Sunbird - cz. 10

Sunbird - cz. 10Zgarbiona w wygrzebanym w śniegu niewielkim rowie postać w białym maskującym stroju niemal nie odróżniała się od swojego otoczenia na skraju zaśnieżonej tajgi, gdy prawie bez żadnego ruchu przyglądała się czemuś przez lornetkę. Po chwili powoli wycofała się za linię drzew, by za nią już móc w pełni się wyprostować i przejść kilkadziesiąt metrów do wykopanego w śniegu i ziemi prymitywnego schronienia, w którym spędziła ostatnie dwie i pół doby.  

Przykryta brezentową płachtą, rozłożoną na kilku żerdziach i przysypaną grubą warstwą śniegu, jama w ziemi była niewielka. Ledwie wystawała ponad teren i tylko otwór wejściowy był widoczny, gdy nie był zamaskowany śnieżną ścianką. Mieściła jedynie zebrane w dwóch sporych plecakach rzeczy oraz było w niej miejsce na rozłożenie nadmuchiwanego materaca i śpiworu. Tyle Sunbird wystarczało, a otaczające ją w niej śnieg i ziemia zapewniały częściową ochronę przed wiatrem i mrozem. Resztę izolacji przed zimnem musiały zapewnić dwa śpiwory włożone jeden w drugi.

W sumie, gdyby nie okoliczności i konieczność pokonania żmudnej i męczącej drogi by się tu znaleźć, byłoby jak na survivalowym biwaku. Z małym, ale dość upierdliwym wyjątkiem, że nie mogła ryzykować rozpalenia ognia. Za to zima i mróz miały dla niej dwie zalety. Nie musiała ze sobą taszczyć przez całą drogę beczki wody, bo w zupełności wystarczał leżący wszędzie śnieg, oraz nie było w powietrzu największej syberyjskiej plagi – meszek. W ciepłe miesiące, latający całymi hordami i dość boleśnie kąsający gnus był nie do zniesienia. Teraz zaś nie było z tym najmniejszego problemu. Nic tylko odpoczywać, rozkoszując się dziką przyrodą oraz ciszą.

Na wschód od Bajkału, las ciągnął się na obszarze tysięcy kilometrów kwadratowych. By dotrzeć do tego miejsca, przeszła pieszkom, o mapie i kompasie, ponad siedemset kilometrów, jakie dzieliły ją od mongolskiej granicy, przekraczając w tym czasie zaledwie jedną, jedyną zresztą, drogę, która zasługiwała na tę nazwę, prowadzącą z Władywostoku do Irkucka i dalej na zachód. Zajęło jej ponad dwa tygodnie, by tu dotrzeć. Kilometry otępiającego marszu od mongolskiej granicy przez dzikie odludzie, w czasie którego, jak w kieracie, jadła, spała, i szła dalej, taszcząc ekwipunek na sankach ciągniętych za sobą, a obecnie dobrze zasypanych solidną pierzyną śniegu tuż obok jej na pół ziemnej nory.

A teraz była tu. Na miejscu. Trzysta metrów od celu tej całej wyprawy. I na cieszenie się okolicą i odpoczynkiem nie miała czasu. Choć te dwa dni na odpoczynek po całej przebytej drodze oraz solidniejszy, jak na warunki bytowe, sen musiała poświęcić. Tym bardziej, że oprócz samego zadania czekał ją jeszcze odwrót, i to na dużo większym, bo tysiąckilometrowym dystansie. No a poza tym trzeba było przeprowadzić choć jako takie rozpoznanie celu, żeby uniknąć nieprzyjemnych niespodzianek, gdy już przejdzie się do działania.

Warunki bytowe... No cóż... faktycznie poprawiły się nieco w porównaniu z tym, czego doświadczyła przez ostatnie kilkanaście dni, spędzonych na forsownych marszach, podczas których musiała omijać, i tak nieliczne tutaj, skupiska ludzkie, a nawet, w większości puste, stare drewniane chaty rozrzucone po tajdze, które od dziesięcioleci wykorzystywali leśnicy, strażnicy rezerwatów, pracownicy stacji meteo, a także dysydenci, dezerterzy oraz kłusownicy, odżywiając się wyłącznie racjami żywnościowymi, śniegiem zastępując wodę, śpiąc na ziemi pomiędzy niewielkimi ściankami w naprędce przed snem budowanymi ze śniegu, i po raz pierwszy w życiu błogosławiąc ocieplenie klimatu, przez które obecnie panowały tu temperatury, które od biedy dawało się znieść.

Pierwszej nocy nie spała wcale. Przenikliwe zimno, zwłaszcza to ciągnące od gruntu, bo jednak prymitywne śnieżne ścianki chroniły trochę przed wiatrem, przebijało się przez dwa śpiwory oraz przez warstwy ubrania, jakie miała na sobie. Może trochę lepiej byłoby, mając pod spodem materac, ale na koniec każdego dnia była tak padnięta, że ostatnim, o czym myślała, było jego pompowanie. Drugi dzień był przez to koszmarem, bo tak bardzo chciało się spać... Gdy dotrwała wieczoru, nie była w stanie nawet tych ścian ze śniegu stawiać, ledwie wlazła w śpiwory, a film jej się urwał jak przy utracie przytomności – czarna dziura i kompletny brak reakcji na cokolwiek. Potem było różnie, ale po mniej więcej tygodniu i wpadnięciu w pewien rytm, zaczęło być znośniej. Zmęczenie jednak stopniowo narastało, lecz dopiero po przybyciu do celu i zbudowaniu tej półziemianki, gdy mogła wreszcie usiąść na moment spokojnie, poczuła, jak bardzo naprawdę jest zmęczona.  

W porównaniu z wcześniejszymi nocami, spanie w temperaturze mieszczącej się w okolicach zera stopni było już jak bajka. Gdyby tylko jeszcze można było zmienić jedzenie na lepsze... Teraz rozumiała ojca, który po dwóch latach zasadniczej do końca życia nie mógł patrzeć na tak lubianą przez nią grochówkę... Jedzenie tego samego na okrągło powinno być zabronione przez Konwencję Genewską...

Ogień... Przydałby się ogień. Najlepiej takie porządne ognisko, przy jakim od wieków nie siedziała. Sceneria była w sam raz, okoliczności nie pozwalały. Na nic jej zresztą nie pozwalały.  

Niby wyzwoliła się ze swojego dawnego życia w małej mieścinie, ograniczającego się do odbębniania ośmiu godzin byle jakiej pracy i siedzenia przez większość pozostałego czasu w czterech ścianach mieszkania, ukrywając do tego swoje prawdziwe ja (wtedy uważane jeszcze za alter ego), ale przez to, co się wydarzyło w ostatnich latach, nadal nie była w pełni wolna. Kierat zmienił się na inny. O tym, że był – delikatnie mówiąc – moralnie wątpliwy, wolała nawet nie myśleć. A swobody pozostawało niewiele, skoro była od kogoś tak bardzo uzależniona, że stanowiło to kwestię życia i śmierci. Niby była wolna (a w każdym razie było to wszystko znacznie lepsze niż dożywotnie więzienie), a poza tym spełniło się jej marzenie o życiu, w którym funkcjonowałaby w społeczeństwie jak każda inna kobieta, na co w przeszłości nie miała żadnej nadziei. Nabyte umiejętności oraz związane z tym doświadczenia, które pozwoliły na pewnego rodzaju cynizm skutkujący wyzbyciem się różnych zahamowań, jakie miała w swym wcześniejszym życiu, także były przydatne, pozwalając jej całkowicie zaprzestać przejmowania się czymkolwiek, co ze strony reszty społeczeństwa mogło ją spotkać w konsekwencjach jej działań – czuła siłę, czuła, że może praktycznie wszystko i nikt jej w tym na drodze nie stanie, bo poradzi z nim sobie bez trudu i zmrużenia oka. Ale nadal nie mogła sobie po prostu pożyć w spokoju, robiąc to, na co tylko ma ochotę, bo musiała na każde żądanie robić to, co kazano. A co to za życie, jak się nie może robić praktycznie niczego z tego, co by się rzeczywiście chciało robić, i cieszyć ze swojej "małej stabilizacji"? Ot choćby taki paradoks... Dzięki nowemu "zawodowi", zwiedziła już całkiem spory kawałek świata. I co z tego faktycznie widziała?  

Gówno.

Gówno w przenośni, bo nie miała czasu na zwiedzanie tego, co warto w życiu zobaczyć. I gówno dosłownie, bo z racji zajęcia, miała do czynienia z prawdziwym szambem.

A choćby taki Irkuck... Syberyjskie Ateny albo Wschodni Paryż, jak go nazywano przed rewolucją. Będzie go mijać w sumie o żabi skok – jak na tutejsze odległości – w drodze powrotnej. Niby zadupie, na odludziu, choć ponad sześćset tysięcy mieszkańców. Ale byłoby co zwiedzić... Jest parę muzeów, cerkwi. Sobór. Nawet i Tjurjemnyj Zamok, czyli istniejące ponad 200 lat więzienie, które swego czasu było miejscem przetrzymywania admirała Kołczaka tuż przed jego egzekucją na krótko przed odbiciem miasta przez wojska białych... Swoją drogą, gość miał jaja... Legenda, i to podobno dość dobrze udokumentowana, mówi, że stając przed plutonem egzekucyjnym, Kołczak zapytał jego dowódcę, kim on jest. Ten mu na to, że komisarzem ludowym, czy coś w tym rodzaju. Na to Kołczak odrzekł, że on z kolei jest pełnym admirałem floty Imperium Rosyjskiego, i że zgodnie z przepisami, w takiej sytuacji tylko równy lub wyższy od niego rangą oficer może wydać rozkaz otwarcia ognia. W efekcie, podobno stanęło na tym, że podczas swej egzekucji Kołczak osobiście wydał rozkaz "pli" – "pal".

Napiłaby się czegoś ciepłego... Pomarzyć dobra rzecz.

Na pół wlazła do jamy i sięgnęła po jeden z plecaków, wyciągając go z jej środka. Pora była na obiad. Niezbyt wyszukany – lodowato zimna konserwa, "popita" zjedzonym śniegiem, z tabletką kofeiny w ramach deseru. Kawy w tych warunkach i tak nie mogłaby przygotować. Zresztą, nie cierpiała kawy...

...Co innego kakao... W taką zimę, jak ta tutaj, wracało się, po wielu godzinach ujeżdżania sanek z połową osiedla na pobliskich pagórkach, do domu i obżerało wielkimi ilościami frytek, popijanymi najpierw mlekiem, a po skończeniu posiłku, półleżąc pod kocykiem na kanapie przy oknie z książką w ręku, pijąc kubek kakao... Kiedy to było... Dawno i nieprawda, jak to mawiają. W ogóle proste żarcie jest najlepsze. No choćby ta konserwa mięsna... Jest to żarełko typu boskiego, bo tylko Bóg wie, co w nim jest... Ale jest smaczne, wysokokaloryczne i szybko syci, co w takich warunkach, jak te tutaj, jest nieocenione. Gdyby tylko nie to, że żre tak już niemal trzeci tydzień...

Właściwie, faktycznie – pomyślała, zabierając się za kolejny kawałek mięsa nabitego na nóż – momentami czuła się tu jak w domu w czasach jej dzieciństwa. Prawdziwe środkowoeuropejskie zimy, z temperaturami w okolicach 20-30 stopni poniżej zera były tam wtedy rzeczą normalną. I to fantastycznie świeże powietrze... Ku utrapieniu rodziny, co rano zimą miała w pokoju temperaturę jak w przysłowiowej psiarni z powodu otwartego okna. No ale nie mogła w ogóle zasnąć przy włączonych grzejnikach, przez które powietrze jest za suche. Normalni ludzie wtedy lekutko uchylają okno – o ile nie mieszkają na przykład w krakowskim smogu, gdzie zimą okna otworzyć się nie da; biedacy... fortuna za klitę w kredycie, i życie w nadziei, że filtry powietrza w niej dobrze działają... – ona też tak robiła, dopóki przestało jej to wystarczać, przez co z każdą nocą okno zaczęło być otwierane szerzej, by dopływ mroźnego, orzeźwiającego powietrza, który tak lubiła, był jak największy.  

Opróżniona puszka wróciła do plecaka. Nawet nie po to, by nie zostawić za sobą śladów, ale z czysto proekologicznych powodów – przez zabranie tych pustych opakowań ze sobą korona jej z głowy nie spadnie.  

– Nu... Nikto, kromie nas... – mruknęła pod nosem, cytując motto ruskich desantowców i chowając plecak z powrotem do jamy. Trzeba było wracać do obserwacji celu. Jeszcze tylko kilka godzin do wieczora i będzie można pospać. A potem... Potem zacznie się pierwszy dzień powrotu do domu i do normalności.

Przez czas wędrówki zupełnie jej to nie przeszkadzało. Wystarczało trochę śniegu i szczoteczka do zębów. Dopiero gdy dotarła tutaj i odpoczęła, dotarło do niej, jak bardzo potrzebuje zadbania o siebie... I jak bardzo jej tego brakuje. Przez te kilkanaście dni zapuściła się strasznie. W tych warunkach niemal nie można było myśleć o myciu, a co dopiero o fryzjerze, paznokciach, skórze i makijażu. A wraz z odczuwaniem tych braków, spadało morale. Nie miała pojęcia, jak da radę przedzierać się znów setki kilometrów drogi powrotnej przez śnieg tajgę i góry. Ale jak już dotrze do domu, będzie przez miesiąc pławić się w takich luksusach jak wanna i kosmetyczka... Co tam kosmetyczka... Salon piękności! Z masażem, jacuzzi i spa. W końcu raz się żyje, później się już tylko straszy. A więc: wanna, salon piękności, masaż, normalne jedzenie... ...i do tego jakiś atrakcyjny samiec, bo ile można pościć.

Ponownie kuląc się w płytkim rowie, obserwowała zmianę warty na dwóch posterunkach przy prostopadłych do jej pozycji miejscach ogrodzonego stalową siatką terenu. Przy części znajdującej się bliżej niej stała przy szlabanie drewniana budka wartownicza. Drugi z wartowników był pozbawiony tego osłaniającego od przenikliwego, przy panujących tu temperaturach, wiatru luksusu i zostawało mu patrolowanie równoległej względem pierwszego strażnika części ogrodzenia.  

Nie było tam wiele do pilnowania. Budynek był tylko jeden i stał wzdłuż tego odcinka siatki, który łączył obydwa pilnowane fragmenty. Poza nim na placu stała tylko ciężarówka z pokrytą ciemnozieloną plandeką budą. Spacerujący wzdłuż jednej linii strażnik miał więc niczym nie ograniczony widok na plac, fragment terenu leżący pomiędzy budynkiem a ogrodzeniem, oraz na to wszystko, co leżało poza pilnowanym terenem aż do linii drzew tajgi. Drugiemu wartownikowi zostawało właściwie tylko obserwowanie gruntowej drogi prowadzącej do obiektu. Warty zmieniały się co cztery godziny. Gdyby nie zawartość budynku, przysłowiowy pies z kulawą nogą by się tym miejscem w najmniejszym stopniu nie zainteresował.

Przesiedziała na posterunku aż do czasu, gdy zaczęło robić się ciemno. Wraz z nastaniem wieczoru mogła wycofać się do swojej nory, by po kolejnej konserwie móc położyć się spać na te kilka godzin.

Budzik odezwał się o trzeciej w nocy, wyrywając ją z dość głębokiego snu. Pozwoliła sobie jeszcze na piętnaście minut śpiworowego lenistwa, zanim zmusiła się do wygrzebania z niego i z samej jamy. Dwie garście śniegu przemyły twarz, a panujące zimno zlikwidowało resztki rozespania. Ubierać się nie musiała, bo choć lubiła zimno, to nie była Eskimosem – spała w ubraniu i nawet przez myśl jej nie przeszło, by je w tutejszych warunkach z siebie ściągać. Po załatwieniu swoich potrzeb fizjologicznych i śniadaniu (nieśmiertelna konserwa, tym razem z wysokoenergetycznym batonem) była gotowa do pracy.

Najpierw zwinąć obozowisko. Wyciągnęła z nory składowane tam plecaki. Odnalazła zagrzebane pod śniegiem sanki, a po ich wydobyciu, załadowała na nie wszystkie swoje graty za wyjątkiem broni. Zostawało zrównać z ziemią dotychczasowy dach nad głową. Wyciągnięta spod śniegu, otrzepana i zwinięta, brezentowa płachta dołączyła do rzeczy umieszczonych na saniach. Żerdzie dachu poleciały w las, a dziura pokryta została śniegiem. Można było ruszać.  

Po chwili dotarła do miejsca, w którym wcześniej obserwowała obiekt. Zarówno tu, jak i na obiekcie, panowała kompletna cisza i spokój. Jeśli nic się nie zmieniło, warty zostały zmienione około godzinę temu i poza dwoma strażnikami reszta powinna sobie smacznie spać.

Nie wiedziała, ilu ich tam dokładnie jest. Wiedziała, że kilku naukowców i niewielki, kilkunastoosobowy oddziałek sołdatów. Ale zawsze mogło pojawić się coś niespodziewanego. Wartownicy nie byli żadnym kłopotem – zdejmie ich, nawet nie zdążą krzyknąć. Dopiero potem zupa zacznie gęstnieć. Musi po cichu położyć łapę na naukowcach, żeby ich wrzaski nie postawiły na nogi całego plutonu. A nie może zacząć od plutonu, bo gdy narobi nieuniknionego hałasu, ostrzeże jajogłowych. Którzy zresztą też mogą być uzbrojeni... Niewiele potrzeba do tego, żeby ją załatwili. Nawet przypadkowy strzał... Owszem, też są przeznaczeni do odstrzału, ale nie zanim nie dostanie od nich potrzebnych informacji.

Znów leżała w swoim rowie. I podobnie jak wcześniej, wartownik urzędował w budce i w jej najbliższej okolicy. Drugi musiał się trochę nadeptać wzdłuż wyznaczonego odcinka ogrodzenia. Co zresztą ułatwiało jej tę część roboty. Sięgnęła po PSL. Ze szczęknięciem zamka nabój został wprowadzony do komory. Teraz zostawało poczekać na odpowiedni moment. Nie obawiała się, że ktoś usłyszy strzały. Karabin zmodyfikowano poprzez nawiercenie otworu pomiędzy lufą a blokiem gazowym, na tyle głębokiego, by można było w niego wkręcić śrubę odpowietrzającą. Ta prosta choć precyzyjna poprawka pozwalała strzelać z tej broni przy zastosowaniu w niej tłumika.

Wartownik przy budce ziewał co chwilę. Gęba mu się nie zamykała, a że ziewanie jest zaraźliwe, nieświadomie odraczał swój wyrok, bo ile razy popatrzyła na jego rozwierającą się gębę, mimowolnie szła w jego ślady, co uniemożliwiało jej celowanie. Do tego musiała jeszcze wszystko zgrać z tym drugim, łażącym w tę i nazad przy swojej części ogrodzenia. Musi zniknąć za budynkiem, tak, by nie zauważył tego, co się będzie działo z jego kumplem. W końcu właściwy moment nadszedł – usłyszała tylko ciche "pyknięcie" i poczuła odrzut broni, a stojący przy budce sołdat padł jak rażony piorunem. Posłała mu jeszcze jeden pocisk, tak na wszelki wypadek, i lekką zmianą ułożenia ciała skierowała broń w stronę, gdzie miał za chwilę pojawić się drugi. Wiedziała, że to w sumie duży błąd – brak zmiany pozycji snajpera po strzale narażał go na ostrzał. Brak przygotowanego wcześniej miejsca, w które można by się było przenieść, opuszczając daną pozycję, również był błędem. Uważała jednak, że tu może sobie na to pozwolić. Nikt się jej tu przecież nie spodziewał. Poza tym zmiana pozycji zabierałaby czas, a drugi wartownik musi być zdjęty jak najszybciej po pierwszym, zanim, choćby czystym przypadkiem, będzie mógł coś zauważyć i narobić alarmu, nim uda się go jej uciszyć. Dlatego została na miejscu i cierpliwie czekała, aż sylwetka wartownika pojawi się niemal przy rogu budynku graniczącym z otwartym terenem placu przed nim. Nieświadomy niczego, wlazł jej prosto pod celownik i w sekundę później było po wszystkim. Cicho, bez najmniejszego hałasu. Nawet nie wiedział, co się stało.  

Nie traciła czasu. Zabezpieczyła karabin i szybko podniosła się z zajmowanego przed chwilą rowu. Zarzuciła broń na ramię, zasypała opuszczony dołek śniegiem i chwyciwszy przywiązany do sanek sznur, ruszyła do obiektu. Musiała nadłożyć trochę drogi, tak by móc pokonać większość z niej od strony szczytowej ściany budynku, w której nie było okien. Zawsze zmniejszało to trochę ryzyko, że ktoś ją zauważy, wyglądając przez jedno z  nich. Niby wszyscy śpią, ale tego przecież także nie może być pewna. Starała się jak najszybciej pokonać dzielący ją od celu dystans, ale nie biegła. Oszczędzała siły i dawała sobie możliwość normalnego oddychania. Dzięki temu, gdy znajdzie się przy budynku, będzie mogła od razu przystąpić do działania, bez odpoczynku na złapanie oddechu. A ponadto jej reakcje na niespodziewane natknięcie się na kogoś także będą mogły być znacznie skuteczniejsze, niż gdyby dodatkowo musiała walczyć z zadyszką, o którą w tej sytuacji, brodząc w śniegu z ciągnionym za sobą ciężarem, przecież łatwo.  

Dotarła do szlabanu. Pochyliła się nad zastrzelonym wartownikiem i zabrała leżące przy nim AK-74. Potem pokonała szlaban, przeciągając za sobą sanki i natychmiast skierowała się pod szczytową ścianę. Sanki i jej PSL zostały tam, a Sunbird, zabrawszy niewielki plecak, który założyła na plecy, oraz trofiejnego kałasza, ruszyła w stronę drzwi wejściowych.  

Budynek był niewielkim jednopiętrowym blokiem z nieocieplonej "wielkiej płyty" – po prostu szary żelazobetonowy klocek. Drzwi do bramy wejściowej nie były zamknięte na klucz, wejść można było bez problemu. Nie miała jednak pojęcia, w których pomieszczeniach rozlokowali się poszczególni mieszkańcy. Ta niewiadoma była najgorszą częścią całego planu, pomyłka oznaczała koniec. Pomimo zimna, zdjęła buty, zostawiając je w korytarzu, i starając się iść jak najciszej, zaczęła zwiedzanie obiektu.  

Parter po prawej stronie zajmowały pomieszczenia typowo gospodarcze, jak kuchnia ze stołówką czy spiżarnia, po przeciwnej stronie drzwi były zamknięte, ale nie było żadnej tabliczki lub plakietki oznajmiającej przeznaczenie pomieszczeń. Albo celowo, albo można było założyć, że tam mieszkali naukowcy. Żołnierze, mający pewnie wspólną salę, nie mieli powodu do takiej izolacji, by zamykać drzwi na zamek. Zresztą byłoby to niepraktyczne i niewygodne, gdyby ktoś co chwilę musiał się szarpać z drzwiami. Czyli musieli urzędować na piętrze. Zostawała jeszcze piwnica, ale wątpiła w to, by sale mieszkalne urządzone były tam. Jednak strzeżonego... Zanim poszła na górę zajrzała do piwnic. A raczej próbowała, bo po pokonaniu paru żelbetowych schodów zatrzymała ją krata blokująca wejście do piwnicy. Tam musiało być laboratorium i jego magazyny.  

Właściwie wiedziała już wszystko. "Uże para..." – pomyślała w duchu i starając się zapanować nad niepokojem, zabrała się za to, po co tu przyszła. Choć kuszące, odwlekanie nieuniknionego i tak by niczego nie zmieniło – chyba, że na gorsze, w końcu w każdej chwili ktoś może się zorientować, że na terenie pojawił się intruz – jeśli skutkiem jej działań mają ją zabić, to dziesięć minut w te czy wewte nie sprawi żadnej różnicy.

Niepokój pozostał. Zostaje zawsze, ale gdy się robi swoje, nie myśli się o strachu. On przychodzi później, już dawno po fakcie. Podobnie jak pojawia się czasem przed zrobieniem czegoś, gdy ma się za dużo czasu na myślenie o tym, co do zrobienia czeka. Podeszła znów pod zamknięte na parterze drzwi. Z jednej kieszeni maskującego stroju wyjęła niewielką, zamykaną na błyskawiczny zamek, saszetkę, a z niej wytrych, po manipulacji którym drzwi szybko stanęły przed nią otworem. Jako, że nie paliła wcześniej żadnego światła, oczy były przyzwyczajone do półmroku, nie musiała więc odczekać chwili na to, aż wzrok zaadoptuje się do warunków panujących w kilkupokojowym mieszkaniu. Z jednego z pokoi dobiegało chrapanie. Pierwszy cel zlokalizowany.

Mężczyzna spał sam. I jak zabity. Zdjęła plecak i wyjęła z niego jedne z kilku kajdanek. Nawet nie poczuł. Obudził się dopiero, gdy położyła mu dłoń na ustach. Ale widząc lufę pistoletu przy czole, nie stawiał żadnego oporu, gdy go kneblowała. Kawałek sznurka skrępował mu nogi i jeden był z głowy.  

Kolejny pokój... Tu sprawa się skomplikowała. W łóżku spała para.  

Błyskawiczna decyzja – zacznie od kobiety. Facet zmięknie, jak zobaczy, co jej grozi. A poza tym gdyby zaczęła od chłopa, laska mogłaby się ze strachu i nerwów nie opanować i narobić wrzasku. A piętro budynku dalej było dla Sunbird śmiertelnie groźne.  

Nie mogła też zaryzykować skuwania jej w trakcie jej snu. W odróżnieniu od poprzedniego już załatwionego gościa, mogła mieć znacznie lżejszy sen a jej niespodziewane wrzaski nadal groziły spieprzeniem całego planu. Dlatego najpierw na ustach kobiety znalazła się dłoń, która uniemożliwiła wydanie jakiegokolwiek głośniejszego dźwięku. Szarpnęła się, otwierając natychmiast oczy, ale Sunbird trzymała mocno, dociskając jej głowę do poduszki i bezwzględnie patrząc jej w oczy, które rozszerzyły się ze strachu na widok broni wymierzonej w jej głowę.  

– Ty budjesz wjeżliwaja, da? Będziesz grzeczna, tak? – powiedziała do niej groźnym szeptem.

Przerażona kobieta szybko poruszyła głową na znak zgody. Sunbird powoli zdjęła dłoń z jej twarzy. A upewniwszy się, że kobieta jest cicho, cofnęła się o dwa kroki i nie spuszczając jej z oczu zdjęła z pleców kałasznikowa i plecak. Z plecaka wyjęła kolejne kajdanki. Dwie pary.  

– Obudź go – powiedziała cicho, kładąc kajdanki na pościeli, którą okryta była leżąca na wznak kobieta, przyciskając jej znów lufę pistoletu do głowy i siląc się na spokój, choć adrenalina sięgała u niej zenitu.

Kobieta kilkoma nerwowymi szturchnięciami łokciem w plecy śpiącego tyłem do niej na boku mężczyzny wyrwała go ze snu. Zaklął, obracając się w jej stronę i zamarł bez ruchu, gdy zobaczył całą scenę oraz Sunbird przyciskającą swój wskazujący palec do kominiarki na wysokości swoich ust. Palec wskazujący pokazał z kolei najpierw kajdanki a potem wymierzony został w faceta. Połapał się od razu i posłusznie sam skuł sobie ręce.  

– Maładiec... – skwitowała to Sunbird. Znów cofnęła się o dwa kroki, nadal mierząc w nich z pistoletu. – Krasawica. Twoja kolej – wskazała na drugą parę kajdanek leżącą u Rosjanki na wysokości jej brzucha.  

Drżącymi dłońmi kobieta sięgnęła po nie i poszła w ślady swojego mężczyzny. Zostawało już ich tylko zakneblować i unieruchomić sznurem nogi i będzie mogła odetchnąć na chwilę. Wraz z powodzeniem misji, jej napięcie powoli opadało, pozwalając coraz pewniej panować nad sobą. Uwinęła się z facetem w moment, po czym pochyliła się z kneblem nad kobietą.

– Dima... – wydobyło się nagle z gardła Rosjanki, tuż przed tym zanim Sunbird zdołała ją zakneblować. – Rjebjonok...

Sunbird zastygła na moment. Dziecko?

– Kakoj rjebionok? Kuda? – zapytała.

Rosjanka głową wskazała zamknięte drzwi do sąsiedniego pokoju. Sunbird miała tam oczywiście zajrzeć po skrępowaniu osób z pokoju, w którym teraz przebywała, ale dziecko? Tego się kompletnie nie spodziewała. Szybko zakneblowała kobietę, związała jej nogi, zabrała swój automat i plecak z podłogi, i skierowała się do sąsiedniego pokoju.  

Delikatnie nacisnęła klamkę. W szarościach nadchodzącego świtu ujrzała dwie postacie śpiące na sąsiadujących ze sobą łóżkach. Na jednym, kilkuletniego chłopca, na drugim, młodej kobiety.

Tylko tego jej jeszcze brakowało... Dziecka... Psia krew, co z nim teraz zrobić...

Nie miała teraz czasu na dumanie. Później pomyśli... Szybkim krokiem podeszła do łóżka kobiety i powtórzyła te same czynności co w przypadku poprzednich zaatakowanych osób. Kajdanki, knebel, związane nogi. Sprawnie i cicho. Zostało tylko jeszcze to cholerne dziecko... Zaczęła od knebla, bo jak przypadkiem dzieciak wrzaśnie... Chłopiec obudził się od razu, ale rzecz jasna szamotanina nic mu nie dała. Bronią mu nie groziła, wystarczała przewaga fizyczna i groźny wygląd, by szybko go spacyfikować, starając się nie zwracać uwagi na jego rozklejenie się.  

Nim wyszła z pokoju, spojrzała zimnym wzrokiem na skrępowane postacie i znów przytknęła wskazujący palec do kominiarki na wysokości swoich ust. W pokoju, w którym spali rodzice dziecka unieruchomieni mężczyzna i kobieta leżeli na łóżku, jak ich zostawiła. Szeptem kazała im grzecznie tu siedzieć i nie kombinować, po czym wyszła z pokoju a potem niewielkim korytarzem dotarła do drzwi prowadzących na klatkę schodową. Teraz do unieszkodliwienia został chroniący obiekt pluton.

Na palcach wspięła się po schodach na piętro. Zimny beton przenikał chłodem przez jej grube skarpety, ale nadal nie mogła sobie pozwolić na taki luksus jak buty. Póki co, musiało być cicho. Na piętrze po lewej znajdowały się łazienki i toalety, po przeciwnej stronie, drzwi prowadziły do sali przeznaczonej dla oddziałku sołdatów. I tak jak wcześniej myślała, nie były zamknięte na zamek. Zajrzała przez lekko uchylone drzwi. Na kilku piętrowych łóżkach chrapała i posapywała reszta siły żywej obiektu.  

Wycofała się. Chuchając na zimne, postanowiła przeszukać toalety, żeby nie okazało się czasem, że któryś akurat chwilę wcześniej poszedł skorzystać z klopa i w trakcie walki pojawi się jej znienacka za plecami. Było w nich pusto, można więc było zaczynać hałasowanie. Wróciła pod drzwi sali żołnierskiej. Z plecaka wyjęła granat hukowy i dwa ręczne granaty. Hukowy wleciał przez drzwi do sali pierwszy, a gdy sekundy po jego wybuchu na sali zaczął się rozgardiasz, Sunbird ponownie uchyliła drzwi i wrzuciła dwa ręczne granaty, jeden za drugim, natychmiast po tym wycofując się w drzwi jednej z toalet, dokładnie naprzeciwko drzwi do sali, w której jeszcze przed chwilą spali Rosjanie. I czekała z odbezpieczonym automatem, ustawionym na pojedynczy ogień. Granaty nie powinny dać im wielkich szans, ale zawsze jakieś istniały. Głupotą byłoby pakować się do środka. Jeśli któryś jest na choćby jako takim chodzie, będzie musiał stamtąd wyleźć. Zza drzwi do sali słychać było pojedyncze jęki rannych, ale nikt nie wychodził. Może jednak granaty były wystarczająco skuteczne?  

Istniał tylko jeden sposób by to sprawdzić, ale cholernie jej się nie paliło, by z niego skorzystać. Wystarczy tylko jeden, który będzie na tyle sprawny, żeby obsługiwać broń, i załatwi ją, gdy tylko wsadzi łeb w otwarte drzwi...

Zeszła z powrotem na parter. Ubrała w końcu pozostawione w korytarzu przy wejściu do budynku buty. Jaki to cudowny wynalazek, buty... Ciepło i sucho w każdych warunkach. Skierowała się do kwater naukowców, weszła do pokoju, w której był mężczyzna, który chrapał, gdy go napadła. Rozwiązała mu nogi, kazała wstać z wyra i iść przed nią na piętro.  

Zatrzymali się przed wejściem do sali żołnierzy. On przed samymi drzwiami, ona na korytarzu za nim. Ruchem trzymanego w rękach karabinka nakazała mu wejść do środka sali. Otworzył drzwi, ale nie chciał ryzykować wejścia. Widząc to, błyskawicznie zbliżyła się do niego i wepchnęła go tam po prostu. Może się uda...  

Nie było ognia. Nadal było ryzyko, że udało im się rozpoznać naukowca i dlatego nie strzelano do niego, ale wątpiła w to. Po tym co się stało i po dosłownie wpadnięciu faceta do środka, ktoś, tam siedzący, z dużym prawdopodobieństwem zareagowałby odruchowo. I nawet gdyby go nie trafił, to by się zdradził. Tak czy inaczej, wyczerpała wszystkie możliwości, jakie przychodziły jej do głowy i tym razem musiała sama sprawdzić, czy któryś przeżył. Ostrożnie zajrzała do środka.  

Wewnątrz pomieszczenia była jatka. Rozpryśnięte z wielką siłą odłamki granatów trafiły w sam środek małego tłumu, jaki się zrobił, gdy wyrwani hukiem ze snu żołnierze powyskakiwali z łóżek na środek sali. Teraz pośrodku stał tylko blady z przerażenia naukowiec, a wokoło niego walali się martwi i kilku rannych.  

Zacisnęła zęby. Żałowała, że nie wzięła ze sobą gazu bojowego zamiast tych cholernych granatów. Ale nie mogła, bo póki co naukowcy potrzebni jej byli żywi, a gaz nie rozróżnia.  

Gazem byłoby prościej. Granaty zrobiły oczywiście swoje, pozwalając jej na rozprawienie się z całym oddziałkiem bez szwanku, ale ich paskudną stroną było to, że teraz zaś musiała dokończyć jatkę, którą zaczęła. Zresztą, z pewnego punktu widzenia, oszczędzała im tylko dogorywania. Nadal jednak było to okropne.

– Paszoł won – rzuciła do naukowca. – Idi w chuj!!! – wrzasnęła na niego, widząc, że nawet nie drgnął, i pchnęła go w stronę drzwi.

Poskutkowało. Wyczłapał na miękkich nogach. Chwilę później w pomieszczeniu rozległy się strzały.

MEM

opublikowała opowiadanie w kategorii thriller i kryminalne, użyła 5630 słów i 31726 znaków. Tagi: #sensacyjne #thriller #Syberia #Rosja

1 komentarz

 
  • AnonimS

    Ciekawe. Zamierzam cofnąć się do początku. Zestaw na tak.

  • MEM

    @AnonimS "Ciekawe. Zamierzam cofnąć się do początku. Zestaw na tak."  

    A dzięki. :)

    Choć, zaskakująco dla mnie, wymęczyła mnie psychicznie ta nowa część. Za dużo zabijania. Miało tak być, bo ta i kolejne części są od dawna szkicowo zaplanowane aż do epilogu, ale o ile fajnie mi się wymyślało fabułę (zwłaszcza, że jak zwykle w trakcie pisania, niektóre rzeczy się pozmieniały; nigdy w sumie nie wiem, do czego mnie fabuła doprowadzi :) – od pewnego momentu tworzy się jakby sama), o tyle naprawdę przy takiej masowej skali mordowania, miałam psychicznie dosyć, niedobrze mi się robiło, gdy to sobie na potrzeby tej mojej grafomanii wyobraziłam. Teraz się muszę pozbierać, żeby dokończyć to, co tutaj zaczęte. No i właśnie mam takie jakieś wewnętrzne opory przed "powtórką z rozrywki".