Reguła zabijania cz. 22

− Nie mam przed nimi tajemnic.
− Wiem, ale jednak wolałbym...
− Dobra, to my idziemy do drugiego pokoju. Je pan coś? − zapytała Corsa.
Po chwili Corsa i Thomas wyszli i zostawili Roberta i blondynkę samych.
ClarMłoda kobieta popatrzyła mu prosto w oczy.
− Co to znaczy śpią? Dlaczego mnie pan odłączył od brata i dał te nadzwyczajne zdolności bojowe.
− Sprawy się skomplikowały, ale powiem. Na razie posłuchaj. Wiesz, dlaczego Scott się tam przeniósł, prawda?
− Chciał uratować mamusię.
− Bardzo szlachetna dusza. To jest jego mamusia w tym czasie, w tamtym nie może nią być. Trochę wam pomogłem. Tak naprawdę miałem was zniszczyć, ale Scott mnie zainteresował. Potem jak poznał ciebie, przyszedł mi dobry pomysł.
− Pomógł pan w czymś? Chodzi o tę bombę?
− Tak, ale nie tylko. Scott by się nigdzie nie przeniósł gdybym nie poprawił maszyny czasu.
− Skoro wiedział pan o wszystkim, czemu pan pozwolił mu się cofnąć w czasie?
− Mów mi Robert, dobrze.
Blondynka sobie coś uświadomiła i zaróżowiła się na twarzy.
− Kiedy mi pan, znaczy Robercie, to wstawiłeś, ten super program?
− Trzy lata temu.
− W nocy? Zostałam porwana?
− Nie było potrzeby. Mam pewne zdolności, a raczej możliwości.
− Chodzi o czas?
− O czas również. Czemu się zarumieniłaś?
− Nie wiesz, Robercie?
− Oczywiście, że wiem.
− To po co mam powiedzieć?
− Bo ładnie ci jak się rumienisz.
− Scott tak też uważał, ale ja go kocham i żadne...
− Poczekaj. Nie myśl tak. Więc czemu się zarumieniłaś.
− Musiałeś mnie widzieć...
− Śliczna jesteś.
− Proszę, przestań, bo ...cię pobiję – zmarszczyła lekko brwi.
− To nie jest możliwe. Przepraszam, że źle rozumiesz moje intencje. Mógłbym ci powiedzieć, ale chcę cię zapytać o coś innego najpierw, a ty mi odpowiesz. Chociaż oczywiście znam odpowiedź.
− Znasz?
− Poczekaj Claro. Wiesz, po co Scott chciał się wrócić w czasie?
− Żeby uratować mamusię.
− Kiedy już tam się przeniósł, to już nie była jego mamusia, chociaż DNA nadal tak będzie pokazywać.
− Czemu to mi mówisz.
− On ją kochał.
− To zrozumiałe, każde dziecko kocha matkę.
− Tak, ale w momencie jak tam się przeniósł, to już nie była jego mama. On jest fizycznie dwa lata młodszy od niej. Mogłem zrobić, że byłby dwa lata starszy, rozumiesz?
− Nie, ale do czego zmierzasz?
− Do tego, że miłość jest bezczasowa. On ją pokochał, zanim zrozumiał, że to nie może być jego mama, a on nie może być Peterem, bo kiedy ją drugi raz zobaczył, Julia była w dziewiątym miesiącu ciąży.
− Nadal nie rozumiem.
− Już ci tłumaczę. Pokochał Julię, a ona jego. Tak natychmiast, bo ona czuła, że jest jej bliski. Ta sama zależność. Nie wiedziała, że w innym czasie go urodziła, ale uczucie zostało. Mąż zabierał jej pieniądze i wszystko tracił w kasynie. Słaby człowiek, nie jakiś potwór jak Osinoko czy Xsi−Ming Pao, czy w końcu Michael Jonas. Z tej trójki najgorszy był ten Chińczyk. Ale i tacy się rodzą. Może moja wina. Chodzi o to, że Scott cię nadal kocha. Identycznie i chciałby z tobą być. Zadam ci pytanie. Gdyby był i był również z Julią, zaakceptowałabyś to?
− Skoro ją kocha, a ona jego, oczywiście. Kocham tych, których kocha Scott.
− Tak, wiedziałem, że tak powiesz. Teraz ty pytaj.
− Jest pan Bogiem?
− Jestem Robert. Nie jestem Bogiem.
− To skąd te możliwości. Powiedziałeś, może to moja wina, kiedy mówiłeś o Xsi−Ming Pao. Nie sądzę, że go zmieniłeś, by stał się potworem. Genialnym potworem.
− Nikogo nie zmieniam. Przybyłem tu więcej niż dwadzieścia tysięcy lat temu. Wasi naukowcy twierdzą, że pochodzicie od małpy, ale oni się mylą. Wy zostaliście stworzeni na obraz Boga.
− My?
− Dobrze, będę konkretny. Adam. Nasi naukowcy mieli z tym kłopot. Kiedy tu przybyłem miałem czekać. Oni widzieli, co ja widziałem i tak dalej. Sam zacząłem badać...
− Chwileczkę, nie mówisz o ludziach. Skoro nie jesteś Bogiem to kim?
− Już ci mówiłem. Jestem Robert Russell z planety Robert Russell.
− To interesujące.
− Nie wiem. Jest nas siedemset siedemdziesiąt siedem Robertów Russellów.
− A kobiet?
− Zero.
− To jak wy...
− My nie. Właśnie mieliśmy wybrać samicę...
− Samicę! − piękne złote brwi Clary znowu się zbiegły, jej twarz okryła lekka złość.
− Wybacz. Czekałem dwadzieścia tysięcy lat...
− Tak?
− Znalazłem.
− Kogo, można wiedzieć?
− Ciebie.
− Kocham Scotta, nic z tego.
− Wiem. Tylko oni, czyli ja razy siedemset siedemdziesiąt siedem tego nie zrozumieją.
− Możesz jaśniej?
− Spróbuję. Otóż oni wiedzą, że Bóg wszystko stworzył. Ale was to mu stworzyliśmy.
− Coś takiego!
− Tak sadziliśmy. Ale zacząłem się zastanawiać i coś odkryłem. Otóż bardzo, ale to bardzo dawno temu Ziemia miała Adama i Ewę. Troszkę innych niż z waszej książki. Po tysiącach lat doszli do wysokiej techniki i polecieli w kosmos, żeby szukać życia. Co za pomysł! Nie znaleźli. Wszyscy pomarli po tysiącach lat, poza jednym mężczyzną. Odkrył on planetę i nazwał ją od swojego imienia.
− Mówisz o sobie?
− Nie wiem, czy zrozumiesz. Ja jestem razy...
− Siedem, siedem, siedem. Dobrze, że nie sześć, sześć, sześć – powiedziała z nutką wesołości.
− Otóż ja jestem identyczny. Ale jak tu przyleciałem, stałem się troszeczkę inny. Oni, czyli ja muszą zrozumieć, że tak nie można.
− Chodzi o tę samicę?
− Waśnie − lekko się skrzywił, chyba przepraszająco, przynajmniej ukochana Scotta tak odebrała.
− Czyli?
− Julia też jest idealna. Jest tylko jeden kłopot. Ona również kocha Scotta i on ją. Powiem krótko, bo zacząłem cię męczyć. Wolałabyś mieć Scotta dla siebie czy razem z Julią mieć jednego?
− Takiego samego?
− Jest jeden Scott. Na razie.
− Co to ma znaczyć, to na razie?
− Dałem ci możliwość wyboru. Potem zapytam ich.
− Przecież są w innym czasie. Są w równoległym wszechświecie?
− Nie, to zbyt zawiłe. Powiedzmy, że mogę ich zobaczyć.
− A ja?
− O tym nie pomyślałem, ale nie wiem, czy to dobry pomysł, przynajmniej teraz. Scott ma misję.
− Jaka misję?
− On chce, żeby jego Peter poznał tamtą nieco inną Clarę. Chciałby, żeby tamten nieco inny Thomas, poznał nieco inną Corsę.
− To jest ta misja?
− Również, ale on chce uratować ten świat. To definitywnie moja wina. Zmieniłem się jak poznałem ciebie. Powinienem się zmienić, kiedy poznałem jego, dwadzieścia kilka lat temu. On chciał robić, co on chciał, a nie co mógł. Powiedziałem, że to niemożliwe, ale to jest możliwe.
− Ten super zmysł zapachu i pamięć to też twoja sprawka?
− Właśnie, trafiłaś w sedno. Nie i ja myślę, że to Boża sprawka.
− Znasz Go?
− Kogo?
− Boga?
− Chciałbym, On się chyba ukrywa. Ale wiem dlaczego.
− A to ciekawe dlaczego?
− On chce, byście się stali jak On, bez pomocy. Tamtym prawie się udało, tylko gdzieś zrobiłem błąd.
− Ty?
− Ja czy pozostali, to ja. Nie wiem, czy rozumiesz.
− Możesz stać się jeden?
− Chodzi ci o to czy mogę zabić siebie na planecie Robert Russell?
− Nie myślałam, zabić!
− Nie wiem, czy zrozumiesz. Ja zostałem sam i miałem możliwość zrobić siebie w siedemset siedemdziesięciu siedmiu wersjach. I tak trwałem od tysięcy lat, wielu tysięcy. Aż w końcu zrozumiałem, że nie umrę jeżeli czegoś nie zmienię. A teraz jestem w tylu wersjach i nie mogę im powiedzieć: Hej chłopaki, staniemy się znowu jeden. Nie chcę komplikować. Do rozpoczęcia zwykłego życia potrzeba minimum siedemset siedemdziesiąt siedem par. Inaczej są konflikty, bo geny się dublują.
− Chcę Scotta. Może być z Julią lub może być dwóch Scottów. Zależy, co Julia powie i co Scott powie.
− Ona już to powiedziała Scottowi. Tylko ona nie wie, że może być dwóch Scottów.
− To może zapytajmy Scotta?
− To super pomysł.
− Robert?
− Tak?
− A jak się będzie czuł Scott jako podwójny Scott?
− Normalnie. Będzie wiedział, co robi drugi.
− A mógłby nie wiedzieć?
− Rozumiem, co masz na myśli. To ma sens. Tak, mógłby. To jest kwestia wyboru.
− Jeszcze jedno pytanie. Czas życia. Ty jesteś nieśmiertelny?
− Nie pamiętam kiedy się urodziłem, widzisz? Nie jestem Scottem. Powiedzmy, że żyję i czasem chciałbym umrzeć.
− Bo inaczej nie poznasz Boga?
− Chyba tak. Chciałbym zacząć życie.
− Co macie na swojej planecie?
− Chodzi ci o zwierzęta i rośliny?
− O wszystko.
− Cóż... Mamy planetę i jestem ja.
− Razy...
− Tak. I nic więcej?
− Kiedyś było coś więcej, ale zrezygnowałem. Nic.
− To po co wam kobiety jak nawet kwiatka jej nie dacie?
− Gdyby były to mogę to zrobić. Morza, góry, drzewa, ptaki i kwiatki.
− Aha. To mam być ja i Julia razem?
− Nie dzieli się dokładnie. Musi być o jedna więcej Julia lub ty.
− Ale ja kocham Scotta i Julia też go kocha.
− Miłość jest trudna i jednocześnie prosta. Dlaczego się zgadzasz być z Julią i nim?
− Bo go kocham,
− No widzisz. W momencie jak będziesz z Robertem Russellem, zaczniesz być troszeczkę inna.
− Chcesz powiedzieć, że będzie jedna Clara i jedna Julia, a potem będzie trzysta ileś innych Clar i trzysta ileś innych Juli? Prawie identycznych...
− Będzie jedna więcej Julia lub Clara i wy to musicie ustalić, której będzie więcej.
− Będzie nas razem siedemset siedemdziesiąt dziewięć, prawda?
− Tak, dokładnie.
− Jak długo muszę czekać, żeby zobaczyć Scotta i Julię? Nie mogę sama podjąć decyzji, musimy razem
− Wiem, co masz na myśli.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction i thrillery, użył 1668 słów i 9829 znaków.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Almach99

    Pieknie. Najpierw zabawy z czasem, a teraz pan Russell x779

  • AlexAthame

    @Almach99 Tylko jak się to stało, że jest ich 777?