Reguła zabijania cz 17

Siedziałem w pokoju dla oczekujących na urodzenie dziecka. Poza mną siedział tu tylko jeden mężczyzna, troszkę młodszy ode mnie, sądzę, że około dwudziestodwuletni. Miło wyglądający blondyn.
– Pan pierwszy raz czeka? – zapytał.
– O tak, będzie chłopiec. – odrzekłem.
– A to fajnie, moją Tracy ma mieć dziewczynkę, bardzo się denerwuje.
– Długo już czekasz?
Nerwowo spojrzał na zegarek, pomimo że w sali gdzie siedzieliśmy wisiały dwa zegary, na białej, z lekkim odcieniem zieleni, ścianie.
– Prawie dwie godziny.
– Żona zdrowa?
–To moja dziewczyna – zmieszał się i sięgnął po portfel, żeby pokazać zdjęcie.
Fotografia pokazywała drobną szatynkę obok jej chłopaka, gdzieś nad jeziorem.
– To ja i Tracy jakieś dwa lata temu. Zaraz po porodzie jak już będzie chodzić, mamy brać ślub. Za tydzień.
– Czasem kobieta może już chodzić następnego dnia, chyba że ma cesarkę lub rozcięte krocze.
Chłopak zrobił się dużo bledszy.
– To chyba się nie stanie – zmienił nieco intonację głosu.
– To dzieje się często, ale przeważnie nie ma problemów. To jednak zależy od wielu aspektów.
– Proszę przestać, nie za bardzo dobrze się czuję.
– Chcesz wody? – zapytałem – inne napoje mogą wywołać dolegliwości. Rodzice? Jej, twoi? Byłoby ci łatwiej, gdyby tu byli.
Skrzywił się nieco.
– Trochę to skomplikowane, nie jesteśmy z nimi w dobrych stosunkach.
– Ponieważ jesteście razem?
– Właśnie – nieco się ożywił.
Dziwne, bo powinien chyba się zasmucić, ale nie wiedziałem, o co chodzi w ich nieporozumieniu. Podeszła doktor Hillman.
– Tu jest aplikacja, a tu pańskie kluczyki. Zajrzę do Julii i powiadomię pana jak się ma pańska przyjaciółka.
– Dziękuję. Mogę dostać pani wizytówkę?
– Nie jestem lekarzem prowadzącym pani Hendrix.
– Chodzi o tort i kawę.
Na jej twarzy pojawił się uśmiech.
– Miły pan jest, ale chyba będę musiała odmówić.
– Jednak zadzwonię. Najpierw kupię. Ma pani dwoje dzieci i męża, jeszcze pas i kota, ale zwierzęta nie powinny jeść słodyczy.
Momentalnie jej uśmiech zszedł z twarzy.
– Skąd ma pan te informacje?
– Czuję. Mam bardzo wyczulony zmysł zapachu.
– Wolne żarty – czuła się zwiedzona.
– Może pani nie wierzyć – spojrzałem na kluczyki.
Ku jej zdziwieniu pociągnąłem nosem.
– Te kluczyki nie dała pani z recepcji, tylko murzyn. Ma cukrzyce i dodatkowo chorą wątrobę.
– Chyba mnie pan wgrywa! Facet pracuje tu nie tak długo. Faktycznie ma cukrzyce, a problem z wątrobą wykryto dwa tygodnie temu i wątpię by pan mógł to wiedzieć od niego, chociaż może to jest możliwe. Dowiem się jak się ma Julia i wrócę.
Julia zaczęła rodzić to też czułem, co prawda z trochę innych powodów niż zapach. Blondyn patrzył na mnie z zaciekawieniem i usłyszane informację na chwilę spowodowały, że zapomniał o swoim stanie. Wiedziałem, że nie na długo.
Po dwóch minutach Greta Hillman przyszła z dobrą wiadomością.
– Pokazała się główka, wszystko idzie super dobrze i szybko. Jeżeli nie będzie komplikacji to za pół godziny, może czterdzieści minut powinno być po wszystkim.
– Dziękuję pani bardzo, czyli maluch dobrze się ustawił.
– Właśnie – odrzekła ucieszona – sporo pan wie o porodach.
– Powinienem był nauczyć się czegoś więcej.
Spojrzała na zegar ścienny.
– Mam trzy minuty, wobec tego, jeżeli ma pan tak wyjątkowy zmysł zapachu, że rozpoznaje pan choroby, to co mi dolega?
Miała czterdzieści, może dwa więcej lat i wyglądała zdrowo.
– Wszystko dobrze z pani zdrowiem.
– Można tak powiedzieć, dbam o siebie. Być może znalazł pan o mnie informacje na forum medycznym, poza tym udzielam się społecznie. Nic pan nie może powiedzieć? – nie dawała za wygraną.
– Ma pani okres – odparłem.
Zarumieniła się nieco.
– Tego też mógłby pan się dowiedzieć, chociaż nie mówiłam nikomu. A ta kobieta? – pokazała na trzydziestolatkę wychodzącą właśnie z windy.
– Nie ma okresu, jest zdrowa. Niestety dzisiaj uśpiła swojego ukochanego kota, jakąś godzinę temu.
Hillman musiała być upartą. Od czasu zabicia Russella i odkrycia zwłok Joela nauczyłem się odróżniać zapach żywnych i martwych istot. Podeszła do niej i o czymś rozmawiały. Spojrzała na zegarek wiszący nad drzwiami izby porodowej i w tym momencie zerknęła na mnie z miną jakby właśnie ktoś jej udowodnił, że to Słońce krąży wkoło Ziemi, a nie odwrotnie.
Podeszła szybkim krokiem do mnie.
– To niemożliwe, proszę powiedzieć, że to zmowa.
– Niestety nie mogę tego powiedzieć.
Usłyszałem płacz Petera.
On się urodził, a mówiła, że pół godziny. Z sali wyszedł lekarz i podszedł do nas.
– Chłopiec, cztery i pół kilo. Duży i zdrowy. Gratuluję.
Mimo że wiadomość była doskonała coś nie za bardzo mi pachniał. Bał się. Uśmiechnął się sztucznie i odszedł, a po chwili wyjął komórkę i gdzieś zadzwonił.
– Pani doktor! – powiedziałem głośno, bo nieco się oddaliła.
Wróciła do mnie za trzydzieści sekund.
– Co się stało, panie Siena?
– Zna pani tego lekarza, który przyjął poród?
– Trochę, a czemu?
– Nie miał ostatnio kłopotów natury prawnej czy rodzinnej?
– Owszem, to też pan czuje.?
– Proszę natychmiast zabrać Tracy do innej sali, mówię o tej drugiej rodzącej. To sprawa życia i śmierci. Ma pani dwie minuty i proszę się tu nie przychodzić przez kilkanaście najbliższych minut.
Nie wiem czym ją przekonałem, ale zrobiła to. Za minutę łóżko ze spoconą i bardzo zmęczoną blondynką, wyjechało prowadzone przez Gretę do następnej sali.
To tak! Wtyka, pewnie gdzieś podpadł i Oni dowiedzieli się o tym. Lekarze mają świetne ubezpieczenie i pomoc prawną, więc to musiała być to grubsza sprawa. Teraz zrozumiałem jak ktoś mógł się dowiedzieć trzy minuty wcześniej, że jej syn się urodził. Russel został zlikwidowany, lecz nadal ktoś działał, prawdopodobnie jego ludzie, którzy nie wiedzieli, że ich szef już nie żyje.
– idź do swojej dziewczyny, już – powiedziałem ostro do chłopaka.
Prawie się zerwał, patrząc na mnie.  

Wyszli z windy za dwie minuty, czyli i tu, trochę czas się również zmienił. Dwóch zostało przy biurku, gdzie miałem oddać wypełnione papiery, a jeden od razu skierował się do porodówki. Nie miałem czasu na negocjację. Wyciągnięcie pistoletu zajęłoby mi dwie sekundy, ale nóż już miałem w dłoni, kiedy faceci wyszli z windy. Nie mogłem chybić. Bardzo trudny rzut. Świst noża prawie zrównał się z jękiem niedoszłego zabójcy Julii. Szok u dwóch pozostałych przewidziałem na sekundę, lecz jeden okazał się szybki, ale nie dostatecznie. Otton nauczył mnie, że najpewniejsza jest szyja i głowa, dlatego ten niższy i nieco krępy dostał kulkę w środek szyi a drugi w samo czoło. Jak zwykle w takich razach nastąpiła cisza, a potem krzyk świadków. Wpadłem do sali. Julia miała Petera na piersi i była bardzo wystraszona.
– Chcieli cię zabić, nie mogłem na to pozwolić, ot cały plan.
Trwała w szoku. Zabrałem łózko i wyjechałem z porodówki. Przy windzie dostrzegłem ochroniarza. Facet był w średnim wieku i ważył tyle, co właściciel zielonego Chevroleta.
– Nie probuj mnie zatrzymać. Oni by zabili sporo ludzi. Sprawdź, że mieli broń i zawiadom policję. Niech policja przesłucha również lekarza, który odebrał poród, wspomnij im, aby sprawdzili jego ostatnie połączenia, on był z nimi w zmowie.
Ponieważ nadal trzymałem pistolet w dłoni, facet nie robił gwałtownych ruchów.
– Kim pan jest?
– Służby specjalne, to zorganizowana banda przestępców.
Wszedłem do windy. Peter kwilił, a Julia nadal pozostawała w szoku.
– Służby specjalne? O co tu chodzi?
– Musiałem mu coś powiedzieć. Możesz iść?
– Wątpię. Może za dwie godziny.
– Nie martw się, za pięć minut będziemy już jechać.
– Oni wiedzą, gdzie mieszkam.
– Nie jedziemy do ciebie – próbowałem się uśmiechnąć.
– Powiesz mi?
– Chcesz klapsa? Ile razy będziesz pytać. Powiem, już niedługo.
Zatrzymałem windę na pierwszym piętrze.
– Trzymaj dziecko.
Nie musiałem tego mówić, bo dla matki nie ma nic bardziej wartościowego niż jej dopiero narodzone dziecko. Dla dobrej matki.
Poszliśmy do schodów alarmowych. Ktoś musiał nacisnąć z góry, bo winda pojechała wzwyż. To dawało mi więcej czasu i mniej problemów. Policja mogła się pojawić za dziesięć do piętnastu minut, a tutejsza ochrona, zanim połączy fakty, już będziemy daleko. W razie kłopotów wziąłbym inny wóz, a potem znowu inny. Ludzie raczej współpracują na widok lufy pistoletu. Julia nie ważyła bardzo dużo, ale musiałem uważać, bo miała chłopca. Co dziwne, nikt nas nie zatrzymał. Parking dla odwiedzających nie był ogromny, a pilot zielonego Chevroleta zadziałał prawidłowo. Po minucie siedzieliśmy w wozie. Pozostał ostatni kłopot. Bramka wyjazdowa. Nie miałem drobnych. Ale też nie chciałem zarysować wozu. Mieli kamerę. Polubiłem ten samochód, a wyglądało, że muszę jechać innym. Przed wyjazdem ze szpitalnego parkingu, jednym strzałem zniszczyłem kamerę i wyłamałem blokującą barierkę swoimi plecami. Dziewczyna w budce złapała za telefon. Trudno, musiałem to zostawić.
Ruszyliśmy szybko.
– To gdzie pojedziemy?
– Arizona. Musimy zmienić wóz, bo tym daleko nie pojedziemy.
– A sąsiad?
– Nie zarysowałem – spojrzałem na nią.
Pojechałem w kierunku południowym. Musiałem szybko myśleć. Z pewnością ktoś dojdzie jakim wozem jadę. Julia była osłabiona. Policja będzie wiedziała, że jestem z kobietą i dopiero co urodzonym dzieckiem. Pozostawał legalny zakup samochodu. To też odpadało. Samuel Rozen, mój pomocnik sprzed dziesięciu lat! Tylko jak go znajdę. Dał mi namiar na kogoś, tutaj. Tylko to było dziesięć lat temu. Pamiętałem adres. Śliczny zielony wóz miał GPS, ale jak się dobrze wezmą do roboty, wyśledzą i to. Zatrzymałem się przy stacji benzynowej. Kupiłem kanapkę i sok dla Julii i mapę LA. Odjechałem i za ćwierć mili zacząłem szukać adresu. Facet polecony przez Rozena mieszkał jakieś dwadzieścia minut drogi stąd. Powinno się udać. Musiałem tylko jechać przepisowo.
– Zjedz coś. Ktoś nam pomoże... mam nadzieję.
– Strasznie się boję. Musimy gdzieś się zatrzymać, dzidzia nie może jechać tyle kilometrów.
– Przeczekamy, nie obawiaj się.
– Dlaczego chcieli mnie zabić, dziecko też?
– Dziecko nie.
– Ja nic nie zrobiłam.
– Julio, kochanie. Powiem. Rozumiem, że jesteś przerażona, ale postaram się z tego wyjść. W ostateczności zniknę i będę miał cię na oku, ale może będziemy razem. Ukryje cię i Petera.
– Dobrze, już nic nie mówię.
Za parę minut dojechałem.
– Poczekaj w wozie.
– Ale wrócisz?
– Tak.
Dom wyglądał bardzo porządnie miał stalowy płot i bramę. Nacisnąłem intercom. Po chwili usłyszałem głos z hebrajskim akcentem.
– Tak?
– Jestem Scott Sienna, mam twój adres od Samuela Rozena.
Nastąpiła cisza, a za dziesięć sekund brama się otworzyła. Właściciel domu nazywał się Fred Klein. Imię nie żydowskie, ale nazwisko, tak. Wyszedł z domu. Miał po pięćdziesiątce.
– To było dziesięć at temu, Sam sądził, że przepadłeś...
– On dalej w NY?
– Nie, jest w mieście.
– Możesz być tak miły i otworzyć garaż. Ten samochód jest namierzony przez policję, abo będzie za kilka minut.
– Do będziemy musieli się go pobyć.
– Pożyczyłem i chcę oddać.
– Właściciel będzie miał problemy.
– Wyjdzie z nich, przystawiłem mu pistolet do piersi, więc musiał pożyczyć.
Fred dopiero teraz zobaczył, że Julia ma dziecko, bo okryła szczelnie Petera szpitalnym prześcieradłem.
– Kto to jest? – wskazał na kobietę i dziecko.
– Powiem to Samuelowi, a on może powie to tobie.
– Dobra, nie zadaje pytań, w razie czego krócej mnie będą pytać.
– Rozsądne rozwiązanie.
– Czujcie się jak u siebie.
– Masz żonę, dzieci?
– Ze względu na moje powiązania, nie są ze mną.
– Tak, w niektórych sytuacjach tak jest lepiej.
– Dzwonię do niego.
– Powiedz, żeby przyjechał, tak będzie najlepiej.
Zająłem się Julią.
– Pomogę ci się umyć, kochanie – starałem się, chociaż słowami ją podtrzymać na duchu.
– Dobrze, Scott.
Położyłem dzidzię na łóżku.
– Łóżeczko się nie przydało. - powiedziała cicho.
– Kupię drugie, nie martw się. Dzień lub dwa i wszystko się ułoży.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction i thrillery, użył 2174 słów i 12749 znaków, zaktualizował 21 gru 2020.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto