Maska-Rozdział 11

     Urządzenie, które dostał od Lili, było najlepszego sortu. Nie tylko zakłócało sygnał, ale również podmieniało go na fałszywy, co pozwalało na wiele możliwości. Pierwszy krok do ucieczki został wykonany, niestety musiał jeszcze wymyślić, jak zgubić pościg i przygotować odpowiedni ekwipunek. Jego strażnicy wprawdzie wyglądali na mięczaków, mimo to mogli stanowić zagrożenie dla Damiana.
     Musiał skupić się na ważniejszej rzeczy, na pieniądzach. Bez nich nic nie osiągnie, ale dzięki zakłócaczowi i ten problem zostanie rozwiązany. Parę dni temu poprosił o dostęp do komputera, zgodzili się, był tylko jeden haczyk. Obserwowali każdy jego krok w sieci z pomocą wbudowanego urządzenia. Usunięcie go nie wchodziło w grę, natychmiast miałoby to pewne konsekwencje. Prezent od rudowłosej wariatki i to ominie.
     Wszedł w przeglądarkę i zalogował się do centrali zabójstw. Aplikacja z ciemnej strony internetu, nadzorowaną przez najlepszych hakerów, policja nawet nie próbuje złamać zabezpieczeń. Umożliwia ona podgląd zleconych morderstw z uwzględnieniem szczegółów. Większość kontaktów dominowała w większych miastach, znalezienie czegoś w okolicy graniczyło z cudem. Po godzinie znalazł coś. John Travis, trzydzieści lat. Wysoki o licznych bliznach. Nagroda trzysta tysięcy dolarów. Z wyglądu przypominał cwaniaka, pójdzie łatwo z nim. Kliknął przycisk akceptacji. Zlecenie nie było jego, ale dał znać, że wchodzi do gry. Zresztą komu się chciało lecieć na taki koniec świata za jedynie trzysta tysięcy?
     Zaczekał do nocy, przygotował imitację śpiącego siebie i uruchomił zakłócacz. Umieścił miecz na plecach, schował noże do ukrytej kieszeni. Księżyc nie sprzyjał wycieczkom, święcąc jasno swym blaskiem. Z wdziękiem minął wykryte wcześniej czujniki i wyciągnął z szopy swój środek transportu-rower. Powinien dostać się do miasta w trzy, cztery godziny, nie miał zbyt dużo czasu na samo zlecenie. Wdrapał się na mur z dwukołowcem na plecach, cały czas powtarzając w duchy, by nie ześlizgnął się z rękojeści miecza. Po kilku dźwiękach, którym towarzyszyły męczące bicia serca, przeszedł na drugą stronę. Wsiadł na pojazd i pedałując, ruszył dalej.
     Minęło trochę czasu, nim znalazł się u celu, ustawił rower pod ścianą, przykrywając workami od śmieci. Z radością zauważył, że po całej tej eskapadzie nie dostał zadyszki, a jego oddech jest stabilny. Nie dużo, ale zawsze coś. Sprawdził, czy wszystko ma przyszykowane, według informacji zakupionej za ostatnie pieniądze na koncie, cel znajduje się na czwartym piętrze bloku mieszkalnego. Gdyby tylko miał fundusze, załatwiłby to za pomocą karabinu snajperskiego z tłumikiem. Zakon uwielbiał starożytną broń do oficjalnych zabójstw, mimo to do zwykłych zleceń korzystał z dobrodziejstwa współczesnego oręża. Damian musiał pomarzyć o takim rozwiązaniu, nie miał ani centa przy duszy, nawet marnych pięciuset zielonych na glocka czy berettę. Pozostały stare sposoby.
     Zlokalizowanie budynku zajęło mu parę minut, mieścina wprawdzie mała, ale dość skomplikowanie zbudowana. Chwile poobserwował okno mieszkania, poczuł, jak los otwiera przed nim swe drzwi. Na parapecie wychodzącym na schody pożarowe dostrzegł głęboką popielniczkę, wypełnioną po brzegi petami, niektóre jeszcze dymiły niedokładnie zgaszone. Damian znajdował się za daleko, by czekać i rzucić nożem, postanowił zmienić pozycję. Niczym duch przemykał z dachu na dach, wreszcie dostając się na piętro wyżej od zajmowanego przez cel. Teraz pozostało tylko czekać.
     Nie minęła nawet minuta, a Travis przeszedł przez okno z papierosem i zapalniczką. Z głośnym sykiem zapalił i oparł swe ciało o poręcz. Zabójca ukryty w cieniu powoli wysunął miecz z pochwy, bezszelestnym krokiem dostał się za cel i wbił ostrze w plecy. Ofiara wypuściła trzymane w rękach przedmioty, odwrócił się, gdy Damian wyszarpnął broń. Nie zdążył chwycić za ukrytego Colta w spodniach, kolejne cięcia ostatecznie pozbawiły go życia. John upadł na ziemię, barwiąc wszystko dookoła szkarłatem, jego niebieskie oczy powoli traciły blask.
— Oto Kapitan Sprawiedliwość! — Usłyszał zabójca głos z wnętrza mieszkania. Schylił się i zobaczył ośmioletniego malca siedzącego przed telewizorem. Nieświadomego, że jego ojciec zginął kilka metrów od niego. Damian nie czuł wyrzutów sumienia, nie dręczyło go, co się stanie z dzieciakiem. John Travis był dla niego tylko celem, imieniem i nazwiskiem na liście. Wrócił na schody i zrobił zdjęcie trupowi na dowód i umieścił w aplikacji zabezpieczonej odciskiem palca i próbką głosu. Kilka sekund później dostał powiadomienie, że pieniądze są na koncie. Schował przedmiot do kieszeni i ulotnił się, nim ktoś zauważył.
Powrót nie przyniósł nieoczekiwanych zdarzeń, musiał tylko uniknąć lunatykującego Darka i Ateny, siedzącej w kuchni. Położył się do łóżka, był zadowolony z wykonanej pracy.
— Dzisiaj w nocy zostało znalezione ciało Johna Travisa, mężczyzny, który miał zeznawać w sądzie przeciw bossowi mafii z Rock Island. Prokurator był pewien wydanego wyroku skazującego, lecz teraz po śmierci głównego świadka nic już nie wydaje się pewne. Na pytanie, czy zawinili ludzie z Biura Ochrony Świadków, prokurator odmówił komentarza. Wielu teraz spekuluje, czy nie lepiej było powierzyć tego ZUB-owi i bohaterom. Ofiara osierociła swego synka Charliego, który jako pierwszy znalazł ojca. Mówiła dla państwa Aleksis Roynard. — Grzmiał telewizor, słyszany nawet w sypialni u góry. Damian wstał z łóżka lekko obolały, nawet jego ciało miało swoje limity. Wyczyścił miecz z krwi, sprawdził, czy na ubraniu nie pozostały żadne wyraźne ślady. Przebrał się i ruszył na dół.
— Słyszałeś o tym zabójstwie Dark? To niedaleko od nas.
Na dole schodów stali Lili i zmiennokształtny.
— Tak, od rana o tym trąbią. Dwa precyzyjne ciecia i jedno pchnięcie. Koleś nie miał szans na przeżycie.
— Cześć Damian, dobrze spałeś? — Entuzjazm ognistowłosej był jak zwykle irytujący. Nie mogła go zignorować, jak jej towarzysz. Mruknął coś pod nosem i skierował swe kroki do kuchni.
W pomieszczeniu siedział Orle Oko, przed nim leżała rozłożona broń. Spojrzał badawczo na wchodzącego.
— Wiem, że to twoja sprawka.
— Nie wiem, o czym mówisz. — Damian nie zamierzał tłumaczyć się.
— Tylko ty w okolicy potrafisz władać mieczem.
— A czy to coś w ogóle znaczy? Przecież mógł go poharatać jakiś ćpun, czy ktoś inny. — Wyciągnął z lodówki karton soku.
— Nie oszukasz mnie zabójco. — Orle Oko zaczął składać swój pistolet. — Zabicie tego gościa znaczyło dla ciebie, mniej niż spluniecie. Kontynuuj te swoje wycieczki, ale i tak przyłapie cię na gorącym uczynku. Możesz oszukać innych i elektronikę, nie mnie.
— Próbuj więc, stróżu prawa. — Kiwnął dłonią i wyszedł. Mając pieniądze i urządzenie zakłócające mógł zająć się tworzeniem planu ucieczki. Żaden nadęty wojak mu tego nie zepsuje.

1 komentarz

 
  • emeryt

    emeryt · 21 czerwca · 202091556

    Dziękuję za kolejny odcinek. Przesyłam serdeczne pozdrowienia w ten gorący wieczór, a właściwie już w noc.