Moja bardzo wielka wina

Wszyscy dookoła spoglądali na nią oczyma przepełnionymi nienawiścią tak ogromną, że omal się z nich nie wylewała. Liczba osób, które ją otaczały, nie była zbyt duża, mimo to ona czuła, że brak jej tlenu i przestrzeni. Wyglądała i zachowywała się jak zaszczute zwierzę – bite i poniżane przez wiele lat. Przygarbiona, z rękami oplecionymi wokół talii, zupełnie jakby chciała się przed czymś obronić, przemykała szkolnymi korytarzami. Chciała zniknąć, ze wszystkich sił pragnęła się zapaść pod podłogę oklejoną linoleum. Wiedziała, że to wszystko przez nią, że ta cała sytuacja to wyłącznie jej wina. Wiedziała to i bardzo z tego powodu cierpiała. Miała wrażenie, że za sekundę cały świat zwali jej się na głowę. Już po chwili zrozumiała jednak, że tak naprawdę, w skali światowej, jej katastrofa jest co najwyżej dźwiękiem, który się wydobywa podczas upadku szpilki na metalową powierzchnię, niczym więcej niż zacięciem się papierem, na które zaraz nie zwraca się uwagi.
     W kilka sekund hall całkowicie opustoszał. W żadnym kącie, za żadną szafką nie pozostała żywa dusza, która chciałaby uciec z nielubianej lekcji. Powoli, niemal niezauważalnie zaczęła następować zmiana otoczenia. Farba na ścianach leniwie się łuszczyła i odpadała niewielkimi płatami, by odkryć czerwoną cegłę. Ciepłe światło, wypełniające pomieszczenie, przygasło i stało się o kilka tonów chłodniejsze. Całość zaczynała przypominać korytarz starego i zaniedbanego szpitala psychiatrycznego. Pod sufitem, który obniżył się o kilka metrów, bzyczała stara jarzeniówka. O miejscu, w którym się znalazła, nie można było powiedzieć nic ponad to, że przyprawiało o dreszcze pełzające wzdłuż kręgosłupa.
     Sztywnym krokiem podeszła do jednej z rozpadających się ścian. Oparła się o nią i na miękkich nogach osunęła się na podłogę, na której - w miejsce linoleum - pojawiła się popękana terakota. Była zmęczona, tak bardzo zmęczona. Miała opuchnięte oczy i gardło wysuszone od nieustającego płaczu. Zwinęła się w kłębek, kolana podciągnęła do klatki piersiowej i oparła na nich głowę. Pogrążyła się w swojej rozpaczy.
     Od ścian jej czaszki odbijało się echo głosu, który pamiętała sprzed lat. Głos jej mamy, która jak mantrę powtarzała – "Płacz kochanie, poczujesz się lepiej, będzie ci lżej, płacz moja mała duszyczko”. Więc płakała, nie żałowała łez, instynktownie czuła że może sobie na to pozwolić. Zupełnie niespodziewanie poczuła ciepło i spokój ogarniające jej ciało, jakby stary przyjaciel wziął ją w ramiona i ukołysał. Było prawie jak w domu, rozluźniła się i uśmiechnęła przez łzy. Nie zdawała sobie sprawy jak bardzo tego potrzebowała.
     Nagle jej ciałem wstrząsnął dreszcz zimna – szybko wróciła do makabrycznej rzeczywistości. Przez wąski korytarz przetaczała się krótka nawałnica w postaci niesamowicie mocnego wiatru, który porwał ze sobą wszystkie lżejsze przedmioty. Proste włosy w słomianym odcieniu blondu agresywnie zaatakowały delikatną skórę jej twarzy, pokrytą licznymi piegami i pieprzykami. Jeszcze bardziej się skuliła, żeby osłonic swoje krępe ciało przed okrutnie mocnym wiatrem. Czekała.
     Gdy wreszcie przestało wiać postanowiła z powrotem stanąć na nogach. Napięła wszystkie mięśnie i sztywnymi, jakby spowolnionymi, ruchami zaczęła iść przed siebie. Jej ciało protestowało, kości i stawy niemal krzyczały, żeby się zatrzymała. Jednak w jej głowie kołatała się myśl, że musi iść dalej, musi dojść do celu. Była ona nieznośna jak bzyczenie muchy, która próbuje się przebić na wolność przez szybę, wciąż na nowo uderzając w szklaną taflę. Nie wiedziała dokąd zmierza, ale szła. Zboczyła z kursu do "niewiadomokąd” dopiero, gdy zobaczyła drzwi. Podeszła do nich i spróbowała otworzyć, bez skutku. Były zamknięte, naparła na nie ramieniem jednak nie ustąpiły. Już chciała się poddać i iść dalej, kiedy zauważyła, że obok znajdują się jeszcze jedne, a dalej kolejne i jeszcze następne. Całe mnóstwo drzwi, które mogły ją zaprowadzić tam, gdzie chciała. Problemem było to, że wszystkie pozostawały równie niewzruszone na jej próby ich otwarcia. Stały zimne i ukrywające powierzone im sekrety.
     Frustracja zaczęła ponownie w niej rosnąć. Nie chciała znów płakać, już nigdy nie będzie płakać. Matka może sobie powtarzać swoje mądrości, nic to nie da, bo ona już postanowiła. Zacisnęła zęby i zaczęła biec, nie zwracając już uwagi na ból, który zalewał ją falami przy każdym ruchu. Nigdy nie miała dobrej kondycji, już po kilkunastu sekundach jej oddech stał się urywany. Niemal panicznie łapała płytkie wdechy, by już po chwili oddać równie krótkie wydechy pełne dwutlenku węgla. Jej bose stopy ciężko uderzały o zimną powierzchnię płytek.  
Pomimo fizycznych niedogodności czuła, że jej stan psychiczny nieco się poprawia, jakby wysiłek, który wkładała w każdy następny krok, oczyszczał jej umysł ze wszystkiego co brudne i zbędne. Całkowite oczyszczenie, niemal katharsis, przeżyła, gdy zobaczyła kolejne drzwi. Te były idealnie białe, wykonane z nieznanego jej materiału, wiedziała tylko, że nie bije od nich taki chłód jak od tych wcześniejszych. Czuła, w zasadzie WIEDZIAŁA, że oto dotarła do celu. Nareszcie! Wzięła jeden, ale w końcu głęboki oddech, zdecydowanym ruchem nacisnęła metalową, błyszczącą klamkę, która idealnie pasowała do jej dłoni. Pchnęła drzwi, które niespodziewanie zawisły w powietrzu, bo za ich progiem było nic.  
Najprawdziwsze na świecie nic. Nic było mgłą, dymem, chmurą. Nic miało mlecznobiały kolor i zapach proszku do prania. Nic okazało się zaskakująco przyjemne. Niemal fizycznie odczuła jak z jej serca i sumienia zsuwa się zasłona upokorzenia, niepewności i przytłaczającego uczucia bycia winnym najgorszego. Już wiedziała co należy zrobić, już wiedziała, że tam jej będzie lepiej i, że tu będzie lepiej bez niej.
Przekroczyła przez próg, zamknęła za sobą drzwi i poczuła się jakby latała. I tak rzeczywiście było. Każdy postronny obserwator wydałby z siebie krzyk przerażenia, bo tak naprawdę zobaczyłby dziewczynę o słomianych, która właśnie wyskoczyła przez okno. Zobaczyłby dziewczynę, której ostatnią myślą było – "To moja wina”.  


Wygląda na to, że zapowiada się dłuższa seria takich pojedynczych opowiadań o o niczym konkretnym, mam nadzieję, że taki nowy format w moim wydaniu okaże się satysfakcjonujący. Komentujcie, pls (fuj, ale zaleciało gimbusiarstwem!)
Całuski!

LittleScarlet

opublikowała opowiadanie w kategorii sen, użyła 1241 słów i 6827 znaków.

5 komentarzy

 
  • agnes1709

    Jestem na wielkie TAK, zwłaszcza za zakończenie!!! Brawo:bravo:

  • LittleScarlet

    Tofu jeść powinnam, ale to swoją drogą. Jakbym pamiętała swoje sny to by w ogóle było perfekcyjnie. Niestety to powyżej i to jeszcze poprzednie było owocem inspiracji pozyskanych w szkole (serio, totally not kidding). Poza tym panno E, co innego wyobraźnia, a co innego warsztat. Tego drugiego tak bardzo mi brak, że... Az trudno znaleźć odpowiednie porównanie xd Dziękuję bardzo za tak urocze i kochane komentarze. @TaZabawna twoje żarciki jak zawsze adekwatne do sytuacji <3

  • Endajs

    Seria o niczym konkretnym jest jak najbardziej pożądana.  :tadam: Właściwie, poza tym co już powiedziałam - w sumie nie powiedziałam niczego konkretnego - nie wiem co jeszcze mogłabym dodać. Uwielbiam Twoje teksty, styl i porównania, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że moja wyobraźnia do Twojej ma się nijak. :D Aaaaa, panno L - najważniejsza kwestia! Nie wiem co jesz przed pójściem do łóżka, pannica, ale spróbuj spauzować. Niepokoję się o te Twoje sny. Od przyjaciółek - przez wielkie "p" - zeszło na takie tematy... Mogę sobie tylko wyobrazić jak wcinasz burgery z tofu i kostką rosołową.  :bravo:

  • TaZabawna

    P. S. Czy jest szansa poznać autorkę osobiście?

  • TaZabawna

    *.* Opowiadanie "o niczym konkretnyn" ulubionym gatunkiem literackim tłumów <4-1