Rest in waves | I | Victor

Rest in waves | I | Victor

Miał serdecznie dość. Dał to zresztą wyraźnie odczuć wszystkim, którzy, na swoje nieszczęście, usiłowali z nim dzisiaj porozmawiać. Siedział rozwalony w kącie, pijąc obrzydliwie słodkiego drinka, przyniesionego przez obrzydliwie słodką dziewczynę o IQ nieco tylko wyższym od tipsów, którymi wymachiwała mu przed oczami. Szczerze, zaczynały go przerażać godne Wolverine’a szpony, siekące czasoprzestrzeń wokół niego. Dlaczego w ogóle tu tkwił? Ach, tak, Clay pragnął go zintegrować ze społeczeństwem. “Clay, od kiedy cię obchodzi moja popularność?”, pomyślał, nagle orientując się, że napompowane botoksem wargi są kilka centymetrów od jego. Pachniały morderczą mieszaniną kosmetyków, alkoholu i feromonów. Typowa woń ludzkiej samicy w rui. Boże, ależ on jest seksistowski!  

-Kate, naprawdę, nie dzisiaj… - “ani jutro, ani nigdy”, nie dokończył zdania, próbując zachować resztki dobrych manier. Dziewczyna przeczesała kruczoczarne pasma poirytowana, po czym chwyciła krocze chłopaka - Co jest, kurwa?! - krzyknął rozzłoszczony - Mówię ci przecież, że nie dzisiaj! Czego nie zrozumiałaś?  

- Pieprzony pedał! - wrzasnęła, słabo ukrywając rozczarowanie. No tak, więc o to chodziło… Powinien się domyśleć. Dla całej szkoły figurował jako ten, który posuwał TAMTEGO chłopaka.  

- Solona dziwka - mruknął pod nosem, mimowolnie rozbawiony - Czyżbyś przegrała zakład? Nie skradłaś mi całusa, czyli geje nie są desperatami, których żadna nie chciała, bo gdyby zechciała, to by nie zmienili orientacji w celach czysto atencyjnych… Nie, wychodzi na to, że to ty, skarbie, jesteś desperatką, zmuszoną podrywać pedałów, gdyż u innych mężczyzn nie masz szans. Niestety, u mnie też ich nie dostaniesz. Ani dzisiaj ani jutro, ani nigdy - wyrzucił jednym tchem i wreszcie poczuł ową dobrą zabawę, obiecaną mu przez Clay’a. Kate trzasnęła go w policzek, całkiem zresztą słusznie, po czym odeszła, ostentacyjnie kręcąc biodrami. Roześmiał się sam do siebie jak psychicznie chory, co w sumie było dość trafnym porównaniem. Oczywiście, depresja, okazjonalne ataki paniki oraz nerwica nie robiły z niego wariata, niemniej pasowały do zastosowanej metafory.  

- Hej, Vic, jak się bawisz? - dłoń Clay’a spoczęła na jego ramieniu, tarmosząc je delikatnie.  

- Zdecydowanie lepiej się bawiłem, nim nazwałeś mnie “Vic”.  

- Vic jak Victor. Logika.  

-Les jak Lesba. Logika - mruknął, wskazując Leslie, dziewczynę Clay’a.  

- Jesteś dupkiem, wiesz?  

- Po prostu nie lubię trzyliterowych skrótów.  

- Victor, musisz wiedzieć, że zamykanie się w skorupie nic ci nie da. Patrz, co znalazłem ostatnio… - Clay wyciągnął telefon i pokazał mu skan zdjęcia sprzed dwóch albo trzech lat. Bobbie, Clay, Victor i Taylor… Czwórka dzieciaków, którzy właśnie przybyli na kampus uniwersytecki Wisconsin-Madison pełni durnych nadziei. Wszyscy ubrani niemal tak samo, wyszczerzeni, szczęśliwi… - Taylor był także moim przyjacielem. Przez długi czas obwiniałem się o tamto… Gdybym go odwiózł albo…  

- Dość! Nic nie rozumiesz! Jak zwykle nic, kurwa, nie rozumiesz!  

- Powinniśmy żyć dalej, Vic. On by tego chciał.  

- Nie planuję zagadywać, czego on by chciał. Wiem jedynie, że Taylor nie chciałby, bym o nim zapomniał jak ty, jak Bobby, jak wszyscy! Idź, wyruchaj Leslie, potem ją rzuć dla cycków Beccy, co planujesz od dawna, ale nie waż się mówić mi, jak powinienem żyć!  

- Za dużo wypiłeś… - rzucił Clay chłodno - Może pójdziesz do domu i odpoczniesz.  

- Obiecałeś mi zabawę, więc zamierzam się bawić - Victor ruszył w kierunku baru, biorąc butelkę wódki. Pociągnął kilka łyków, po czym rozejrzał się wokół. Kilka par tańczyło, inni grali w beer ponga, bądź pili pod ścianami. Dostrzegł Brada, który palił przy oknie. Z wahaniem podszedł do blondyna - Cześć, nieznajomy… - zaczepił go, wyjąwszy blunta spomiędzy jego palców. Zaciągnął się głęboko, patrząc bezczelnie w lekko zamglone oczy studenta.  

- Cześć… - Brad delikatnie musnął policzek Victora, przesuwając opuszek na pełne usta chłopaka. Kciukiem rozchylił wargi, spróbowawszy wedrzeć się do środka.  

- Po prostu mnie zerżnij, darujmy sobie wstępy - wymamrotał Victor, odsunąwszy rękę partnera.  

- Chyba cię pojebało, jeśli myślisz, że pozwolę się tak traktować! - warknął Brad, odpychając Victora ze złością.  

- Żałuj! - zawołał za nim, wrzucając skręta przez okno. Blondyn wyszedł z budynku, nie poświęcając Victorowi nawet jednego spojrzenia - Słyszysz?! Żałuj!  

- Pierdol się! - odkrzyknął Brad, machnąwszy środkowym palcem. Kilka sekund później zniknął w ciemnościach nocy. Victor potoczył pełnym nienawiści spojrzeniem po dusznym pomieszczeniu. Chciał, by wszyscy zniknęli.  

- Kiepski wieczór, hm?  

- Jeszcze nie masz dość, Kate?  

- A ty?  

- Nie powinnaś przypadkiem obgadywać mnie teraz ze swoimi koleżankami?  

- Gdybym jeszcze je miała…  

- Ach… W takim razie… Pijesz normalny alkohol, czy wyłącznie kolorowe podróbki? - zapytał, podając jej butelkę wódki. Przyjęła ją i upiła spory łyk, ku zaskoczeniu chłopaka.  

- Dzisiaj piję wszystko.  

- Nie jesteś zła… - potarł wymownie swój policzek.  

- Za powiedzenie mi prawdy? Nie - oddała mu butelkę. Upił haust, wpatrzony w krwiste szpony brunetki - Miałeś rację. Jestem desperatką… Chciałam się wkupić w łaski - wskazała grupkę dziewczyn na parkiecie.

- Tymczasem one cię wykorzystały i skończyłaś tu z pieprzonym pedałem - zażartował gorzko. Źle ją ocenił. Nie była wcale głupia. Adaptowała się do otoczenia.  

- Na to wychodzi - pili w milczeniu przez moment - Więc… Jaki on był?  

- Kto?  

- Twój chłopak.  

- Taylor był… Nie pił - odparł lakonicznie, nie chcąc przypominać sobie zbyt wielu szczegółów w obawie przed zupełnym rozklejeniem się.  

- Wcale? - dopytała Kate zaskoczona.  

- Wcale. Lubił być trzeźwy, żeby mnie odwozić do domu - poczuł nagłe zimno i wzbierające łzy. Zacisnął palce na szyjce butelki, przechylając ją mocno. Pił aż gardło stało się pogorzeliskiem, a obraz niewyraźną plamą barw. Kate gdzieś zniknęła. Muzyka brzmiała tak jakby orkiestra strażacka urządziła koncert we wnętrzu jego głowy. Spróbował wstać i wówczas wszystko wessała czerń.  

- Victor! Vic! Chodź, zawiozę cię do domu… - ktoś potrząsał nim gwałtownie. Rozchylił nieco powieki, próbując dostrzec rozmówcę. Clay.  

- Sam trafię… - wymamrotał wpółwyraźnie.  

- Sam to nawet do kibla nie trafisz.  

- Zostaw! Powiedziałem, że wracam sam! - Victor wstał, robiąc kilka chwiejnych kroków. Clay chwycił go za ramię, czym wzbudził nagłą irytację pijanego - Ja sam, kretynie! Trzeba było odwieźć Taylora, nie mnie… Nie mnie, rozumiesz? Nie… Mnie…  

- Idziemy, Vic.  

- Spieprzaj! - wyszarpnął się gospodarzowi imprezy i powłóczył galaretowatymi nogami w kierunku wyjścia. Nocne powietrze natychmiast go orzeźwiło. Zamrugał parę razy, czując jak wraca mu zdolność jasnego myślenia. Nie miał daleko. Wystarczyło przejść kawałek brzegiem jeziora Manona i już był przy swoim akademiku. Postanowił pójść skrótem, wąska, wydeptaną dróżką przy samej tafli wody, wyglądającej niczym ogromne, czarne lustro. Szedł dość niepewnie, potknąwszy się kilka razy na błotnistej ścieżce. Sięgnął po zdychający telefon, który błagał o ładowarkę i lekko drżącą dłonią włączył latarkę. Rozbłysł ostry, biały blask.  

- Kurwa… - wydusił jedynie, gdy w snopie światła zobaczył nieruchome ciało, dryfujące niedaleko brzegu, powstrzymywane przed odpłynięciem przez plątaninę wodorostów - Brad? - pobiegł do chłopaka, łapiąc mokrą, zimną dłoń topielca w swoją. Wiedział, że student jest martwy, ale nie potrafił puścić jego ręki, jakby mógł tym sposobem zatrzymać go jeszcze przez moment wśród żywych. Niespodziewanie bateria ostatecznie padła, pogrążając wszystko w nieprzeniknionym mroku. Victor zaczął płakać, wpierw cicho, potem jego szloch przybrał na sile. Przytknął sztywną rękę chłopaka do policzka, wyjąc jak obłąkany - Nie, nie znowu… - powtarzał, łkając kompletnie rozbity - Nie znowu…

377 czyt.
100%1611
Somebody

opublikowała opowiadanie w kategorii thriller, użyła 1431 słów i 8393 znaków, zaktualizowała 12 gru 2018

Komentarze (11)

Zaloguj się aby dodawać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto
  • Margerita

    Margerita 23 gru 2018

    łapka czyżby panienka się założyła z koleżankami że poderwie tego chłopaka

  • Iks

    Iks 12 gru 2018

    Nio, nio Somebody tym tytułem trafiłaś mnie centralnie w to co w człowieku odpowiada za ciekawość. Ta napęczniała , niemal wyłażąc z siebie i teraz uwiera mnie od środka. Ale ja lubię jak mnie tak uwiera. Pieprzyć odgnioty! Jest super tekst. Jest zabawa.

  • kaszmir

    kaszmir 30 lis 2018

    Witam
    Mocne i mroczne opowiadanie. Stanowcze i bez ubierania dialogi. Świat i klimat młodości, czasem niedojrzałej i zagubionej. Miłość nie zawsze według dekalogu, ale to jest normalność dzisiejszych czasów i dobrze, że społeczeństwo zaczyna dojrzewać do tolerancji.  
    Będę dalej czytać.

    Miłego dnia

  • AuRoRa

    AuRoRa 7 lis 2018

    Ciekawy klimat, jednocześnie trzyma w napięciu, nietuzinkowy bohater, tajemnicza śmierć. Masz wenę, ciągle czymś nas zaskakujesz.

  • CarrieBivy06

    CarrieBivy06 5 lis 2018

    Spodobało mi się   
    W intrygujący sposób budujesz tempo akcji. Chciałabym tak pisać haha

  • agnes1709

    agnes1709 3 lis 2018

    Już grzeczna, przeczytałam. Piknie, lubię takich typków

  • Milady

    Milady 2 lis 2018

    Portret psychologiczny głównego bohatera jest mistrzowski... Brak mi słów

  • Duygu

    Duygu 2 lis 2018

    OMG, zaskoczyłaś mnie jak najbardziej pozytywnie! Pierwszy raz czytam coś takiego. Dreszczyk emocji od samego początku, tajemnica i ten mrok, który wprost kocham w Twoich opowiadaniach...    Cudo, kochana!  

  • agnes1709

    agnes1709 1 lis 2018

    znowu takie krótki* sorry :

  • agnes1709

    agnes1709 1 lis 2018

    słąbo, czemu takie znowmu .. dziś? Sorawa, waypaliłąm, bardzo chciałąbym przeczytac, ale  Łoczy dziś nie działąją. Ale łapa jest.. zaWczasu. PRZEPRASZAM!!! p.s.Zozumiesz, czy tez mnie na privie  OPIERDOLISZ?

  • AnonimS

    AnonimS 1 lis 2018

    Pełne emocji i rozliczeń z przeszłością opowiadanie. Napisane tak że stanowi całość a jednocześnie można w każdej chwili kontynuować.  Jestem pod wrazeniem.