Materiał znajduje się w poczekalni. Prosimy o łapkę i komentarz.

Okami cz. 9

Wstały skoro świt. Prawie nie rozmawiały, co nie znaczyło, że były niezadowolone, wręcz przeciwnie. Wczorajsze rozmowy i doświadczenia upewniły je, że rozumieją się całkowicie. Zjadły małe śniadanie i koło dziewiątej wyruszyły w kierunku Ross River. Jechały cały czas droga numer cztery, a na wysokości docelowego miasteczka, skręciły w dwójkę, Nie było już daleko. Zajechały koło drugiej po południu. Droga nie była taka zła, chociaż chyba przejechał tylko tędy jeden pług.  
–  Wiesz, że w styczniu jest tu średnio dziesięć stopni mniej niż teraz? –  powiedział Emi.
–  To dobrze, że jesteśmy teraz, bo i tak jest zimno, a byłoby bardziej.
Rozmawiały o tym kiedy już dojechały na parking hotelu Ross River RV& lodging, bardzo wysokiej klasy placówki. Hotel znajdował się tuż przy drodze numer sześć, bardzo blisko rzeki Pell. Ustawienie hotelu stanowiło świetne miejsce dla turystów. Pokoje miały lepsza klasę niż w Białym koniu czy Carmacks, a kosztowały dużo mniej. Emi zapłaciła sto czterdzieści dolarów za duży pokój dla dwóch osób z jednym łóżkiem o wielkości king size. Recepcjonista nie zrobił żadnej miny, że dwie kobiety biorą pokój z jednym łóżkiem. Rozpakowały się i poszły na obiad. Zamierzały coś zjeść i rozejrzeć się po okolicy jutro, bo dnia nie zostało wiele. Jednym z punktów planu była rozmowa z barmanami. Kiedy zjadły, doskonały obiad wegetariański poszły, usiąść przy barze.
–  Co dla pań? –  zapytała duży Indianin, w wieku nieprzekraczającym czterdziestki.
–  A co pan proponuje? – zapytała Emi.
–  Każdy ma indywidualny gust. Podam kartę.
Wybrały lekkie drinki. Nie chciały mieszać ze słodkim i dlatego zamówiły Krwawą Mary.
–  Sporo gości? –  zagadnęła znowu szatynka.
–  Nie tak źle. Pogoda niezła, ale wczoraj sporo padało.
–  Tak – przytaknęła Emi. Chcemy zapolować.
–  Macie licencje i pozwolenie/ – zapytał beznamiętnie barman.
–  Oczywiście. Chcemy ubić karibu.
–  Wiecie, że nie wolno zabijać samic? – kontynuował barman o imieniu Don, czyli pewnie Donald.
Indianie często zmieniali imiona, lecz między sobą znali swoje prawdziwe.
–  Potrzebujecie przewodnika – powiedział jeszcze.
–  A same nie wytropimy?
–  Bardzo wątpię. Poza tym jest czasem niebezpiecznie, jak się pójdzie za głęboko w las.
–  Mamy komórki – Emi udawała znawcę.
–  Pięć kilometrów za miasteczkiem nie ma zasięgu. Jest naprawdę niebezpiecznie. Nie jesteście kanadyjkami, prawda?
–  Przyjechałyśmy z Nowej Zelandii.
–  To kawał drogi.
–  Tak trochę. Co do niebezpieczeństwa, to jest podniecające. Nie boję się zwierząt
–  A pani? –  rdzenny mieszkaniec tych stron spojrzał na Amber.
–  Trochę się boję wilków.
–  Wilk jest bardzo mądrym stworzeniem. Nie wchodzi ludziom w drogę, to ludzie wchodzą mu.
Obie były złe w środku, że udają myśliwych. W sercach nie miały zamiaru skrzywdzić żadnego zwierzęcia.
–  Może to i prawda.
Indianin przeniósł wzrok dalej.
–  Macie szczęście, ten co właśnie wchodzi, jest leśniczym. Zna las jak własną kieszeń.
Emi zerknęła w jego kierunku. Spotkali się wzrokiem. Młoda kobieta odczuła coś złego w jego oczach. Facet podszedł do nich.
–  Mówisz o mnie Don? – zwrócił się do barmana.
Obie poczuły zimne prądy. Głos faceta odpowiadał z pewnością głosowi człowieka, który mówił podczas tego strasznego filmu.
–  Panie chce zapolować na karibu.
–  Będę musiał zobaczyć licencje i pozwolenia – odrzekł z uśmiechem leśniczy.
–  To jak się dogadamy – odpowiedziała beznamiętnie Emi.
–  Oczywiście. Nie jestem policją, chociaż pracuje dla rządu tej prowincji. Tylko uprzedzam, że żaden z legalnych przewodników nie wejdzie z paniami do lasu, zanim nie zobaczy legalnych i ważnych dokumentów.
–  Napije się pan coś z nami – zapytała uprzejmie Amber, pomijając jego wypowiedź.
–  Na służbie nie piję.
–  Rozumiem. Miło poznać. Jestem Sara, a to moja przyjaciółka Linda.
–  Ron – podał rękę Amber.
Obie zwróciły uwagę, że bardziej patrzy na blondynkę.
–  Panie nie są stąd – kontynuował.
–  Z Nowej Zelandii.
–  Sądziłem, że z Anglii. Ludzie mają różne akcenty.
–  Dla nas wasz angielski jest też dziwny – odparła Emi.
–  Ciężko wytropić karibu, nawet dla mnie.
–  Może będziemy miały szczęście. Idziemy już, bo jesteśmy dopiero po podróży – odrzekła miło Amber.
–  Do zobaczenia Saro – rzekł facet.
Emi zostawiła dziesięć dolarów napiwku i poszła z Amber do pokoju.
–  To był ten zbok! – powiedziała Amber kiedy tylko weszły do środka.
–  Wiem – odrzekła głucho szatynka.
–  I co zrobimy? Przecież nie mamy licencji i pozwolenia.
–  To się da załatwić. Legalnie albo inaczej, lepiej inaczej.
–  Lepiej nielegalnie? Dlaczego?
–  Pomyśl. Skoro facet robi złe życzy, przy okazji będąc leśniczym, to w ten sposób będzie wiedział, że nie jesteśmy super przestrzegającymi przepisów.
–  No tak, ale nie powie nam, że robił filmy z sadystycznym mordercą?
–  Widziałaś jego oczy? Uśmiechał się i robił wrażenie gentelmena, ale to zły człowiek. Sądzisz, że taki ktoś nie robi nic, tylko pomaga? Normalny człowiek nie kontaktowałby się z mordercą.
–  Tak, masz rację. Pomyśl o czymś. Przyszło mi to teraz. Te zaplombowane kontenery... Może tam ukrywa ofiary. Większe ilości przemycanych ludzi odbywają się w stalowych, wielkich kontenerach. Tu jest całkiem inna sprawa. Jednak skoro jesteśmy tu, to nie możemy stać się ofiarami.
–  Bo byłby podejrzany, gdybyśmy z nim poszły i nie wróciły.
–  W takim razie możemy tylko zrobić to inaczej. Najpierw się upewnić, że złapie haczyk, potem wymeldować i dopiero nawiązać z nim współpracę.
–  Myślisz, że pójdzie na to? –  zapytała Amber.
–  Czułaś, jak na ciebie patrzył? Enzo chciał blondynki, tamta zamordowana była blondynką. Nasz przyjaciel z Australii miał więcej dowodów. Wszystkie były blondynkami. Tamten jest podwójnym psycholem.
–  Co masz na myśli?
–  Jeżeli facet morduje blondynki, to ma powód. Matka, siostra, narzeczona.
–  Mówisz poważnie?
–  To się nie bierze z powietrza. Poszukajmy oficjalnie innego przewodnika, a za trzy dni wyjedziemy. Jak to jest właściwy trop, to facet sam nas zaczepi, upewniwszy się, że już wyjechałyśmy i nikt go z nami nie połączy.
–  Nie wygląda to na głupi pomysł.
–  Masz lepszy – zapytała bez złości Emi.
–  A jak facet sprawdzi, że nie zameldowałyśmy się jako Sara i Linda?
–  To jeszcze lepiej. Nie zameldowałyśmy się jako Emi i Amber, prawda?
–  No nie. Mamy dobre dokumenty.
Siedziały chwilę w milczeniu.
–  Kurwa – zaklęła Amber.
–  O co chodzi, skarbie?
–  O co chodzi? O to, że facet żyje.
–  Gdybyśmy go zabiły, nie trafiłybyśmy na tamtego.
–  To przecież Berry Hamilton.
–  To są tylko przypuszczenia.
–  Które może okażą się prawdą – upierała się Amber.
–  Wiesz, jak wygląda Berry? –  Emi patrzyła na przyjaciółkę.
–  Znalazłam jego zdjęcie. Jest zbyt znany, by ukrywać twarz.
Pokazała szatynce telefon.
–  Sprytna z ciebie sztuka, ja tylko zapamiętałam. Zlikwiduj to zdjęcie.
Amber nie zadawała pytań i usunęła.
–  Wybacz, to był błąd. Może nikt nie dotrze. Chyba że ktoś ze służb. To stawia sprawę bardziej utajoną.
–  Nie kojarzę.
–  Zabiłyśmy Enzo i jego kompana. Nikt nie połączy tego z nami. Jednak gdyby nam się powiodło tutaj, to zmienia sprawę. Nie mówię, że na pewno, ale zwiększa prawdopodobieństwo.
–  Przecież przekraczałyśmy granicę z lekką zmianą twarzy.
–  Nadal mamy inny kolor włosów, ale mówię o większym prawdopodobieństwie, a nie pewnej wpadce.
Emi miała włosy zrobione na czarno, Amber na rudy. Zrobiła tylko błąd, że zostawiła brwi złote. Czasem blade blondynki o świńskich włosach mają takie brwi, ale Amber występowała w rudych włosach, o kolorze miedzi.  
–  Odrosty – doznała olśnienia. –  facet poznał, że jesteś ufarbowana.
–  Sądzisz?
–  Obserwowałam go. Patrzył ci w oczy, a potem na włosy i to na środek czaszki.
–  To i dobrze i źle. Dobrze, bo stanę się celem, źle, bo może się wystraszyć.
–  To ma coś wspólnego z tym przypuszczeniem?
–  Nie sądzę.
Ich wieczór wyglądał podobnie jak wczorajszy. Trenowały, Emi rozebrała pistolety i naoliwiła. Wieczorem kąpały się osobno i nie rozbierały do naga. Poszły spać o dziesiątej trzydzieści. Amber wtuliła się w Emi i tyle. Nawet nie pocałowały się w policzki...
Wstały o ósmej. Po załatwieniu zwykłych czynności poszły na śniadanie. Tym razem nie podchodziły do baru, zresztą stała tam kobieta. Nie Indianka, tylko szatynka, o budowie podobnej do Emi.
Ubrały się odpowiednio, było dwanaście stopni poniżej zera. Zapytały w recepcji, gdzie można załatwić przewodnika i gdzie załatwia się pozwolenie na odstrzał poszczególnych zwierząt.
Kiedy się wszystkiego dowiedziały, pojechały we właściwe miejsce. Wszystko poszło dobrze. Zapłaciły kilka setek. Następne opłaty miały zapłacić w przypadku udanych polowań. Licencja obejmowała miesiąc czasu.
Przydzielono im człowieka z urzędu. Nie był nim Ron.
Następnego ranka wstawiły się w umówione miejsce. Przewodnik miał na imie Ian i miał dobrze po czterdziestce.
–  Ian Kernik – rzekł na wstępie.
–  Jest pan Kanadyjczykiem? – zapytała Amber.
–  Od urodzenia. Moi rodzice pochodzili z Ukrainy, to znaczy ojciec. Mama była z Quebecku. Panie nie są kanadyjkami, prawda?
–  Z Nowej Zelandii – odpowiedziała blondynka.
–  To tam teraz lato?
–  Słusznie – odparła Emi.
–  Dobrze. Papiery są w porządku – rzekł po przejrzeniu – nie obiecuję, że coś znajdziemy. Nie macie nic przeciwko, że będziemy obserwować?
–  Jasne. Nie jesteśmy całkiem zdecydowane zabić zwierzynę.
–  Czasem odstrzeliwuje zwierzęta. Teraz nie ma już tak wiele jeleni czy łosi. Wilki są pod ochroną.
–  Czyli nie można zabić wilka?
–  Chyba że zaatakuje. To nie zdarza się często. To bardzo mądre zwierzęta.
Popatrzył na nie chwile.
–  Jedyne zwierze, które się mści, ale też jedyne, które potrafi zapamiętać kogoś, kto pomógł. O wilkach są legendy.
–  Widział pan czarnego wilka? –  zapytała Amber.
–  Nie Saro. Są bardzo rzadkie.
Blondynka pożałowała, że zapytała, ale facet wyglądał w porządku, nawet robił wrażenie ciepłego.
–  Ma pan tu rodzinę? –  zapytała właśnie dlatego.
Amber zapytała i pożałowała znowu. Lekko posiwiały mężczyzna posmutniał.
–  Miałem. Żona zmarła sześć lat temu na raka piersi. Nigdy nie mieliśmy dzieci. Nie mogła mieć. Dlatego tu jestem. Blisko przyrody. Nie zabijam kiedy nie muszę.
Amber ważyła w środku decyzję czy ma zapytać.
–  Mieszka pan w mieście?
–  Masz na myśli Saro, Ross River? Trudno to nazwać miastem. Tak, mieszkam tutaj. Z żoną mieszkałem sześćset kilometrów stąd, w Albercie.
–  Rozumiem – pokiwała głową blondynka, która teraz wygląda inaczej – wiele jest chat na obrzeżach?
–  Jest kilka. Bliżej miasteczka i dalej. Ludzie nie są tu wygadani. Klimat ciężki. Podczas śnieżycy można zamarznąć dziesięć metrów od domu. Czasem w lesie jest pięć metrów śniegu. Jak ktoś pali drewno, widać dym. Jak ma elektryczność, może nikt nie mieć pojęcia,że tam mieszka. –  Jak jest elektryczność, to miasto wie. 
–  Istnieją generatory, uśmiechnął się –  Tu jest inaczej, czasem ktoś wszystko załatwiana lewo i nikt nie wie, że tam ktoś mieszka.
Blondynka wiedział, że tego pytania nie może zadać.
Jechały jego samochodem, Jeepem Cherokee.  
–  Proszę ograniczyć mówienie, a jeżeli już, szeptem. –  powiedział Ian, kiedy wyszli z wozu.
–  Dobrze Ian – tym razem odezwał się Emi.
Spędziły sześć godzin, widziały tylko zająca i w górze chyba sokoła.
–  Czy to prawda, że sokół może zabić człowieka? –  zapytała Amber kiedy już wróciły do wozu.
–  Jeżeli czuje, że zagrażało to jego gniazdu. To najszybszy latający ptak. Może pikować ponad trzysta sześćdziesiąt kilometrów na godzinę. Atakuje kark. Trafić go jak spada, nie sposób.
–  Spotkamy się jutro o ósmej? –  zapytała Emi.
–  Jak panie chcą, będzie mi miło. Nie miałem tak pięknych łowczych – uśmiechnął się mężczyzna.
–  Ile ma pan lat, jeżeli można wiedzieć – zapytała Amber.
–  Czterdzieści sześć. Stres trochę mnie postarzał.
–  Czy można dopłacić dodatkowo?
Mężczyzna się zdziwił.
–  To moja praca. Proszę tego nie robić, ale dziękuję.
Młode kobiet wróciły do pokoju.
–  Miły człowiek –  rzekła Amber.
–  Bardzo. Szkoda, że żona odeszła.
–  Tak, rak zabiera tyle istnień.
Specjalnie unikały sytuacji, jaką miała miejsce dwa dni temu. Nie rozbierały się przed sobą. Jednak żadna nie robiła uwag. Spały w łóżku razem, ale obie traktowały to normalnie.
Następnego dzień dostrzegły karibu.
–  To samica – szepnął Ian. –  o samca trudno. Ta jest w ciąży.
Amber chciała się dowiedzieć, jak on to wie, ale pamiętała, że trzeba milczeć. Znowu dostrzegły sokoła, może tego samego. Czuły zimno, ale dało się znieść. Ostatniego dnia nie miały szczęścia. Nie dostrzegły nic
–  Wydały panie tyle pieniędzy na nic – odezwała się Ian, kiedy już byli w aucie i Emi oświadczyła, że wyjeżdżają.
–  Czasem tak jest. Było miło z panem spędzić czas.
Amber, jako bardziej wylewna, pocałowała go w policzek. Zarumienił się lekko.
–  Wyjeżdżamy, ale może kiedyś tu wrócimy. Można dostać pana adres?
Popatrzył na nią dłużej, bo zaproponowała mu to Emi.
–  Dam numer telefonu.

lila

opublikował opowiadanie w kategorii thriller i kryminalne, użył 2376 słów i 13927 znaków.

Dodaj komentarz