Reguła zabijania cz 12

Coś z pewnością nie grało. Moi nowi znajomi nie robili wrażenia, że żartują. Rzuciłem okiem na pojazdy. Trochę znałem historię aut. Po minucie musiałem przyznać, że nie dostrzegłem żadnego modelu młodszego niż 2010, czyli wylądowałem naprawdę dziesięć lat wcześniej niż planowałem. W tym układzie wszystko się komplikowało. Prawdopodobnie ani Russell, ani Baxter nie mogli być jeszcze znani. Przesuniecie czasu znacznie utrudniało mi nawiązanie relacji z moją mamą. Być może nie jeszcze nie poznała nawet mojego ojca. Skupiłem się na chwilkę i przypomniałem sobie, że mama podczas porodu mogła mieć nieco mniej niż trzydzieści lat. Prawdopodobnie, a to mówiło mi moje przeczucie, miała tyle lat co ja teraz. Ponieważ miałem do niej nastawienie uczuciowe, to mogło jeszcze bardziej skomplikować. Pozostawała jeszcze najważniejsza sprawa. Gazeta. Skąd mogla się tam wziąć? Postanowiłem tam wrócić i sprawdzić, czy mi się nie wydawało. Mogła być data z tego roku, a ja zobaczyłem co chciałem. Z uwagi na obecną sytuację nie mogłem wrócić teraz.

— No tak. Oczywiście, że 2010 — rzekłem.

— Żartowniś z ciebie — skwitował to Kevin.

George wrócił.

— Walki są dziś wieczorem o ósmej. Jesteś gotowy?

— Tak.

— Gerry chce dodatkowe pięć procent.

— A jeżeli odmówię?

— On ma tam układy. Chce cię sprawdzić, ma więcej do stracenia niż my.

— Sprawdzić? Chce ze mną walczyć?

— Och nie. Ma swojego wojownika. Jest niezły dwa razy wygrał, raz przegrał. Gerry nie ma forsy na dwóch. Powiedział, że jeżeli pokonasz tamtego to wchodzisz.

— Czy ja mogę z nim porozmawiać?

— O nie. Musisz przyjąć warunki. W tym interesie zawsze jest ktoś nad tobą.

— Ile zarabia mistrz.

— Tutejszy czy znany? W każdym wielkim mieście jest jeden. Jeżeli są zawody mistrzów obstawiają miliony. Bardzo dobry może zgarnąć koło pięćdziesięciu tysięcy za wieczór.

— To mało. Uderzenia bez ochrony mogą zabić. Mistrz świata w boksie zarabia kilkanaście milionów za walkę.

Zaczęli się śmiać.

— Pokonałbyś braci Kliczko albo chociaż Davida Haye?

— Z pewnością nie, ja tylko porównuję.

— Pokonaj tego gościa to zobaczymy co dalej. Widziałem twoje blizny, ale to nie wystarczy. Tu musisz używać tylko pięści.

No tak, nie mogłem kopać, uderzać kantem dłoni czy palcami. Musiałem o tym pamiętać. Chciałem dostać się na zachód. Musiałem zdobyć dokumenty. Nie chciałem zabijać. Nie teraz.

— Dobra, niech będzie. Dzięki, że pomagasz.

— Nie ma sprawy, facet. Może dasz radę.

— Kiedy ma być ten sprawdzian?

— Od razu tam. Mam adres i musimy tam być o siódmej trzydzieści. Widzisz jak jest, jeszcze nie zarobiłeś centa a ja już muszę w ciebie zainwestować. Nie możesz walczyć w wełnianych spodniach, jedwabnej koszuli i z pewnością w butach z aligatora. Jak przegrasz, zabieram buty.

Cóż, świat jest twardy. Nie mogłem liczyć na współczucie i wsparcie. Czy dam radę?

— Jest dwadzieścia po piątej. Pojedziemy kupić ci spodnie i koszulę. Nie masz nic przeciwko jeansom?

— Wranglery mogą być, chociaż lubię Levi Straussy.

— To kosztuje koło setki. Zwykłe jeansy kosztują połowę, następne piętnaście dolarów koszulka z bawełny.

— Dostaniesz buty za tysiąc dolarów jak przegram. Przestań być skąpy — powiedziałem.

Spojrzał na mnie i nic nie powiedział.

— Tysiąc dolarów kosztowały nowe — rzekł po chwili.

Rozumiałem gościa. Pewnie ryzykował reputację. Coś musiał przecież powiedzieć napakowanemu osiłkowi. Pojechaliśmy do sklepów. W moich czasach ludzie nie chodzili do takich miejsc, ponieważ ich nie było. Wszystko przychodziło z zamówień. Obserwowałem ten świat. Czy był lepszy? Nie mnie to oceniać. Chciałem uratować mamę i moich przyjaciół z przeszłości. Nie chciałem myśleć co się z nimi tam stało. Wiedziałem. Zginęli w ułamku chwili. Gdzieś w tym świecie mieszkała mama i tata Clary iThomasa. Niestety nie mogłem wiedzieć gdzie. Pamiętałem zapach mamy. Znalazłbym blondynkę i wszystkich innych, ale jeszcze ich tu nie było. Dwie komórki. Wybrane nasienie ojca i jajo jej mamy. Potem jedzenie, picie i reakcja na to w macicy jej matki. Z tego ma powstać ciało przyszłego Thomasa i Clary. I wówczas zadrżałem. Czy aby na pewno? Podobno podróże w przeszłość mogą zmienić rzeczywistość. Co, jeżeli przez moją ingerencję moja umiłowana się nie narodzi? Nie mogłem tak myśleć.

Dojechaliśmy do czegoś, co mogło być sklepem. Nazywali to supermarketami albo centrum handlowymi. Już wówczas wielkie korporacje zaczynały mieć wiele do powiedzenia.

Ukradkiem patrzyłem na ludzi. Rozmawiali. Robili wrażenie szczęśliwych. Usiłowałem sobie przypomnieć wydarzenia z tego okresu. Dziewięć lat temu zburzono wieże WTC. Od dziesiątków lat trwały wojny. Ostatnia wielka skończyła się ponad pół wieku temu. Od tego czasu próbowano nie dopuścić do następnej. Bo wówczas wcześniej czy później użyto by atomu. A tego nikt nie chciał. Widocznie jednak ta demoniczna idea nigdy nie zgasła skoro ktoś użył bomb wodorowych, by zabić moich przyjaciół. Doszliśmy do sklepu. George popatrzył na mnie.

— Jaki masz numer.

— Numer? O czym ty mówisz?

Z pewnością nie chodziło mu o siedemdziesiąt trzy.

— Jaki numer spodni nosisz. Trzydzieści sześć czy trzydzieści osiem.

— Wezmę oba i zobaczę. Można przymierzyć, prawda?

Coś pamiętałem, że tak wówczas kupowali. Oczywiście niektóre produkty, te osobiste nie można było mierzyć.

Dobra bierz i przymierz. Bluzka musi być dużego rozmiar, albo lepiej ekstra duża, będziesz miał luz — wymusił uśmiech na swojej twarzy.

Dostrzegłem dresy z bawełny.

— Może lepiej to? — pokazałem.

— Facet tam, jest fason. Ludzie walczą w spodniach jak te. W tym sobie możesz trenować. Wygrasz, zarobisz i sobie kupisz.

Odczułem, że George trochę się irytuje. Wyglądało, że muszę wygrać. Wziąłem dwie pary spodni i koszulkę bardzo z metka XL. Wszedłem do przymierzalni. Spodnie o wymiarze trzydzieści sześć były za ciasne. Trzydzieści osiem pasowały dobrze. Włożyłem koszulkę, a swoje spodnie i koszulę złożyłem w kostkę. Usłyszałem pukanie.

— Tak?

— Masz jeszcze sportowe buty. Następne sześćdziesiąt dolców.

Podał mi szare buty firmy Nike. Z czerwoną kartką, przecenione. Nowe kosztowały ponad sto dolarów. Z mojego ubrania z przyszłości pozostały mi bokserki i skarpetki. Cóż, tak już musiało być. Po kilku minutach George zapłacił kartą, a ja trzymałem dwie torby, jedna z butami drugą ze spodniami i koszulą. Wyszliśmy z centrum handlowego.

— Nie jesteś głodny?

— Nie specjalnie. Napiłbym się wody.

— Tylko nie pij za dużo. Może wolisz sok z pomarańczy albo coś innego?

— Woda wystarczy.

Być może humor mojego pomocnika się poprawił, bo uśmiechnął się i rzekł.

— Po walce stawiam obiad. I wiesz co? Przegrasz, buty i ubranie zatrzymasz. W jakiś inny sposób oddasz dług. Znasz się trochę na mechanice pojazdów?

— Nie na takich.

— A jakich.

— Innych — ugryzłem się w język zawczasu, bo chciałem powiedzieć, że bardziej zaawansowanych.

— Dobra nie stresuj się. Jedziemy.

Jechaliśmy w kierunku Manhattanu. Miejsce wyglądało podobnie jak ten nocny klub. Tylko przy wejściu dłużej trwały rozmowy.

— Coś trzeba pokazać, dokument?

— Tu odwrotnie. Im mniej wiedzą o tobie, tym lepiej dla obu stron. Czasami, chociaż bardzo rzadko może być nalot policji. Jeżeli cokolwiek jest nielegalne to gliny wsadzają swój nos. I to jest bardzo wkurzające.

Doszliśmy do wejścia. Stało tu dwóch gości wyglądających podobnie jak Garry.

— Stokrotka w lesie — rzekł George.

— Który z was?

— Ten — pokazał na mnie.

Kiwnął głową i weszliśmy.

— Bez hasła byś nie wszedł. — wytłumaczył mój pomocnik.

Zeszliśmy schodami w dół. Znajdowała się tu spora sala. Prawdopodobnie grali tu mecze w piłkę siatkową. Na ławkach siedziało koło setki ludzi.

— Umiesz walczyć nogami?

— Jasne.

— Jest jeszcze inna opcja. Są walki w klatkach. Tam można kopać, ale masz ochraniacze na rękach. Też można zarobić, ale tu więcej. Tylko są niestety zabici. Uważaj na skronie.

Podszedł do nas facet o rudych włosach i jasnej cerze.

— To ty mas zwalczyć? — zapytał.

— Tak.

Zlustrował mnie.

— Jak wygrasz dam ci nazwę Biały Tygrys. Masz próbną walkę z Czarną Kobrą.

Domyśliłem się, że to wojownik osiłka. Ryży zaprowadził nas do mniejszej sali. Tu było tylko kilka osób, żadnej widowni. Od razu zobaczyłem Czarną Kobrę. Był mniej więcej mojego wzrostu i musiał ćwiczyć na siłowni. Miał łysą głowę i liczył około trzydziestki. Spojrzał na mnie jakbym mu zabił całą rodzinę.

— Mam walczyć z tym białasem? — rzekł czarny.

— Masz problem z tym? — zapytał George.

— Wal się — warknął.

Podszedł do mnie.

— Wybije ci parę zębów, biały. Zrobiłeś błąd trafiając na mnie.

— Rozumiem. Jak masz na imię.

— Pierdol się — chciał od razu rzucić się na mnie, ale ryży go powstrzymał.

— Spokojnie Mike. Za chwilę.

Poszliśmy razem na miejsce zaznaczone na podłodze. Dostrzegłem ślady krwi. Prawdopodobnie myto posadzkę, ale niezbyt dokładnie.

— Walka ma trzy rundy po trzy minuty. Powodzenia.

Zauważyłem, że połowa osób w sali zostawiła swoje zajęcia, by popatrzeć. Czarny zdjął koszulkę. Posiadał stanowczo za dużo rozwiniętych mięśni. Czekałem na gong. Skupiłem się i obserwowałem. Wiedziałem, że zaatakuje szaleńczo, bo aż się palił, żeby zrobić to, co obiecał. Usłyszałem gong i Mike ruszył. Zaczął sierpem. Uchyliłem się i uderzyłem go w żołądek. Powinienem mocniej. Zrobiłem to jednak na tyle mocno, że ostudziłem jego zapędy.

— Ty skurwysynu, zabiję cię.

Wiedziałem co to znaczy, chociaż w moim świecie ludzie raczej mówili ładniej. Jakkolwiek obraził moją mamusię a tego nie powinien robić. Drugi jego prosty również minął moją głowę. Uderzyłem precyzyjnie w jego szczękę. Zgrzytnęło. Prawdopodobnie stracił częściowo dwa zęby. Nie zadbano o ochraniacze i nie miałem pewności czy w ogóle używano czegoś takiego w takich walkach. Mike poleciał na podłogę i walka się skończyła. Ktoś do niego podszedł i zaczął sprawdzać co z nim jest.

— Żyje. Za dwie minuty wróci — powiedziałem.

George podbiegł do mnie uradowany.

— Niezły jesteś. Ale cios.

Wyjął komórkę i prawdopodobnie dzwonił do swojego znajomego.

— Wygrałeś — potwierdził ryży. Powiem ci za kilka minut z kim walczysz. Jak wygrasz, dostaniesz pięćset dolców.

— Ile dostanę jak wygram drugą walkę?

Spojrzał na mnie.

— Jesteś pewniakiem. Dwa tysiące albo i więcej.

— A trzecią?

— Nie żartuj. Zwykle są trzy poziomy. Czasem cztery. Zwycięzca może wygrać i dwadzieścia tysięcy.

Poszliśmy do dużej sali i usiedliśmy. George od razu zrobił się milejszy.

— Wcale nie przesadzałeś. Obiad masz zapewniony.

— Powiedziałeś dwa tysiące a on mówił o pięciuset dolarach.

— Szczerze mówiąc nie wiedziałem. Jak wygrasz w drugiej walce dostaniesz dwa tysiące.

— Tysiąc czterysta. Zabieracie piętnaście procent, pamiętasz?

— Zgadza się.

— Za trzecią walkę zgarniam wszystko.

— Rudy weźmie dziesięć procent i Gerry swoje pięć.

— Ten z klubu nocnego to Gerry?

— Tak. Sam rozumiesz, że tu nie ma nic za darmo. Każdy chce żyć.

— Tak, wiem coś o tym.

Za pięć minut przyszedł rudy.

— Jestem Peter. Twój przeciwnik wygrał już cztery razy i raz przegrał. Trenował boks. Uważaj na niego, jest szybszy niż Mike.

— Który to?

— Tamten — pokazał harmonijnie zbudowanego gościa.

— Rozumiem.

Usiadłem w otoczeniu Georga, Kevina i Lu. Szukałem wzrokiem kogoś dobrego.

— Jest tu jakiś mistrz?

— Jeszcze nie przyszedł. Ma długie blond włosy. Nazywają go Złoty Sierp. Wygrał dwanaście razy z rzędu. Za miesiąc ma jechać na jakąś wyspę. Tam dopiero są stawki!

— Rozumiem.

Zaczęły się walki. Moja miała się zacząć za dziesięć minut. Wciąż przybywało oglądających.

— Czy oni tu obstawiają?

— Jasne. Dlatego jak jesteś nowy i nieznany, możesz zarobić więcej.

— Mam udawać?

— Nie w pierwszej walce. W trzeciej, ale nie radzę ci walczyć z tym blondynem, to morderca.

Posmutniałem. Z pewnością nie zabił tylu ludzi co ja. Pierwsza walka zakończyła się szybko. Wielki facet o wygolonej na łyso głowie wygrał po dwóch ciosach. Miał na całym ciele pełno tatuaży. Widziałem, że wszyscy, którzy brali udział w walkach, zdejmowali koszulki.

— Biały Tygrys i Koks — usłyszałem zapowiedź.

— Powodzenia. W narożniku będzie się tobą zajmował Peter.

Poszedłem do ringu. Nic się nie zmieniło poza tym, że umieszczono liny i wyznaczały one wielkość pola walki.

Koks nie rzucał obelgami, robił wrażenie bardziej profesjonalnego zawodnika. Skoro trenował boks nie mogłem sobie pozwolić na żaden cios z jego strony. W rękawicach jest całkiem inna walka. Bez nich, jeden dobry cios i po walce. Peter dał mi ochraniacze na zęby. To miało sens.

— Powodzenia. Jak wygrasz dostaniesz na czysto siedem stówek. Jesteś nowy, wszyscy obstawiają zwycięstwo Koksa.

Stanęliśmy naprzeciwko. Jednak był dupkiem. Przejechał dłonią koło swojego gardła. Znaczyło, że mnie pokona i to w bardzo przykry sposób.

Po chwili usłyszałem jego imię, skandowane przez ludzi na ławkach.

— Koks, Koks. Zabij Białego Tygrysa.

— Panie i panowie. W niebieskich jeansach i żółtej koszulce Biały Tygrys. To jego pierwsza walka. Jego przeciwnikiem jest Koks. Cztery zwycięstwa jedna porażka.

Teraz ludzie krzyczeli głośniej. Wciąż słyszałem tylko imie, Koksa. Zaczął dobrze. Nie próbował mnie zabić w pierwszej minucie. Tańczył na nogach jak bokser. Ja nie miałem takiego nawyku. Miałem inny. Poza tym nabrałem przez lata treningu i walki, wyczucia. Wiedziałem, kiedy ktoś zaatakuje i w jaki sposób.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction i thrillery, użył 2417 słów i 14261 znaków, zaktualizował 21 gru 2020.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto