O czarnych rządach, czyli bezwładzie w narządach – Poszukiwania przez drania głównego dania.

O czarnych rządach, czyli bezwładzie w narządach – Poszukiwania przez drania głównego dania.

Z góry informuję, iż określenia użyte w opowiadaniu w żadnym wypadku nie mają podtekstu rasistowskiego czy jakiegokolwiek innego, obraźliwego.

   ***

   Biały Murzyn, pisarz, Mad Fryc Duży Cyc, zagorzały zwolennik tłustego żarcia jak zawsze przechadzał się po mieście w poszukiwaniu czegoś na kieł. Słońce paliło, żołądek kurczyło, a tu jak na złość ani jednej jadłodajni, tylko sklepy, sklepy, sklepy... Jak to głosi tytuł, bezwład narządu (zwłaszcza jednego, patrz. okolice czoła) Fryc widząc nagle na wystawie jednego z saloników masę książek kulinarnych, natychmiast wlazł do środka i zapytowywuje, a raczej warczy i pluje:
   – Daj mi pan, ale laz laz, pół kilo flydek z kepuciem. Glubo klojone, ślednio złote i żałośnie tłuste. I szybko ma być! – sepleni.
   – Ależ panie, tu księgarnia, nie bar. – Mężczyzna gapi się na dziwnego typa – wygląda na zdesperowanego frustrata; na domiar złego – głodnego, pomylonego frustrata.  
   – No jak to? – burzy się Fryc. – A co mas pan na wystawce, co? Bo ja tam widzę samo żalcie, więc co bujasz? – napina się, prężąc wiszące pod bicepsem fałdy, widać bezwład ma już przerzuty.  
   – Widzi pan, co tu jest napisane? – pyta sprzedawca, wskazując wygrawerowany w drewnie, wiszący za jego plecami napis: "Księgarnia u Lolity”.
   – Hej, kulwa! – Fryca jak zawsze po dwóch minutach zaczyna już ponosić. – A czy pan jest Lolitą?
   – Nie, Lolita to właścicielka, ma też księgarnię internetową.
   – A skąd ja mam wiedzieć? – syczy paranoik, machając przeszczepami. – Ja tu nie widzę żadnej Lolity i póki nie zobaczę, nie uwierzę, więc pewnie oszukujesz mnie także z żalciem. Dawaj flydki!
   – Panie, idź pan, dobrze, i nie szukaj pan zaczepki. To jest księgarnia, a na wystawie widział pan książki kulinarne – wyjaśnia spokojnie mężczyzna, wyjąc pod nosem z głupoty Fryca. – A tak poza tym to można wiedzieć, gdzie się pan tak ładnie opalił? – drwi, patrząc na zjarane niemalże na węgiel ciało przybysza.
   – W solalium, tym najdroższym, oczywiście, z takimi ładnymi laskami z dużymi cycami i tyłkami – chwali się Fryc, zadzierając niemalże pod sufit swój bulasty nos.
   – I co? Termostat się zwiesił? – zachichotał sprzedawca.
   – A bo ja wiem? Chyba działał dopóki… dopóki nie pękło całe łóżko.
   – Jak to? – Sklepikarz wywalił oczy.
   – No tak. Nie widzisz, gościu, jakie mam mięśnie, widocznie nie wytrzymało naporu – rzekł dumnie Cyc, rosnąc coraz bardziej.
   – Mięśnie… Aaa, no tak, zwłaszcza ten – mruknął facet, z trudem powstrzymując śmiech na widok wielkiej opony dyndającej pod piersiami klienta.
   – A to.. to od piwa i odwal się pan – fuknął Fryc. – A tak poza tym to wciąż czekam na swoje flydki – uniósł głos, uderzając pięścią w ladę.  
   – Mówiłem, że nie sprzedajemy, więc proponuję zakończyć już nasze spotkanie – rzekł spokojnie sprzedawca, jego rozbawienie osobą "węgielka” z wolna zaczynało zmieniać się w irytację.
   – Nie wyjdę, póki nie dostanę żleć! A wiesz, że ja też napisałem książkę? Nawet niejedną.
   – Tyyy? – koleś za ladą aż otworzył usta.
   – No tak, taką o murzynach, reżimie, narodowościach, cyckach, fiutach, dupach i zwierzętach.
   – Ach tak – rozbawiony sprzedawca uniósł brwi. – A można wiedzieć, jakie są ich tytuły, bo wie pan, tematy są dość… kontrowersyjne.
   – Można.  
   Fryc podał mężczyźnie tytuły czterech swoich dzieł i już przy pierwszym facet parsknął śmiechem.
   – Aha, a ja od zawsze zastanawiałem się, kim jest ten desperat, co to napisał takie cuda. Oczywiście mam je, dostarczono mi je w celu rozpowszechnienia za drobną prowizją. Przywlókł je tu jakiś akwizytor – oświadczył mężczyzna, wyciągając spod lady stos książek. – Hmmm, Biały Murzyn? – sprzedawca z zaciekawieniem zmarszczył brwi, patrząc na pseudonim autora. – Sadząc po pana pigmentacji, ja bym raczej napisał "Czarny Białas” – dodał kąśliwie, operując zjadliwym półuśmieszkiem. – Ale czy…? – facet zadumał się chwilę, drapiąc się po brodzie – ale wie pan co? On mi chyba kogoś przypominał… no… ten akwizytor – stwierdził, bacznym okiem inwigilując Fryca.
   – No coś pan? – zmieszał się Cyc. – Nie, to nie byłem ja?! – zaprotestował głośno, robiąc rękoma sztuczny wiatr.
   – Nic takiego nie twierdzę – sprzedawca wygiął usta. – No i muszę panu coś wyznać – rzekł, pukając palcem w okładkę. – To coś, to… to ostrzem żenady rani serce tej księgarni, więc postanowiłem wyłożyć je na ulicę, może ktoś się skusi, poczyta – zachichotał – odda na makulaturę, w piecu napa…
   – Nieeee! – wrzasnął Fryc, wyrwał książki z rąk mężczyzny i jak strzała wybiegł z księgarni.

506 czyt.
80%104
StowarzyszenieAWN

opublikowała opowiadanie w kategorii śmieszne i przygodowe, użyła 814 słów i 4931 znaków, zaktualizowała 24 lip 2018

Komentarze (4)

 
  • Marida

    Marida 25 lip 2018

  • AlexAthame

    AlexAthame 24 lip 2018

    Bardzo fajne.Prawdziwi artyści zawsze mieli ciężko.

  • Obca

    Obca 24 lip 2018 ip:8121036

    Fajne

  • Somebody

    Somebody 24 lip 2018

    No nieźle się tu ktoś zabawił