Reguła zabijania cz 19

— Pokażę ci, idź za mną, proszę.
Gościnny dla nas znajdował się dwa pokoje za salonem, który obecnie zajmowaliśmy, nieco mniejszy, ale wyglądający bardzo przytulnie. Miałem pewność, że Julia polubi ten pokój.  
— Pozwolisz, że przygotuję łóżko dla Julii, jest bardzo zmęczona.
— Oczywiście, pomóc z łóżeczkiem?
— Jeśli nie sprawi ci to problemu.
— To będzie dla mnie sama przyjemność.
— Zaczekam, sprawdź, czy mogę wejść. — powiedział Fred.
Sądziłem, że Julia nie zasnęła, ale gdyby, miałem nadzieję, że jej nie obudzę. Przysypiała, w końcu poród to bardzo ciężka praca.  
— Już, kochanie. Fred przyprowadzi łóżeczko, dobrze?
Objęła mnie rękami, kiedy ją niosłem. Patrzyła na mnie, ale też rzucała okiem na maluszka. Był śliczny, na swojej maleńkiej główce już miał czarne włoski. Julia musiała go nieco przemyć podczas jazdy samochodem, bo kiedy indziej? Praktycznie cały czas spędzałem z nią czas. Ułożyłem ją delikatnie na łóżku i pocałowałem w czoło.
— Śpij kochani, już jesteś bezpieczna i nikt nie zrobi ci krzywdy ani twojemu dziecku.
Zasnęła prawie natychmiast. Spojrzałem na Petera i też go delikatnie pocałowałem w policzek, spał smacznie, wyszedłem cicho i po kilku sekundach wróciłem do salonu. Fred już doprowadził kanapę do całkowitej czystości.
— Nic praktycznie nie przeciekło – uśmiechnął się do mnie miło.
— To co, powiesz nam, chyba że chcesz tylko mnie, ale możesz całkowicie ufać Fredowi. Moi przyjaciele są jego przyjaciółmi i podobnie jest z wrogami.
— A czy wrogowie twoich wrogów są twoimi przyjaciółmi, Fred? — zapytałem Kleina.
— To prawie pewne, wiesz, jak jest ze wszystkim. Przyjaźń to jedna z bardziej cennych rzeczy na tym świecie.
— Czyli Fred jest twoim bliskim przyjacielem.
Popatrzyli po sobie.
— Uratował mi życie dwa razy, a ja jemu raz — odrzekł Fred.
— Cóż powiem wam, ale pewnie nie uwierzycie.
Zacząłem od momentu kiedy zacząłem swoje życie w placówce Arka, a potem powoli ujawniałem wszystko. Kiedy skończyłem, milczeli przez dłuższą chwilę.
— Jak to jest możliwe, że jesteś synem Julii, a ona urodziła Petera?
— Te kwestie są trudne. Jesteś, raczej byłeś lekarzem — zwróciłem się do Freda — masz pewnie ciągle przyjaciół z wojska, czy można by zrobić DNA test.
— Znam wciąż kilku ludzi, wiesz, przyjaźnie w wojsku są czasem bardzo mocne, bo łączą się z kwestią życia i śmierci na linii walki. Chciałbyś, aby zrobić test tobie i Julii?
— Dla pewności i dla Petera. Widziałem jego ojca, ale niepokoi mnie jedna rzecz.
— Tak, definitywnie w tej całej niesamowitej historii są dwie rzeczy. Kto ci założył konto i w jaki sposób znalazłeś się dziesięć lat później.
— Nie wiem jak, ale z pewnością był to Robert Russell, a skoro tak, to nie wiem, czy gdzieś się nie ukrył w czasie. Mógł mnie zabić, posłać z powrotem do domu Thomasa Bramhsa i pozwolić umrzeć podczas wybuchu ogromnej wodorowej bomby. Mógł to wszystko, a jednak założył mi konto z trzystoma tysiącami dolarów, a co najważniejsze pozwolił się zabić jak dziecko. Doprawdy nie rozumiem.
— Być może test genetyczny coś wyjaśni — rzekł Samuel.
— Albo doda nowe, trudniejsze pytania — rzekłem.
— Co masz na myśli? — zapytał Fred.
— Zróbmy test, nie chcę wyprzedzać, ale mam pewne przypuszczenia.
— Zapytajmy Julii — rzekł cicho Samuel.
— Oczywiście zrobię to, jak się tylko obudzi.
— Wiesz, my jesteśmy starymi wilkami. Lepiej takie sprawy załatwiać rozmawiając twarzą w twarz. Powoli wszystko zaczyna być kontrolowane. Moi przyjaciele zrobią to prywatnie i nikt poza tobą i Julią nie będzie wiedział.
— Oni będą wiedzieli i wy również.
— My — popatrzyli na siebie.
— Bo wam powiem i pokażę test — odrzekłem.
— Mogę powiedzieć od siebie i Freda, że jesteśmy wdzięczni i obaj cieszymy się, że możemy ci pomóc. Faktycznie opisany przez ciebie świat w bliskiej przyszłości wygląda niezbyt ciekawie, chociaż już teraz uczyniono pewne kroki w celu kontroli ludzi, to co opowiedziałeś, wygląda wręcz przerażająco. Co mnie i prawdopodobnie Freda dziwi to jak to będzie możliwe, że tak szybko rozwinie się technika do tego stopnia. Mówisz o pojazdach jeżdżących po drogach i latających w powietrzu z prędkością dziesięciokrotnie przekraczającą prędkość dźwięku, robotach a przede wszystkim o sztucznych organach, łącznie z mózgiem. To jest fascynujące.
— Nigdy tak nie odczuwałem, że jest to fascynujące, byłem chyba jednym z niewielu, który w roku 2046 nie miał nic sztucznego. Człowiek jest człowiekiem, do czasu jak jest wolny. A świat, z którego przebywam, jest ogromnym więzieniem, Goethe powiedział, że najbiedniejszy niewolnik to taki, który nie wie, że jest niewolnikiem. W moim świecie prawdopodobnie nikt o tym nie wiedział. Zrobię wszystko by nie dopuścić do tego by ten świat zaistniał.
— Ludzie nie są zbyt dobrzy, my na przykład — Rozen popatrzyła na Kleina.
— Tak, dziwnym trafem spotkało się trzech płatnych morderców — odrzekł Fred.
— Myślę, że Scotta nie można z nami równać, on zabijał tylko bardzo złych.
— Sądzę, że wy również — odrzekłem.
— Co chciałem powiedzieć, to że w naturze ludzkiej istnieje zło. Zabijamy, kradniemy, kłamiemy.
— Tak, ale każdy ma szanse to zrozumieć i być lepszym. Tamten świat odebrał to ludziom. Oni już  właściwie nie byli ludźmi. Wykonywali polecenia świadomie lub nieświadomie. Nikt, poza wyjątkami nie miał szansy o sobie stanowić. Zanim zacząłeś jeszcze mówić, system postanawiał, czym będziesz się zajmował. Ja miałem to szczęście, że tak powiem, że odkryto we mnie zdolności do celnego strzelania i dlatego zostałem nauczony, by być zabójcą. Jak mi później powiedział Baxter jako jedynego system nie mógł zaszeregować do żadnej kategorii. Sądziłem, że zabijając Xsi — Ming Pao, Ito Osinoko i Michaela Jonesa i oczywiście Roberta Russela już tym naprawię świat, ale chyba się myliłem. Prawdopodobnie Russel się wymknął i ukrył w czasie. Tylko czego chciał lub lepiej czego chce?
— Tego ci nie powiemy. Weźmiemy te same próbki, proponuję włosy. Maleństwo ma już takie śliczne czarne włoski — uśmiechnął się Klein.
— Ciekawe jak Julia przyjmie twoje wyznanie. Wygląda na to, że cię kocha.
Poczułem się dziwnie. Kochałem więcej Clarę, ale nie mogłem się oszukiwać, kochałem również Julię. W momencie kiedy zrozumiałem, że niby jest, ale naprawdę nie jest moją mamą, bo następował konflikt czasów, odblokowało to we mnie coś pierwotnego. Wiedziałem, że tamten czas, który jeszcze nie nadszedł, już nie istnieje. Och, teoretycznie mogły istnieć światy równoległe i wówczas jakiekolwiek możliwości byłby możliwe. Ale nawet rozmyślanie o tym, że coś takiego może być, męczyło. Klein odciął mi kawałek włosów i włożył do pudełeczka i napisał Scott. Przygotował jeszcze dwa inne z napisem Julia i Peter.
— To odkryjemy za dwa dni, jak to z wami jest. Szkoda, że nie mamy próbki włosów jej męża.
— Masz przecież znajomego policjanta wyższej rangi, nie będzie kłopotu zdobyć odrobinki jego włosów.
— Dobra myśl. Będziemy mieli komplet.
Niby rozmawialiśmy, ale ja nadal rozważałem nad najważniejszym. Jak powrócić do tamtego czasu, który jeszcze nie zaistniał, mimo że moja logika mówiła mi, że nie zaistnieje. Urodził się inny Scott Siena, który nigdy nie trafi do ośrodka Arka, bo taki ośrodek nie zaistnieje. Urodzi się inna Clara, która nie będzie, wiedzieć kim jestem. Jej brat będzie się z nią wychowywał. Ponieważ Arki nie będzie, czy pozna swoją żonę, Numer 3, czyli Corsę? Pomyślałem, że powinienem odnaleźć Ottona Baxtera. Czym się obecnie zajmuje? Za sześć lat, tamten Scott miałby do niego trafić. Skoro zajmował tak wysokie stanowisko, musi być kimś ważnym już teraz. A to sprytne i jednocześnie dziwne, że Robert Russell, mając takie możliwości, zgodził się mieć tylko takie zwykłe stanowisko.
— Gdybyście słyszeli o Ottonie Baxterze, dajcie znać.
— Też o tym pomyślałem, byle komu nie daliby zostać szefem najbardziej elitarnej siatki zabójców. Pewnie już to robi.
— To obaj nie powinniście mieć kłopotów go poznać.
— Czemu chcesz go zobaczyć? — zapytał Rozen.
— Pragnę nie dopuścić, by powstała Arka.
— Skąd wiesz, że już nie istnieje, poza tym nawet jak go spotkasz, co mu powiesz?
— Żeby za żadne skarby nie tworzyli tego. Tylko mam wielki kłopot. Jeżeli tego nie będzie, jak Thomas Bramhs i Corsa się poznają?
Obaj spojrzeli na mnie.
— Wiesz co Scott, podobno jest przeznaczenie. Jeżeli się kochają to, się znajdą.
— Łatwo ci mówić, Samuelu. To bardzo ważne dla mnie.
— Wykorzystaj swój zmysł zapachu i ich znajdź.
— Tak pewnie zrobię, ale mam jeszcze rok. O ile pamiętam, Corsa była dwa lata młodsza od Clary i Thomasa, więc na nią muszę poczekać aż trzy lata. Tylko to nie będą oni i może mój zmysł zapachu nie pomoże. — zasmuciłem się.
— Spróbuj jednak. Z innych spraw, obaj z Samuelem zastanawiamy się, czy będziesz się starzał.
— Sądząc po włosachna brodzie, tak.
— O tym dopiero się przekonasz po jakimś czasie. To niczego nie dowodzi, że rosną ci włosy na brodzie.
— Wolałbym podlegać czasowi, to byłoby straszne być z kochaną osobą, pozostać młodzieńcem i patrzeć jak moja ukochana staje się staruszką.
Rozen i Klein się uśmiechnęli.
— Pragnienie większości ludzi nazywasz czymś strasznym? — zapytał Samuel.
— Oczywiście. Gdyby to dotyczyło wielu, byłoby czymś cudownym, ale dla jednostki jest przekleństwem, wierz mi.  
— Dobrze, rozumiemy, że to wszystko opowiesz Julii. Tylko jak ona to przyjmie?
— Oto jest pytanie. Kocham ją i kocham Clarę. Chciałbym dla dobra i szczęścia Julii być z nią. Jeżeli jednak dam radę wrócić w przyszłość, która nie nadejdzie, to chciałbym tego, pod warunkiem, że nie zostawię Julii.
— Nie jest to możliwe. Nie możesz być z nimi obiema.
— Mógłbym być, ale to jest na razie niemożliwe. Kobieta, która kocha naprawdę, mogłaby zaakceptować drugą. Nawet jeżeli Clara, która się urodzi za rok, pozna mnie nie, będzie nic wiedzieć o tamtej Clarze i o naszej miłości. A nie zostawię Julii, by być z Clarą, która znałem, bo zraniłbym jej serce. Wiem, że zarówno Clara i Julia by zaakceptowały mnie gdybyśmy byli razem. Mówię o czystym związku dwóch kobiet z mężczyzną, a nie o tzw. Trójkącie, ale mówimy o dwóch innych czasach. Nie mogę istnieć na raz i tu i tam.
— Mówisz o niemożliwym. Odnośnie tej pierwszej sprawy mężczyzny i dwóch kobiet, czy związek dwóch mężczyzn i jednej kobiety byłby twoim zdaniem również możliwy.
— Widzisz Samuelu, pamiętasz, co powiedziałem wam o pierwszej rozmowie z Robertem Russelem. Zapytał, co bym chciał, a ja powiedziałem, że chciałbym być wyżej niż Bóg, ale ja nie powiedziałem tego jak Lucyfer. Nawet on chyba powiedział, że chciałby być równy Bogu, bo nikt nie może być wyżej. Ja chyba miałem na myśli tę sytuację. Myślę o tym czy gdybym to wszystko wiedział wówczas, kiedy widziałem Clarę po raz ostatni, czy uczyniłbym identycznie, moja odpowiedź jest, tak. Co do drugiej sprawy, to uwarunkowania kulturowe. W starożytnych Indiach kobieta mogła mieć czterech mężów. Draupadi miała pięciu mężów, synów królowej Kunti i uznano ją za dziwkę, mimo że była jedną z najczystszych moralnie kobiet ówczesnych czasów.
— Chciałeś uratować życie swojej matki. Nie wiemy, kto cię urodził, z pewnością nie ta Julia.
— W tamtym czasie, ona. Tego jednego jestem pewny, ponieważ pamiętam jej zapach. Ta Julia mnie urodziła, czas się zmienił i rzeczywistoś, ale ona jest tą sama osobą tylko z innym doświadczeniem na linii casu.
— Bardzo mi cię żal, Scott — rzekl Samuel.
Przytulił mnie krótko. Po chwili zrobił to i Fred. Pomogło mi dwóch Żydów i wiedziałem, że nigdy im tego nie zapomnę.
— Scott, może też powinieneś się zdrzemnąć? — zapytał Rozen.
— To jest chyba dobry pomysł, może przyśni mi się coś dobrego, a poza tym, Julia się lepiej poczuje w mojej obecności.
— Słuchaj, Scott. Czuję, że twoja kobieta z pewnością nie miałby nic przeciwko zbadaniu DNA jej i Petera. Po co mamy czekać. Odetnij skrawki włosów dziecka i jej. Powiesz jej o tym później.
— Dobrze — podjąłem szybką decyzję — zaraz wam przyniosę materiał do zbadania.
Wziąłem od Freda nożyczki i cichutko poszedłem do naszego pokoju. Delikatnie odciąłem troszeczkę włosów Julii i ociupinkę z małej główki noworodka. Zaniosłem do Freda, pożegnałem się i skierowałem do pokoju gdzie spały bliskie mi osoby. Wiedziałem, że Fred zamierza od razu jechać do znajomego lekarza, żeby zrobić badanie, a Samuel wziął się za przyrządzanie obiadu. Byłem im za wszystko bardzo wdzięczny. Rozebrałem się do spodenek i położyłem blisko Julii. Czy tylko kochałem ją dla niej? Z pewnością nie, ale w moim sercu była na zawsze Clara. Jak mogłem żyć w dwóch ciałach jako ta sama i identyczna osoba? Jak będę się czuł w sensie odczucia i literalnym jeżeli będę żył w dwóch różnych światach i czy te światy będą równoległe? Chyba nie, bo mają wspólny początek. Od kiedy? Od czasu jak daleko przeniosę się w przeszłość i przyszłość. Nie mogłem przenieść się dalej niż do dnia, z którego tu przybyłem. Gdybym mógł tam się znaleźć choćby dwa dni wcześniej, zapobiec uderzeniom ładunków nuklearnych i zmienić świat, wówczas mógłbym żyć tam z Clara i Julią, ale nie mogłem, gdybym nawet mógł. Dlaczego? Ponieważ tu miałem zadanie. Musiałem bronić tej nowej Claryi jej brata. Musiałem odszukać Corse i poznać ją i Thomasa. Czy byłoby dobre poznać tą Clarę i Petera, pewnie tak? Delikatnie pocałowałem Julię w kark i zasnąłem.

Kiedy się obudziłem, ona karmiła.
— Hej śpiochu – szepnęła.
— Ile spałaś kochanie? — zapytałem
— Sądząc po wskazaniach zegara, spałam cztery godziny.
— To za mało.
— Muszę karmić synka. Zmieniłam mu pieluszkę. Poza tym będziemy mieli noc, to pośpimy. Chyba ktoś coś gotuje dobrego, bo ładnie pachnie.
— To Samuel. Fred chyba jeszcze nie wrócił, sprawdzę. Przyniosę ci coś do picia.
— Scott, mam prośbę.
— Tak, kochanie?
— Chcę siusiu, a nie mam siły iść, poza tym boje się czy nie zacznę krwawić.
— Dobrze miła, zaniosę cię do łazienki, postaram się być delikatny.
— Jesteś. Jutro spróbuję już chodzić. Indianki ponoć maszerowały zaraz po porodzie, o ile musiały.
— Ty nie musisz, dlatego się nie nadwyrężaj.
— Dobrze, skończę karmić i mnie weźmiesz. Chcesz trochę mleka?
Poczułem się dziwnie. Nigdy nie ssałem mleka mojej matki. Gdzie była moja matka teraz? W tym czasie, obok mnie  w tamtym od dwudziestu sześciu lat nie żyła. i wówczas coś pomyślałem, co już wykraczało poza wszystko inne.
Czy mógłbym uratować tamta Julię, która urodziła mnie? Czy wówczas to byłbym duży ja i widział siebie małego? Pomyślałem, że jak tak dalej pójdzie, to zwariuję. Na razie mnie to nie pochłaniało, ale mogło. Wówczas jak te dwie kobiety będą się mieć wzajemnie do siebie? Czy jest to możliwe? Tamta Julia została zabita. Postępując tą drogą, mógłbym ratować wszystkich ludzi. Czy miałem do tego prawo? Bo gdybym to zrobił tamtej Julii Hendrix, to ktoś inny miałby do mnie żal, że jego bliskiej osoby nie uratowałem. Miałem coraz więcej pytań natury etycznej. Zabijam, a teraz będę ożywiał? Właściwie to nie było ożywianie, a tylko niedopuszczanie do śmierci. Na razie nie miałem takich możliwości. i znowu przypomniał mi się dialog z Russellem. Nie chciałem robić, co mogłem, chciałem robić, co chciałem.
— Jeżeli chcesz mi dać, dobrze. Wkrótce się dowiesz, że moja mama mnie nigdy nie karmiła.
— Nie? Dlaczego?
— Z pewnego bardzo smutnego powodu. Zraz po moim urodzeniu ktoś ją zabił.
— Och, to straszne i dlatego chciałeś mnie ratować? Skąd wiedziałeś o tym, że ktoś mnie chce zabić, nie wiem. Ale po raz kolejny ci dziękuję. To bardzo szlachetne z twojej strony.
— Nie wiem, ja sądzę, że postąpiłem trochę egoistycznie.
— Czemu tak sądzisz, mylisz się. Chodź, dam ci trochę mleka, Peter już jest syty.
Maluszek kwilił i po chwili się uśmiechnął, odbiło mu się i zarz potem położył swoje maleńkie rączki na jej szyi. Za chwilkę zasnął.
— Chodź – szepnęła, obnażając obrzmiałą pierś.
Po chwili piłem mleko. Julii Hendrix, mojej mamy.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction i thrillery, użył 2992 słów i 17063 znaków, zaktualizował 21 gru 2020.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Almach99

    Podoba mi sie motyw z Zydami zabojcami. No i scena, kiedy ci dwaj usciskaki Scotta.  
    A mowia, ze Zydzi sa dobrzy tylko dka swoich, a wszystkich innych maja za Gojow

  • AlexAthame

    @Almach99 Ja znałem dwóch dobrych Żydów.

  • Almach99

    @AlexAthame Zyd to tez czlowiek. Jak w kazdej nacji sa ci zli i ci dobrze