Reguła zabijania cz. 30

– W takim razie musisz je przynieść, prawdopodobnie ma połączenie z konsolą, by pasażerowie mieli zapewnione bezpieczeństwo.
– Dobrze sądzisz. Ostanio kiedy leciałem ze zmniejszonymi pasażerami, pozwoliłem sobie na akrobacje powyżej dziesięciu G.
– W takim razie masz pewnie ochronę antygrawitacyjną. Pracuję nad tym, ale na razie nie osiągnąłem sukcesu.
Może jak zobaczysz zarys, to się zorientujesz. Jesteś odkrywcą paliwa napędzającego, ale z tego co rozumiem, nie skonstruowałeś antygrawitacji.
– To stworzono już około lat czterdziestych wieku dwudziestego, słyszałeś o Szwabi na biegunie południowym?
– Nie za wiele. Do tej pory nic nie odkryto. Ponoć jest tam jakaś wysoka cywilizacja. Może Robert coś o tym wie.
– Robert? Kim jest Robert?
– Być może go poznasz i sam ci powie. Robert Russell.
– O, ten Robert. Znam go. W sumie to on podsunął mi pomysł z tym paliwem. Dziwny facet, tyle wie, a nigdy nie szuka rozgłosu.
– Może ma powody – powiedziałem cicho.
Przeszliśmy przez salon. Wyglądało, że Michael zrobił dobre wrażenie na mamie Cathrin. Posłał mi tylko miłe spojrzenie.
– Idziemy do pojazdu naszego gościa – rzucił Martin, a powiedział to bardziej do Sary niż Michaela i Cathy, którzy siedzieli i trzymali się za dłonie, w czasie kiedy, mama dziewczynki coś ważnego tłumaczyła chłopcu.
Po chwili byliśmy już na zewnątrz. Panował ciepły dzień. Na zachodnim wybrzeżu nigdy nie jest zimno, nawet zimie, a teraz mieliśmy pewnie dwadzieścia pięć stopni. Wpływ oceanu sprawiał, że praktycznie nie było tu również nigdy upalnie. Otworzyłem wejście. Weszliśmy do kabiny.
– Coś takiego! Złudzenie optyczne?
– Pojęcia nie mam, ja widzę inaczej na zewnątrz, tak jak jest. Przywołam odtworzenie systemu na wizjo–palecie.
– Błysk, pokaż nam plany budowy systemów antygrawitacyjnych, dobrze?
– Oczywiście, Scott – odezwał się męski, przyjemny głos.
Zmieniłem z żeńskiego z powodu Clary, ale pewnie zrobiłem to niepotrzebnie. Clara nie byłaby zazdrosna, co do tego miałem pewność.
Centralny komputer kwantowy powiedział to, ale nadal czterowymiarowy ekran nie rozbłysł nawet zwykłym światem.
– Coś nie tak, Błysk?
– Wszystko dobrze. Rozpoznałem konstruktora naszego systemu napędowego. Jestem pod wrażeniem i oglądam jego pola Strassa.
– Powinieneś zapytać, czy możesz – delikatnie uniosłem głos.
– Wybacz, Scott. Wybacz Martinie.
– Skąd mnie znasz, Błysk?
– Masz w kieszeni wizytówkę plazmową.
– Rzeczywiście. Nie gniewam się, ale dokładnie nie wiem czym są te pola Sraussa.
– To pole płata mózgu odpowiadające za kreatywność. Twoja jest wyjątkowo ciekawe. Już pokazuję.
Po chwili ekran się rozświetlił i ukazał się przekrój mechanizmu antygrawitacyjnego.
– Rozumiem – odrzekł już po chwili, naprawdę zadowolony naukowiec.
– Czy mam nadal ukazywać to co cię ciekawi, czy już wiesz wszystko, co chciałeś wiedzieć – zapytał mózg mojego statku.
– Wszystkiego nie wiem, ale odnośnie układu antygrawitacji już tak, dziękuję ci.
– Jesteś bardzo miły. Scott jest taki i wszyscy, których wiozłem, ale nikt nie dorównuje Clarze– Nell. Ona jest cudowna.
A to nicpoń, pomyślałem. Tak długo ukrywał swoje, nie zupełnie zrozumiałe nastawienie do mojej blond-miłości.
– Błysk, a co odnośnie Julii? Ona nie jest miła?
– Oczywiście. Wolałbym się nie wypowiadać, nie wiem, czy byłaby zadowolona, gdybym to zrobił.
– Zadziwiasz mnie, stary. Nie wiedziałem, że masz uczucia, a twoja wypowiedź o Julii jest naprawdę zadziwiająca.
Oczekiwałem odpowiedzi, ale trwało to chwilę, zanim Błysk się odezwał.
– Zapytaj ją o to i od razu poproś, żeby mi wybaczyła, że o tym wspomniałem. Jeżeli mogę prosić, nie pytaj więcej o Julię, bo obawiam się o moje obwody scalone, pola skalarne i cały układ markocentryczny.
– Dobrze, już o nic nie pytam.
Martin patrzył na mnie ciekawie.
– Możemy już iść do domu, tylko zabierz pojemnik, w którym nas umieścisz kiedy się zmniejszymy – powiedział.
Odłączyłem niezbyt skomplikowanie wyglądające pudełko i zamknąłem pojazd. Kiedy wyszliśmy z pojazdu i weszliśmy do domu, zapytał.
– Jak to możliwe, że on odczuwa? Trudno również powiedzieć czy to on, jest taki kobiecy.
– Sam jestem zaskoczony. Nigdy mi nic podobnego nie mówił. A ta informacja o Julii już zupełnie mnie zaskoczyła. Zdaje się wiedzieć więcej niż ja w tej materii. Ciekawe... Czy nadal postrzegasz pojazd jako samochód firmy Rolls Royce.
– Och, nie! To Błysk zrobił, że tak go odbierałem, ale zaakceptował mnie i datego kiedy wyszliśmy, już widziałem jego prawdziwa postać. Niesamowite. Nie pytałem o to jak to robi, może już po przylocie do Brazylii mi to objaśni.
Kiedy weszliśmy do salonu, wyglądało, że Michael całkowicie zdobył nie tylko serce Cathy, ale jej mamy, Sary.
– Wiem, że to za szybko, kochanie – odezwała się do męża – ale wygląda, że Michael to zrządzenie losu i powinni być razem z naszym skarbem.
– Tak, moja miła. Nie tylko z tego powodu musimy z nimi lecieć do Brazylii.
– Coś nam Mike wspominał, ale wiesz, że twoja praca... Puszczą cię?
– Ufam Scottowi, że jego przyjaciel ma mocniejsze atuty niż korporacja, dla której pracowałem.
– To może być możliwe?
– Polecisz statkiem, to się przekonasz.
– Jakim statkiem? Nie polecimy samolotem?
– Polecimy tym, co stoi na naszym parkingu.
– To Rolls Royce Phantom, pewnie z roku 2034 lub naszego.
– Tylko tak wygląda. Muszę zbudować pewne udogodnienie, prawdopodobnie zajmie mi to godzinkę. Gdyby nie Błysk... to wprost niesamowite.
Spojrzał w moim kierunku.
– Scott posiedź z nimi... i czuj się jak u siebie w domu.
Uśmiechnąłem się i pomyślałem, że nie mam domu. Przynajmniej teraz. Naszły mnie inne myśli. Miałem już pewność, że przeciwnie niż na początku zakładałem, będziemy musieli zrobić wszystko, żeby ten świat mógł wyglądać zupełnie jak tamten, w którym się urodziłem. Co można zrobić przez dwanaście lat? Ludzie potrafią wiele, ale wyglądało, że to nie jest możliwe do zrealizowania... oczywiście bez Roberta Russella. Zbudowanie maszyny latającej, czy nawet kilku, nie stanowiłoby problemu, ale wybudowanie kilkuset mega–miast przekracza możliwości tej cywilizacji. Zbudowanie, wprowadzenie powszechnej kontroli, wybudowanie sieci anten, zmiana sposobu myślenia, to potrwa latami. Tylko w takim razie jak się to stało w moim czasie? No tak, Robert pomagał. Pstrykał palcami i to tak się działo? Chyba faktycznie nie mówił mi całej prawdy. Kiedyś czytałem bajki sprzed setek lat o Mefistofelesie, władcy piekła, który za prawo własności do duszy robił niesamowite sztuczki.Robert miał poprzednio zły zamiar, ale sam nie był tak zły, a już z pewnością nie interesowała go dusza ludzka. Wiedziałem, że tak ogromnej pracy sama ludzkość nie jest w stanie wykonać. A może jednak? A jeżeli?
I co wówczas? Zbudujemy światowe imperium, by je potem unicestwić? To nie miało sensu!
Sara namawiała do zjedzenia ciasteczek własnej roboty, Cathy pokazywała na swoim czterowymiarowym laptopie swoje prace, a gdzieś w tylnej części domu, Martin ulepszała swoją maszynę do zwiększania i zmniejszania, tak by mogła być zasymilowana przez Błysk. Rozmawiałem z mamą dziewczynki, a myślami krążyłem od Julii do Clary.  
Zatrzymałem się, ponieważ przypomniałem sobie słowa mojego pokładowego komputera. Julia. Czyżby była kimś więcej niż kochającą żoną i matką? Wiedziałem, że mój kwantowy komputer jest mądry, chociaż zaskoczył mnie, że posiada uczucia. Nadal pozostawała zagadka moich pięciu procent rasy kosmicznej. Niestety nie mogłem cofnąć się do czasu kiedy jako ja byłem w jej łonie i sprawdzić. Moja pamięć sięgała do chwili poczęcia...
I kiedy tak myślałem, odkryto przede mną wszystko. Doznałem tak silnego szoku, że pociemniało mi w oczach. Wiedziałem, co się stało. Wiedziałem, dlaczego tak jest. Wiedziałem. Tylko ten plan nie był planem Roberta. Najgorsze było to, że nie mogłem tego wyjawić nikomu, a tylko Julii. Miałem pewność, że ona nie wie, a w momencie kiedy się dowie, dozna olśnienia podobnie jak ja przed chwilą. Teraz pojąłem, że nie chodziło o życie całej planety, od tego dnia kiedy bomba nie wybuchła. Chodziło o coś ważniejszego. Tak ważnego, że nie mogłem pojąć, dlaczego wybrano właśnie mnie. Złego człowieka, który całe swoje krótkie życie postępował zgodnie z jedną regułą, Regułą zabijania.  
– Wszystko gotowe – usłyszeliśmy głos Martina.
– To wspaniale. Zrozumiałem teraz, że jesteś konstruktorem i napędu i maszyny do zmniejszania.
– I zwiększania.
– Jasne – doznałem olśnienia – skoro można zmniejszać, można też zwiększać.
Drukarka zbuduje miasto w mig, a potem zostanie zwiększone. Skoro Błysk ma takie możliwości, inne komputery też to posiądą. A ludzie? No tak ich wada spowodowała to wszystko. Lenistwo i ignorancja. Ktoś inny wie lepiej i zrobi to lepiej. Mój doktor wie o moim zdrowiu, mój architekt o moim domu, mój mechanik o moim samochodzie, mój terapeuta o moim samopoczuciu. Ludzie łykali wszystko bez zastanowienia, tak że aż przestali być ludźmi. Po cóż wybierać zawód skoro maszyna za nas podejmie decyzję? Wybór partnera, czy chcemy mieć dzieci i ile. Inni sa bogatsi, bo pewnie sa mądrzejsi i tak kółko się zamyka. Po co ktoś ma nas zmuszać byśmy oddali wolność, skoro sami ją dobrowolnie oddajemy. A te pojedyncze jednostki co chcą żyć inaczej? Wyrzutki społeczne niedorosłe do wzniosłych celów. Jakich celów? Właśnie jakich? Trybik w maszynie. Idealnie dopasowany. System wie, co potrzebuje każdy trybik. I trybik jest szczęśliwy, że jest trybikiem. A dlaczego jest szczęśliwy? Bo nie wie, że nim jest. W końcu inni co tym wszystkim zarządzają. Wiedzą lepiej. A ci inni? Mają prawie wszystko. A czego pragnie ktoś, kto ma prawie wszystko? Pragnie mieć wszystko. Dlatego Ito, Michael i Xsi–Ming zwariowali. Gdyby nie androidy, wcześniej czy później by się sami wykończyli. A przy okazji zniszczyliby całą Ziemię. To takie proste. Ludzie od zawsze pragnęli żyć wiecznie w zdrowiu i szczęściu, bez procesu starzenia. A kiedy mogli to otrzymać i otrzymali, chcieli się zestarzeć i umrzeć. A jedyne czego pragnęli to patrzeć, jak ich dzieci dorastają. Czyli nigdy nie odkryli prawdziwego celu. Robert Russell od momentu jak stanął ponownie na Ziemi, z której powstał, chciał tylko jednego. Mieć rodzinę i umrzeć. Po to tylko by zobaczyć Boga. Planeta, na której prawie nikt nie wierzy w Boga, bo wierzono tylko w to co jest sprawdzalne, doszła do swojego kresu. Idealna, doskonała i bez prawdziwego celu. Nie rozumiałem tylko jednego. Dlaczego ma być nas dwóch? Bo wiedziałem, że tak będzie. W imię jedynego celu. Miłości. Tylko czy będzie nas tylko dwie pary? Nie. Będzie nas więcej. Czułem się podekscytowany. Musiałem podzielić się tym z innymi.
– Słuchajcie, mam do was pytanie.
Wszyscy spojrzeli na mnie, zatrzymując się w swoich rozmowach.
– O co chcesz nas zapytać – odezwała się Sara.
– Nie was. Każde z was osobno. Martinie, możesz przynieść nam po kawałku papieru i dla każdego po ołówku?
– Czemu chcesz tego? Od lat nikt nie pisze.
– To jest ważne. A ciebie Cathy proszę, postaraj się wyłączyć swoje dary prorockie, o ile to możliwe.
– Chcesz wiedzieć, co pragnę... och wygadałam się, przepraszam.
Martin przyniósł, o co prosiłem. Jego drukarka to wykonała, zarówno papier jak i ołówki.
– Napiszcie swoje marzenie. Ale nie materialne, a tylko tak jak byście nie mieli ograniczeń.
Spojrzeli na mnie i prawie natychmiast każde z nich coś napisało. I ja to zrobiłem. Poprosiłem o kartki i wcale się nie zdziwiłem. Wszędzie było napisane to samo słowo.
– I co?– zapytała Cathy.
Spodziewałem się, że to ona zapyta.
– Wszyscy napisaliście to samo słowo.
– Ale to nie jest możliwe – powiedziała cicho szatynka.
– To nie tylko jest możliwe, ale pewne. – odrzekłem.
– Ale jak? Dalszego? – odezwał się Martin.
– Dlatego, że wszyscy to napisaliśmy, znaczy, że jest to w każdym człowieku. Może wy to wiecie, bo nie wpadliście jeszcze w system. Cathy ma dar i jest uzdolniona artystycznie, ty Saro jesteś jej matką, a ma to po tobie i Martinie. Martin ma otwartą głowę. Michael podobnie jak ty jest wynalazca. A ja? Cóż przed chwilą odkryłem, kim jestem i dlaczego taki jestem. To prawda, że pomógł mi i Robert, i Błysk i przede wszystkim dwie moje miłości Clara i Julia. Całe życie chciałem ją poznać, a żeby ją poznać, musiałem ją uratować. Ale kiedy już znalazłem się w tym czasie, zrozumiałem, że to nie jest ta Julia. Teraz już wiem, że ją poznam. Ale wiem coś jeszcze. To nie moją mamę, w której łonie byłem przez dziewięć miesięcy, chciałem poznać. Teraz już wiem. Niestety nie mogę wam powiedzieć tego teraz. Musicie poczekać na to dwanaście lat. Musi powstać świat taki jak ten, z którego pochodzę, chociaż teraz wiem, że to nie jest świat, z którego pochodzę. Chcecie nadal rozmawiać czy lecimy?
– Zabierzemy Rexa i Sonnego, prawda? – zapytała dziewczynka.
– Oczywiście skarbi – rzekłem.
– I będziemy budować nowy wspaniały świat – odrzekł Martin.
– I zbudujemy go tak, że będzie tak doskonały, że aż nie ludzki, chociaż ten teraz już prawie taki jest – powiedziała Sara.
– I zniszczymy go, by ludzie mogli zrozumieć, że są ludźmi – powiedział cicho Michael.
– I wiecie co stanie się potem? – zapytałem.
Wszyscy popatrzyli na mnie z zaciekawieniem.
– Będziemy żyć jak przed setkami lat. Mieli dzieci, wnuki i prawnuki, o ile dożyjemy i umrzemy.
– Czy to napisaliśmy na swoich kartkach? – zapytałem.
– Nie, ale przecież to nie jest możliwe, co napisaliśmy.
Uśmiechnąłem się i musiałem im powtórzyć, co już powiedziałem wcześniej.
– To nie tylko, że jest możliwe, ale jest pewne.
Uśmiechnęli się i uznali to za marzenie. No cóż, może jeszcze jednym różniłem się od nich wszystkich. Tym, że nie brałem pod uwagę, co jest możliwe. Jednak nie mogłem im tego powiedzieć. Musiałem czekać aż sami to odkryją. I nie tylko oni, ale wszyscy. Przypomniałem sobie jedną książkę. Kiedy Otton wziął mnie pod swoje skrzydła miałem dość wypełniony czas. Ale tylko zajęty człowiek ma czas na dodatkowe rzeczy. Leniwy nie ma na nic, bo cały jego czas wypełnia lenistwo. I kiedy miałem chwilę, szperałem i czytałem. Dlatego znałem się na historii samochodów i innych sprawach. Lubiłem też książki. I kiedyś wpadła mi ręce książka, nie literalna, ale na ekranie mojego wyświetlacza, książka z gatunku fantastyki naukowej. O ludziach, którzy podróżowali przez kosmos w poszukiwaniu innych cywilizacji. Dolecieli do jednej planety i po jakimś czasie mieli pewność, że kiedyś istniała tu niezwykle rozwinięta cywilizacja. Jednak pozostał tylko jeden jej przedstawiciel. Coś było z nim nie tak. Dopiero na końcu powieści stwierdzili, że te wyglądające na zwierzątko istota jest w pewien sposób chora. Bo gdyby nie była, odleciałaby z innymi. Nie tylko że nie odleciała to, jeszcze była uwięziona w klatce i to takiej, że tylko ona mogła ją otworzyć, a niestety nie potrafiła. Książka miała tytuł Kogga z czarnego słońca. Uświadomiłem sobie właśnie w tej chwili, że wszyscy ludzie są jak ta istota. Tkwią w więzieniu własnego umysłu, ducha i duszy. Rozwiązanie i uwolnienie jest w nich, a nie dostrzegli tego przez tysiące lat. Długie tysiące lat i dotyczyło to wszystkich, nawet Roberta Russela.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction i thrillery, użył 2769 słów i 16046 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto