Rest in waves | V | Jonathan

Rest in waves | V | Jonathan

- On zawsze łatwo poznawał mężczyzn. Przyciąganie ich stanowiło biznes dobry jak każdy inny - policjant słuchał Clay’a z niedowierzaniem.  

- Sugerujesz… - przerwał, mając wrażenie jakby ktoś dźgnął go w źrenicę.  

- Kiedy się poznaliśmy, Victor nie miał rodziny ani domu. Chodził do szkoły dzięki stypendium, ale wycieczki, studniówka, telefon, ubrania, fryzjer, cały ten nastoletni syf… To było koniecznością w jego przypadku. Potrzebował pieniędzy, żeby nie odstawać. Zawsze umawiał się w inny dzień, łącznie poświęcał trzy lub cztery wieczory tygodniowo - kontynuował spokojnie student - Nikomu nie powiedział, ja dowiedziałem się przypadkiem i obiecałem dochować tajemnicy - Clay przerwał na chwilę, ważąc ciężar kolejnych słów - Victor był dziwką. Niby tą “lepszą”, ale wciąż dziwką.  

- Skończył z tym, prawda? - zapytał cicho Jonathan, licząc że jego głos nie ocieka nadzieją.  

- Jak raz zaczniesz, trudno jest skończyć. Próbował przez wzgląd na studia i Taya… Znalazł nawet pracę w jakiejś restauracji… Nie wypaliło. Musiał ciężko pracować miesiąc na pieniądze, które mógł mieć w ciągu tygodnia. Wkrótce znów zaczął kupować mnóstwo drogich rzeczy… - Clay wymownie zawiesił głos. Funkcjonariusz usiłował przetrawić otrzymane rewelacje. Przecież obserwował chłopaka dłuższy czas. Wiedział o nocnych wypadach, powrotach nad ranem i zakupach w drogich butikach. Jak mógł nie nie połączyć dosyć oczywistych faktów? Chyba faktycznie nie powinien zajmować się tą sprawą.  

- Więc myślisz, że w klubie spotkał kolejnego… klienta?  

- Nie planował tego. Wszedł po kilka drinków i ktoś mu je postawił. Często naciągał nowo poznanych. Tyle, że tym razem miał pecha. Źle ocenił sponsora wieczoru. Zamiast jelenia złapał wilka, rozumiesz?

- Może być uwięziony bądź martwy, a ty… Żonglujesz metaforami?  

- Nie znasz Victora. Poradzi sobie. Wychodził z gorszych sytuacji. Nie jest taką ofiarą, na jaką się kreuje - stwierdził student oschle. Jonathan uniósł brwi - Raz już zjebał. Poszedł z jakimś facetem. Trzy dni go nie było. Taylor odchodził od zmysłów. Miał nawet zgłosić zaginięcie, ale bałem się, że wtedy cała prawda ujrzy światło dzienne. Dlatego wmówiłem Tay'owi, że Vic wpadł w jeden ze swoich stanów i wyjechał. Przyszedł do mnie po tygodniu zmasakrowany. Ubranie w strzępach, ślady konkretnego bicia, mnóstwo krwi… Poprosił o możliwość skorzystania z prysznica i opowiedział zgrabną historyjkę o napadzie, którą zamierzał sprzedać reszcie.  

- Teraz także po prostu “przyjdzie”? Czy ty w ogóle siebie słyszysz, Clay?! - potrząsnął mocno studentem - Victor miał cholerne szczęście, że udało mu się wyrwać! Wiesz, ile takich spraw kończy się odnalezieniem zwłok?! Wiesz?! Prawie, kurwa, wszystkie! WSZYSTKIE!!! - wściekły uderzył pięścią w ścianę, ledwie zauważając ból zakrwawionych kłykci.  

- Zależy ci… Naprawdę ci zależy… - powtarzał Clay wyraźnie zaskoczony.  

- Oczywiście, że mi zależy!  

- Zdążył owinąć sobie ciebie wokół palca w ciągu jednego dnia...? Nieźle.  

- Ty pieprzony…  

- Szszsz... Powinieneś porozmawiać z jego opiekunem.  

- Opiekunem?  

- Mężczyzną, który załatwił mu studia. Vic go nienawidzi, ale prędzej, czy później zawsze do niego przychodzi.  

- Kto to?  

- Rektor.  

- Uniwersytetu Wisconsin?  

- Innego tu nie ma.  

- Czemu mi to mówisz?  

- On pomoże ci odczarować wizerunek damy w opałach, na który Victor łapie takich bohaterów jak ty - mruknął Clay, a jego ton przesycał gorzki cynizm. Jonathan wyszedł pospiesznie. Trudno było mu przyswoić sobie świeżo zdobytą wiedzę. Zaginiony ukrywał więcej niż funkcjonariusz mógł przypuszczać. Jonathan niejako utknął pośrodku gęstej pajęczyny tajemnic, nijak nie potrafiąc się wyplątać. Zaczął zastanawiać się, czy student był szczery czy raczej bawił się kosztem policjanta, manipulując jego uczuciami? “Życie to gra”, tak przecież powiedział. Jonathan postanowił odwiedzić kampus, zdeterminowany, by poznać prawdę o poszukiwanym brunecie. Budynek  odcinał się mocno na tle zachmurzonego nieba. Ponury, lekko gotycki styl roztaczał przytłaczającą aurę katedry. Pracownica owej świątyni edukacji zaprowadziła go do gabinetu rektora.

- Pan Heclemoore obecnie przebywa w auli. Zaraz powiadomię go o pańskiej wizycie. Proszę tutaj poczekać - kobieta znikła jak duch. Jonathan rozejrzał się wokół. Ciemna boazeria, fotele obite bordową skórą, intensywny zapach piżma i cynamonu. Na biurku zdjęcie szczęśliwej, modelowej rodziny - on, ona i dwójka uroczych dzieci. Jonathan przyglądał się fotografii niczym zahipnotyzowany.  

- Rodzina jest największym osiągnięciem człowieka. Wiedza, pieniądze, przywileje… - odezwał się głos za nim - Ostatecznie się nie liczą.  

- Szczególnie, gdy ciepło domowego ogniska dostarcza idealnego kamuflażu - warknął Jonathan, taksując rektora chłodnym wzrokiem. Świetnie skrojony garnitur, wysokogatunkowa koszula, lśniące buty oraz drogi zegarek dobitnie, aczkolwiek nie ostentacyjnie, podkreślały status rozmówcy. Zapewne przekroczył on już pięćdziesiątkę, pozostając przy tym niezwykle atrakcyjnym mężczyzną. Jonathan poczuł delikatne ukłucie zazdrości i cały dystans, który planował utrzymać prysł w mgnieniu oka.  

- Nie rozumiem - odparł rektor z czarującym uśmiechem.  

- Och, czyżby?  

- Marcus Hecklemoore. Jak mogę pomóc?  

- Jonathan Parker, policja Madison. Chciałbym porozmawiać na temat jednego z pańskich uczniów.  

- Naturalnie. O którym konkretnie mówimy?  

- Victor Norrington - uważnie obserwował twarz rektora, szukając oznak konsternacji. Mężczyzna jednak nawet pojedynczym drgnięciem mięśnia nie zdradził, iż
wypowiedziane nazwisko znaczy cokolwiek więcej niż jakiegokolwiek studenta.  

- Victor… - zrobił teatralną pauzę, jakby próbując skojarzyć wzmiankowaną osobę - Nadzwyczaj zdolny dzieciak.  

- Tak? Jakieś specjalne wyróżnienia? Projekty badawcze? Może sport? Udzielał się na zajęciach dodatkowych? Potrzebował indywidualnego toku nauczania ze względu na swój chłonny umysł? - wybuchnął Jonathan. Profesjonalizm szlag trafił.  

- Przepraszam, czego właściwie dotyczą pańskie pytania? - zapytał rektor, zachowując niezmącony spokój, co doprowadziło policjanta na skraj wytrzymałości.  

- Często go pan pieprzył w tych ścianach?  

- Ach… - mężczyzna uśmiechnął się szerzej, jak gdyby usłyszał wyjątkowo udany żart - Rzadziej niż bym oczekiwał. Victor był ostatnio… Krnąbrny.  

- Victor zaginął.  

- Proszę nie dramatyzować. Ten chłopak często pojawia się i znika - zbagatelizował sprawę rektor.  

- Co może mi pan powiedzieć na temat jego zachowania? - kontynuował rozmowę Jonathan, zdecydowany uzyskać informacje.  

- Przechodził fazę buntu. Chciał pokazać jak bardzo mnie nie potrzebuje. Sporo wagarował, ćpał i włóczył się z tamtym beztalenciem, Bradem Zimmerem. Zgarnąłem go z ulicy w zeszły czwartek, rano. Był żałosny. Parę minut po jedenastej, a on ledwo stał.  

- Zgarnął go pan więc z ulicy…  

- Owszem. Dałem mu ultimatum. Albo się ogarnie albo może zapomnieć o mojej protekcji.  

- Protekcji?  

-Studia, wygodny pokój w akademiku, kieszonkowe wystarczające na pokrycie jego dość wygórowanych potrzeb… Odciąłbym go od tego wszystkiego. Znowu byłby zwykłą suką bez właściciela. A on przywykł do wygód. Nie dałby już rady na ulicy. Stanowię jego jedyną opcję - rzeczowy ton Marcusa, wywoływał u Jonathana mdłości. Zacisnął szczęki z całych sił, by nie rzucić ostrym komentarzem. Heclemoore dostrzegł napięcie funkcjonariusza - Taka jest smutna prawda, panie Parker. Victor, jak rozumiem, nie wspomniał o naszym układzie… Typowe niestety…  

-  Jak Victor się zachowywał, po postawieniu owego ultimatum, ?  

- Wyzwał mnie, zmuszając bym zastosował wobec niego bardziej drastyczne metody perswazji.  

- Bił go pan? - Jonathan głośno przełknął ślinę. Przypomniał sobie kruchość i delikatność ciała, które obejmował na brzegu jeziora. Uderzyć je stanowiło wręcz świętokradztwo.  

- Spoliczkowałem. Raz. Zrozumiał swój błąd.  

- Często go pan “policzkował”?  

- Jeżeli jego zachowanie przekraczało pewne normy.  

- Kto ustalał te normy?  

- Victor jest moim podopiecznym, panie Parker. Zająłem się nim, gdy nikt inny nie chciał. Kieruję jego edukacją, dopilnowując, aby dokonywał mądrych wyborów. Karmię go, ubieram, opłacam lekarzy, mieszkanie, głupie zachcianki… W zamian oczekuję wyłącznie szacunku i posłuszeństwa.  

- Oraz jego ciała na każde skinienie.  

- Zbytnio to pan upraszcza.  

- A pan komplikuje.  

- Abstrahując od pańskiej oczywistej zazdrości, Victor przeżywał trudny okres.  

- Nie potrafił pan pomóc swojemu “podopiecznemu”?  

- Radziłbym darować sobie te złośliwości. Dobrze wiem, że spodnie pana cisną na samą myśl o tym gówniarzu, ale on nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Nie wiem, gdzie się poznaliście ani jakie okoliczności temu towarzyszyły, więc powiem tak…  
W normalnych warunkach uznałby pana za wartego uwagi wyłącznie przez ułamek sekundy - oznajmił rektor jadowicie.  

- Victor był widziany w Milwaukee. Jakieś skojarzenia? - policjant zmusił się do zadania następnego pytania obojętnym tonem, choć wszystko w nim krzyczało.  

- Przykro mi - Heclemoore potrząsnał głową. Jonathan pożegnał mężczyznę z ulgą. Miał totalny mętlik w głowie. Wszystko, czego dowiedział się o Victorze spowodowało zupełny przewrót w jego postrzeganiu chłopaka. Victor sprzedający się mężczyznom, wyłudzający od nich pieniądze… Ten Victor znacząco odbiegał od obrazu skrzywdzonego chłopca, szukającego schronienia w ramionach policjanta. Właściwie, były to dwie zupełnie odrębne jednostki. Bezpośrednia kokieteria, dziwny, przytłaczący urok, nieustanny sarkazm, chłód, przy jednoczesnym poszukiwaniu odrobiny ciepła, czułości, jakiegoś antidotum na rzadko spotykaną wrażliwość… Szalona mieszanka okrutnej rzeczywistości, resztek złudzeń i szczypty tajemnicy uczyniła Victora nieprzewidywalnym, (auto) destrukcyjnym, manipulatorem o słabej konstrukcji psychicznej. Pełnokrwisty homme fatalne, pomyślał Jonathan, wyczerpując swoją pobieżną znajomość francuskiego. Na posterunku, w stosie dokumentów, dostrzegł wydruk odnośnie tablic rejestracyjnych samochodu, który zabrał Victora. Poszukał wzrokiem Alexy, dziękując jej skinieniem. Auto stanowiło własność wypożyczalni. Kurwa! Ktokolwiek odjechał wówczas ze studentem, starannie zadbał, by zatrzeć za sobą ślady.  

- W coś ty się wpakował, dzieciaku… - mruknął, chowając papier do teczki. Odwiedzi wypożyczalnię zaraz po pracy. Konieczność prowadzenia nieoficjalnego śledztwo budziła w nim frustrację. Podczas zaginięć każda minuta miała znaczenie. Tymczasem on siedział osiem bezczynnych godzin na dupie, udając znudzonego glinę z gatunku pączkożerców.  

- Idziesz, Johnny? - policjant podniósł nic nierozumiejący wzrok na Alexę.  

- Dokąd?  

- James ma urodziny - Jonathana na moment zatkało. Urodziny szeryfa. Akurat dzisiaj. Pomysł, że miałby odroczyć poszukiwania Victora na rzecz wesołej zabawy w towarzystwie bandyty, który go zeszmacił, wydał mu się skrajnie niemoralny. Z drugiej strony, będzie podejrzane jeśli nie pójdzie… Wpadnie na chwilę, pokaże się, złoży życzenia i wyjdzie po angielsku. Pół godziny. Potem jeszcze zdąży sprawdzić wypożyczalnię. Niechętnie dołączył do kolegów, jadących w kierunku domu szeryfa. Nerwowo sprawdzał godzinę, podczas wręczania prezentu od personelu, składania kolejnych sztampowych życzeń oraz jedzenia tradycyjnego kawałka tortu. Nie słuchał w ogóle toczonych wokół rozmów, skoncentrowany na wyjściu, póki dwa zdania nie uderzyły go niczym meteoryt.  

-... Z wycieraczki obrusu nie zrobisz. Kurwa to kurwa - stwierdził szeryf, wybuchając hałaśliwym śmiechem. Jonathan błyskawicznie przyparł przełożonego do ściany - Co ty odpierdalasz, Johnny?!  

- “Kurwa to kurwa”? Myślisz, że to usprawiedliwia gwałt?! - krzyknął, wymierzając mocny cios w szczękę mężczyzny. James odepchnął policjanta, zanim ten zdołał go dosięgnąć. Ktoś złapał Jonathana za ramiona, odciągając od szeryfa. Funkcjonariusz uwolnił się szarpnięciem i kopnął zwierzchnika w splot słoneczny - Zrobiłeś to! Zrobiłeś to, James! - zasypał szeryfa gradem celnych uderzeń.  

- Nie mam pojęcia, o czym mówisz! - wrzasnął mężczyzna, lecz jego spojrzenie bezsprzecznie dowodziło winy - Zabierzcie go ode mnie! Ruszcie się, do chuja! - tym razem współpracownicy skutecznie powstrzymali rozwścieczonego kolegę. Szeryf otarł rękawem koszuli krew z twarzy, splunął, po czym walnął unieruchomionego napastnika na odlew. Głowa młodego policjanta odskoczyła w tył. Jonathan usłyszał trzask chrząstki nosowej, zarazem czując metaliczny posmak na podniebieniu. Wymuszone łzy zalały wizję. Następny cios,  wyprowadzony w tętnicę szyjną, pozbawił go świadomości. Tuż przed zapadnięciem kompletnej ciemności, usłyszał jeszcze krzyk Alexy.  

- James, przestań! Trzymamy go, James! James, odpuść! Zajebiesz go! Zróbcie coś, on go zajebie!

359 czyt.
100%157
Somebody

opublikowała opowiadanie w kategorii thriller, użyła 2171 słów i 13523 znaków

Komentarze (7)

Zaloguj się aby dodawać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto
  • Margerita

    Margerita 27 gru 2018

    łapka w górę jest po prostu zakupoholikiem i tyle

  • CzarnaKama

    CzarnaKama 23 gru 2018

    Homme fatale  

  • Malolata1

    Malolata1 22 gru 2018

  • Duygu

    Duygu 21 gru 2018

    10 łapka ode mnie No, no, no, co tu się dzieje? Niesamowita akcja, trzymająca w napięciu! Cóż za wyraziste postacie! Jestem pod wrażeniem. Świetnie jak zawsze, kochana       

  • AuRoRa

    AuRoRa 20 gru 2018

    Akcja się rozkręca, Viktor to jedna wielka niewiadoma. Nie wiadomo też kto mówi prawdę, ale wygląda na to, że ma nie jedno na sumieniu. Czyta się jednym tchem.

  • agnes1709

    agnes1709 19 gru 2018

    No ładnie się dzieje

  • Iks

    Iks 19 gru 2018

    Lubię, gdy coś się okazuje...
    Okazuje się, że mogę jako pierwszy skomentować ten tekst.0
    Okazuje się, że Victor to niekoniecznie grzeczny, zagubiony chłopczyk.  
    Okazuje się, że Jonathana to nie zniechęca.  
    Okazuje się, że wielu profesorków z amerykańskich uczelni to wyrachowane, wyniosłe dupki z oryginalnymi nazwiskami.  
    Okazuje się, że Jonathan nie jest, aż tak opanowany jak wskazywałyby rozmowy z Victorem.  
    Okazuje się, że komendant policji wciąż potrafi przywalić.  
    Okazuje się, że seria wciąż trzyma w napięciu i zapowiada się naprawdę ciekawie.  
    Okazuje się, że nie bez powodu wiele osób zachwyca się talentem Autorki. Okazuje się, że ręce bolą od braw. Co jeszcze się okaże za Twoją przyczyną, Somebody?