Reguła zabijania cz 11

Nie przywitały nas rakiety, czyli Thomas nie wiedział o tym, że dostałem kontrakt, aby go zabić. Oczywiście, wiedziałem kim jest i zamierzałem wszystko jemu i jego żonie wyjaśnić, głównie to, że Clara jest siostrą Thomasa. Tego właściwie nie musiałem wyjaśniać, istniało zbyt duże podobieństwo między nimi. Dziwne, że w dobie takiej siły mediów społecznościowych nikt na to nie wpadł, a może specjalnie ktoś to utrzymywał w tajemnicy. Tylko kto i dlaczego?

— Scott Siena — podałem dane.

— W jakiej sprawie, zostałeś szefem ochrony w Remixsie. Słabo się popisałeś. Był tam zamach i w mojej firmie również.

— Wpuścisz mnie czy nie, numer Dwadzieścia sześć? To ja, Siedemdziesiąt trzy.

Po chwili dostałem kod dostępu. Wylądowałem i od razu zjechaliśmy kilka poziomów w dół. W drzwiach stał Thomas i jego żona. Spojrzenia Clary i Thomasa od razu się spotkały.

— Czy my....

— Tak, bracie. Tak.

Po chwili tulili się w ciepłym uścisku.

— Witaj numer Trzy — rzekłem do żony Thomasa.

— Skąd... skąd wiesz? Jesteś Scott, tak?

— Tak.

Thomas i Clara podeszli blisko.

— Mamy sporo do opowiadania. Clara zabiła Michaela Jonesa i troche jego ochrony, a ja wykończyłem Xsi—Ming Pao i Ito Usinoko.

— Co?! Dlaczego to zrobiłeś, zrobiliście? Kim jesteście? — zapytał zaskoczony Thomas.

— Zanim ci powiem wszystko, chciałbym wiedzieć, czy maszyna czasu jest gotowa. Byliśmy tu dwa dni temu, w innym czasie i spadły na nas wówczas dwie bomby wodorowe. Drugiej nie przetrzymaliście...

— Boże, wiedziałem, że to zły pomysł z tą maszyną czasu. — szepnęła Corsa.

— Czyli miałem dobrego nosa — rzekłem. — o to chodziło.

— Tylko ja się o tym nikomu nie chwaliłem. Z pewnością Corsa też nikomu nic nie powiedziała.

— Najciemniej jest pod latarnią, Tom. Prawdopodobnie ktoś jednak wiedział. Ktoś tobie bliski.

Po krotce opowiedziałem im wszystko, co się stało w tamtym czasie, a czego nie wiedzieli.

Clara siedziała blisko Thomasa i widać było, że promieniowała radością.

— To prawdopodobnie wyeliminowaliście złych i co teraz? — zapytała Corsa.

— Wciąż nie wiem kto kazał zabić moją matkę i ojca. Ten świat nie jest dobry. Mega—miasta to nie jest to, czego ludzie pragną w głębi duszy. Totalna kontrola z nieprawdziwą wizją wolności.

— To jest właśnie powód, dla którego zbudowałem tę maszynę. Dzisiaj miałem właśnie rozszerzyć ilość pasażerów w czasie do czterech. Cieszę się, że ci się udało wrócić dwa dni wcześniej. Ocaliłeś ludzkość. Ci szaleńcy chcieli zabić wszystkich.

Spojrzałem na Thomasa uważnie.

— Chcesz powiedzieć, że maszyna jest teraz na jedną osobę i ja byłem pierwszym co ją testował?

— To powinno mi zająć koło dwóch godzin, gdybym ci powiedział to w tamtym czasie, to byś wiedział dokładnie. Jak na teraz sądzę, że powinienem się zmieścić w tym przedziale czasu.

— To może my sobie porozmawiamy a ty kochanie weź się za robotę — rzekła Corsa.

— Nie ma pośpiechu, już nam nic nie grozi — uśmiechnął się Thomas.

Twarz Clary zmieniła się gwałtownie jakby ją zabolał ząb lub coś innego, ale odczułem, że jest to raczej odruch na odczucie.

— Coś czuję, że jednak nie jesteśmy bezpieczni.

Chwile potem alarm nam to potwierdził. Blondyn skoczył do konsoli i jego twarz wykrzywił grymas.

— Leci coś bardzo dużego.

Widziałem, że uruchamia system anty rakietowy. Po chwili osiem rakiet wyleciało z wyrzutni. Staliśmy i patrzyliśmy w ekran. Clara uścisnęła mi mocniej dłoń.

— To nic nie da, to koniec.

— Dwieście Mega ton, nic z nas nie zostanie. — rzekł cicho.

Patrzyliśmy ze smutkiem jak jego rakiety zostają spalane promieniami laserów.

— Mówisz, że działa dla jednej osoby? — zapytałem.

— Tak, ale limit zdołałem zrobić na jeden dzień. Skoro ktoś wysłał tak wielką bombę, znaczy, że odkrył nasz sekret.

Po chwili na jego ekranie pojawił się napis.

,, Bóg jest tylko jeden, a nie w trzech osobach".

Clara spojrzała na mnie.

— Tylko ty będziesz pamiętał, idź.

Teraz i Thomas i Corsa zrozumieli.

— Muszę wrócić do czasu, zanim się urodziłem, tylko w ten sposób mogę to odwrócić.

Blondyn zaprzeczył głową.

— System nie jest gotowy.

— Odnajdę was — szepnąłem i pobiegłem do pokoju gdzie stała maszyna.

Naturalnie, że powinienem ratować Clarę lub Corsę, tylko jaką mieliśmy pewność, że to by pomogło? Gdyby to była kwestia dni, byśmy się odnaleźli, ale to nie rozwiązywało problemu. Miałem jedną jedyną szansę to zmienić wracając do korzeni. Tylko nie miałem najmniejszego pojęcia czy zadziała i w jakiej formie dotrę o ile mi się uda. Czy wrócę do łona mojej matki? Nie miałem wiele czasu, by pomyśleć, dlatego nastawiłem datę dokładnie dwadzieścia siedem lat wcześniej. Czyli nawet zanim zostałem poczęty. Czemu tak zrobiłem, nie miałem najmniejszego pojęcia? Wcisnąłem czerwony przycisk i przestałem istnieć...

Nie mogłem tego wiedzieć, że rakieta z ładunkiem dwustu Meg—ton zamieniła w parę posesję Thomas i zabiła w ułamku chwili trzy bardzo drogie mi osoby. Dwa dni potem miliard super androidów z genialnym umysłem zabójcy unicestwiło wszystkich ludzi. Ale plan twórcy zawiódł. Zmyślne maszyny udaremniły swoje unicestwienie. Zabiły wszystkich, łącznie z ich twórcą, a same przetrwały. Nie mając kogo zabijać, zaczęły zabijać się nawzajem. Pojedynczo i w grupach. Po tygodniu zostały tylko zwierzęta. Mega miasta pozbawione właściwego nadzoru zaczęły eksplodować i palić się zwykłym ogniem powstałym z różnych powodów. Ziemia przestała być planetą ludzi.

Stanąłem bez żadnej zmiany w ubiorze i postaci w jakimś opuszczonym domu. Już po kilku chwilach zorientowałem się, że się udało. Ani śladu tak wysokiej techniki. Czyli przeniosłem się do 2020 roku, w jakiej formie żyłem w 2046 roku. Znaczyło to, że gdzieś na tym kontynencie moja przyszła mama jest lub będzie wkrótce z moim ojcem w bardzo specjalnej sytuacji. Skąd wiedziałem, że jestem w Północnej Ameryce? Z tej prostej przyczyny, że na podłodze leżała gazeta New York Times z datą 27 czerwca 2020 roku. Ale czy na pewno się urodzę i trafię do ośrodka Arka i dadzą mi numer siedemdziesiąt trzy? Tego nie wiedziałem, ale właśnie tego próbowałem uniknąć. Chciałem ją uratować. Mało miałem danych odnośnie do mamy, a właściwie żadnych. Pamiętałem jej zapach i rytm serca. Potem poród i widziałem jej śmierć. Musiałem koniecznie ich odnaleźć. W jakiś sposób uprzedzić. Ale jak? Usiadłem na podłodze i zacząłem myśleć. Dar pamięci nie na wiele mi się przyda. Gdybym znalazł się dokładnie w tej sali szpitalnej,gdzie przyszedłem na świat, mógłbym sobie przypomnieć wygląd sprzętów, chociaż pewnie wszystkie wyposażenia szpitali były podobne. I wówczas pomyślałem, że dostałem jeszcze inny dar. Zmysł zapachu. Wyszedłem na dwór i zobaczyłem miasto. Zaciągnąłem się powietrzem jakże inaczej pachnącym niż mój poprzedni świat. Nie odczułem nic. Jak znajdę Clarę i Thomas jak znajdę Corsę? Poczułem się bardzo źle. Nie po to uratowałem życie przed atomowym unicestwieniem. Wziąłem głęboki wdech przez nos. Coś poczułem. Drugi raz wciągnąłem powietrze nosem. Ona była daleko, bardzo daleko, na szczęście w ty wielkim kraju. Setki, a może tysiące kilometrów na zachód. Policzyłem w pamięci dni. Skoro począłem się dziewięć miesięcy wcześniej niż się urodziłem to dzisiaj musiał być 13 czerwca. Mniej więcej. Zostałem urodzony 13 września 2021 roku zgodnie z informacjami Russella Coxa. Tak, mogłem znaleźć Russela lub Ottona Baxtera. Z pewnością byli osobami znanymi. Otton bardziej. Ale to do ośrodka Arka prowadzonym przez Russella trafiłem wraz z numerem Trzy, czyli późniejszą Corsą i Dwadzieścia sześć, któremu dano imię Thomas Brams. Za rok, gdzieś w tym kraju kobieta pocznie bliźniaki i jedno jej dziecko zostanie odebrane. Tak, stanowczo musiałem odnaleźć Roberta Russella. Miałem tylko ubranie i ręce. Żadnych pieniędzy i dokumentów. Musiałem szybko je zdobyć. Przypomniałem sobie o tym, co robiono w tych czasach. Jak mogłem zarobić pieniądze. Miałem umiejętności, ale nie chciałem z nich korzystać, przynajmniej nie z tych ostatecznych. W Nowym Yorku był podziemny świat. Raczej nie mogłem iść do urzędu i powiedzieć, że pochodzę z 2046 i chciałbym dokumenty. Pomyślałem, że mam szansę w podziemnych walkach. Płacono nieźle, a w ten sposób po jakimś czasie ktoś z szefów tego interesu, być może, pomoże mi zdobyć dokumenty. Równolegle postaram się znaleźć Russella. Dopiero potem Ottona Baxtera.

Przemknęła mi myśl co chciał powiedzieć ten ktoś tą informacją. Bóg jest jeden, a nie w trzech osobach? Miałem wewnętrzne przekonanie, że to ten człowiek stał za wszystkim. To jego również i przede wszystkim powinienem zabić poza Usinoko, Jonasem i Xsi —Mingiem. Byłem bardzo optymistycznie nastawiony. Zabiję ich teraz, ale najważniejsze to znaleźć tego, kto kazał zlecić, zabić moją mamę. W ten sposób zmienię historię. Tylko będzie jeden kłopot. Będzie dwóch Scottów Siena. Pozostawała jeszcze jedna kwestia, czy będę podlegał czasowi. Ale odpowiedź na to pytanie znajdę bardzo szybko. Sądziłem, że ponieważ czas działa na wszystko będzie działał i na mnie. Pozostawał tylko jeden problem. Jeżeli jest dzisiaj trzynasty czerwca to gazeta nie mogła być z 27 czerwca.

Wyszedłem na większą ulicę. Pojedynczy przechodnie, samochody. Mogło być dobrze po południu. Początek lata, a już upał. Miałem dobrej klasy spodnie z wełny, buty i jedwabną koszulę. Pozbyłem się kombinezonu, bo nie chciałem wyglądać jak przybysz z innej planety. Na razie nie czułem głodu ani pragnienia. Dlaczego znalazłem się w NY? Dobrze, że nie wylądowałem na pustyni lub na środku oceanu. Musiałem pozostawić rozmyślania o tym, dlaczego maszyna przeniosła mnie na wschodnie wybrzeże. Doszedłem do wielkiej ulicy. Atlantic ave, czyli znajdowałem się na Brooklynie. Trzech czarnych stało na ulicy i o czymś dyskutowali. Mówili dziwnym angielskim. Im bardziej się do nich zbliżałem, zaczynałem bardziej rozumieć znaczenia wypowiadanych przez nich wyrazów. Dostrzegli mnie.

— Co robi taki elegant na naszej ulicy? — zapytał najwyższy.

— Pewnie tu przyszedł, żeby nas nieco wzbogacić.

— To może glina po cywilnemu? — zapytał drugi, nieco niższy, ale bardziej nabity.

Było pewnie dobrze ponad dwadzieścia pięć stopni. Ciężkie wilgotne powietrze powodowało, że zacząłem się pocić. Doszedłem już całkiem blisko, na odległość około dwóch metrów. Minąłem ich i dopiero wówczas najwyższy zagadnął do mnie.

— Zgubiłeś się młody?

Udałem,że mnie to nie dotyczy i szedłem dalej. Dogonił mnie i zastąpił mi drogę.

— Nie chcesz gadać, bo jesteśmy czarni?

— O czym byś chciał gadać, czarny? ( Powiedziałem czarnuch ,,nigga")

— Coś ty powiedział, białasie? — teraz już wszyscy trzej okrążyli mnie z każdej strony.

— Wasz kolega stwierdził, że nie chcę z wami gadać, bo jesteście czarni, więc rozmawiam.

— Dobra, przestań smęcić i wyskakuj z forsy.

— Nie ma zegarka, ale buty są pewnie warte z dwa tysiące.

— Pieprzysz, pewnie chińska podróba.

— Oryginalny aligator.

— Chciałbym dostać się na Manhattan — rzekłam spokojnie.

— Lu, on wcale się nie boi.

— Może jakiś odmieniec, ma dziwny akcent.

— Miałeś oddać forsę i komórkę — ponaglił mnie Lu, to pewnie był skrót od Louis.

— Przykro mi, ale nie mam ani komórki, ani pieniędzy. A będę ich potrzebował.

— Zaczynasz mnie irytować. Jak nie dasz dobrowolnie to ci spuścimy niezły wpierdol. Sam się prosisz.

— Skoro mówicie o biciu podobno są tu organizowane podziemne walki, właśnie na Manhattanie i można nieźle zarobić.

Zaczęli się śmiać. Louis przestał pierwszy.

— Jak nam dasz radę, to cię sami zawieziemy, a jak nie, to zabierzemy buty i koszule. — trzeci chyba był ich szefem, bo rozejrzał się czy nie ma w pobliżu policji.

— Ty tu rządzisz, prawda? Jestem miło do was usposobiony. Pomożecie mi, dam wam dziesięć procent od pierwszej wygranej.

Louis był pół główkiem i się zamierzył, ale facet, którego uznałem za szefa był szybki. Zablokował jego niefortunnego sierpa.

— Stop, Lu. Facet jest poważny. Jestem George — wciągnął do mnie prawicę.

— Scott Siena. — odrzekłem i podałem mu rękę.

— Zawieziemy cię na miejsce. Raczej robisz uczciwe wrażenie, Scott. To trudny ring. Jak wygrasz pierwszą walkę możesz zgarnąć i dwa tysiące. Dasz radę na gołe pięści?

Spojrzałem na niego i zdjąłem koszulę. George pokiwał głową ze zrozumieniem.

— Walczyłeś na noże — spojrzał na kompana.

— I z kim zaczynałeś, zabiłby cię, zanim byś się zorientował, debilu. Trzeba się znać na ludziach.

— Legia cudzoziemska, marines, komando? — wymieniał.

— Wszystko po trochu. — założyłem koszule.

Zaczęliśmy iść w kierunku północnym. Po pięciu minutach doszliśmy do garażu, pewnie należącego do Georga. W środku miał Czarny Chevrolet Impala z 1996 roku z dorabianym filtrem powietrza.

— Ma z trzysta koni? — zapytałem.

— Trzysta osiemdziesiąt, niezła fura.

— Niczego sobie.

Louis i Kevin usiedli z tyłu. Lu robił wrażenie, że chce przeprosić.

— Sorry — burknął.

— Nie ma sprawy stary, nie trzymam urazy — uśmiechnąłem się do niego.

Widziałem, że Kevin z nim o czymś dyskutuje.

— Biłeś się już w takich miejscach?

— Nigdy.

— Masz twarz bez skazy. Podołasz?

— Potrzebuję pieniędzy, a nie chcę nikogo zabijać.

Zaczęli się śmiać.

— Teraz to przesadziłeś, prawda? — zapytał Lu a Kevin rechotał jak dzieciak.

— Zamknijcie się czarnuchy. — zgromił ich George. ( Jest w porządku jak czarny się tak odzywa do innego czarnego, nie daj Boże jak biały to zrobi o ile jest nieznajomym.)

Jechaliśmy spokojnie. Wóz aż się prosił, by mu wcisnąć gaz do podłogi.

— Ścigasz się czasem — zapytałem kierowcy.

— Nie tym, za szkoda. Skąd wiesz?

— Widzę.

— Skąd się tu wziąłeś? Nie masz kurzu na butach. Nie masz komórki i pieniędzy. Sądzę, że również żadnych dokumentów.

— Tego nie chcesz wiedzieć skąd jestem.

Milczał dłuższą chwilę.

— My też potrzebujemy forsy. Wiesz czasem kogoś stukniemy, ale baz mokrej roboty. Co zrobisz jak wygrasz w pierwszej walce?

— Jestem wojownikiem, zawalczę dalej.

— Właśnie o tym mówię. Pomożesz nam trochę?

— Co umiecie?

— Wszystko po trochu. Ja mogę być kierowcą, tamci umieją rozwalić słaby sejf i, prawdę mówiąc, to wszystko.

— Pomyślę. Zostawisz mi kontakt.

— Dzięki. Mam wrażenie, że jesteś twardziel z twarzą ... aniołka.

— Chciałeś powiedzieć coś innego, prawda?

— Jesteś równy, ale mogłeś się pogniewać. Masz dziwny akcent. Istotnie chciałem cię nazwać inaczej.

— Nie jestem stąd.

— No tak.

Zatrzymaliśmy się przed jakimś klubem. Stała tam setka ludzi i pewnie chcieli wejść do środka. To nie mogło być tu.

— Zaczekaj.

George wyszedł, ale nie zgasił motoru. Podszedł do potężnie zbudowanego faceta w czarnym stroju. Osiłek stał przed solidnymi drzwiami.

— Co to jest? — zapytałem, wskazując głową.

— Nocny klub. Poważnie nie wiesz?

— Teraz już tak, ale teraz nie jest noc.

— Zaczynają od siódmej. Można tu sprzedać trochę proszku. George nie chce byśmy to robili, ale czasem trzeba.

— Chodzi wam o kokainę?

— Koka, Ekscesy i nowość, ponoć daje zajebistego kopa.

— SCK — 300? Są potem duże problemy z nerkami i mózgiem.

— Wszystko wie — odezwał się Kevin.

— Nie wiem wiele. Jaki mamy dziś dzień.


— Piątek.  


— A dokładniej?


— Dwudziesty piąty czerwca. Rok chyba wiesz.


— Tak, Dwadzieścia dwadzieścia.


— Dobre sobie, to będzie dopiero za dziesięć lat.


Poczułem się dziwnie. Gazeta...

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction i thrillery, użył 2786 słów i 16328 znaków, zaktualizował 21 gru 2020.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Almach99

    Ups, rok 2010

  • AlexAthame

    @Almach99 Ktos mu płata figle. :swoon: