Rest in waves | IV | Jonathan

Rest in waves | IV | Jonathan

- Vica nie było na zajęciach. Pewnie siedzi w domu. A co znowu narobił? - w głosie studenta pobrzmiewała rezygnacja. “Nic, kurwa, zniknął”, pomyślał policjant.  

- Kiedy ostatnio miałeś z nim kontakt? - zapytał Jonathan beznamiętnie. Przynajmniej miał nadzieję, że wyszło beznamiętnie. Ostatecznie, tego go przecież uczono.  

- Wyszedł w piątek ode mnie… Jakoś tak koło pierwszej? Strasznie nawalony był.  

- Jest czwartek, ty jesteś jego najlepszym przyjacielem i nie skontaktowałeś się z nim przez cały tydzień?! - Clay spuścił wzrok zawstydzony. Jonathan pożałował swojego wybuchu. To do siebie miał przecież pretensje. Minęło pięć dni, a on dopiero wczoraj zauważył brak Victora. Wyszedł bowiem z debilnego założenia, że chłopak potrzebuje spokoju.  

- Vic jest… Specyficzny. Nie lubi nachalności. Sam inicjuje kontakt, kiedy chce i jeśli chce… Teraz wyszła sprawa Brada… Stwierdziłem, że będzie lepiej pozwolić mu to przetrawić w samotności.  

- Nie ma go w domu, Clay - wtrącił Jonathan bezradnie - Nigdzie go nie ma…  

- Nie jesteś tu oficjalnie, prawda? - zauważył student przytomnie. Policjant zrobił nieokreślony ruch ręką, jakby poszukując nieistniejącego usprawiedliwienia - Vic czasem znika, ale zawsze wraca. Proszę się nie przejmować.  

Jonathan skinął głową, przyjmując wyjaśnienie. Victor rzeczywiście miał w zwyczaju znikać bez słowa, co policjant wiedział dzięki obserwacji chłopaka. Od śmierci Taylora był niemal cały czas obecny w życiu studenta. Początkowo przez zwykłą ciekawość, kim był chłopak jego kochanka. Potem jednak funkcjonariusz zaczął coraz bardziej interesować się młodym brunetem. Coraz trudniej było mu utrzymywać status nieznajomego i coraz bardziej pragnął przeciąć ich ścieżki. Nocami wymyślał scenariusze ich spotkania, by za dnia wszystko zapomnieć na rzecz potajemnego podglądania Victora. Sytuacja stała się tak absurdalna, że wręcz niemożliwa do uwierzenia. W każdym bądź razie, chłopak przepadł. Niby nie pierwszy raz, ale tym razem parę kwestii niepokoiło Jonathana. Telefon Victora był aktywny w okolicach dworca autobusowego Milwaukee. Jego pozycja nie uległa zmianie od sobotniego poranka, kiedy to chłopak dojechał do miasta kursem o siódmej. Jeśli zatem opuścił mieszkanie funkcjonariusza około szóstej czterdzieści, to aby zdążyć na autobus nie wracał po rzeczy. Pogoda wyraźnie nie rozpieszczała, a dysponował wyłącznie bluzą i cienkimi spodniami. Victor z reguły starannie planował swoje ucieczki. Gdyby zamierzał zniknąć na dłużej na pewno wziąłby przynajmniej kilka niezbędników. Skoro ich nie zabrał, prawdopodobnie chciał wrócić wkrótce. Tymczasem minęło pięć dni…
Jonathan poszedł na posterunek, porządnie zaniepokojony. Powinien zgłosić zaginięcie, tylko… Wówczas odebrano by mu sprawę i mężczyzna obawiał się sytuacji, w której chłopaka szukałby jego oprawca. Usiadł za swoim biurkiem, postanawiając poznać nazwisko owego skurwysyna. Czuł stres, strach…? Sam nie wiedział, jak określić nieprzyjemne szarpanie w żołądku i nagły spadek temperatury ciała. Wychował się w duchu poszanowania prawa, ślepej wiary w system sprawiedliwości. Dlatego został policjantem - ponieważ był głęboko przekonany, że dołączy do grona wybrańców, czyniących świat lepszym. Roześmiał się gorzko pod nosem, rozbawiony pełną patosu naiwnością swoich marzeń. “Skuł mnie… Mówił, że da mi nauczkę… Myślałem, że wystarczy mu bicie…” - trzy niedokończone zdania, wyszeptane przez roztrzęsionego dzieciaka wystarczyły, aby wiara funkcjonariusza runęła niczym domek z kart. Biorąc głęboki wdech, otworzył kartotekę studenta. Nie widział jej wcześniej, bowiem mimo swojej obsesji, dotychczas nie odważył się naruszyć delikatnej granicy etyki.  

Zakłócanie porządku publicznego - upomnienie.  
Zniszczenie mienia - grzywna.  
Obraza funkcjonariusza na służbie - zatrzymanie w celi tymczasowej. Data aresztowania pokrywała się z dniem i godziną odnalezienia ciała Taylora. Fakt ten uderzył Jonathana boleśnie. Jaki potwór byłby zdolny zgwałcić osobę, która właśnie straciła partnera? “Obraza funkcjonariusza”, naprawdę? Chłopak był przecież w szoku! Jonathan sprawdził nazwisko aresztującego. Garret. James Garret. Jego szef. Cholera.  

- Cześć, Johny, jak tam poniedziałek? - zapytał wesoło szeryf. Jonathan prawie podskoczył, zdumiony obecnością mężczyzny.  

- James… Witaj… Nie najgorzej, ale… Chciałbym skończyć wcześniej. Oczywiście, jeśli… - przełożony zmarszczył brwi, analizując prośbę pracownika. Po krótkiej chwili jego twarz rozświetlił uśmiech.  

- Nie widzę problemu. Randka?  

- Potrzebuję pojechać do Milwaukee.  

- Tam mieszka ta twoja?  

- Właściwie…  

- No dalej, jak jej na imię, wszyscy wręcz umieramy z ciekawości, prawda chłopcy? - podniósł lekko głos, by pozostali funkcjonariusze mogli go usłyszeć i zareagować pomrukiem potwierdzenia. Przyciśnięty Jonathan, poczuł krew uderzającą do policzków. Victor z pewnością wymyśliłby jakiś cięty komentarz, który uciszyłby wszystkich, ale on nie potrafił. Zawsze należał do tych raczej “wolnoobrotowych towarzysko”. I zawsze był pieprzonym tchórzem.  

- Victoria… - rozczarowanie samym sobą go niemal przerosło. Żaden kur nie musiał piać.  

- Wiedziałem, że jakąś masz - zarechotał James, zostawiając podwładnego na pastwę pełnych autoagresji myśli. Cztery kolejne godziny wlokły się niesamowicie, jakby celowo przeciągając każdą sekundę. Czy James, lekko rubaszny, towarzyski, sypiący żarcikami James mógł zamknąć rozbitego chłopaka pod byle pretekstem, po czym zerżnąć wbrew jego woli jak pozbawioną głosu szmatę? Jonathan zacisnął dłonie w pięści, oparłszy czoło o blat biurka rozdarty między chęcią zamordowania szefa a próbą znalezienia innego wytłumaczenia. W końcu zegar łaskawie pozwolił mu odejść, więc wybiegł jak oszalały, wskakując do wysłużonego samochodu. Musiał odnaleźć Victora. Zaparkował niedaleko dworca. Student przyjechał tu w sobotę rano, około ósmej. Spojrzał na mapę z zaznaczonym okręgiem o średnicy pięciuset jardów. Gdzieś w obrębie owego okręgu znajdował się telefon uciekiniera. Niestety, stary sprzęt nie pozwolił na dokładniejszą lokalizację. Zaznaczony obszar nie zawierał żadnego hotelu ani pensjonatu, co sprawiało, że policyjna intuicja podsuwała mężczyźnie czarne alternatywy. Dobry rozstaw kamer dawał jednak nadzieję na szybkie odnalezienie tropu. Wprawdzie zdobycie nagrań stanowiło zazwyczaj spore wyzwanie, lecz Jonathan był gotów je podjąć.  

- Dzień dobry, chciałbym prosić o udzielenie odpowiedzi na parę pytań - powiedział, pokazując odznakę - Chodzi o tego chłopaka - tym razem zaprezentował zdjęcie Victora - Kojarzy go pan może? - kierowca pokręcił głową przecząco - Jechał tym kursem w sobotę rano…  

- Ja się wtedy zamieniłem. On wziął tamten kurs - mężczyzna wskazał innego kierowcę.  

- Dziękuję - Jonathan podszedł do drugiego pojazdu, ponawiając schemat rozmowy.  

- Pamiętam. Zaspał i musiałem go obudzić, żeby wysiadł. Dziwak taki… Ani torby nie miał ani nic… Nawet nie wiedział dokąd bilet kupić. Patrzył takim pustym wzrokiem… Tam nie było życia…  

- Widział pan w jakim kierunku się udał?  

- Przed siebie, ale raczej bez konkretnego celu.  

-Rozumiem…  

- Pan go nie szuka. To już trup. Znam takich. Autobus mu za karawan robił.  

Jonathan odszedł od kierowcy, próbując nie roztrząsać jego ostatnich słów. Samobójstwo. Tak, było prawdopodobne, lecz policjant spychał ową teorię w najdalsze zakątki umysłu. Dlaczego pozwolił mu wtedy wyjść? Czemu nie poszedł za nim? Wiedział przecież, w jak kiepskim stanie znajdował się chłopak. Z drugiej strony… Po co Victor miałby jechać do Milwaukee, żeby się zabić? Bez sensu. Cała sprawa wydzielała obrzydliwy smród wątpliwości. Przegryzając kanapkę z serem i wyrzutami sumienia ruszył, by wydobyć nagrania z monitoringu dworca. Nie mógł stracić studenta. Kiedy Taylor zginął, Jonathan był załamany. Wydawało mu się, że wraz z nim zgasło wszelkie światło, że Ziemia przestała się obracać, a wszystkie gwiazdy eksplodowały. Obecnie miał ochotę wybuchnąć śmiechem. Jakże egzaltowanie brzmiał w swojej żałobie! Uwielbiał zmarłego pływaka za wewnętrzną radość, ciągły optymizm, niespożytą energię i szalone pomysły… Jednak dopiero w zeszłą sobotę, gdy przytrzymywał drobne ciało Victora ponad falami jeziora, gdy zobaczył jego szczupłą postać samotną wśród pościeli, gdy poczuł jego zagubione wargi na swoich, jego rozpacz w swoim sercu, gdy objął dłońmi delikatne ramiona, dopiero wówczas policjanta przepełniło obezwładniające pragnienie bliskości i dostąpił emocjonalnego oświecenia. Nigdy wcześniej nie obcował z uczuciem tak niewyobrażalnie silnym, że wręcz pogrążającym duszę w odmętach sprzeczności. Victor. Imię, które zawierało cały pieprzony wszechświat. Imię, którego nie potrafił wypowiedzieć przy innych. Kochał ludzi, nie ich płeć. Stwierdzenie brzmiało kurewsko dumnie na papierze i tylko na nim. Policjant, wielki bohater, zbawca ludzkości, bał się przyznać, że interesują go także mężczyźni. Nienawidził tej inercji, tego wygodnego dryfowania według ustalonych przez społeczeństwo norm, ze zwyczajnej obawy przed wytykaniem palcami, ze strachu przed płynięciem pod prąd. Dostęp do nagrań uzyskał, ku ogromnemu zdumieniu, bez większego wysiłku. Wystarczyło magiczne machnięcie odznaką i wymamrotanie czegoś o utrudnianiu śledztwa. Nie spodziewał się, że pójdzie tak łatwo. Przecież nawet nie zgłosił oficjalnego zaginięcia. Co więcej, nie planował go zgłaszać. Jeśli Garret zabrałby się za szukanie studenta… Jonathan mimowolnie poczuł wzbierającą w nim furię. Wyobraźnia podsunęła mu obraz skutego Victora ze zsuniętymi spodniami oraz szeryfa, który wykorzystuje jego całkowitą, bezwolną uległość. Siłą otrząsnął się z ponurych wyobrażeń. Zaczął analizować udostępniony zapis klatka po klatce, by po długich godzinach stworzyć oś czasu.  
  

Sobota, 7.43 - autobus relacji Madison - Milwaukee staje na przystanku. Czterej pasażerowie wysiadają równym rządkiem, niosących pakunki mróweczek.

Sobota, 7.45 - Victor opuszcza pojazd z wyraźnym opóźnieniem w stosunku do pozostałych. “Zaspał”, powiedział kierowca.  

Sobota, 7.46 - chłopak zmierza w kierunku niewielkiego skweru. Zatacza się jak pijany, ledwo utrzymując równowagę. Zmęczenie? Szok? Narkotyki?  

Sobota, 7.50 - zasypia na parkowej ławce. Przechodnie omijają studenta szerokim łukiem obojętności. Nikt nawet nie przystaje.  

Sobota, 17.53 - siada, rozcierając ręce. Jest przemarznięty. Sprawdza kieszenie.  

Sobota, 17.55 - idzie ku głównej ulicy. Maszeruje dość szybko, usiłując zapewne rozgrzać wychłodzony organizm.  

Sobota, 18.02 - zatrzymuje się przed klubem. Stoi niezdecydowany pośrodku chodnika. Jonathan niemal fizycznie czuje dylemat chłopaka. Wejść, czy nie wejść? W końcu zimowa aura dostarcza niepodlegającego dyskusji argumentu.  

Sobota, 18.04 - wchodzi do klubu  

Niedziela, 00.08 - opuszcza klub w towarzystwie mężczyzny, który trzyma go ciasno przytulonego przy sobie. Wspólnie podchodzą do zaparkowanego naprzeciw klubu samochodu. Mężczyzna otwiera drzwi i usiłuje wepchnąć chłopaka na tylne siedzenie. Victor odpycha go, chcąc wrócić do klubu, lecz po kilku samodzielnych krokach pada jak długi. Towarzysz studenta podnosi bruneta z ulicy i otrzepuje jego ubranie. Pakuje Victora do wnętrza auta, tym razem nie napotykając oporu.  

Niedziela, 00.14 -  samochód odjeżdża spod budynku i znika na skrzyżowaniu.

Niedziela, 00.17 - ostatnie uchwycenie jadącego pojazdu.  

Monitoring postawił więcej pytań niż udzielił odpowiedzi. Jonathan zapisał każdy jeden pytajnik, stosując metodę swojego dawnego mentora.  

1.Czy podróż do Milwaukee była czystym przypadkiem, czy też była zaplanowana? Jeśli ta druga opcja, co dokładnie planował Victor?  

2.Czy podczas podróży faktycznie spał, jak twierdzi kierowca, czy raczej solidnie przyćpał?

3. Dlaczego wszedł do klubu, skoro nie znosi takich miejsc? Kaprys, czy zwyczajne zmęczenie? A może spodziewał się tam kogoś spotkać?

4.Co robił w klubie od 18.04 do 00.08? Kiedy poznał swojego późniejszego towarzysza? Czy możliwe jest, aby znał go przed sobotą? Jak spędzali czas? Jaki rodzaj relacji ich łączył? Czy Victor czuł się przy nim bezpiecznie?  

5.Dlaczego wyszli z klubu wspólnie? Dlaczego nie chciał wsiąść przy pierwszym podejściu? Pod wpływem jakich używek się znajdował? Tylko alkohol? Inne środki odurzające? Zażył je dobrowolnie, czy dosypano mu je do drinka?  

6.Kim jest mężczyzna, który go zabrał? Jakie były jego intencje? Dokąd pojechali? Czy pojechali za zgodą Victora? Czy szamotanina przed samochodem była wynikiem nietrzeźwości, czy ostatnią linią obrony?  

7. DLACZEGO POZWOLIŁ VICTOROWI ODEJŚĆ??? DLACZEGO, DO KURWY NĘDZY, GO NIE ZATRZYMAŁ?  





8.Czy Victor nadal żyje?  

Jonathan westchnął przytłoczony. Potarł opadające powieki, oszukując sen na parę kolejnych minut. Kartka spoglądała oskarżycielsko. Znów odtworzył fragment opuszczania klubu. Im dłużej analizował zarejestrowaną scenę, tym mniej rozumiał. Był niesamowicie zmęczony. Powoli zasypiał, nie potrafiąc powstrzymać senności.

299 czyt.
100%156
Somebody

opublikowała opowiadanie w kategorii thriller, użyła 2171 słów i 13754 znaków

Komentarze (6)

Zaloguj się aby dodawać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto
  • Margerita

    Margerita 1 sty 14:46

    łapka ach ten Viktor nie ładnie tak znikać bez słowa

  • AuRoRa

    AuRoRa 20 gru 2018

    Historia chłopaka robi się coraz bardziej ciekawa. Pytania policjanta dają do myślenia, bo bohater ma problemy i nie wiadomo jak na nie zareaguje, a funkcjonariusz prowadzi własne śledztwo, z przyczyn osobistych. Masz talent do takich opowieści, kojarzenia faktów

  • Iks

    Iks 15 gru 2018

    Zniknięcie Victora to doskonałe rozwiązanie fabularne. Nic tak dobrze nie robi historii jak ciekawość czytelnika. Brawo, Somebody. No i oczywiście more, more, more...

  • Duygu

    Duygu 14 gru 2018

    Boże, jak mogłam nie zauważyć, że wstawiłaś kolejną część? Ah, ta wada wzroku    
    Powiało grozą i ogromną tajemnicą... Nie mam pojęcia, co wymyśliłaś, ale jest to, jak zawsze, na bardzo wysokim poziomie.    Czekam na ciąg dalszy  

  • AnonimS

    AnonimS 11 gru 2018

    Czy Victor nadal żyje?  To jest  pytanie na które chcemy poznać odpowiedź. Zestaw na tak.  Pozdrawiam

  • agnes1709

    agnes1709 11 gru 2018

    "Victoria" Upadłam