spać! — powiedziałem ostrzej.

Znowu mnie zaskoczyła. Poczułem jej usta na swoich, a szlafrok się rozsunął. Może przypadkowo. Musiała umyć zęby, bo nie czułem nieprzyjemnego zapachu z jej ust. Nie miałem ochoty jej całować. Szybko odchyliłem twarz. Spojrzała na mnie naprawdę trzeźwo.

— Pieprzyłeś mi smutki, że nie jestem koszmarna. Te lezby, które pieprzę też mnie nie lubią, ale tylko przed. A wiesz dlaczego? Bo jestem zdolna w te klocki.

Poczułem się dziwnie. W ostatnich dniach za dużo się działo, dobrze, że Camilla nie chciała ode mnie niczego, ale ona naprawdę kochała Georga. A ja miałem problem. Naprawdę nie uważałem Rozalindy za brzydką. Może dlatego, że dostrzegłem coś dobrego w jej wnętrzu. Bo pod maską twardej i brutalnej osoby tkwiła inna istota.

— To nie tak. Mam żonę...

Spojrzała mi w oczy.

— Przysięgnij, że nie miałeś bliskiego kontaktu z inną kobietą od czasu ślubu, bo inaczej nie uwierzę. Wiem, że jestem koszmarna, a ty mnie oszukałeś.

— Miałem... — oczywiście pomyślałem o Chloe.

— Czyli mnie oszukałeś i jestem koszmarna...

— Nie jesteś.

— Dobrze całuję, naprawdę.

— Rozalindo...

Uparta baba. Znowu mnie pocałowała, tym razem, zanim przerwałem, poczułem jej język, na swoim.

— Przestań!

— W takim razie powiedz, że jestem brzydka i pasuję.

Stała zupełnie naga, bo szlafrok leżał teraz na drewnianej podłodze. Miała naprawdę zgrabne ciało.

— Nie patrz na twarz, ciało mam niezłe.

Wkurzyła mnie. Nie wiedziałem jak postąpić.

— Nie powinnaś błagać.

Chyba wybrałem najgorszą opcję.

— Błagać! Jak śmiesz! Co sobie myślisz? Jestem kobietą. Złą, czasem okrutną, ale kobietą. Spierdalaj. Wynoś się z mojego domu, kłamco!

Zaczęła mnie okładać po twarzy otwartymi dłońmi. Musiałem to skończyć. Nie miało dla mnie znaczenia jak wygląda, ale z pewnością nie była odrażająca. Gdyby nie blizny, wyglądałby zupełnie dobrze. Ale nie chodziło o to. Czułem jej ból. Złapałem jej głowę i zacząłem całować jej usta. Chwilę czułem zaskoczenie. Oddawała mi pocałunek, ale wciąż niepewna. Odrzucona i oszukana. Musiałem to zmienić. Całowałem dalej. I czułem zmianę. Chyba uwierzyła. W moje słowa, a potem w siebie. Nie hamowałem jej. Zdjęła mi górę, całowała i drapała tors. Dobrała się do spodni. Po chwili już nic nie miałem na sobie.

— O kurwa, ale armata. Twoja żona jest szczęściarą.

Zamknęła się i zajęła się moją dość wrażliwą częścią ciała. Albo miała nadzwyczajne zdolności, albo się bardzo starała. Albo jedno i drugie.

— Dobrze całuję?

Co miałem odpowiedzieć? To ja miałem ja przekonać do końca, że nie jest okropna. Widziałem, że mnie chce, ale nie było to tylko samą fizycznością.

— Dobrze. — powiedziałem.

— Moje panienki są czyste, gwarantuje. Weź mnie, jeżeli naprawdę nie czujesz obrzydzenia.

— Rozalindo, przestań. Już ci mówiłem...

— Zgwałcili mnie jak miałam osiem lat. Później było lepiej, ale wciąż ktoś chciał, a nie ja. Potem ich znalazłam i zabiłam i przysięgłam sobie nigdy nie dotknąć faceta, aż do dzisiaj. Przekonaj mnie, że męski ród to nie banda egoistycznych skurwysynów. Mam nadzieję, że twoja żona mi wybaczy.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użył 2583 słów i 14960 znaków, zaktualizował 6 sie 2020.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto