Rest in waves | VI | Jonathan

Rest in waves | VI | Jonathan“Houston to najlepsze, co mogłem ci załatwić. Duże, ważne miasto, piękna pogoda… - z trudem zoogniskował wzrok na twarzy szeryfa. Nienawidził tego dusznego biura wypełnionego latawcami kurzu i zapachem ciasta.  

- Zrobiłeś to, James - powiedział oschle, przewiercając mężczyznę oskarżycielskim spojrzeniem.  

- Nie masz żadnych dowodów.  

- Nie zapomnę o tym - mruknął Jonathan hardo. Krzywda Victora wciąż wywoływała u niego obsesyjne pragnienie zemsty.  

- Ani ja - oficer przyłożył wargi do ucha poobijanego policjanta - Był taki ciasny…  

- Zabiję cię.  

- Houston jest daleko stąd - stwierdził James z szyderczym uśmieszkiem, po czym zostawił Jonathana na pastwę rozmyślań.”


Dokładnie tysiąc trzysta mil w linii prostej. Jonathan wyjrzał przez nagrzaną szybę. Polubił Teksas. Opustoszała Justice Park dawała mu poczucie bezpieczeństwa, które nie miało nic wspólnego z faktem, że przebywał w siedzibie FBI. Po prostu odnalazł tu spokój. Garret, wnoszący o przeniesienie Jonathana, nie mógł przypuszczać jak wielką przysługę mu wyświadczył. Awans do federalnych, pozwolił policjantowi rozwinąć skrzydła i zyskać przewagę nad dawnym przełożonym. Usiadł za biurkiem, bawiąc się trójbarwną muliną. Trzy głupie sznurki stanowiły ostatni, nic nie wnoszący, ślad po Victorze. Przez pięć lat walenia głową o mur, Jonathan odpuścił poszukiwania. Zresztą sam chłopak nie chciał być znaleziony. Funkcjonariusz doskonale pamiętał jego tajemniczą wizytę w szpitalu...

- Gotowy? - Jonathan odepchnął niechciane wspomnienia i zmusił się do uśmiechu.  

- Gotowy - potwierdził, sprawdzając broń oraz resztę wyposażenia. Czekająca ich misja miała wysoki poziom ryzyka. Jonathan prawie zawsze wybierał najtrudniejsze zadania. Psycholodzy zapewne znaleźliby na to odpowiednią nazwę. Kompleks Mesjasza albo inne pierdolenie. Cmoknął plecioną bransoletkę, która z czasem zyskała rangę szczęśliwego amuletu, mimo iż jej widok uruchamiał wiecznie ten sam, zapętlony film cuchnący szpitalną salą.  


“Czyjaś ciepła dłoń dotknęła jego policzka. Rozchylił ociężałe powieki i uśmiechnął się.  

- Victor… - wyszeptał, nie bardzo wiedząc, czy śni, czy też naprawdę widzi szczupłą postać - Wróciłeś…  

- Podobno mnie szukasz.  

- Tak, szukam… Ja...

- Te siniaki… ON ci je zrobił? Przeze mnie? - wargi chłopaka drżały przy ostatnich dwóch słowach. Jonathan machnął ręką, sycąc zmysły widokiem bruneta. Wydawał się przygaszony, bardziej niż zwykle wycofany… Zbladł, schudł i jego ogromne oczy sprawiały wrażenie jeszcze większych.  

- Gdzie byłeś? - złapał delikatnie nadgarstek chłopaka, by ponownie upewnić się,  co do jego prawdziwości. Zahaczył palcami o plecioną bransoletkę, odchylając ją opuszkiem. Zakrywała charakterystyczne, znane każdemu policjantowi, krwawe otarcie. Victor wyszarpnął dłoń, unikając spojrzenia Jonathana.  

- Teraz jestem tutaj.  

- Ten mężczyzna w klubie…  

- Przyszedłem się pożegnać.  

- Pożegnać?  

- Poznałem kogoś. Zabiera mnie do Europy.  

- Jesteś szczęśliwy? - pytanie funkcjonariusza pozostało bez odpowiedzi - Victor? Czy jesteś szczęśliwy?  

- Muszę iść - usta chłopaka niepewnie dotknęły jego warg. Jonathan pozwolił trwać ulotnej chwili ciepła. Zatonął w słabym zapachu perfum i rozgrzanego ciała, w milczącym pożegnaniu języków… Nagle Victor oderwał się od niego - Nie szukaj mnie więcej.  

- Poczekaj… - zerwał bransoletkę bruneta, próbując go zatrzymać.  

- Przepraszam. Nie powinienem był przychodzić - zawołał odnaleziony, pospiesznie opuszczając oddział.”

- Wchodzimy, zgarniamy wszystkich, zabezpieczamy dowody i wychodzimy. Nie chcę żadnych strat, żadnego pieprzonego bohaterstwa, rozumiesz Jonathan?  

- Oczywiście. Żadnego bohaterstwa - powtórzył mężczyzna automatycznie, mrugnięciem zamykając archiwum nieprzyjemnych retrospekcji.  

- Pamiętajcie, że w grę chodzi handel ludźmi, sprawa jest medialna, więc musicie się przyłożyć. To ma być szybka, czysta akcja.  

“Jak, kurwa, każda”, pomyślał Jonathan z goryczą. Ostatni raz musnął wargami mulinę, po czym ruszył na swoje miejsce. Sprawnie otoczyli stary, pozornie opuszczony, portowy magazyn. Szare Wilki. Legendarna organizacja zajmująca się niewolnictwem. W końcu wpadli na jej trop i dziś mieli dokonać finalnego rozrachunku ku uciesze mas. Weszli gładko. Zadziwiająco gładko. Rozbiegli się po budynku w zgranym szyku. Wtedy padły strzały. Jonathan schronił się za potężnym filarem, skąd zdołał skutecznie odpowiedzieć ogniem. Niestety, handlarze wydawali się solidnie przygotowani na przybycie agentów. Podejrzewał, że tak będzie. Zbyt gładko weszli. Po prawej stronie, dostrzegł lekko uchylone drzwi. Zerknął na kolegów, którzy tak jak on kryli się za filarami, unikając krwawej jatki. Niesamowicie korciło go wpółotwarte wejście. Zdecydowanie nie powinien odłączać się od grupy, jednak zawsze wolał pracować solo. Był wówczas bardziej efektywny. Ryzykując otrzymanie śmiertelnego postrzału dobiegł do drzwi. Zatrzasnął je, odetchnąwszy z ulgą. Znalazł się w wąskim, słabo oświetlonym korytarzu. Zaczął nim iść aż ujrzał duże, jasne pomieszczenie. Środek pokoju zajmowało ogromne łóżko, na którym leżały wypełniona pieniędzmi torba, skórzana kurtka i kluczyki. Niespodziewanie, młody chłopak nachylił się nad przedmiotami, wszedłwszy w pole widzenia policjanta. Jonathan poczuł jak serce poczyna mu walić szaleńczo. Wszędzie rozpoznałby te ruchy.  

- Victor… - szepnął, nim zdołał się powstrzymać. Chłopak znieruchomiał z ręką przy kurtce.  

- Mam na imię Chris - brzmiały jego pierwsze słowa.  

- Nieprawda… Tak długo cię szukałem… - Jonathan zrobił dwa niecierpliwe kroki w stronę bruneta. Ten wyczuwszy ruch, odwrócił się gwałtownie. W zaciśniętej dłoni trzymał standardowego Colta 45. Policyjna broń, wychwycił umysł mężczyzny z ironią.  

- Nie podchodź!  

- Victor to ja, Jonathan. Pamiętasz? Chcę ci pomóc… - kolejne dwa kroki. Ręka chłopaka wyraźnie drżała - Musisz przestać uciekać…  

- Nic nie rozumiesz! - wrzasnął Victor, celując mu prosto w serce.  

- Zatem mi wyjaśnij - uniósł stopę, planując podejść bliżej. Huk wystrzału rozerwał wzrastające napięcie, które pękło niczym przedmuchany balon. Jonathan poczuł ostry ból w ramieniu. Ze zdumieniem dostrzegł czerwoną plamę na ciemnym materiale munduru. Nie przewidział tego. Nie wierzył, że chłopak naprawdę pociągnie za spust.  

- Kazałem ci stać! Ja jestem jak oni… Zrobili ze mnie potwora! - wykrzyknął chłopak, dramatycznym gestem opuszczając broń.  

- Nie, nie jesteś…- policjant ostrożnie zmniejszył, dzielący ich dystans, wykorzystawszy moment rozprężenia. Nie pierwszy raz uczestniczył w takiej sytuacji. Wiedział doskonale, jak to rozegrać.  

- Nie zbliżaj się! -  wrzasnął chłopak, ponownie mierząc w niego bronią.  

- Victor, znam cię… Nie jesteś taki jak oni. Nie potrafisz zabijać. Nawet teraz ledwo utrzymujesz pistolet - wskazał roztrzęsioną dłoń bruneta. Victor podążył za jego spojrzeniem ku słabej, niepewnej swego kończynie.  

- Pozwól mi odejść. Zabiorę tylko pieniądze i zniknę - zmienił ton chłopak. Jonathan smutno potrząsnął głową.  

- Ucieczka nie jest dobrym rozwiązaniem. Oddaj broń. Załatwię ci ugodę. Nie zamkną cię. Słyszysz? Nie zamkną cię, Victor - przekonywał, z wolna, niemal niezauważalnie, przysuwając się do bruneta, który zaczynał ulegać jego perswazji - Byłeś tylko ich ofiarą. Daj broń i chodź ze mną. Chcę ci pomóc. Zawsze chcę ci pomóc -  dotknął zimnej lufy, przechylając jej czarne, cyklopie oko w dół. Drugą dłonią musnął włosy chłopaka.  

- Pomóc…? - wyszeptał bezradnie Victor - Mi nie można pomóc! - gwałtownie odepchnął agenta od siebie. Jonathan zatoczył się i gdyby nie ściana, prawdopodobnie by upadł. Chwilowa utrata równowagi oznaczała całkowitą utratę kontroli nad sytuacją. Chłopak narzucił kurtkę, chwycił torbę, po czym uciekł w sobie znanym kierunku. Mężczyzna rzucił się desperacko za nim. Nie mógł go stracić. Nie, kiedy właśnie go odnalazł. Victor wybiegł na zewnątrz i zamarł z rękami w górze. Jonathan zobaczył agentów, trzymających chłopaka na celowniku półautomatów.  

- Nie strzelać! - krzyknął, instynktownie osłaniając Victora - Nie strzelać, kurwa!  

- Właśnie, nie strzelać albo on zginie! - poczuł chłód lufy przy skroni oraz ciepło oddechu przy uchu.  

- Nie rób tego, Victor… - wymamrotał cicho - Pogarszasz swoją sytuację.  

- A więc jak będzie, panowie? I panie? - agenci wolno opuścili broń. Victor zaczął iść, używając ciała Jonathana jako swojej przepustki.  

- To się nie uda - mężczyzna spróbował jeszcze raz dotrzeć do rozsądku chłopaka - Zastrzelą cię jak psa. Są dobrze wyszkoleni. JA jestem dobrze wyszkolony…

- Zamknij się!  

- Victor, proszę…  

- Idź albo strzelę! - warknął brunet, mocniej przycisnąwszy pistolet. Jonathan szedł posłusznie, nie stawiając oporu - Wsiadaj - rozkazał Victor, gdy stanęli przed zacumowaną, przy zapuszczonym molo, motorówką. Mężczyzna wykonał polecenie milcząco - Odpal silnik.

- Posłuchaj…  

- Odpal pieprzony silnik - nacisk broni na karku wzrósł. Jonathan zaczął szukać czegoś, czegokolwiek, co mogłoby zatrzymać chłopaka przed popełnieniem życiowego błędu. Jednym tchem wyrzucił trzy słowa, będące czarnym koniem tych negocjacji.  

- To było samobójstwo!  

- Co?  

- Nie jesteś winny śmierci Taylora. On sam zadecydował o sobie.  

- Kłamiesz!  

- Widziałem go, tak jak widzę ciebie… - Victor pochylił głowę. Nie był w stanie przetrawić otrzymanych informacji. Jonathana przepełniło współczucie. Zapragnął zabrać chłopaka do domu daleko od wszystkich. Zamiast tego odnalazł jego lodowate dłonie, chcąc wyjąć z nich Colta. Niespodziewanie oczy bruneta zapłonęły furią. Wyrwał się uchwytowi policjanta i przystawił broń do jego piersi.  

- Jeśli go widziałeś, jesteś odpowiedzialny za tę śmierć.  

- Przestań szukać winnego na siłę. Tu nie ma podziału na dobrych i złych.  

- Zabiłeś go!  

- On sam się zabił! - Jonathan zaczynał mieć dość nonsensownej dyskusji - Dokonał wyboru! Teraz twoja kolej, Victor! Chodź ze mną albo… - urwał, przerażony słowami, które podsuwał mu praworządny, policyjny umysł.  

- Albo co?! Dalej, panie “chcę ci pomóc”, proszę dokończyć…

- Nie zmuszaj mnie, abym użył siły, Victor. Nie wobec ciebie. Wiem, że się boisz… Jeśli pójdziesz ze mną dobrowolnie, nikt cię nie tknie. Będziesz bezpieczny, obiecuję.  

- Ja nigdzie i nigdy nie będę bezpieczny!  

- Więc strzelaj. Śmiało. Zastrzel mnie. Prędzej czy później, będziesz musiał pociągnąć za spust. Obaj jesteśmy tego świadomi. Przecież nie możesz uciekać z agentem FBI. Nie, jeśli masz nadzieję naprawdę uciec - Jonathan wywołał u chłopaka wahanie. Widział, jak ten toczy wewnętrzną walkę. Widocznie, nie zmienili go aż tak, by wyrwać z niego człowieczeństwo - STRZELAJ!  

- Nie, proszę, ja… Jonathan… - powietrze przeszył odgłos wystrzelonej kuli. Chłopak spojrzał na agenta zaskoczony. Jego ogromne oczy wypełnił ból. Osunął się bezwładnie w ramiona policjanta, który dopiero po chwili zrozumiał, co właśnie zaszło.  

- Mówiłem, kurwa, że macie nie strzelać! - wykrzyknął, zawierając w tym jednym zdaniu całe spektrum od rozpaczy po tępą, obezwładniającą wściekłość.  

- Daj spokój, dzieciak groził ci bronią. Mieliśmy czekać, aż odstrzeli ci łeb?  

- Już prawie go miałem, dałbym radę…  

- Szef powiedział wyraźnie, że nie chce żadnego bohaterstwa. Ta praca to nie jest pieprzony pokaz sztuczek magicznych! Daliśmy wam szansę, ale nie mogliśmy czekać w nieskończoność, Jo.  

- Dziesięć sekund. Dziesięć pierdolonych sekund! Tyle potrzebowałem.  

- Hej, Jo, to przecież tylko jakiś zaćpany gówniarz. No big deal… Jo?  

- Miał na imię Victor. Victor Norrington. Pięć lat temu zaginął w Milwaukee. Ale ciebie to nie obchodzi, prawda? Ważne, że akcja się udała…  

- Boże, Jo, nie wiedziałem…  

- Zostaw mnie! - Jonathan usiadł, trzymając nadal ciepłe ciało chłopaka na kolanach. Gładził w milczeniu jego włosy. Delikatne fale     zatoki kołysały motorówką. Ciepła bryza owiewała mu twarz. Dookoła panowała przedziwna cisza. Spokój. Ukojenie, którego tak bardzo potrzebował. Teraz przynajmniej Victor mógł odpocząć.  

- Jonathan, muszę zabrać zwłoki… - powiedział ktoś niepewnie, oczekując ostrego sprzeciwu. Agent obrzucił czarny worek niechętnym spojrzeniem, po czym wstał bez słowa protestu, zrobiwszy miejsce dwójce funkcjonariuszy.  

- Oczywiście - odwiązał plecioną bransoletkę i wrzucił ją do wody.  

6 komentarzy

Zaloguj się aby dodać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Iks

    Iks · 6 lutego

    Zakończenie dramatu z wątkami kryminalnymi made by Somebody jest ze wszech miar satysfakcjonujące. To bardzo dobra cecha osoba piszącej, gdy przyzwyczaja do wysokiego poziomu swojej twórczości i nie schodzi poniżej pewnej jego granicy. Przy takim talencie wypada tylko żałować, że Autorka nie decyduje się na rozbudowanie swoich historii. Na szczęście ich ilość jest osłodą. Klask, klask Sombdy (a taki skrócik mi wyszedł, całkiem po "angielskiemu" dobrze brzmiący). "Zazdraszczam" Ci kilku rzeczy (cicho sza!), ale w tej chwili najbardziej chyba czasu, który możesz poświęcić na pisanie. Z tego tez powodu żałuję, że nie czytam Twoich tekstów regularnie, ale i mam sajgon z własnym pisaniem.  
    P.S. Jedna rzecz mi taka przyszła do głowy, gdy pisałem ten komentarz. Świetnie łączysz wątki, oddajesz rozterki i pleciesz losy co stanowi atut, bo potrafisz zaskoczyć Czytelnika. Tak sobie myślę; czy kiedyś zaskoczysz mnie, a może jeszcze kogoś i zakończysz historię swoich bohaterów bardziej pozytywnie. Wiem, wiem... to nuda i żadne emocje, ale ja czułbym się mocno wkręcony.  
    Pozdrawiam, pozostając pod dużym wrażeniem.  
    X.

  • AuRoRa

    AuRoRa · 17 stycznia

    Pościgi, broń   , akcja, a jednocześnie walka w duszy bohaterów . Czytało się jednym tchem, ale zakończenie zaskakujące, nie spodziewałam się tego . Faktycznie zabrakło niewiele, a mogłoby się to inaczej potoczyć. Świetna część .  

  • Duygu

    Duygu · 16 stycznia

    Ojej, cóż za emocje! Nie wierzę, jak to się mogło stać?    Wena Cię nie opuszcza i oby tak było bez końca. To była jedna z najbardziej emocjonujących części. Pięknie    

  • agnes1709

    agnes1709 · 16 stycznia

    No to pojechałaś po bandzie tak, jak lubię! Chociaż ja w sumie przejechałabym z zakładnikiem jeszcze pół kraju, podkręciła nerwówkę i dopiero kulka w łeb Ale to tylko ja, która nie ma nic do gadania

  • angie

    angie · 14 stycznia

    PS Ciekawe zdjęcia!

  • angie

    angie · 14 stycznia

    "Psycholodzy zapewne znaleźliby na to odpowiednią nazwę. Kompleks Mesjasza albo inne pierdolenie."  Hahaha! Dobre! czekaj, daj mi z pięć minut...