Reguła zabijania cz 1

Reguła zabijania.

Opowiadanie zaczyna się współcześnie. Jest to historia utalentowanego chłopca, który początkowo miał tylko numer, siedemdziesiąt trzy i wraz z innymi dziećmi brał udział w projekcie Arka. Ponieważ odkryto jego talent, zaczęto go uczyć. Dano mu również imię i nazwisko. Reszta odcinków będzie się działa w bliskiej przyszłości. Być może prawdziwej lub alternatywnej.  

                                                 *

Człowiek powinien lubić to, co robi w życiu, a wówczas szlifować jakość wykonywanych czynności i dochodzić do perfekcji. I dopiero wtedy żądać odpowiednio wysokiego wynagrodzenia za swoją pracę.

Maleńkie dzieci najpierw nic nie robią, bo siedzą w wózkach i ssą smoczki. Dziewczynkom lub chłopcom ,którzy lubią w późniejszym życiu chłopców, to się przydaje, ale innym? Chodzi mi o ssanie bez innego wyższego celu. Ssanie dla ssania jest pierwszą formą kłamstwa, jakie się nam wpaja.

Potem dzieci idą do szkoły. I znowu uczą się tam, że Ala ma kota, a kot ma Alę. Poza tym dowiadują sie co znaczy dodawać, co ma sens. Uczenie odejmowania ma już ma mniejszy. Bo kiedy masz odjąć pięć jabłek od trzech to coś w tym nie gra, ale większość już ma tak wyprane mózgi, że to do nich nie dociera. Zwykły osiemnastolatek ma już tak zmanipulowaną rzeczywistość, że szkoda gadać. Wmawia mu się, że jest ważny, że ma prawo i że musi pracować dla społeczeństwa, zbierać puszki po pepsi i kartoniki, żeby ratować świat. Stawać na czerwonym świetle, jak już może kręcić kółkiem. Potem dalej się uczy tych i innych bzdur. W międzyczasie już wie, co lubi. Truskawki, zielony kolor i brunetki. W końcu zaczyna pracować i dowiaduje się, że dwa razy dwa nie zawsze jest cztery tylko tyle ile sobie życzy szef. Czas płynie nieubłaganie i już nawet nie zauważa, że jego szczupła brunetka, ma trzy wałki tłuszczu na brzuchu, a w pokoju drze się dwójka maluchów. Mniejsza córeczka ma smoka w buzi, a jej nieco starszy brat, wali ją lalą po małej główce. Żona o coś prosi, a on właśnie ogląda mecz piłki nożnej. Następnego dnia widzi w lustrze twarz ze zmarszczkami, a dwójka dorosłych dzieci odwiedza go na Boże Narodzenie. Trzeciego dnia słyszy miarowy dźwięk kropel w kroplówce, a potem nastaje ciemność.

W moim przypadku stało się troszkę inaczej. Mój tatuś, którego nie miałem przyjemności lub nieprzyjemności poznać, zajmował się robieniem bardziej konkretnych rzeczy niż dodawanie jabłek i to nie wyszło mu na zdrowie. Mamusię znałem nieco lepiej. Od czasu jak ją poznałem minęło trochę czasu, ale nadal nie wiele się działo. Potem pływałem w jej środku i słyszałem miarowe uderzenia. W końcu zrobiło się tam ciasno i musiałem poszukać większego mieszkania. Podczas przeprowadzki zostałem zmuszony mieć bliski kontakt z jej intymną częścią, ale nie było jej miło, sądząc po krzykach, jakie wydawała, podczas bliższego zapoznawania. Kiedy już sądziłem, że się bliżej poznamy, usłyszałem wystrzał i ktoś mnie zabrał, oddalając od jej ciepłego ciała.

Wszystko się zmieniło i te początki były podobne jak u innych, z tym że nie dawano mi smoczka, za to różowe lub czasem brązowe sutki. I ssałem je ile mogłem, bo te coś, co z nich leciało, bardzo mi smakowało.

Zacząłem chodzić w dziesiątym miesiącu i mniej więcej w tym samym czasie powiedziałem, słowo, mama.

Dalej było prawie podobnie jak u innych. Kiedy skończyłem cztery lata zacząłem się uczyć. Poznawałem wszystko. Zwróciłem uwagę, że w miejscu, gdzie przebywałem, było kilkoro takich dzieci jak ja. Uczyliśmy się nadal. Nie robiliśmy sobie krzywdy. Nie było kar, tylko nagrody. Niektóre dzieci rysowały, inne lepiły, jeszcze inne układały klocki. W wieku lat sześciu każdy z nich już robił to, co chciał najlepiej. Tylko ze mną mieli kłopot. Nie wiedzieli co lubię najbardziej.

Pan w białym kombinezonie chyba był tutaj najważniejszy. Nie widziałem nikogo innego w takim kolorze, natomiast inni więksi ludzie mieli inne kolory kombinezonów i było ich kilku lub kilkunastu, w zależności od koloru. Najwięcej dostrzegłem ludzi ubranych w czarne kombinezony. Ten pan w białym podszedł do mnie i zapytał.

— Siedemdziesiąt trzy co chciałbyś robić w życiu?

— A co to jest życie, proszę pana?

Pan w białym skinął na kogoś w szarym ubraniu.

Cox pokaż mu film o przemijaniu.

Cox wziął mnie za rękę i zaprowadził do innej sali. Weszliśmy do dużo mniejszego pokoju niż poprzednia sala.

Widziałeś dzieci w twoim wieku, tak Siedemdziesiąt trzy?

—Tak.

— Zauważyłeś, że ja i pan Russell jesteśmy więksi niż ty?

— Ten w białym to pan Russell?

— Tak, jest szefem projektu Arka.

— Zauważyłem, że pan Russell i wszyscy w kolorowych ubrankach są więksi od dzieci. Dlaczego tak jest?

— Widzisz Siedemdziesiąt trzy, ludzie rosną do pewnego czasu, a potem już nie. Pamiętasz jak byłeś mniejszy?

— Tak.

— A jak dawno pamiętasz?

— Co jak dawno pamiętam, panie Cox?

— Jak byłeś mniejszy?

— Byłem całkiem mały.

Cox zrobił zdziwioną minę i chyba się nieco zdenerwował.

— Możesz powiedzieć dokładniej?

— Dokładniej? Co to znaczy panie Cox, słowo, dokładniej?

— Jesteś trudnym dzieckiem, Siedemdziesiąt trzy. Wszystkie inne dzieci już wiedzą co chciałyby robić, tylko o tobie nic nie wiemy. Powiedz wszystko, co pamiętasz, ja najdawniej.

— Byłem w środku innego ciała. Byłem bardzo maleńki.

Popatrzyłem po pokoju.

— Nic tak małego tu nie ma.

Popatrzył na mnie zaciekawiony, widziałem, że robi coś z jakimś małym pudełkiem.

— Mówisz, że byłeś w innym ciele?

— Tak, potem było ciasno, a wcześniej pływałem i słyszałem bum bum.... bum bum.... bum bum. Potem kiedy już wyszedłem z tego miejsca był głośny huk i ktoś mnie zabrał.

— Cholera. Dobra, pokażę ci film. To jest życie.

Zacząłem oglądać. Był pan i pani w innych kombinezonach, a potem je zdjęli. Potem stykali się ciałami i głośno oddychali. Potem zobaczyłem jak brzuch pani rośnie, a w następnym obrazie zobaczyłem, że spomiędzy jej nóg wyszło małe stworzenie. Było ubrudzone na czerwono. Potem było takie jak ja, a potem trochę mniejsze niż Cox. To był on. Robił różne rzeczy. Film pokazywał jego twarz jak się zmienia i znowu co on robi. W końcu jego twarz się zmieniła bardzo i wcale już nie przypomina siebie, a potem leżał i się nie ruszał. Potem stali ludzie w czarnych ubiorach, innych niż nasze kombinezony, a tego kogoś już nie było.

— Gdzie on jest? — zapytałem.

— Umarł. Żył osiemdziesiąt sześć lat. Ludzie rodzą się, żyją i umierają. To nazywamy życiem.

Wróciliśmy do pana Russella.

— Pokazałeś mu film, Cox?

— Tak szefie. On pamięta swoje poczęcie.

— Co ty pleciesz Cox, nikt tego nie pamięta.

— Nagrałem całą rozmowę. Jak na sześciolatka jest cholernie rozumny.

— Zauważyłem. Co byś chciał robić w życiu, Siedemdziesiąt trzy? — spojrzał na mnie.

Russell miał błękitne oczy i złote włosy. Był starszy od Coxa, bo miał małe zmarszczki na twarzy, których Cox nie posiadał.

— A co jest najważniejsze w życiu?

— Władza. Jak masz władze, masz pieniądze, kobiety i wszystko inne.

— Chcę władzy — odrzekłem.

— Nie głupi jest, tak jak sądziłem.

— Władcą trzeba się urodzić — odrzekł Russell — ja jestem tu władcą, ale nade mną są inni, a nad nimi, jeszcze inni.

— A kto jest na samej górze, panie Russell?

Blondyn się roześmiał, a Cox tylko uśmiechnął.

— Jedni mówią, że Bóg inni, że Diabeł, ale Bóg stworzył Diabła, wiec chyba on. Inni nie wiedzą. To kwestia... — nie dokończył.

— Chciałbym być nad nimi — odrzekłem.

— Nie możesz.

— Pan zapytał co bym chciał, a nie co mogę — odrzekłem.

Zobaczyłem niezadowolenie na twarzy Russella.

— Pyskuje. Daj mi to nagranie. Zajmij go czymś.

Russel odszedł.

— Siedemdziesiąt trzy, chodź, porzucamy piłką.

Poszliśmy do innego pokoju. Cox wziął piłkę i rzucił w moim kierunku. Odsunąłem się, ponieważ piłka leciała prosto na mnie.

— Powinieneś złapać.

— Dlaczego powinienem, panie Cox?

— No tak, nie dostałeś polecenia.

Cox poszedł po piłkę i wziął ją do ręki.

— Teraz złap.

Rzucił ponownie i ja złapałem.

— Dobrze. Teraz rzuć do mnie i ja złapię.

Rzuciłem dokładnie w jego kierunku i poszedłem do ściany, bo leżało tam na półkach dużo ciekawych rzeczy.

— Siedemdziesiąt trzy, dlaczego tam poszedłeś?

— Co to jest panie Cox? — wziąłem metalowy przedmiot do ręki.

— To nie jest dla dzieci.

— Nie pytałem dla kogo to jest, tylko co to jest?

— Siedemdziesiąt trzy, jesteś bezczelnym gnojem. Masz szczęście, że projekt Arka nie przewiduje kar, bo byś oberwał.

— Panie Cox, nie odpowiedział pan na pytanie. Ja wiem, że mam zawsze odpowiadać na pytania, a pan nie musi?

— To jest pistolet.

Zauważyłem, że wszedł Russell.

— Zostaw nas, Cox.

Cox wyszedł.

— Czy Cox ci powiedział, do czego służy ten przedmiot?

— Nie.

— To jest pistolet. Służy do zabijania.

— Co to jest zabijanie, panie Russell?

— Skracanie komuś życia. Pokażę ci, a ty zostaw to, skąd wziąłeś.

Odłożyłem pistolet i poszedłem za nim. Poszliśmy z powrotem do sali z filmem. Po chwili pan Russell pokazał mi inny film. Ktoś w wieku Coxa szedł po dużym miejscu z niebieskim na górze i szarym na dole i zatrzymał się w miejscu. Potem zobaczyłem innego człowieka i ten podszedł do tego, co stał. W ręku miał pistolet, podobnym do tego, który trzymałem w dłoni. Usłyszałem huk i ten pierwszy ktoś upadł.

— Widziałeś? Tamten zabił tego pierwszego.

— Pamiętam ten huk. Ciało, w którym byłem, ktoś zabił, a potem mnie zabrał.

Russel zrobił dziwną minę. Podszedł do miejsca z filmami i coś zaczął szukać. W końcu pokazała się tablica z jakimiś znakami.

— Chcesz zobaczyć jak się używa pistoletu?

— Tak.

Poszliśmy do sali gdzie Cox rzucał do mnie piłkę. Russell wziął pistolet i małe rzeczy.

— Idź za mną.

Zaczęliśmy iść, a wszyscy na nas patrzyli, dzieci, jak i dorośli w kolorowych kombinezonach. Weszliśmy do dużej sali gdzie były mniejsze sale.

— Załóż to tak. — Russell założył coś na głowę i coś jeszcze co było przezroczyste a opierało się na nosie.

— To są słuchawki, a to okulary.

Zrobiłem co powiedział. Potem widziałem, że zaczął wkładać małe rzeczy do pistoletu.

— To są kule. Patrz tam — wskazał małe i duże kółka — to są tarcze.

Po chwili usłyszałam kilka głośnych huków, a w kółkach, blisko środka, powstały nieregularne dziury.

— Chcesz spróbować strzelić jak ja?

— Chcę.

Znowu wsadził te małe przedmioty, zwane kulami, do środka pistoletu.

— Spróbuj trafić w tę czarne małe kółeczko. Kiedy strzelisz, coś szarpnie twoją ręką, o tak — pokazał mi, co znaczy słowo szarpnie.

Szarpnął moją ręką.

— Musisz widzieć ten punkcik na linii i te małe czarne kółeczko na tarczy w jednej linii. Naciśnij raz i zobaczymy — pokazał mi właściwą część — o tak.

Obserwowałem co robi. Podał mi pistolet. Zrobiłem jak powiedział.

— A teraz strzelaj, tylko pamiętaj, że coś szarpnie. Nie trzymaj mocno, ale i też nie za lekko. Wyczuj to.

Nie wiedziałem co znaczy wyczuj, ale resztę rozumiałem. Zrobiłem jak mi pokazał i czekałem.

— Teraz naciśnij spust. — zrozumiałem, że co jest tym spustem.

Zrobiłem to. Siła odrzuciła moją rękę. Usłyszałam też huk, nie wiem co było pierwsze, chyba huk. W celu był dziura, ale nie w środku, tylko poza kołami, ale nadal w kwadratowej tarczy.

— Nieźle, Siedemdziesiąt trzy. Powinieneś wyczuć i starać się trafić w czarny mały okrąg.

— Mogę spróbować jeszcze raz, panie Russell?

— Spróbuj.

Pamiętałem szarpnięcie. Czułem, że wiem co znaczy, wyczuj. Delikatnie zmieniłem miejsce, w które patrzyłem i nacisnąłem spust.

Znowu usłyszałem huk, ale odczułem dużo mniejsze szarpniecie. Zobaczyłem dziurę w samym środku miejsca, które było poprzednio czarne.

— Udało ci się, niemożliwe!

Russel nacisnął coś na dole, przed jego biodrami i w oddali, pokazała się nowa tarcza z kołami.

— Strzel jeszcze kilka razy. — zrozumiałem, o co mu chodzi.

— Wymierzyłem i nacisnąłem kilka razy. Czułem. Huk mi już nie przeszkadzał. Zobaczyłem jak kula leci do tarczy, potem druga trzecia i czwarta. Wszystkie wpadały w jedno miejsce.

— To nie może być realne! — rzekł Russell.

Zabrał mi pistolet, zdjął słuchawki i okulary.

— Idziemy — powiedział Russell.

Poszliśmy do sali, w której jeszcze nie byłem. Russell podszedł do stolika, nacisnął palcem na ekran po chwili zaczął z kimś rozmawiać.

— Proszę wybaczyć, panie Baxter, mówi Robert Russell z ośrodka szesnaście. Mamy tu wyjątkowo interesujący obiekt. Przesłałem już dane.

Coś słyszałem, ale trochę niewyraźnie. Miał w lewym uchu mały przedmiot i stamtąd słyszałem cichy głos rozmówcy. Postanowiłem się wczuć, jak to nazwał Russell i zacząłem słyszeć co mówi Baxter.

— Właśnie się zapoznaję. Zabierzemy obiekt Siedemdziesiąt trzy jutro rano, dziękuje Russel. Dobra robota.

Robert odłożył słuchawkę.

— Jutro pojedziesz w inne miejsce, Siedemdziesiąt trzy.

— Czy mogę o coś zapytać, panie Russell?

— Pytaj.

— Dlaczego wszyscy mają imiona, a dzieci numery?

— Dostaniesz imię, zasługujesz na nie. Masz jeszcze jakieś pytania?

— To ciało, w którym pływałem, to była moja mama? Kto ją zabił i dlaczego?

— Rozumujesz jak dorosły człowiek, a masz sześć lat. Ktoś zabił twoją mamę. Nie wiem, czy zrozumiesz. Twój ojciec robił coś złego i nie mógł oddać co pożyczył. Dlatego ktoś zabił twojego tatę, a potem ktoś inny, zabił twoją mamę, a potem oddał cię gdzieś indziej, potem zostałeś zabrany jeszcze gdzieś indziej, a w końcu, tutaj. Dziwne, że nie pamiętasz.

— Pamiętam wszystko. Nawet pamiętam twarz tego, kto zabił moją mamę.

— Ten ktoś już nie żyje. Zabił go ktoś inny. Ten, kto zabił twojego tatę również już nie żyje.

— Tak, ale ktoś mu to kazał zrobić. Pytam o tę osobę.

— Nie wiem kto to zrobił. Musisz o tym wszystkim zapomnieć, jeżeli chcesz być tak duży, jak ja. Jeżeli nie możesz zapomnieć, nie mów o tym innym.

Russell pogładził mnie po moich ciemnych włosach.

Powiedział to właśnie dokładnie tak, ale ja zrozumiałem. Wyczułem jeszcze dwie rzeczy. On kłamał, a ja nie chciałem o tym zapomnieć, natomiast chciałem być tak duży, jak on. Z tego powodu postanowiłem poczekać. Zaczynałem odczuwać, od momentu jak pan Russell powiedział magiczne słowo, poczuj.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii thriller i science fiction, użył 2663 słów i 14956 znaków, zaktualizował 25 wrz 2020.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Almach99

    Podoba mi sie. Choc nasz nr 73 przypomina mi nie nieco Gabriela z innego Twojego opowiadania

  • AlexAthame

    @Almach99 No wiesz coś zawsze jest podobne.Moi bohaterowie są podobni.Dziękuję :smile: