Sunbird - cz. 9

Sunbird - cz. 9Wysoka, brązowowłosa kobieta, ubrana w czarny T–shirt i czarną mini z motywem przedstawiającym czerwone róże, z niewielkim plecakiem na plecach wyszła z budynku należącego do Murtala Mohammed International Airport, prosto w słoneczny skwar połączony z tak znienawidzoną przez nią okołorównikową wilgotnością powietrza. W Lagos było niemal jak w lasach deszczowych Ameryki Środkowej, z tym, że w mieście dodatkową torturą było jeszcze ciepło odbite od betonu i asfaltu.  

Pomachała dłonią w kierunku intensywnie żółtych taksówek z kilkoma kolorowymi wąskimi pasami, biegnącymi przez środek ich masek oraz po bokach, tuż pod oknami samochodów, podziwiając przy okazji kierowców, że byli w stanie w ogóle wysiedzieć na tym niczym nie osłoniętym przed słońcem placu w tych swoich blaszanych piekarnikach. Jedna z nich oderwała się od reszty i podjechała, zatrzymując się przy niej. Zdjąwszy wcześniej plecak, wsiadła na tylną kanapę auta i podała młodemu kierowcy o sympatycznym uśmiechu odsłaniającym piękne zęby adres jednorodzinnego domu przy Sobo Siffire Road.

Taksówka, na szczęście klimatyzowana, wolno przeciskała się przez ulice okropnie zatłoczonego, przeludnionego miasta, mijając stojące przy kiepskich lub wręcz tragicznych drogach budowle, które co chwila nasuwały jej na myśl wrażenie, że miasto znajduje się w jakiejś strefie działań wojennych skrzyżowanej z placem budowy. Pojedyncze dobrze utrzymane budynki przemieszane były z ruderami w różnym stanie rozkładu, nowo stawianymi obiektami, oraz budami skleconymi z byle czego i krytymi blachą falistą. Zabudowa była bardzo gęsta, podobnie jak tłumy na ulicach – w tym ponad dwudziestomilionowym mieście na jednym kilometrze kwadratowym gnieździło się czternaście i pół tysiąca osób. Oficjalnie. Bo władze nie były w stanie doliczyć się wielu. Podobnie jak zapanować nad tym, co robią. Wprawdzie liczba morderstw w przeliczeniu na 100 tysięcy mieszkańców nawet nie umywała się do tej, jaka jest w krajach latynoamerykańskich, a nawet była kilkakrotnie niższa od południowoafrykańskiej, ale dla mieszkańca Europy jej dziesięciokrotność – i to też jedynie ostrożnie szacowana – w porównaniu z jego ojczystym kontynentem robiła wrażenie. A jeśli jakimś cudem nie robiła, to poza tym w ofercie były, wyjątkowo bujne tutaj, terroryzm, piractwo, handel ludźmi, organami, wykorzystywanie seksualne dzieci, gangi, przemoc domowa, przy których to jeden z największych wskaźników korupcji na świecie, choć w znacznej mierze winowajczyni tego stanu rzeczy, wyglądał wręcz niewinnie. Tak więc, razem z przeklętym klimatem, jeśli Lagos nie tworzyło piekła, to nadawało się idealnie na jego przedsionek.

A ona? Jak zwykle. Miała zadanie do wykonania i starała się nie myśleć o tym, po co i dlaczego. Podobnie jak nie zwracać uwagi na pożądliwe spojrzenia kierowcy w lusterko ustawione prosto na nią. Choć był całkiem, całkiem... Musiała przyznać. Tylko, że poza tym wszystkim, o czym już było, Nigeria, kraj przecież afrykański, mogła też się "pochwalić", a jakże!, wysokimi odsetkami zachorowań na ADIS i choroby weneryczne, o całej reszcie wszelkiego rodzaju zarazy już nawet nie mówiąc. Tak więc, tym razem nie będzie, jak w szpiegowskich książkach – o filmach nawet nie wspominając; na myśl o Bondzie ogarniał ją pusty śmiech – że "najpierw plany rakiety, potem inne podniety", lub w odwrotnej kolejności.  

Choć z drugiej strony...

Taksówka dotoczyła się wreszcie do dzielnicy Kosofe, w północno–wschodniej części miasta. Przekroczyła wąski mostek na, przypominającej mocno zanieczyszczoną sadzawkę, odnodze rzeki o nieregularnych brzegach wypełnionych plastikowymi i szklanymi śmieciami i, po przejechaniu jednej przecznicy, skręciła w podaną na lotnisku przez Sunbird ulicę, zatrzymując się przy pomalowanym na brzydki szaroniebieski kolor jednopiętrowym domu o dwóch balkonach na jego jedynym piętrze. W podobnym kolorze był też mur stanowiący ogrodzenie. Po sąsiedzku zaś miał uroczą, pozbawioną okien, drzwi i dachu budowlę z betonu i pustaków.

Patrząc na nią, nie można było zgadnąć, czy rudera jest dopiero budowana, czy właśnie ją rozbierają... W porównaniu z tym zaś, obrazek dokładnie po drugiej stronie ulicy, był wręcz sielski. Przedstawiał bowiem bardzo ładnie, jak na miejscowe standardy, utrzymany bliźniak, z czymś w rodzaju ogródka wyłożonego wykładziną przypominającą sztuczną trawę i biegnącymi do wejściowej dwuskrzydłowej bramy schodami wyłożonymi podobnie. Budynek był dość pstrokato pomalowany w gryzące się ze sobą barwy. Pastelowe... Pasteli też nie lubiła. Westchnęła tylko na widok tego wszystkiego, co rzuciło jej się w oczy po opuszczeniu taksówki, gdy znów wystawiona została na ten piekielny upał. Czy jest w tym mieście, i kraju, cokolwiek, co by choć trochę mogło jej się spodobać...?

No..., z braku laku, mogła ostatecznie przyznać, że bliźniak był przynajmniej schludny. A już zwłaszcza w porównaniu z okolicą. Nic dziwnego zresztą. Należał on, jak głosił postawiony na środku ogródka, na betonowym pastelowo–żółtym klocku, fioletowy banner (o zgrozo...), do lokalnej szkoły podstawowej i żłobka, a to widocznie zobowiązywało. Mimo woli przypomniała sobie przez moment swoje własne przedszkole. Szarobura rzeczywistość PRL–u, stacjonująca obok radziecka jednostka wojskowa, pilnująca, żeby mieszkańcom tego socjalistycznego raju nie zachciało się czasem "zgniłego kapitalizmu" i "zdrady ludu na rzecz imperialistów", ale budynek też był schludny i solidny... Bo poniemiecki.

Miejscowa szkoła nie była jej docelowym adresem. Szaroniebieski klocek obok rudery po przeciwnej stronie drogi był. Podeszła do czarnej, obdrapanej, stalowej bramy z byle jak przymocowaną białą tabliczką z niebieskim numerem i nazwą ulicy na niej. Przy wejściu nie było dzwonka ani domofonu, brama była zamknięta. Zostawało solidnie załomotać. Za którymś z kolei razem odniosło to skutek, w jednym z okien przy pierwszym od strony bramy balkonie pojawiła się czarnoskóra twarz. Chwilę później średniej budowy i wzrostu Murzyn w kolorowej koszuli i spranych spodniach wyszedł na balkon przez prowadzące na niego drzwi. Podała mu swój kryptonim jako hasło i jednocześnie przedstawienie się. Gość kiwnął tylko głową i zawrócił do domu. Kilka minut potem otworzył jej bramę, prowadząc do wnętrza budynku.

Nie był zbyt rozmowny. Zostawił ją w jednym z pokoi i zniknął gdzieś na parę minut. Wrócił z niewielkim workiem pod pachą i karabinem SWD kalibru 7,62x54 milimetra. Położył to wszystko na stole.  

Podniosła się z sofy, podchodząc do niego. Obejrzała przede wszystkim broń.

– Przystrzelony?
– Tak.
– Na pewno? Bo jeśli nie, to wiesz, czyj łeb spadnie z karku jeszcze tego samego dnia?
– Na pewno.

Miało to najistotniejsze znaczenie w tym wszystkim, co miała zrobić. Karabin z zamontowanym celownikiem optycznym za każdym montażem tego celownika musiał zostać przystrzelony, tak by była pewność co do jego celności, ponieważ najmniejsze odchylenie, powstałe w skutek np. niedokładnego montażu, powodowało dużą różnicę przy strzelaniu na większe odległości. Dlatego też zresztą zrezygnowała  z karabinu składanego z części w całość przed jego użyciem, jakie widać często na filmach sensacyjnych. Taka broń po prostu nie gwarantuje wymaganej celności a podczas wykonywania misji nie ma już czasu ani miejsca na jej sprawdzenie. Problem polegał jedynie na tym, że nie mogła przewieźć broni przez granicę, tym bardziej, że nie chciała na siebie zwracać żadnej uwagi, była więc zdana na swojego lokalnego współpracownika, zarówno w kwestii dostarczenia broni, jak i sprawdzenia jej skuteczności. Nie miała wyboru. Miała nadzieję, że facet, przy bądź co bądź solidnej motywacji, jaką była perspektywa mniej lub bardziej nieprzyjemnego rozstania się z tym światem, poważnie do tego podszedł i karabin jest faktycznie sprawdzony. Ale było też coś, co miało dodatkowo jej tu pomóc, w razie gdyby jednak celność nie do końca była taka, jaka być powinna. I to z pytaniem o nią zwróciła się ponownie do gospodarza.

– Amunicja taka, jaka miała być?

Kiwnął potakująco głową.

– Tak – odpowiedział, podając jej niewielkie pudełko. – Specjalna. Trochę trudna do dostania...
– Za darmo przecież ci nie płacą – uśmiechnęła się lekko. Z tego, że naboje są zgodne z zamówieniem, mogła być zadowolona. Dawało to też do pewnego stopnia gwarancję, że facet jednak faktycznie poważnie podszedł do sprawy i z bronią też jest wszystko okay.  

– Proszki też masz?
– Są.
– Dobrze... – odłożyła naboje na blat stołu, tuż obok karabinu – A co z ubraniem?
– Zgodnie z zamówieniem – tu Nigeryjczyk szeroko się uśmiechnął.

Też się uśmiechnęła, na samą myśl. Mokra robota, ale przynajmniej będzie z odrobiną fantazji.

– Potrzebuję samochodu...  
– Jest.  
– Na dziś. Muszę obejrzeć to miejsce i podejść kozła... Co o nim wiemy?

Słysząc pytanie, agent wyciągnął z tylnej kieszeni spodni kilka zdjęć i podał je jej. Na fotografiach był miło wyglądający, dobrze zbudowany, brązowoskóry facet, z lekkim czarnym zarostem, dość krótkimi, przypominającymi wełnę, włosami i zmęczeniem widocznym w oczach.

– Nie ma wiele do powiedzenia. Pracuje dla jednej z firm naftowych. Consolidated Oil Limited. Nie rzuca się w oczy – żyje w trybie: praca–dom. Taka mrówka... Nieco pewnie przemęczona, bo regularnie wyrabia nadgodziny, siedząc do późna w robocie. Jak wraca do domu przed siódmą wieczór, to jest święto. Mieszka sam. Pewnie nie ma czasu i siły na nic poza pracą.
– OK. – oddała mu zdjęcia, jedno zostawiając dla siebie. – Daj kluczyki od auta.
– Zawiozę cię...
– Nie trzeba. Poradzę sobie – odparła z uśmiechem. – Poza tym, strzeżonego... Ja stąd wyjadę, ty tu zostajesz. Musisz uważać, żeby nie ściągać na siebie żadnych podejrzeń i zainteresowania. Najlepiej, żeby nas razem nie widziano, a już zwłaszcza bez potrzeby. Kluczyki...

Znów zostawił ją na chwilę, idąc do sąsiedniego pomieszczenia. Zabrała ze stołu worek z ubraniem i poszła jego śladem. Był w przedpokoju. Wyciągnęła otwartą dłoń, by wziąć od niego kluczyki od samochodu. Podał je jej również bez słowa.

– Jak wygląda i gdzie zaparkowane?
– Nie trzeba szukać – lekko się uśmiechnął. – Stoi w garażu.
Odpowiedziała uśmiechem.
– Nie wychodź nigdzie – powiedziała, otwierając drzwi domu i wychodząc. –  Wrócę za kilka godzin.

W garażu stała stara Toyota Corolla z lat 90-tych. O białym lakierze i zabrudzonych błotem i kurzem bokach. Przeciętne, nierzucające się specjalnie w oczy wozidło było dobrym środkiem lokomocji. Wsiadła za kierownicę. Ze swojego plecaka, położonego na siedzeniu obok miejsca kierowcy, wyjęła smartfon z modułem GPS, wklepała w niego destynację i zamontowała go na desce rozdzielczej samochodu tuż przed przednią szybą, po czym wyjechała z garażu. Bramę posesji pomocnik już jej otwarł, więc, nie zatrzymując się, mogła wydostać się na ulicę. Czekało ją przebicie się przez miasto, aż do odległego o ponad 20 kilometrów Lagos Island – jednej z bogatszych dzielnic miasta z siedzibami banków i dużych firm działających w Nigerii. Na szczęście przez znaczną część drogi prowadził tam Third Mainland Bridge – drugi pod względem długości most w Afryce – co przyspieszało jazdę.  

Dotarła do niego po przejechaniu kilku kilometrów arteriami Lagos. Musiała przyznać, że faktycznie był imponujący – niemal dwanaście kilometrów długości, po pięć pasów w jedną stronę, z kapitalnym widokiem na miasto i zatokę, nad którą leżało. Po pokonaniu jednak dwóch trzecich długości mostu, tuż za kolejnym węzłem łączącym most z kontynentalną częścią miasta, zachwyty nad genialnym dziełem inżynierii skutecznie były tłumione przez jedno – Makoko.

Leżało po prawej stronie mostu, gdy jechało się po nim w kierunku Lagos Island. Największe slamsy w tej części świata i jedne z największych na świecie... Sławetne, z powodu swej nietypowej zabudowy. To właśnie z jej powodu ironicznie nazywane było "Wenecją Lagos" – Makoko, dawna wioska u wybrzeży głębokiej tu na około półtora metra zatoki, w jednej trzeciej jest zbudowane na palach, z kanałami wodnymi pełniącymi rolę ulic pomiędzy lichymi domostwami, skleconymi z byle czego.

Dawniej Makoko, wraz z sąsiednimi wioskami, było rybacką wioską leżącą pod Lagos. Gwałtowny i niekontrolowany rozrost miasta spowodował, że zostały one wchłonięte przez "cywilizację", która nie tylko nie przyniosła mieszkańcom wiosek niczego dobrego, ale wręcz niemal pozbawiła ich środków do życia z powodu zanieczyszczeń, nadmiernej eksploatacji zasobów zatoki oraz olbrzymiej migracji w tę biedną cześć miasta wszystkich tych, dla których los nie był łaskawy. Napór ze strony miasta i nakręcająca się spirala biedy spowodowały, że Makoko wkrótce stało się za ciasne. Rozbudowywać zaś mogło się jedynie w jedną stronę – w stronę morza. I tak właśnie powstało miejsce zamieszkane – według ostrożnych szacunków – przez trzysta tysięcy ludzi. I nadal się rozrastało, powoli zaczynając przekraczać swoim zasięgiem linię mostu.

Przejeżdżając mostem, nie sposób tego wszystkiego nie zauważyć, choć taka wizytówka stanowi koszmar dla władz miasta i całego kraju, zwłaszcza w zestawieniu z kontrastem, jakim jest sama konstrukcja mostu oraz z tym, że prowadzi on do dzielnicy biznesu, więc niemal każdy przyjeżdżający do Lagos w interesach ma okazję niemal od razu poznać jego najciemniejszą stronę. Kilka lat temu władze nakazały więc wyburzenie części wodnej Makoko, ale były w stanie zburzyć tylko nikły procent domów. Makoko rządzi się samo i swoimi prawami – tam nawet policja nie zagląda. Na miejsce wyburzonych slamsów po prostu wyrosły wkrótce nowe.  

Na swój specyficzny sposób widok był jednak malowniczy. Domki slamsu, które ze względu na odległość od mostu nie wyglądały aż tak źle, jakimi w istocie były, z pływającymi na kanałach między nimi długimi, wąskimi łódkami, i ze stróżkami dymu unoszącymi się z kominów i otworów dymowych. Pływające pomiędzy slamsem a mostem, na pół zatopione, wielkie tratwy, z których mężczyźni i chłopcy zarzucali do wody obciążone ciężarkami sieci w nadziei na połów lichych rybek wędzonych później i sprzedawanych "na pniu" w prymitywnych wędzarniach... Bogatsi z rybaków, ci których było stać na łódki, wypuszczali się nieco głębiej w zatokę. Zwykli też odpoczywać po, i w trakcie, pracy pod osłoną mostu.  

Widok był niezwykły, uzmysławiał jednak dobitnie, że świat był szambem jeszcze bardziej brudnym i śmierdzącym, niż zatoka, na której Makoko było postawione.

Zjechała z mostu na węźle, który łączył go z Ring Road, niewątpliwie nazwaną tak z racji tego, że była to główna arteria Lagos Island, która okrążała mniej więcej jedną trzecią wyspy, pozwalając na szybszy dojazd pod wskazany adres bez konieczności przebijania się przez jej zatłoczone uliczki. Część, którą jechała, by dotrzeć do wieżowca przy skrzyżowaniu Campbell Street z Old Defence Road, przebiegała wzdłuż wybrzeża. Ale tu też widoki nie zachwycały. Z jednej strony widoczne z trasy brudne wody zatoki, z drugiej, na poły nowoczesna na poły ruderowata zabudowa charakterystyczna dla tego miasta.

Kilkaset metrów za widoczną z drogi, stojącą niemal u samych brzegów, platformą wiertniczą, zjechała z obwodnicy w głąb wyspy. Do celu zostało jej kilkaset metrów. Podjechała pod ustalony adres i wjechała do podziemnego parkingu kilkunastopiętrowego wieżowca. Zaparkowała Toyotę, wyjęła z leżącego na siedzeniu plecaka ubranie i przebrała się w nie. Dochodził już wieczór, więc cel niedługo powinien się zjawić.

Emmanuel Ahwinahwi powolnym krokiem człapał do domu. Po kolejnym tygodniu z rzędu, w którym musiał zostawać długo po godzinach w biurze, był skonany. Ale nie narzekał. Ani z powodu nadgodzin, ani na to, że wykonywana praca nie przynosiła mu żadnej satysfakcji, ani nawet na przełożonych i kolegów z pracy. Cieszyło go, że praca była, i że dobrze płacili, co w ponad dwudziestomilionowym mieście z dużym bezrobociem i ogromnymi slamsami, w których skończyć mógł każdy, komu tylko przez chwilę nie udało się utrzymać na powierzchni, było osiągnięciem. Właściwie to Ahwinahwi był z życia wręcz zadowolony, traktując obecny swój wysiłek jako inwestycję na przyszłość, gdy jego szefowie dostrzegą jego starania i zacznie piąć się po szczeblach kariery w Consolidated Oil Limited. Jeszcze tylko parę miesięcy, może rok...

Dotarcie do wieżowca, na którego piętnastym piętrze mieszkał, przyniosło mu trochę odprężenia, jakiego doznaje się, gdy po długim dniu nareszcie się jest w domu. Jednocześnie jednak dopiero teraz poczuł, jak bardzo jest zmęczony. Wszedł na klatkę schodową i skierował się do windy, marząc o łóżku i śnie. Tylko wlezie pod prysznic, zje coś i...  

Zastukały za nim czarne szpilki. Kilka sekund później kobieca postać w czarnym obcisłym kostiumie Catwoman złapała go od tyłu za fraki i wykręcając oraz przytrzymując przyciśniętą do jego pleców jego rękę, bez ceregieli wepchnęła go do środka windy, na której ścianie wylądował. Sekundę później, nie dając mu czasu na jakąkolwiek reakcję, dopadła go znowu, obróciła twarzą w jej stronę i lekko dociskając swoje przedramię do jego szyi, przyszpiliła go do ściany.

Ahwinahwi nie wyszedł jeszcze z szoku i zaskoczenia, gdy pociągnięte czerwoną szminką usta białej kobiety rozciągnęły się w kuszącym uśmiechu a wyglądające zza czarnej maski z kocimi uszami brązowe oczy zaczęły z rozbawieniem mu się przyglądać.

– O co chodz... – zaczął, ale Catwoman położyła wskazujący palec na swoich czerwonych ustach przerywając mu zdanie.
– Ciiiiii...

Znów się uśmiechnęła na widok tego, że udało mu się nieco opanować oszołomienie i że nie widać u niego żadnych oznak oporu. Puściła go, nacisnęła guzik na tablicy windy, kierując ją w dół, do podziemnego parkingu. Jazda z parteru nie zajęła dużo czasu, a gdy drzwi windy się otworzyły, "kobieta–kot" złapała Ahwinahwi'ego za rękę i pociągnęła za sobą, zaciągając go pomiędzy zaparkowane samochody.

Zatrzymała się pomiędzy jakimiś dwoma autami. Odwróciła się twarzą do niego i przymusiła, by oparł się plecami o jeden z nich. Przez moment stali tak w milczeniu, a ona przypatrywała mu się z lekkim uśmieszkiem na twarzy, aż nie przestając się uśmiechać, zrobiła kolejny krok, gdy jej dłoń zaczęła błądzić po jego spodniach w okolicach krocza. Przygryzła kącik swojej dolnej wargi zębami, patrząc mu w oczy z tym samym rozbawieniem, jakie w nich miała, gdy patrzyła na niego w windzie. Tego się kompletnie nie spodziewał. I w ogóle ta sytuacja wydawała mu się jak z filmu wzięta, tak że ledwo mógł uwierzyć w to, co się dzieje. Ale oczywiście nie zamierzał protestować... Zmęczenie też jakoś z niego uleciało. Może z powodu adrenaliny, może z powodu rosnącego podniecenia, może z obu tych czynników. To go akurat teraz najmniej obchodziło.

Catwoman osunęła się na kolana, nie tracąc z nim kontaktu wzrokowego. Rozpięła guzik jego spodni i rozsunęła rozporek, cały czas z uśmiechem patrząc mu prosto w oczy. Potem jej wzrok przeniósł się na obiekt jej pożądania, który także zdążyła już z nich wyjąć. Całkiem znacznych rozmiarów, choć wcale nie największy patrząc ze stereotypowego punktu widzenia na mieszkańców Afryki, członek, pokryty ciemnobrązową skórą, od której wyraźnie odcinała się, ładnym lekkim kontrastem, jaśniejsza jego główka, sterczał przed jej twarzą. Sunbird musiała teraz zrobić to, czego bardzo nie lubiła przy kontaktach oralnych. Musiała go "ubrać" w prezerwatywę.  

Nie cierpiała obciągania w kondomie... To było jak przysłowiowe lizanie loda przez szybę. W dodatku przypominało jej to czasy z jej przeszłości – z porzuconego życia w ukryciu przed wszystkimi, gdy jedynym, czym mogła się pobawić, starając się spełniać swoje fantazje, było gumowe dildo. Już samo przypomnienie o tym skutecznie zniechęcało ją do tego, co za moment miała tu zrobić. No ale Afryka, statystyki, ryzyko... Wyjęła ukrytą w długiej rękawiczce gumkę. Popatrzyła jeszcze przez chwilę na prężącego się przed nią penisa. Fajny... "Szkoda" – westchnęła w myślach, zakładając na niego prezerwatywę przy braku jakiegokolwiek oporu ze strony jego właściciela. No ale nie można mieć wszystkiego – będą inne... Tego postanowiła w tej sytuacji po prostu jak najszybciej odbębnić.

Zresztą, wiele wysiłku jej to nie kosztowało... Ssanie główki prącia, trochę pieszczot jej wargami oraz szybkie, rytmiczne ruchy dłonią obejmującą jego trzon sprawiły, że facet bardzo szybko i obficie wytrysnął. Widocznie faktycznie nic innego go absorbowało przez dłuższy czas niż jego praca... Popatrzyła do góry, na niego, gdy po wszystkim zaczynał wracać do równowagi. Znów pojawił się jej uśmiech na twarzy, mrugnęła do niego okiem. Podniosła się z podłogi parkingu, w szpilkach dorównywała mu wzrostem, bez problemu mogła więc popatrzeć mu prosto w oczy.  

– To tylko zaliczka. – odezwała się, delikatnie dotykając jego policzka dłonią w czarnej rękawiczce. – Bądź jutro w domu o tej samej porze...

Szybko odwróciła się na pięcie i odeszła, zostawiając go wraz z jego zaskoczeniem oraz pytaniami o to, co tu się stało, i znikając mu wkrótce z oczu.

Wróciła na metę – do domu, w którym mieszkał jej lokalny kontakt. Zmęczenie dawało już o sobie znać, apatycznie zjadła więc podane na kolację kanapki przyszykowane przez agenta, z którego gościny korzystała – pierwszy posiłek odkąd wysiadła z samolotu – w jego towarzystwie, starając się nie zwracać uwagi na to, jak jej się dość natarczywie przygląda, i zaraz potem powlokła się do wskazanego jej pokoju spać.

Sen miała lekki. Nigdy nie mogła porządnie się wyspać w obcym dla niej miejscu. Od razu więc podświadomie wyczuła, gdy drzwi pokoju się otworzyły i ktoś stanął przy łóżku, na którym spała. Nie zdradziła jednak, że ją to przebudziło.  

Nocujący z nią w domu agent najwyraźniej nie mógł się oprzeć pokusie, jaką dla niego stanowiła. Stanął nad nią i ostrożnie zdjął z niej okrywającą ją kołdrę, odsłaniając jej nagie ciało. Przez chwilę przyglądał się mu w milczeniu, w końcu jednak wykonał kolejny krok i pochylił się nad nią w jednoznacznych zamiarach.

– A, a, a, a... – wyciągnięty szybkim ruchem spod poduszki, sąsiadującej z tą, na której spała, nóż wylądował tuż pod jego szyją, gdy uniosła górną część swojego ciała.

Popatrzyła przez chwilę mu prosto w twarz, z twarzą bez wyrazu i z bezwzględnym spojrzeniem.  

– Bądź grzecznym chłopcem i wracaj do swojego łóżeczka, bo inaczej zrobię ci nowy szeroki uśmiech na szyi...
–Okay, okay... –czarnoskóry mężczyzna uniósł obie dłonie do góry w uspokajającym geście, po czym powoli wyprostował się i zaczął tyłem wycofywać się z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Mogła wrócić do spania. A właściwie do drzemki, bo snem tego nazwać się nie dało.

Rano unikali tematu, a on unikał jej wzroku. Po śniadaniu i przygotowaniach do wieczornej realizacji zadania, nie było kompletnie niczego do roboty. On skupił się na oglądaniu telewizji, ona siedziała w swoim pokoju, odliczając na zegarku godziny do wyznaczonej pory i z nudów rozmyślając o wszystkim i o niczym.

O siódmej wieczór mogła wyruszyć w drogę do znajomego już jej wieżowca przy Campbell Street. Pół godziny później była na miejscu, lecz tym razem nie wjechała samochodem do podziemnego parkingu. Zostawiła go zaparkowanego przy jednej z sąsiednich uliczek. Znów przebrała się w kostium kobiety–kota, a po wyjściu z auta z tylnego siedzenia wyjęła dużą torbę, którą zarzuciła sobie na ramię i skierowała swe kroki w stronę wieżowca, w którym mieszkał poznany dzień wcześniej Emmanuel Ahwinahwi.  

Nikt nie zwrócił na nią uwagi w coraz większych ciemnościach zapadającej nocy. Bez problemów dotarła do budynku, windą wjechała na piętnaste piętro i podeszła do drzwi jego mieszkania. Niesioną torbę położyła przy ścianie, po stronie od której otwierały się drzwi, tak by otwierający je jej nie zobaczył. Wyjęła z niej coś tylko, zanim nacisnęła przycisk dzwonka.  

Otworzył niemal natychmiast. "Nie mógł się doczekać. – pomyślała kpiąco. – Aż szkoda, że czeka go tak duże rozczarowanie...". Stanął w drzwiach i twarz mu pojaśniała w uśmiechu na jej widok i widok obracanych na wskazującym palcu prawej dłoni kajdanek obszytych futerkiem.  
– Jesteś aresztowany... – oznajmiła, odwzajemniając uśmiech.  

Roześmiał się, wyciągając ręce przed siebie do skucia. Uczyniła to, przekroczyła próg mieszkania, i kazała mu pójść do sypialni, obiecując, że pójdzie za nim. Gdy tylko zniknął z przedpokoju, cofnęła się do otwartych jeszcze drzwi mieszkania i szybkim ruchem sięgnęła po stojącą w korytarzu torbę, wnosząc ją do środka. Po czym zamknęła drzwi, przekręcając w nich zamek i skierowała się w ślad za  Ahwinahwim.

Leżał na wznak na łóżku. Na jej widok znów się uśmiechnął. Podeszła do niego z drugą parą kajdanek i przykuła go do oparcia wyrka. Wyprostowała się, popatrzyła na niego z góry i uśmiech zniknął z jej twarzy, a jej wzrok zaczął przypominać patrzenie jak na ofiarę przed wykonaniem na niej wyroku. Widząc zmianę w jej nastroju i jednocześnie nie widząc z jej strony żadnych oznak na chęć kontynuowania figli, facet się zaniepokoił, a po dłuższej chwili zaczął się bać. W końcu, skuszony przyjemnościami, wpuścił do domu nieznaną sobie osobę, a teraz leżał unieruchomiony na własnym łóżku i mogła zrobić z nim wszystko. I nie wyglądało już na to, że będą to rzeczy przyjemne...

– Kim jesteś? – zapytał z niepokojem w głosie.

Milczała, nadal mu się przypatrując w ten sam sposób. Prawie widziała, jak rośnie w nim napięcie i strach.

–Kim jesteś?! – niemal krzyknął.
– Ciiii... – uniosła dłoń przytykając palec do swoich ust, zupełnie tak samo, jak dzień wcześniej w windzie.

Zamilkł, a ona popatrzyła jeszcze przez sekundę na niego, po czym rozejrzała się po pokoju, i napotkawszy wzrokiem stojące pod ścianą krzesło usiadła na nim. Zerknęła na zegarek. Dochodziła ósma wieczór. Miała jeszcze czas, choć impreza już się pewnie rozpoczęła.  

– Napiszesz coś dla mnie – odezwała się spokojnym głosem i ponownie popatrzyła na niego wzrokiem pozbawionym emocji.
– Co? – wydusił z siebie po chwili milczenia.
– Krótki list – odpowiedziała, wstając z krzesła i kierując się z powrotem do przedpokoju.

Przyniosła z niego do sypialni zostawioną tam wcześniej torbę. Postawiła ją na podłodze, rozsunęła zamek błyskawiczny i zaczęła wyciągać z niej potrzebne jej rzeczy. Notatnik i długopis położyła na nocnej szafce obok łóżka, na którym leżał. Z trzymanej zaś w lewej dłoni pochwy wyciągnęła nóż desantowy. Gość momentalnie poszarzał na twarzy na ten widok. Zauważyła to. Rzuciła pochwę noża na podłogę i ponownie przytknęła palec do ust, chcąc go uspokoić.

– Nie zamierzam tego używać, o ile będziesz posłuszny i zrobisz to, co mówię –oznajmiła spokojnie, przysiadając na skraju łóżka i patrząc mu badawczo prosto w oczy.  

Odczekała moment, by przetrawił informację.  

– A zrobisz – znów się odezwała tym samym, pewnym głosem. – Prawda?

Jej spokój mu się udzielił na tyle, by nie wpadł w jakąś histerię. Ale jego napięcie sięgało szczytów. Przerażony, nie był w stanie wydusić z siebie słowa. Pokiwał jednak szybko głową na znak zgody.

– Dobrze... – zdobyła się na uśmiech, łagodny ton głosu i pogłaskała go delikatnie po ramieniu. – Odepnę cię teraz od ramy łóżka, ale niech nic głupiego nie przychodzi ci do głowy. Usiądziesz powoli, weźmiesz notatnik i długopis, i zaczniesz pisać, co podyktuję, tak?

Kiwnął powoli głową. Wstała ze skraju łóżka, pochyliła się nad nim i, tak jak powiedziała, odpięła kajdanki łączące go z ramą posłania. Usiadł powoli, jak kazała. W milczeniu podała mu notatnik i długopis.

– Co mam napisać? – zapytał po krótkiej chwili.
– Pisz. "Ludowa Partia Odnowy Narodowej dokonała tego zamachu... – zauważyła, że po usłyszeniu słowa zamach, Ahwinahwi zamarł w przerażeniu i znów poszarzał na twarzy. – Pisz! – jej głos zabrzmiał twardo i bezwzględnie, a równie twardy wzrok, jaki w nim utkwiła, nie skłaniał do żartów. Przygarbił się nieco i dokończył, co mu wcześniej podyktowała, a ona kontynuowała dalej – ... w imieniu i w obronie narodu nigeryjskiego, uciemiężonego przez obecny reżim. Abeo Emarejedje jest pierwszym, którego dopadła wymierzona przez nas sprawiedliwość.".  

– Wystarczy – oznajmiła, widząc, że skończył pisać podyktowane słowa, zabierając mu notatnik oraz długopis i kładąc je ponownie na stoliku przy łóżku.

– Co chcesz zrobić? – ledwie odważył się na nią spojrzeć. – Kim jesteś?
– Połóż się z powrotem, muszę cię przykuć.
– Nie! – znów niemal krzyknął.
– Kładź się – jej wzrok znów stał się zimny i bezwzględny – albo cię wypatroszę żywcem.

Wiedział, instynkt mu podszeptywał, że nie żartuje. Nie miał pojęcia, kim jest, o co jej chodzi, ani nigdy w życiu nie słyszał o jakiejś Ludowej Partii Odnowy Narodowej, ale wiedział, że ona nie żartuje. Być może sprawiły to okoliczności, a może jej mowa ciała podświadomie przez niego odbierana, ale wiedział to niemal na pewno. I cholernie się bał.

Po przykuciu go z powrotem do ramy łóżka, Sunbird mogła w końcu odetchnąć głęboko. Był grzeczny, nie narobił hałasu, napisał to, czego potrzebowała... Reszta była już dość prosta.  

Ludowa Partia Odnowy Narodowej nigdy nie istniała. Nikt nie zamierzał wymierzać w jej, czy czyimś innym, imieniu, jakiejś urojonej sprawiedliwości. Ale potrzebny był kozioł ofiarny, na którego zgodnie z planem spadłaby odpowiedzialność za to, co miała wykonać. Nie miało znaczenia to, co zostałoby zapisane na kartce notatnika, byleby oddalało od niej i jej zleceniodawców podejrzenia i kierowało wysiłki śledczych na manowce. Równie dobrze zamiast tej zmyślonej Ludowej Partii Odnowy Narodowej mogła mu kazać napisać, że zamachu dokonała Chrześcijańska Unia Jedności – aż się uśmiechnęła mimowolnie na tę myśl... – tylko musiała z tego pomysłu zrezygnować, bo angielskie tłumaczenie tej nazwy zabrałoby cały "fun", jaki ta nazwa w wersji polskiej czyniła, a poza tym i tak by nikt tutaj nie zrozumiał tego, podwójnego zresztą, żartu.  

Zerknęła na zegarek. W pół do dziewiątej... Czas uciekał. Popatrzyła znów na siedzącego, a właściwie, leżącego jak trusia Ahwinahwi'ego.

– No cóż... – westchnęła przykucając i pochylając się nad swoją torbą i gmerając w niej przy czymś dłuższą chwilę. – Przykro mi, Emmanuelu, ale nie możesz być tego wszystkiego świadkiem. Jeszcze narobiłbyś mi tu niepotrzebnego hałasu... – podniosła się z kucek, wyprostowała i obróciła się w jego stronę. W ręce trzymała napełnioną strzykawkę.

– Naprawdę mi przykro... – powiedziała, gdy jej czarne szpilki zastukały w podłogę, gdy podchodziła do łóżka. – Nic nie jesteś winien, niczym nie zawiniłeś... Ale tak musi być, bo nie ma innego wyboru – pochyliła się nad nim, wymierzając strzykawkę w jedną z żył jego ramienia.  

Był śmiertelnie przerażony. Nie dziwiła mu się, było jej go w sumie żal. Ale musiała wykonać zadanie, więc postarała się odsunąć od siebie wszystkie myśli wykraczające poza realizację planu. Tym bardziej te, na które nie było tam żadnego miejsca, a które kazałyby się jej nad nim litować.  

– Miałeś po prostu pecha... – szepnęła, prostując plecy po wykonaniu zastrzyku. – Taki jest świat... – westchnęła, mimo wszystko pozwalając sobie na odrobinę emocji. Szybko musiała się jednak wziąć w garść i wrócić do rzeczywistości.

Wstrzyknięta końska dawka amfetaminy, gwarantująca przedawkowanie zaczęła działać niemal natychmiast. Nie musiała się więc nim już przejmować. Z nim to już tylko kwestia czasu. I to bardzo krótkiego.

Odłożyła strzykawkę z igłą na stolik przy łóżku. Ten sam, na którym był notatnik z treścią napisanego przez Ahwinahwi'ego listu. Podeszła znów do swojej torby. Włożyła do niej nóż z podniesionej wcześniej z podłogi pochwy. Wyjęła zaś z niej lornetkę i SWD.

Zgasiła światło w pokoju. W ciemnościach podeszła do okna i otworzyła je, pozwalając nagrzanemu przez cały dzień powietrzu wtargnąć do mieszkania. Nie wyglądała przez okno, wycofała się maksymalnie daleko w głąb pokoju. Przytknęła do oczu lornetkę i zaczęła obserwować miejsce odległe od budynku o niecałe dwieście metrów.

Na TBS Cricket Ground odbywał się wiec przywódcy jednej z nigeryjskich partii – Abeo Emarejedje'go, startującego w niedalekich wyborach prezydenckich. Popularny polityk zgromadził spore tłumy, szczelnie zajmujące około dwuhektarową powierzchnię obiektu. Umieszczona na podwyższeniu i oświetlona jupiterami mównica na szczęście była doskonale widoczna z okna na piętnastym piętrze pobliskiego wieżowca.  

Abeo Emarejedje przemawiał już od dłuższego czasu. Przystojny, wysoki mężczyzna, dobrze się prezentował w idealnie skrojonym ubraniu, na jakie składały się biała koszula, ciemny krawat w drobne białe groszki oraz czarny garnitur z dobrego materiału i takie same spodnie. I do tego miał uśmiech jak z najlepszej reklamy pasty do zębów.  

Nie miała pojęcia, kim on jest, poza tym, że ogólnie politykiem. Nie interesowało jej to zresztą, kto rządzi jakimś afrykańskim kraikiem trzeciego świata. Poza tym brak tego zainteresowania jej celem miał też tę zaletę, że nie rozmyślała ani o tym, co ma zrobić, ani, już po fakcie, o tym, co zrobiła.

Odłożyła lornetkę. Sięgnęła po oparty o ścianę karabin. Z kilku powodów nie była to idealna broń snajperska. Począwszy od sławetnej ruskiej jakości wykonania, przez to, że była samopowtarzalna, a skończywszy na zbyt słabej celności, będącej skutkiem między innymi tych dwóch wspomnianych przyczyn, przez którą nie nadawała się do używania przez np. policyjnych sharpshooterów. Ale nie w takim celu ją zaprojektowano. Jej zadaniem było użycie w walkach w warunkach frontowych, gdzie celność strzału z SWD była w zupełności wystarczająca a samopowtarzalność i niezawodność mogły uratować życie. Silny nabój 7,62 mm x 54 też miał swoje mocne strony... W tym konkretnym przypadku zaś, SWD miało dodatkową zaletę – było tanią, popularną bronią, w sam raz na lokalne warunki. No a dodatkowo mogło strzelać specjalną amunicją, jaką miała teraz do swej dyspozycji, która dawała jej większą, niemal 100–procentową, pewność wykonania zadania.

To była kolejna zaleta SWD. Mógł strzelać amunicją wybuchającą... Zakazaną przez konwencje, trudną do zdobycia, masowo stosowaną w czasie II wojny światowej na froncie wschodnim przez Niemcy i Armię Czerwoną.  

Co ciekawe "Herrenvolk" stosował ją wyłącznie na wschodzie. Na froncie zachodnim, żołnierze niemieccy mieli kategoryczny zakaz jej stosowania i musieli ją zdawać natychmiast po powrocie ze wschodu, gdy przerzucano ich na zachód. Wot, jeden z "drobiazgów", przez które Zachód nigdy nie zrozumie, dlaczego Wschodnia Europa inaczej patrzy na tamtą wojnę i na okupację niemiecką...

Zamontowała dziesięcionabojowy pudełkowy magazynek, odbezpieczyła karabin i wprowadziła nabój do komory. Odsłoniła soczewki celownika optycznego. Przyłożyła broń do ramienia i przez celownik naprowadziła lufę broni na cel. Przy pomocy podziałki odległości umieszczonej na siatce celownika zmierzyła dystans do celu. Niemal trzysta metrów. Teraz tylko krótką chwilkę poczekać na odpowiedni moment...

Huk strzału. Odrzut broni i krótki błysk w ciemnościach. I to wszystko. Lecący z prędkością ponaddźwiękową pocisk trafił w cel w ułamek sekundy później. Głowa Abeo Emarejedje w mgnieniu oka dosłownie rozprysnęła się na drobne, krwawe kawałeczki, a reszta ciała osunęła się bezwładnie na podłogę podwyższenia, na którym występował. Nie miał najmniejszej szansy na przeżycie.

Nie przyglądała się zamieszaniu, przerażeniu i panice, jaką wywołała na odległym o kilkaset metrów placu. Nie miała na to czasu, zresztą nie widziała sensu w jakimś chorym przyglądaniu się temu. Podeszła w ciemnościach do łóżka, na którym leżał, nadal przykuty do jego ramy, właściciel mieszkania. Upewniła się, że nie żyje z powodu przedawkowania. Odpięła kajdanki od ramy łóżka i zdjęła je z przegubów jego dłoni. Sięgnęła dłonią po strzykawkę z igłą. Odbiła na niej jego odciski palców. Potem znów podniosła karabin snajperski i również na nim zostawiła jego odciski. Karabin położyła, zabezpieczony, przy ścianie pokoju, strzykawkę rzuciła na pościel łóżka, niedaleko martwego ciała. Podniosła swoją torbę i skierowała się do wyjścia.

Zjechała windą na dół, nikogo nie spotkawszy po drodze, gdy zaczęły wyć syreny pędzących na miejsce zamachu samochodów policyjnych i pogotowia. Wyszła przed budynek i rozpłynęła się w ciemnościach.

Dodaj komentarz