Reguła zabijania cz 14

Samuel Rozen miał dobrych i zdolnych przyjaciół. Dokumenty wyglądały super. Dostałem paszport i prawo jazdy z miejscem zamieszkania na wschodnim Manhatanie. Według dokumentu skończyłem kilka miesięcy temu dwadzieścia osiem lat. Moja matka miała panieńskie nazwisko Hardy, Sara Hardy. Ojciec Frank Smith. Perfekt. Poleciałem następnego dnia rano i za kilka godzin wylądowałem na lotnisku LA. Już po wyjściu z dworca zaciągnąłem się powietrzem. Poczułem ją na z kierunku północno–zachodniego. Poprosiłem nieco zdziwionego taksówkarza by zatrzymał się na bulwarze Washingtona, a potem ponownie na Ocean Park bulward. Mój nos mi mówił, że ona mieszka w kierunku Santa Monica. Postanowiłem tam pojechać. Na chybił trafił poprosiłem, żeby mnie zawiózł na róg Montana ave i Santa Monica bulward. Zapłaciłem i wyszedłem. Teraz czułem ją bardzo silnie z kierunku południowo–wschodniego. Zacząłem iść w tym kierunku. W rezultacie po więcej niż godzinie miałem pewność gdzie mieszka. Usiadłem na ławce, bo znajdował się tu park. Zacząłem myśleć. Jeżeli dobrze określiłem jej wiek podczas swoich urodzin, teraz miała dziewiętnaście lub nawet osiemnaście lat. Bardzo chciałem ją poznać, ale nie mogłem tego zrobić. Wiedziałem, że jako przyszła matka może w jakiś cudowny sposób czuć do mnie zażyłość. I po nitce do kłębka zobaczyłem oczami wyobraźni nieprawdopodobny scenariusz. Mógłbym stać się swoim własnym ojcem. Oczywiście to były rozważania. Być może Thomas Brams mógłby mi wytłumaczyć czy jest to naukowo uzasadnione, czy nie. Z jednej strony mój nos nie mógł kłamać. Pamiętałem jej zapach, kiedy się urodziłem. Z drugiej strony byłem intruzem w tej rzeczywistości. Nie mogłem racjonalnie zrozumieć, że będzie nas dwóch. Za dziesięć lat się urodzę. Wówczas będę miał trzydzieści sześć lat, a ten drugi ja, dopiero dzień. Jednocześnie pomyślałem o Clarze. Jeszcze jej nie ma w tym fizycznym aspekcie. Oczywiście miałem kilka sekund paniki, która nigdy wcześniej mi się nie zdarzała, że może nie zaistnieć. Ale skoro moja przyszła mama istniała to istniało duże prawdopodobieństwo, że i Clara się urodzi, jak i jej brat bliźniak, Thomas. Wiedziałem jedno, muszę być blisko i mieć przysłowiową rękę na pulsie. Muszę uniemożliwić zabicie mojej mamy i taty. I co najważniejsze odkryć kto zlecił ich zabicie. Jednego byłem prawie pewny. Ta osoba, która posłała ostatnia wiadomość na system informacji do Thomasa, że Bóg jest jeden, była najprawdopodobniej tą osobą. Na koniec pozostała sprawa gazety. Zanim wyleciałem z Nowego Yorku udałem się na miejsce, gdzie się pojawiłem. Znalazłem gazetę i okazało się, że się pomyliłem. Gazeta miała datę 2010 nie jak poprzedni zauważyłem 2020. Dlaczego znalazłem się dziesięć lat wcześniej niż powinienem, tego niestety nie wiedziałem.
Siedziałem na ławce i rozkoszowałem się zapachem mojej przyszłej mamy. Nie mogłem jej poznać, ale wiedziałem, że nie dam rady sobie odmówić, żeby ją zobaczyć. Od razu wiedziałem, że muszę to zrobić w ten sposób, żeby ona mnie nie zobaczyła. I kiedy tak rozmyślałem, jej zapach uderzył w moje nozdrza ze zdwojoną siłą. Czyżby wyszła z domu? Zacząłem iść w danym kierunku. Natężenie zapachu rosło i powodowało, że w pewnym sensie mój organizm reagował na to, jak na narkotyk. Poczułem się jak pijany lub zupełnie odurzony. Rozejrzałem się i dostrzegłem młodą dziewczynę przycinającą pnące się róże. Oczywiście, że czułem zapach innych kwiatów, nie tylko róż, ale jeden zapach górował. Jej. Miał ciemnobrązowe włosy. Ubrana w letnią sukienkę z bawełny. Białą w czerwone róże. Ponieważ patrzyłem na nią z ogromnym uczuciem wydawała mi się piękna. Musiałem zapanować nad tym swoistym uniesieniem i w jakiś sposób osiągnąłem sukces. Teraz z odległości dwudziestu metrów, ukryty za sporym krzakiem, stwierdziłem, że jest bardzo ładna. Tylko jedna kobieta była piękniejsza. Clara. Nie mogłem zostać tu chwili dłużej. Zapamiętałem adres. Miałem małą misję. Zdobyć jej dane osobiste.
Istniała mała szansa, że już zna mojego ojca. Odszedłem kilkaset metrów wciąż czując tylko ją. Wziąłem taksówkę. Dojechałem do w miarę taniego motelu. Miałem jeszcze dwieście dolarów. Rozen miał mi przesłać pieniądze, kiedy otworzę konto w banku. Zapach i widok mojej przyszłej mamy tak mnie osłabił, że musiałem się zdrzemnąć, mimo że dopiero dochodziła szósta po południu. Rozebrałem się i wziąłem prysznic. Mimo strumieni wody czułem ją nadal. Z jednej strony to niosło ze sobą rozkosz, z drugiej cierpienie. Położyłem się do łóżka i zasnąłem.

Obudziłem się i od razu poczułem się dziwnie. Dlaczego? Obudziłem się w zupełnie innym miejscu. Ku mojemu zdziwieni miałem na sobie to samo ubranie, pieniądze, komórkę i dokumenty. Pierwszy wdech oznajmił mi, że ona jest. Obudziłem się w domu, nie w motelu. Sprawdziłem komórkę. Niestety bateria była całkowicie rozładowana. Wstałem z łóżka. Sądząc po zaroście musiałem spać dwa dni. Nie czułem głodu. Wziąłem prysznic i ubrałem się ponownie. Co dziwne nie musiałem załatwiać potrzeby fizjologicznej. Szybko wyszedłem z domu. Ponownie zaciągnąłem się powietrzem. Była niedaleko. Postanowiłem pojechać do jakiegoś miejsca, by naładować baterię. Na co nie zwróciliśmy obaj uwagi, Samuel dał mi komórkę, ale bez ładowarki. Zobaczyłem przejeżdżający samochód i zimny pot oblał mi plecy. Ktoś pruł po małej uliczce Porsche. To, że jechał dwadzieścia mil na godzinę za szybko nie stanowiło powodu reakcji mojego ciała, natomiast model auta, tak. Zobaczyłem bowiem zielone Porshe SUV model Macan turbo z roku 2020. Miałem dobrą pamięć z przyszłości i nie mogłem się mylić.
Czy ktoś lub coś ze mnie kpiło? Pozostawiono mnie w tej samej okolicy. Musiałem jak najszybciej się przekonać, który dokładnie jest dzisiaj dzień. Dwieście dolarów nie starczyłoby na nową komórkę. Zacząłem iść w kierunku większej ulicy. Znalazłem całodobowy sklep na rogu. Znajdowałem się około trzystu metrów od miejsca, gdzie dziesięć lat temu zobaczyłem moją przyszłą mamę. Rzut oka na gazetę postawił moje włosy na karku. Miałem się urodzić za trzy dni. Zostało trzy dni i dwieście dolarów w kieszeni. Poczułem coś jeszcze. Karta bankowa na nazwisko John Smith. Coś było definitywnie nie tak. Tylko co? Rozejrzałem się po sklepie. W rogu stał bankomat. Podszedłem i wcisnąłem kartę. Miałem na koncie blisko trzysta tysięcy dolarów. To był dobra wiadomość, pytanie brzmiało jak się tam znalazły. Zwykle do otwarcia konta potrzeba podpisu kilku papierów dokonanych przez właściciela konta. Ktoś to zrobił za mnie. Wyraźnie sobie ze mnie drwił. Na razie nie mogłem nic lepszego zrobić jak tylko odnaleźć mamę. Do tego nie potrzebowałem pomocy. Natura czy lepiej Bóg mnie tym obdarował. Tylko czy był dobry? Skoro był, to czemu dopuścił, żeby ktoś zabił mamę zaraz po urodzeniu. Już nie chciałem wspominać o innych sprawach.
Szedłem spokojnym krokiem i odkrywałem delikatne różnice w zapachu. Po dwudziestu minutach okazało się, że mieszka dwie ulice dalej niż dziesięć lat temu. Czekałem. W końcu wyszła na zewnątrz. Wyglądała nadal pięknie, z tym że jej brzuch robił wrażenie jakby połknęła piłkę plażową. Stałem dwadzieścia metrów od jej domku. Czekałem z nadzieją, że zobaczę tatę. Ale po pół godziny doszedłem do wniosku, że jest sama. Zostało jej niewiele dni. Musiałem zakupić parę rzeczy. Czy ktoś zostawił mi pieniądze, żebym miał z nim bardziej równe szanse, czy też to stanowiło część gry i ten ktoś wiedział, że jest wygrany i tak? Jak mogłem w jedną noc przespać dziesięciu lat? Tylko jedno rozwiązanie dawało logiczna odpowiedź. Ten ktoś musiał się posługiwać maszyną czasu. Wobec tego gazeta mogła tam być. Wrócił i ją zabrał i podmienił. Miał całkowitą przewagę nade mną. Gdyby chciał mógł mnie zabić. Mógł wstawić mnie w inny czas, na przykład w ten sam i ponownie bym się znalazł w ośrodku Arka. Dlaczego jednak w jakiś sposób dał mi pieniądze? Prawdopodobnie bawił się ze mną jak kot z myszką. Musiałem kupić samochód i oczywiście pistolet, karabin z lunetą i kilka noży. Postanowiłem też poszukać powiązań w świecie przestępczym. Zgodnie z moimi przypuszczeniami wynajęto kogoś, żeby zabił mamę. Kiedy to zrobił, ktoś inny wykończył zabójcę. Miałem prawie pewność, że ten drugi osobnik był również wynajęty. W ostateczności mogłem pilnować mamusi. Zabić jej niedoszłego zabójcę i ukryć ją bezpiecznie. Tylko w zaistniałej sytuacji istniał hak na mnie. Zawsze i każdego dnia mogłem być przeniesiony w czasie. Jak i gdzie, o tym nie miałem pojęcia. I wówczas pomyślałem o jednym. Ten ktoś mógł wynajmować ludzi do zabijania, ale jeżeli chodziło o mnie, nie mógł nikomu ufać. W takim razie mogłem wykorzystać swoje atuty. Zmysł zapachu i pamięć. Dar pamiętania nie mógł mi się przydać w tym wypadku, ale dar odróżniana zapachów, tak. Pociągnąłem nosem. Znałem ten zapach.
Zanim miałem kupić samochód, a nawet broń, musiałem odkryć kto jest moim wrogiem. Moim, Clary, Thomasa, mojej mamy i całego świata. Zacząłem oddzielać pojedynczych ludzi. Zacząłem od najważniejszych. Deermild, Ito, Michael, a nawet Baxter. Nie zapomniałem Xsi Minga. Ale wciąż to nie był ten właściwy trop. I w końcu odkryłem. Jak to możliwe? Człowiek z ośrodka Arka, Robert Russell. I w tym momencie przypomniałem sobie naszą rozmowę. Ja go zapytałem kto jest najważniejszy. On rzekł, że Bóg. Zapytał mnie co bym chciał, a ja odrzekłem, że być ponad. Czyżby moja wypowiedź zainspirowała go do niemożliwego? W końcu nikt nie może być ponad Bogiem, a nawet być mu równym, ale ludzkie ego czasem sprawia, że człowiek zapomina kim jest i postępuje jakby prawa natury go nie obowiązywały. Musiałem to sprawdzić. Znaleźć Russela. Odkryć gdzie ma maszynę czasu i ją zniszczyć. I być pewnym, że w czasie, nie ma innego Roberta Russela. Bo sprawa z czasem nie jest tak prosta. Skoro ja mogłem być dwa razy w przeszłości, on również. Pytanie brzmiało, w jaki sposób mnie podszedł i zabrał podczas snu i posłał dziesięć lat potem. To nie mogło się zdarzyć. Z pewnością Robert wiedział, że ja chcę odszukać mamę. Czyli pozostawało jedno. Musiałem uczulić się na jego zapach bardziej niż mamy czy Clary. Znowu musiałem się skupić. Poczułem go po chwili. Nie znajdował się daleko, zreszta, dlaczego miałby? Czemu dał mi kartę bankową i jak przelał kwotę i to zdecydowanie większą niż dostałbym od Rozena, tego również nie wiedziałem. Nie wykończył Baxtera, pozwolił być mu, swoim zwierzchnikiem. Czego chciałem jeszcze, a może głównie, to nie dopuścić do powstania takiego świata, w jakim miałem żyć za dwadzieścia sześć lat. To wiedziałem na pewno. Czy spodziewałem się, że stworzę raj na ziemi? Z pewnością nie. Ludzie mieli w naturze zabijanie, kradzież, gwałt i zdrady. Ale w warunkach korporacji i mega–miast nie mieli szansy stać się ludźmi. Może i o tym myśleli Xsi Ming i Ito Osinoko, ale oni po prostu chcieli wszystkich zabić. Ja chciałem pozwolić ludziom żyć. Dokonywać wyborów i popełniać błędy.
Pobrałem dziesięć tysięcy i po godzinie miałem już dwa dobrej klasy pistolety i kilka noży. Złapałem trop Russela. Pod wieczór odkryłem gdzie jest. Miał właśnie spotkanie z Baxterem i kilkoma innymi ludźmi. Zawiązywali projekt Arka. Pożegnał się z Ottonem i wsiadł do swojego BMW, SUV X5. Oczywiście w białym kolorze. Poprosiłem taksówkarza, żeby jechał za nim.
–Jakaś poważna spraw? – zapytał mężczyzna w średnim wieku.
– Można tak powiedzieć. Moja żona i on mają romans. Już długo coś podejrzewałem.
– Tak, wiem coś o tym. Taksówkarze wiedzą wiele.
Jechaliśmy w milczeniu. W końcu zobaczyłem, gdzie Russel mieszka.
– Tu proszę się zatrzymać. Poczekam na moją żonę. Może uda mi się ją nakłonić do zaniechania zdrad.
Facet się uśmiechnął.
– Jest pan wyrozumiały, ja bym i jemu i jej obił twarz, a potem złożył papiery o rozwód.
Kocham ją — udałem zasmuconego.
Dla kamuflażu miałem ciemne okulary jasną perukę i doklejoną brodę. Wiadomo z jakich powodów. Miałem zamiar zabić Roberta, ale najpierw z nim porozmawiać.
Robert nie był jeszcze nikim ważnym, by mieć ochronę. Liczyłem jednak, że mogę mieć kłopoty. Rozejrzałem się za kamerami, ale ich nie dostrzegłem. Obszedłem posesję i zakradłem się od tyłu. Zamiast wejść do domu, pozostałem ukryty w krzakach ogrodu. Szczęście mi sprzyjało. Wyszedł na dwór, żeby pooddychać świeżym powietrzem. Wyszedłem z ukrycia. Nawet się nie zdziwił.
– Znalazłeś mnie Scott – rzekł bez strachu.
– Dlaczego kazałeś zabić moją mamę?
– Na razie jeszcze żyje, a ty w jej brzuchu. Nie sądzisz, że to fascynujące?
– Nie sądzę.
Musiał nacisnąć coś, bo z domu wyskoczyło dwóch gości i bez ostrzeżenia zaczęli strzelać. No cóż, nie było łatwo mnie zabić, ani nawet trafić. Po dwóch sekundach leżeli zabici. Dla pewności strzelałem w odkryte miejsca. Jeden dostał w czoło, drugi w szyję. Nie skończyłem rozmowy z Russelem, ale w odruchu zawodowym, strzeliłem. Gdyby miał koszulkę kuloodporną byłby cały, ale nie miał. Dostał w wątrobę.
– Już wydałem rozkaz, by zabić Julię Hendrix.
– Znasz mnie, to nic nie da. Dlaczego? Tylko to chciałem wiedzieć.
–Zbudowaliśmy zły świat. Sądzisz, że Baxter jest ideałem? Nie jest. Ale tylko ja zrozumiałem, że trzeba to zniszczyć. Bóg się pomylił, a Diabeł się ociągał. A ty wszystko spieprzyłeś. Teraz ty jesteś odpowiedzialny za ten bałagan.
– Są już sztuczne wątroby? – zapytałem.
– Wiesz, że nie. I wątpię, czy dożyję do przeszczepu.
– Nie ma takiej opcji, żebyś dożył, Robert.
– Strzeliłem mu dokładnie między oczy.
– Coś za łatwo poszło – szepnąłem do siebie.
Musiałem się oddalić od jego posiadłości. Wytarłem dokładnie odciski na mojej broni. Przeniosłem ciało jednego z ochrony na miejsce, gdzie stałem. Tania i zbyt banalna podmianka. Ale nie miałem lepszego pomysłu. Nie mogłem być podejrzany, ponieważ jeszcze nie istniałem w tej rzeczywistości. Pozostała maszyna czasu. Gdzie ją miał? Może właśnie tu? Wszedłem do domu. Pierwsze co mi przyszło do głowy to piwnica. I mój zmysł mnie nie zmylił. Dość duża skrzynka z pulpitem i kilkunastoma przyciskami. Nawet gdybym ją zniszczył, ktoś mógłby poskładać ją do kupy. Pewnie Thomas miałby pomysł, ale go tu nie było. Po dwóch minutach udał mi się włączyć ekran. Tylko dlatego, że maszyna wyglądała podobnie jak maszyna Bramsa. Różnicę stanowił pilot. Można było nim ustawić docelowy czas przeskoku. Napisałem dziesięć tysięcy BC. Bo taki miała zasięg. Oczywiście nie miałem zamiaru tam się przenosić, za to wysłałem tam włączonego pilota. Odsunąłem się na wszelki wypadek. Po minucie nic się nie stało, ale dosłownie w ułamku chwili potem maszyna zniknęła.
– Ciekawe – mruknąłem.
Kiedy uśmiechnąłem się zadowolony, usłyszałem buczenie.
– Nie jest dobrze. – wyszeptałem.
Wybiegłem z domu jak szybko mogłem. Detonacja rzuciła mnie na trawę. Z domu niewiele zostało. Pomyślałem, tylko że nie dowiedziałem się jak mnie zdołał przenieść do tego czasu, ale nie za bardzo liczyłem, że mi powie. Teraz mi pozostało tylko dwie rzeczy. Uratować tatusia i mamusię. Tatusia mogłem znaleźć pod warunkiem, że zbliżę się do mamusi i rozpoznam jego zapach, bo jakoś słabo wierzyłem, że jest z nią. Dla pewności zacząłem iść w kierunku jej domu. Potrzebowałem spaceru. Kilka minut później usłyszałem syreny policyjne.
Około ósmej wieczór dotarłem do jej domu. Tatuś musiał być niezbyt miłym gościem, jeżeli zostawił kobietę w dziewiątym miesiącu samą i to mu postanowiłem powiedzieć.
Kiedy zrobiło się ciemno, podszedłem bliżej i patrzyłem w okna. Nikogo. Sama z wielkim brzuchem.
Poczułem głód. Czy miałem czekać do czasu rozwiązania z poznaniem mamusi?
Postanowiłem inaczej. Zrobiłem coś zupełnie głupiego i mało profesjonalnego. Zapukałem do jej drzwi. Stałem naprzeciw judasza. Po chwili usłyszałem jak podchodzi. Jednak była sama.
– Kto tam?
– Proszę wybaczyć, jestem Scott Siena i się zgubiłem.
Musiała być albo bardzo naiwna lub bardzo odważna. Otworzyła nie mając nic w dłoniach.
– Czego pan szuka?
– Szukam nijakiego Johna Smitha. Powinien mieszkać w tej okolicy.
– Proszę wybaczyć, ale nie znam pana Smitha.
Opisałem jej wygląd Russella.
– Nikogo takiego nie znam.
Uśmiechnąłem się i rzekłem.
– Dziękuję, że pani otworzyła. Przyleciałem niedawno ze wschodu i nie znam tu nikogo. Może pani mąż zna tego Johna Smitha?
– Mąż? Ciekawe gdzie przebywa. A tak wydawało się pięknie. Trzy tygodnie go już nie ma. Co ja pocznę w takim stanie – zmartwiła się nieco.
Musiałem naprawdę uważać, bo jej zapach i obecność działała na mnie zniewalająco, powiedziałbym, że nawet silniej niż Clara.
– Proszę wybaczyć najście. Z pewnością mąż wróci na czas, mężczyźni tacy są.
– Mówiłam, że złe towarzystwo mu przysporzy kłopotów. Podobno ma ogromne długi w kasynie i jeszcze w paru miejscach, ale po co ja panu to mówię.
– Nie szkodzi. W takim razie, gdybym mógł w czymś pomóc...rano.
– Ciemno już. Dobrze panu z oczu patrzy. Może pan głodny?
– Prawdę mówiąc, nie miałem nic w ustach od dłuższego czasu.
– To się dobrze składa, bo ma trochę gulaszu z sosem pomidorowym. Pokupowałam trochę rzeczy dla dziecka, ale mam kłopot ze złożeniem łóżeczka. Sklep ma kogoś wysłać.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction i thrillery, użył 3298 słów i 18324 znaków, zaktualizował 21 gru 2020.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto