Reguła zabijania cz 13

W końcu miałem za sobą osiemnaście lat treningu. Koks wypuścił lewy prosty, ale szykował się prawym. Cóż, wiedziałem. Zrobiłem unik i wyprzedziłem jego prawicę. Dosłał w szczękę, ale nie centralnie. Chrupnęło, ale inaczej niż w przypadku czarnego. Wybiłem mu szczękę i natychmiast stracił przytomność. Widownia zawyła z zachwytu. Nogi Koksa drżały. Jego opiekun wyleciał z rogu i sprawdził co z nim.

— Zabiłeś go? — zapytał przerażony.

— Nie, wybiłem mu szczękę. Ja dojdzie do siebie, będzie mu musiał ktoś ją nastawić.

— Kurwa, jak to? Nie mam pojęcia jak to zrobić. Wołać lekarza?

— Zrobię to sam.

— To zrób i w miarę szybko. Wiesz ile straciłem przez ciebie?

Pochyliłem się nad biedakiem. Był nadal nieprzytomny. Wprawnie ująłem jego nienaturalnie ustawioną szczękę i wstawiłem na miejsce. Dobrze, że odpłyną, ponieważ ten zabieg jest również bardzo bolesny.

— Chcesz, żeby wrócił do przytomności szybciej?

— Jak chcesz. I tak straciłem dziesięć tysięcy. Kurwa, skąd się wziąłeś?

Pochyliłem się ponownie nad poszkodowanym i ucisnąłem właściwy punkt. Facet zaczął jęczeć.

Wróciłem do swoich chłopaków.

— Jesteś dobry. Będziesz walczył z tym łysym. Jak wygrasz z nim, masz przechlapane. Twoim następnym przeciwnikiem będzie Złoty Sierp.— wskazał gościa.

Facet miał coś złego w oczach. Ubrany dobrze, właśnie się pojawił i spojrzał na mnie.

George stał i czekał jak pozwolą mu mówić.

— Wiedziałem, że dasz radę. Ten łysy nie jest tak szybki, ale ma bardzo odporną szczękę. Cios ma okropnie silny. Ty robisz wrażenie, że jesteś szybki. Długo trenowałeś?

— Trochę.

Próbowałem nie słyszeć dzikiego tłumu. Obserwowałem następne walki. Okazało się, że po łysym miałem walczyć z mężczyzną z Azji. Musiał ćwiczyć walki wschodu. Jednak bokserzy mają nadal przewagę nad wojownikami wschodnich sztuk walki, bo używają tylko rąk do zadawania ciosów. Oczywiście nogi pełnią ważną sprawę.

W końcu, po blisko pół godzinie stanąłem do walki z łysym. Ten robił wrażenie dobrotliwego, ale miał małe szaleństwo w oczach. Podszedł do mnie.

— Szybki jesteś, ale twoje ciosy nic mi nie zrobią.

Chwycił glinianą doniczkę, którą wnikliwie obserwowałem, bo ostrożności nigdy nie za wiele. Łysy walnął się nią w szczękę, a ta rozsypała się w ostre kawałki.

— Zabiję cię — wycedził.

— Są reguły w tym fachu. — odrzekłem.

— Pyskujesz młokosie? Będziesz żałował.

Wysłuchałem go bez emocji i czekałem.

— Panie i panowie. Za chwilę walczyć będzie Stalowa szczęka i Biały tygrys. Stalowa szczęka wygrał do tej pory osiem razy i nie przegrał w żadnej walce. Jeżeli zwycięży Białego tygrysa, zmierzy się z samym Złotym sierpem.

Po chwili usłyszałem dźwięk rozpoczynający walkę. Łysy nie obawiał się ciosów i chciał pokazać jak bardzo jest odporny. Nie chciałem go uderzyć. Miałem pięści na wysokości szczęki, ale tylko chodziłem i robiłem uniki.

— Wal, młody — zachęcał łysy.

— Ty pokaż co potrafisz — odrzekłem.

Chciał mnie uderzyć mocnym sierpem w korpus. Oczywiście zrobiłem unik. Zaczął wyprowadzać proste z podobnym rezultatem. Widownia reagował dzikimi wrzaskami i gwizdaniem. Łysy poczuł się obrażony, ponieważ nie wyprowadziłem ciosu, a on nie mógł mnie trafić.

— Wal, kurwa. Jesteś ciotą? — stanął z opuszczonymi rękami i czekał.

Uderzyłem go w wątrobę. Zwinął się i upadł. Nie ma ludzi odpornych na ten cios.

Nie słyszałem tłumu. Do Garrego podszedł sekundant Złotego sierpa.

— Mój zawodnik chce walczyć z tym facetem — pokazał na mnie.

Zaczęli rozmawiać cicho, ale i tak słyszałem. Po chwili skończyli.

— Zmieniły się reguły. Dobrze będzie jak zdejmiesz koszulkę. Złoty sierp będzie walczył tylko z tobą. Nadal jesteś na przegranej pozycji w związku z tym stawiają jeden do dziesięciu na niego.

— Panie i Panowie. Nasze odkrycie Biały tygrys pokonał w pierwszej rundzie Stalową szczękę ciosem w wątrobę. Za godzinę mistrz Nowego Jorku, Złoty sierp, zawalczmy z Białym tygrysem.

— Jak się nazywasz? — zapytał Garry.

— Scott.

— Scott jak?

— Siena.

— Dobra, będziecie rozmawiać. Znaczy manager Złotego sierpa i ty. Nie chce rozmawiać ze mną. Słuchaj co mówi i się zastosuj.

Po chwili podszedł facet około czterdziestki.

— Jestem Henry Fray. Idziemy.

— Nigdzie nie idę. Czego chcesz? — widziałem nienawistne spojrzenie mojego managera, po zupełnie zignorowałem co powiedział.

— Dobrze cwaniaku. Dzisiaj będzie tutaj twój pogrzeb. Chciałem się dogadać...

Odszedł zły jak cholera i coś szeptał do swojego pupilka, a tamten tylko się uśmiechnął.

— Coś ty narobił idioto!

— Garry, jeszcze raz tak powiesz i nie będzie dobrze.

— Co, grozisz mi? Myślisz, że jesteś taki dobry? Pieprz się.

Po chwili podszedł facet ubrany w dobre klasy ubranie.

— Kłopoty? Jestem Sam. Podoba mi się sposób jak walczysz. Postawiłem na ciebie dziesięć tysięcy. Ponieważ stawiają jeden do dziesięciu jak wygrasz zarobię sto tysięcy. Dostaniesz pięćdziesiąt pięć.

— A ty ile zgarniesz?

— Resztę. Wygraj, a uczynię cię bogatym.

— Dobrze, dziękuję, że wierzysz we mnie.

Zastałem sam z George, Kevinem i Lu.

— Stracimy wszystko jak przegrasz. Nie rozumiem, dlaczego nie chciałeś pójść na kompromis. Ten Garry to kawał chuja. Właśnie się dowiedziałem.

— Lepiej się dowiedz kim jest Sam.

— Jasne, wojowniku.

Siedziałem spokojnie i czekałem na walkę. Widziałem, że Sam nie spuszcza mnie z oka. W końcu przyszedł moment prawdy. Nie widziałem jak walczy Złoty sierp, bo jako mistrz, miał walczyć z wygranym. Mój proponowany przeciwnik ze wschodu wygrał i był bardzo zły, że nie będzie walczył ze Złotym sierpem. Podszedł do nas.

— Życzę ci porażki, wtedy ja będę walczył z tym blondynem.

— Szkoda, że nie jesteś miły.

Odszedł, przynajmniej nie ubliżał i nie obrażał.

Złoty sierp miał na sobie spodnie z wełny, nie gorszej klasy niż te, które miałem poprzednio. I buty też miał dobrej klasy. Musiał być narcyzem i pewniakiem, bo kto walczy w takim ubraniu? Zdjął drogą jedwabną koszulę w kwiaty. Miał zarysowane mięśnie bez grama tłuszczu.

— Biały tygrys proszony jest o zdjęcie koszulki — ogłosił zapowiadający.

Zrobiłem to niechętnie. Powstał szmer z pierwszych rzędów. Oczywiście z powodu moich licznych szram. Blondyn skrzywił usta.

— To musiało boleć. Sprawie, że będzie cię bolało więcej.

Poczułem, że ten facet jest mordercą. Na ringu i w życiu. Chyba lubił sprawiać ból. Miał szybkie, urywane ruchy. Poszukałem wzrokiem Sama. Skinąłem głową.

Podszedł szybko.

— Ten facet zabił kogoś poza ringiem?

— Tak szepczą. Pracuje dla mafii. Ma paskudny charakter nie tylko dla mężczyzn. Czemu pytasz?

— Mam ochotę go zabić.

Rozen skrzywił się.

— Narazisz się, ale postaram ci się pomóc. Dlaczego chcesz to zrobić? Inni tak mówią, lecz ty nie żartujesz.

— Zabił wiele niewinnych ludzi. Poza ringiem.

— Tak mówią.

— Już nie zabije nikogo. Mam swoje reguły.

— Panie i panowie. Przed nami walka wieczoru. Niepokonany Złoty sierp i odkrycie wieczoru, Biały tygrys.

Po chwili stanęliśmy do pojedynku. Widziałem cyniczny uśmiech pewniaczka.

Chodził lekko, był szybki. Z pewnością umiał zabijać swoimi rekami. I nie tylko. Prawdopodobnie potrafił walczyć nożem i strzelać. Miał trzydzieści lat. Pierwszy jego cios, prawie mnie trafił, drugi równie szybki obtarł moja twarz. Zobaczyłem zdziwienie na jego bezczelnym obliczu, sądził, że oberwę. Wyczułem trzeci cios i zszedłem z linii. Chciałem mu pokazać, że czasem jest jeszcze inny ból. Trafiłem go prosto w pięść. To rzadka sztuka. Bez względu na wynik pojedynku już nigdy nie stanie na ringu. Jęknął. Miał zgruchotany prawy nadgarstek. Miałem bardzo twarde kości pięści. Jego ból spowodował, że zawahał się przed rozpaczliwym lewym sierpem. Tak Złoty sierp był mańkutem. Wyprowadził, mimo bólu lewy sierp. Stanowczo za późno. Poczułem tylko powiew powietrza przy policzku. Zmieniłem pozycję i strzeliłem prostym w skroń. Poczułem kostkami jak kość pęka. Poleciał jak kłoda. Prawdopodobnie nawet nie poczuł, kiedy umarł. Nerwy pracowały nadal. Jego czarne spodnie w kroku, zrobiły się mokre, a ciałem wstrząsały ostanie konwulsje.

Na ringu znalazło się kilka osób.

— Prędko, idziemy. — szepnął Rozen.

Umiał wykorzystać chwilę. Po minucie wyszliśmy tylnym wyjściem.

— A twoje pieniądze? — zapytałem.

— Na razie martwię się o twój tyłek. Nie sądziłem, że go zabijesz. Zabiłeś już kogoś?

— Nie pamiętam.

— Dziwne. Naprawdę? Co mu zrobiłeś w rękę?

— Zgruchotałem nadgarstek. I tak już nigdy by nie walczył, chociaż kończący cios miał z lewej reki.

— Mafia będzie cię szukać. Ukryję cię. W końcu będą mieli innego zawodnika.

Wsiedliśmy do czarnego Mercedesa. Sam prowadził nieźle.

— Mam oddać trochę pieniędzy tym czarnym.

— O ile ich nie zabiją. Załatwię to. Mam układy. Potrzebujesz czegoś?

— Dokumentów i pieniędzy.

— Dobra, postaram się dostarczyć jutro. Zrobię ci tylko zdjęcie. Dobrze będzie jak znikniesz. Najlepiej jak pojedziesz do Kalifornii.

— Właśnie miałem taki zamiar. Ale wolałbym polecieć.

— Jasne. Cholera. Mam znajomości.

— Reprezentujesz przecina stronę mafii? Jesteś Żydem?

— Nazwisko typowe dla moich ludzi. Tak, jestem członkiem mafii żydowskiej. Skąd wiesz, że taka istnieje?

— Cos słyszałem. Walczycie z Ruskimi i Irlandczykami. Włosi tracą grunt.

Pokiwał głową.

— Nie mogę uwierzyć, że zabiłeś tego gościa. Co czujesz?

— Nic. Mam ważne sprawy do załatwienia.

— Nic o tobie nie wiem. Będziesz potrzebował broni. Dam ci kontakty w Los Angeles. Wierzę, że umiesz się odwdzięczyć.

— Jeżeli nie jesteś złym człowiekiem, tak.

— A jeżeli jestem? — uśmiechnął się miło.

— To się popraw. — odrzekłem poważnie.

— Staram się być uczciwy. Nawet w tym fachu można. Pewnie nie wiesz co mam na myśli.

— Sądzę, że wiem.

— Masz możliwość załatwienia broni?

— Umiesz dobrze strzelać? — zobaczyłem błysk w jego oczach.

— Pewnie tak. Nie pamiętam.

Popatrzył na mnie wnikliwie.

— Jestem zabójcą na zlecenie i od razu odczułem, że ty też jesteś. Ale nigdy o tobie nie słyszałem.

— To trochę skomplikowane i nie będę o tym mówił, bo nie pamiętam. Dzięki, że pomogłeś. Mam nadzieję, że nie będziesz miał kłopotów.

— Kłopoty nie są problemem. Widzisz, z wrogami sobie radzę, obawiam się tylko przyjaciół.

— Tak, ktoś to powiedział.

— Wiem. Tu jesteś bezpieczny. Dam ci broń, zawsze jest lepiej mieć coś pod ręką. Jutro dostaniesz dokumenty. Czy ma być Scott Siena? Jest całe mnóstwo Scottów Siena.

— O ile wiem najpopularniejsze imię i nazwisko to John Smith.

— Racja, będziesz John Smith. Polecisz do Los Angeles i tam spotkasz kogoś, kogo znam. Jesteś głodny?.

— Chętnie coś zjem. Dawno nie jadłem.

— Zaraz coś przygotuję. Masz jakieś wymagania?

— Nie jem mięsa, rybę tak.

Samuel Rozen poszedł do kuchni, a ja siedziałem w salonie i patrzyłem na jego książki. Miał sporą bibliotekę. Prawdę mówiąc, nie wyglądał na zabójcę, ale czy ja wyglądałem?

Miałem chwilę, by pomyśleć o tym, co zrobiłem. Może wystarczyło tylko, że połamałem mu kości w nadgarstku. Tyle że wyczułem od niego takie zło, którego nie czułem od nikogo. Jakkolwiek nie miałem zamiaru być zabójcą na zlecenie w tej rzeczywistości.

Sam przyszedł po kwadransie.

— Gotowe, mam nadzieję, że ci będzie smakowało.

— Dziękuję.

Wszedłem do kuchni. Oczywiście już w salonie czułem miłe zapachy tego, co Samuel przyrządzał.

Zrobił rybę w sosie pomidorowym z cebulą i małą ilością czosnku. Dodatkowo sos zawierał czerwoną paprykę, pieczarki i wiele egzotycznych przypraw indyjskich. Umiał gotować, to trzeba mu było przyznać.

— Coś dobrego do picia, mam na myśli alkohol?

— Dobry koniak lub inne trunki na poziomie czterdziestu procent.

— Mam whiskey z czarnym paskiem, co myślisz?

— Nie odmówię. Obiad był wyśmienity. Usiedliśmy na kanapie ze szklankami trunku w dłoniach.

— Co mnie zaskoczyło to cios w kości pięści. Przecież sam mogłeś doznać złamania.

— To czysta fizyka. Kiedy uderzasz szybko i precyzyjnie, nie możesz sobie zrobić krzywdy.

— Nie jestem dobry w walce, oczywiście znam podstawowe uderzenia, które pozbawiają życie jednak głównie strzelam.

— Rozumiem.

— Jesteś bardzo tajemniczy. Robisz wrażenie człowieka o bardzo silnej osobowości. Zupełne nie rozumiem jak mogłeś stracić dokumenty i wszystko.

— Doznałem wypadku i straciłem pamięć — musiałem mu coś odpowiedzieć na szybko.

— Czyli może pracowałeś dla jakiejś agencji i wcześniej czy później ktoś cię odnajdzie. Gorzej, jeżeli nie wykonałeś zadania, wówczas możesz mieć kłopoty.

— Nic na to nie poradzę. Nie wiem jak się nazywam i czy mam kogoś, czy nie? Znalazłem się w jakimś opuszczonym domu blisko Brooklynu. Podświadomie coś mnie kieruje na zachód. Może odnajdę swoją przeszłość.

— Życzę ci tego. Zapomniałeś najważniejsze informacje, ale nie zapomniałeś tego, co robiłeś.

— Czy ja wiem? Mam blizny i wydedukowałem, że mogłem coś takiego robić. Czułem, że potrafię się bić.

— Musisz być dobry w te klocki, skoro pokonałeś mistrza. Nie żałuję gościa, wyjątkowa kreatura.

— Sam, proszę cię, żebyś oddał pieniądze tym murzynom. Czy jesteś bezpieczny? Nie wiem, czy ktoś widział, że jedziesz ze mną, skoro twierdzisz, że naraziłem się włoskiej mafii, może będą cię chcieli zmusić, żebyś mnie nakłonił do pracy dla nich.

— Całkiem możliwe, dlatego nie kontaktuj się ze mną. Ja sobie dam radę, mam również ludzi, którzy mnie chronią. Gorzej z tobą. Mam tylko nadzieję, że dasz radę.

— Być może przypomnę sobie kim jestem, wówczas ja się z tobą skontaktuję. Masz jakieś bezpieczny kontakt?

Rozen napisał coś na kartce i podał mi.

— To numer skrzynki pocztowej. Bardzo bezpieczy sposób.

— Dziękuję za wszystko.

— Drobiazg. Nie wiadomo, może kiedyś ty pomożesz komuś jak ja tobie, a może już to nie raz uczyniłeś. Wierzę w przeznaczenie i karmę. Zabijam złych. Nie zabijam dzieci ani kobiet w ciąży. Ci, dla których pracuję o tym wiedzą. Nie wspomnę o tobie, ale jeżeli mnie sami postawią przed faktem dokonanym, powiem jak najmniej, dobrze?

— Oczywiście Samuelu. Wspominałeś o broni.

— Skoro lecisz, nie możesz mieć broni. Dam ci jednak adres w LA, tam mam swojego człowieka i on da ci broń.

Znowu coś napisał i podał mi kolejną kartkę.

— Dziękuję.

— Zrób sobie kąpiel i czas na spoczynek. Przygotuję wszystko.

— Przypomniałem sobie o ubraniu. Lubiłem je.

— Murzyni mają moje ubranie, odbierz je. Jak znajdę lokum to poproszę byś mi przysłał, dobrze?

— Lepiej wynajmij skrzynkę pocztową. Oczywiście, że ci przyślę. Co to ma być?

— Czarne spodnie z dobrej wełny, biała koszula z jedwabiu i buty z aligatora. Ciemnoniebieskie.

— Załatwię. Dam pieniądze, dopiero kiedy dostanę ubranie.

— George jest ich szefem. To drobni przestępcy. Mam nadzieję, że będą bezpieczni.

— Nikt nie będzie zaczepiał płotek. Ja mogę mieć kłopoty, ale dam radę.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction i thrillery, użył 2647 słów i 15752 znaków.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Almach99

    Boze, strzez mnie od moich przyjaciol. Z wrogami sam sobie poradze

  • AlexAthame

    @Almach99 Od tego miejsca zaczyna sie ciekawie