Materiał znajduje się w poczekalni. Prosimy o łapkę i komentarz.

Szerszeń w ulu, część 2

Ranek zaczął się chmurami idącymi po niebie, znad oceanu. Samantha uwielbiał bryzę. Czasem szła sama na brzeg i godzinami wpatrywała się w bezkresną toń. Do Starbucksa przyszła punktualnie. Miał jeansy i zieloną bluzkę. Czekał tylko może minutę i dostrzegła zaraz za szklanymi drzwiami ucieszoną buzię Peggy. Rzadko ją widywała w sukience. Lubia jej jasną skórę. Co ich łączyło, to piegi. Samantha miał ich nieco więcej. Sama uważał, ze nie jest ładna, ale Peggy miała inne zdanie na ten temat. Szatynka nikomu nie mówiła, ale ćwiczyła w domu pompki I podciąganie na drążku. Nie chciała mieć mięśni jak facet, ale uważała, że dziewczyna może być sprawna. Zastanawiała się teraz czy na pewno chce iść na tę prywatkę. Rodzice Scotta jechali na dwa dni do LA i miał wolną chatę. Rodzice mu ufali, umiał podejmować poważne decyzje i wiedzieli, że nie dopuści, by goście upili się czy robili inne rzeczy, których nie powinni. Rozumieli, że młodość ma swoje prawa. Młodzi ludzie planowali przynieść trochę alkoholu, bo wśród przyjaciół Scotta znajdowało się kilkoro dziewiętnastolatków. Spodziewali się jedenastu osób. Wszyscy się znali i wiele razy mieli pary w tym samym gronie. Niektórzy palili papierosy, ale nikt z ich towarzystwa nie sięgał po narkotyki. Wejście Peggy przerwało rozmyślania szatynki o późniejszej imprezie.
–  Tak się cieszę – zaczęła na wstępie rudowłosa.
–  Jesteś dzielna – odrzekła szatynka. –  fajnie wyglądasz w tej sukience.
–  Naprawdę tak sądzisz?
–  Tak.
–  Uważasz, że mogę iść tak na party?
–  O ile ufasz kompletnie Scottowi.
–  Co to ma do rzeczy?
–  Łatwiejszy dostęp.
–  Wariatka! Nie pomyślałam o tym. Rozmawiałam z nim, to nie jest facet, któremu nie ufam. Powiedziałam, że lepiej z tym poczekać, ale z pewnością zrobimy to planując, żadnego dzikiego szału. To poważna decyzja.
–  Czasem sytuacja wymyka się spod kontroli.
–  Lepiej, żeby mu się nie wymknęła, bo byłabym wściekła. W razie czego postaram się go rozładować.
Samantha trochę winiła się, że konwersacja weszła na te temat i dlatego spróbowała przekierować rozmowę na inny tor.
–  Co Scott zamierza robić po szkole?
–  Chce iść do collegu jak I ja.
–  W Portland?
–  Tak.
–  Czy będziecie w tym samym?
Jasna skóra Peggy zaróżowiła się na twarzy.
–  Mamy zamieszkać razem.
Samantha gwizdnęła.
–  Czyli to wygląda na poważny związek.
–  Też tak myślę.
–  To dobrze. Tylko czy...
–  Co masz na myśli?
–  Wiesz, jesteście nadal młodzi. Chciałbym dobrze dla ciebie. W sumie masz cały rok przed sobą, zanim do tego dojdzie. Ile już jesteś z nim?
–  Sześć miesięcy. Wcześniej obydwoje się dogadywaliśmy.
–  Mogę cię zapytać o coś intymnego?  –  Samantha ważyła słowa.
–  Chyba wiem, o co chcesz zapytać. Wal.
–  Nie musisz się hamować?
–  Trochę tak. Całowaliśmy się dwa razy i za każdym razem chciałam więcej, ale wiedziałam, że nie możemy.
–  A on?
–  Słuchaj Sam. Powiem ci, ale tylko raz. Nie wiem jak on, ale ja potem się rozładowuję. Uważasz, że to chore?
–  Nie. Nie mam chłopaka, to nie wiem, jak to jest. Robiłam to kilka razy w tym czasie co... wiesz. Nawet fantazjowałam o tobie. Było minęło.
–  Ja nie, gniewasz się?
–  Coś ty. Powtarzam, że dobrze, że tak się stało. Jesteśmy przyjaciółkami. To chyba więcej niż być kochankami. Tak rządzi serce i umysł, w tamtym wypadku... zmysły, ale wiesz, że raczej hormony. 
Peggy posmutniała.
–  Co jest?
–  Pomyślałam, co będzie za rok. Pojadę do Portland, a ty będziesz tu.
Szatynka spojrzała na nią dłużej. Obie piły mrożoną kawę z bita śmietaną.
–  Nie wiesz, co będzie jutro, a martwisz się, co będzie za rok?
–  Masz rację, Sam. Zrobiłam coś dobrego i się cieszę. Kocham ich i nie wiem jak bym to zniosła, gdyby się rozstali.
–  Wiem, ja też. Jesteś moim bohaterem – uśmiechnęła się do przyjaciółki.
Pogadały z godzinę i rozeszły się do domów. Rodzice nie mieli nic przeciwko, by Samantha poszła na party. Znali trochę Scotta rodziców. Wiedzieli, że ich córka idzie z Peggy, a oboje ją lubili.  
Szatynka dojechał do domu Scotta z przyjaciółką ze starszej klasy, Jillian Hopkins, miłą blondynką o szarych oczach. Przed domem chłopaka rudwwłosej stało już kilka samochodów. Każdy miał coś przynieść do jedzenia. Poza tym mieli zamówić pizze, ale to potem. Dom Scotta stał zaraz za linią brzegu, blisko plaży Wilsona, około dwóch kilometrów od centrum Tillamook. Muzyka grała głośno, ale w granicach rozsądku. Samatha rozmawiała ze wszystkimi. Cała paczka cieszyła się wakacjami. Mieli swoje sprawy. Nie wszystkie pary utrzymywały ryzy. Już koło ósmej dwie pary zaszyły się gdzieś blisko domu. Cóż, młodość jest czasem jak rwąca rzeka. Niektórzy dobrze na tym wychodzą, inni mniej. Sam stała na balkonie i patrzyła na ocean. Peggy odwiedziła ją dwie minuty temu. Szatynka piła sok z pomarańczy z odrobiną alkoholu, słońce powoli zbliżało się do horyzontu. Nagle dziewczyna dostrzegła świecący obiekt zmierzający z wielką szybkością do tafli wody. Po chwili zniknął w ocenie. Obok stała koleżanka z równoległej klasy, Kelly Hillman.
–  Widziałaś?  –  zapytała nieco podekscytowana nastolatka.
–  Co miałam widzieć?  –  odrzekła zdziwiona Kelly.
–  Meteor. Wpadł tam do wody – pokazała ręką.
–  Nie wiedziałam, może ci się zdawało?
–  Nie, widziałam wyraźnie. Pierwszy raz mi się to zdarzyło. Jest jeszcze słońce, więc musiał solidnie świecić, skoro to dostrzegłam.
–  Przykro mi, ale nie widziałam. Patrzyłam na swoje buty. Wyglądały super w sklepie i kiedy przeszłam kilka kroków, ale nie są zbyt wygodne. To podobno na szczęście, tylko trzeba pomyśleć życzenie, kiedy widzi się spadająca gwiazdę.
–  Cholera, nic nie pomyślałam.
–  Jesteś gapcia, Sam. Chodź poskakać, w końcu jesteś na party. Fajną masz tę koszulkę, a ja zdejmę te trefne szpilki i będę pląsać boso, mam nadzieje, że nikt mi nie nadepnie stopy.
Szatynka spojrzała na znajomą.
–  Poważnie mówisz?
–  Tak, podobają mi się motyle na twojej bluzce, a buty już zdejmuje  –  uśmiechnęła się miło.
Zrobiła to i postawiła szpilki koło grubej szyby osłaniającej balkon, wzięła ją za rękę i pociągnęła do środka. Sam zobaczyła uśmiechnięte twarze przyjaciół. Poczuła się dziwnie.  
–  Muszę usiąść, kreci mi się w głowie – odezwała się do Kelly, która tańczyła obok niej.
–  Piłaś dużo?
–  Nie. Nie wiem dlaczego tak się czuję, ale mam nadzieję, że zaraz mi przejdzie.
                                                                                                                     
                                                       *  
Kilkadziesiąt mil na zachód, lotniskowiec SS Hennessy patrolował wody terytorialne Stanów Zjednoczonych.
Admirał Gregory Stadford otrzymał meldunek o obiekcie, który spadł do wody dwunasście mil na północny-zachód od okrętu. Po chwili dowódca tej sporej jednostki wezwał kapitana Richarda Timtreya do swojego miejsca dowodzenia.
–  Co wiemy o obiekcie?
–  Wyglądało na meteor, tylko trajektoria lotu się nie zgadza, panie admirale.
–  Co znaczy, się nie zgadza? To był meteor czy nie?
–  Zwolnił i zmienił kierunek w sposób kontrolowany.
–  Czyli co sugerujecie? Rakietę. Macie zapis trajektorii lotu?
–  Obiekt pojawił się na radarze, siedem sekund przed wejściem w wodę. To było bardzo dziwne, bo pojawił się jakby znikąd.
–  Jak daleko jesteśmy od tego miejsca?
–  Trzynaście mil mil.
–  Proszę zmienić kierunek. Przyjrzymy się temu miejscu.
–  Wysyłamy myśliwce?
–  Wystarczy jeden.
Po minucie wystartował. F-35B to bardzo droga maszyna, warta nieco ponad sto milionów dolarów, tylko hełm pilota, umożliwiający obserwację ze wszystkich stron kosztuje ponad czterysta tysięcy dolarów. Samolot może startować i lądować pionowo. Jedni uważają go za dobry myśliwiec, inni mają inne zdanie. Naładowany elektronika samolot kosztuje bardzo dużo w naprawie jeśli coś zawiedzie. Nie ma dużo lepszych osiągów niż o wiele tańszy F-15. Maszynę pilotował podpułkownik Gerarda Saltwater, mający na swoim kącie tysiąc trzysta godzin bojowych. Po dwóch minutach samolot zniknął z radarów. Ogłoszono alarm. Po dziesięciu minutach znaleziono całego i zdrowego pilota w wodzie. Wysłano tym razem helikopter i wyłowiono szczęśliwca. Za pół godziny rozmawiał już z admirałem Statfordem w towarzystwie kapitana Timtreya.
–  Gdzie jest samolot, pułkowniku? – zapytał Stadford, hamując zdenerwowanie.
–  Nie mam pojęcia. Wykonałem lot i patrolowałem wyznaczony rejon. Wszystkie odczyty zaczęły wariować. Potem znalazłem się w wodzie i nic więcej nie pamiętam. Przykro mi.
–  Zapis z pańskiego hełmu mówi dokładnie to samo. Z czym mamy do czynienia? To przecież nie trójkąt bermudzki do diabła  –  admirał zacisnął dłonie aż zbielały mu palce.
–  Bóg raczy wiedzieć, panie admirale.
–  Co pan sugeruje kapitanie Timtrey?
–  Jest to albo wyjątkowy przypadek jakichś anomalii, wysoko zaawansowana technologia rosyjska lub chińska, lub coś jeszcze innego.
–  Co ma pan na myśli panie kapitanie, mówiąc, coś jeszcze innego?
–  Obcy.
Nastąpiła cisza na blisko minutę.
Gdyby nie fakty, dowódca lotniskowca uznałbym to za kiepski żart. 
–  Straciliśmy maszynę bojową wartą sto czternaście milionów dolarów i nie wiemy, co się stało.
–  Miałem na uzbrojeniu dwie rakiety, których wartość jest niemała – dodał pilot.
–  Dobrze, że jest pan cały i zdrowy. Zawiadomię Pentagon.
Admirał postąpił słusznie i regulaminowo. Niestety sytuacja się nieco zmieniła, w tym wypadku, utrudniła. Dwie godziny i trzynaście minut później F-35B znalazł się ponownie na lotniskowcu z kompletnie wyczyszczoną pamięcią, od chwili zniknięcia do momentu pojawienia. Po prostu się zmaterializował na oczach wszystkich będących na pasie startowym i podobnie pokazywały zapisy kamer. Dowództwo lotniskowca czekało na rozkazy z góry.  
                                                          *
Party skończyło się dobrze po północy. Goście powoli się ulatniali do domów.  
–  Zawiozę was – zaproponował Scott, wiedząc, że Peggy i Samantha straciły transport.
–  Nie wiem kiedy się ulotniła, dziękuję Scott.  –  powiedziała Peggy.
Przystojny brunet o opalonym ciele zwrócił się do szatynki.
–  Dobrze spędziłaś czas?
–  Tak, było miło.
–  Jesteś jakaś rozkojarzona.  –  wtrąciła się przyjaciółka.
–  To przez ten meteor. Kelly Hillman stała obok mnie na balkonie, ale niczego nie dostrzegła, fakt, obserwowała swoje nowe buciki. 
–  Podobno jak spada gwiazda, trzeba pomyśleć życzenie – uśmiechnął się Scott.
–  Kelly powiedziała mi to samo, niestety o niczym nie zdąrzyłam pomyśleć.
Po piętnastu minutach dojechali już do domu.
–  Dzięki za wszystko – rzekła Samantha.
–  Nie ma za co – odrzekł Scott.
–  Widzimy się jutro, Peggy?  –  zagadnęła do przyjaciółki.
–  Zadzwonię.
Sam obserwowała odjeżdżający Chevrolet Impalę, a kiedy zniknął za zakrętem, udała się do domu.  
Kiedy małe miasteczko spało, nie licząc kilkunastu osób, które nie weszły w objecia snu z różnych powodów, z wody wyszedł nagi mężczyzna. Wyglądał na trzydzieści lat. Dobrze zbudowany brunet. Udała się w kierunku zabudowań.  

Samanta obudziła się później niż zwykle. Poszła do łazienki i po załatwieniu porannych czynności, ubrana już w jeansy i błękitną bluzkę, w której była na party, weszła do kuchni.
Rodzice mieli wolną niedzielę i już się tam krzątali.
–  Późno wróciłaś, Sam – rzekł jej ojciec, Ross Carter.
–  Było miło. Mówiłam, że będę po północy.
–  Z kim przyjechałaś? – zapytała mama.
–  Z Peggy, Scott nas przywiózł.
–  Wypocznij, bo od poniedziałku zaczynasz w sadzie. Jesteś pewna, że dasz radę wracać na rowerze?
–  Praca w sadzie nie jest bardzo ciężką.
–  Zobaczysz. Jeżeli będziesz zmęczona, poproszę Franka, by cię podwoził. To dla niego piętnaście minut.
–  Dzięki tatku, dam radę. Chcecie się przejść po śniadniu?
Popatrzyli po sobie.  
–  Może po obiedzie. Chcieliśmy trochę pomieszkać.
–  W takim razie spotkam się teraz z Peggy, a po obiedzie możemy spędzić razem czas.
–  Dobrze skarbie.  –  rzekła mama, Elleonor Carter.
Samantha bardzo lubiła imię swojej mamy.  
                                                       *
Dowództwo z Pentagonu nakazało przeszukiwanie rejonu. Sprowadzono dodatkowo statek badawczy z lepszym sprzętem, który wcześniej pływał w odległości trzydziestu mil od lotniskowca. Po czterdziestu ośmiu godzinach przerwano poszukiwania, ponieważ niczego nie wykryto. Spisano protokoły i trafiły one do specjalnego archiwum, pod literą X.
                                                       *
Koleżanki spotkały się o jedenastej w miejskim parku.
–  Spałaś dobrze?  –  zapytała Peggy, kiedy usiadły na ławce, pod sporym klonem.
–  Tak. Nie daje mi spokoju ten meteor. Szukałam w wiadomościach i na forach społecznościowych. Nic.
–  Masz pojęcie, ile tego spada dziennie?
–  Nie.
–  Setki.
–  Zwykle widać w nocy, chociaż jeszcze nigdy nie widziałam. To było w dzień, słońce zaszło dopiero za godzinę z kawałkiem.
– Nie rozumiem, czemu cię to tak intryguje. Trochę byłam zajęta ze Scottem, ale rzucałam na ciebie spojrzenia. Byłaś inna.
–  Wiem. Nadal się czuję dziwnie.
–  Boli cię coś? Może ci coś zaszkodziło, ale przecież jedliśmy to samo...
–  Chyba nie. Może masz rację, przejdzie.
Zadzwoniła komórka Sally.
–  Tak? Dobrze. Wszystko w porządku?
Samantha nie wiedział, z kim rozmawia jej przyjaciółka. Po chwili już została poinformowana.
–  Mama skręciła kostkę. Tata jest nieosiągalny. Dziwne, bo wygląda, jakby telefon miał wyłączony.
–  Sądzisz...
–  Nie, jestem pewna, że z Sophie skończone. Muszę lecieć, wybacz.
–  W porządku, pozdrów mamę i tatę.
–  Zrobię to. Miłej pracy w poniedziałek. Nie zamęczaj się za bardzo.
Peggy szybko pobiegła w kierunku domu. Samatha szła spokojnie i rozmyślała, czy mamie Peggy nic się nie stało poważnego. Poczuła spojrzenie. Odwróciła wzrok i zobaczyła nieznajomego mężczyznę, koło trzydziestki. Zwykle by przyjęła to z małym zaniepokojeniem, bo nigdy nie wiadomo co może czekać samotną dziewczynę. Co prawda w okolicy kilkudziesięciu metrów spacerowało kilka par i pojedynczych osób. Szatynka jednak odebrała spojrzenie bruneta jakoś przyjaźnie. Zobaczyła, że mężczyzna podchodzi. Miał na sobie jeansy i koszulkę, pewnie z bawełny.
–  Hej Samantho – odezwał się miłym barytonem, który wywołał w dziewczynie miłe prądy.
–  Czy my się znamy?  –  zapytała z minimalnym zaniepokojeniem.
–  Troszkę. Jestem Karl.
–  Jestem Samatha, ale jak znasz moje imię?
–  Poznałem cię w sobotę.
–  W sobotę? Kiedy?
–  Patrzyłaś na mnie.
–  Nie przypominam sobie, przecież nie byłes na party.
Młody mężczyzna się uśmiechnął.  
–  Stałaś z koleżanką, Kelly Hillman, ona patrzyła na swoje buty...
Samatha poczuła, że traci przytomność.
Ocknęła się i dostrzegła niebo, a Karl patrzył na nią z miłym uśmiechem.
–  Już ci lepie? – zapytał Karl.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction, użył 2612 słów i 15327 znaków.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • dreamer1897

    Czyżby obcy przechwycili tak drogie cacko jak F35B? A może jakaś inna anomalia? Przeczuwam kłopoty w życiu Peggy.

  • AlexAthame

    @dreamer1897 Ostatni odcinek większość wyjaśni. Peggy będzie ok. Tylko zycie Samanthy się diametralnie zmieni., bo będzie miała chłopaka nie z tej Ziemi. :smiech2:

  • dreamer1897

    @AlexAthame Przeginasz z tym zaskakiwaniem :smile:

  • AlexAthame

    @dreamer1897  :)