Reguła zabijania cz 10

Zwykle w czasie prywatnych spotkań wyłączano wszelkie kamery i inne czujniki. Gdybym miał broń z pewnością ochrona nie pozwoliła mi wejść. Miałem tylko ręce. Dość sprawne i szybkie odruchy ciała. Mogłem złapać go za rękę i nie pozwolić dotknąć przycisku, ale nie przybyłem negocjować czy dyskutować o czymkolwiek. Przybyłem ich zabić. Autentycznych ludzi, a nie doskonałe androidy. Zanim dłoń Japończyka dotarła do przycisku już nie żył. Uderzyłem go precyzyjnie w skroń dużej wielkości podręcznym ekranem. Nawet się nie roztrzaskał. Xsi — Ming krzyknął, ale chyba wiedział, że dźwiękoszczelne pomieszczenie nie przepuści jego głosu. Zerwała się z fotela i próbował dostać się do wyjścia. Nie mogłem na to pozwolić. Tym samym ekranem zbudowanym z ciekłych kryształów, ale obudowanych tytanem trafiłem go w prawe kolano. Upadł na dywan. Dotarłem do niego po ułamku sekundy.

— Dlaczego? — zdołał zapytać.

Nie otrzymał odpowiedzi. Uderzyłem precyzyjnie w tchawicę. Zdołał zacharczeć i koniec. Przemknęła mi myśl jak clara sobie radzi. Wyrzuciłem dysk w kierunku okna. Niestety nie zadziałał. Nawet w tym czasie i świecie czasem urządzenia zawodziły. Zamiast próbować, powtórnie wziąłem dysk siedmiocentymetrowej średnicy i odczytałem kto go wykonał. Korporacja Jonesa. Zbieg okoliczności?

Teraz znalazłem się w kłopotach. Mimo że nikt z tego pokoju nie zdołał zawiadomić ochrony, zrobiły to inne maszyny. Wszyscy ludzie mieli w swoich systemach detektory funkcji życiowych. Z pewnością i Usionko i Xsi — Ming mieli i to super klasy. Po ułamku chwili drzwi wejściowe wyleciały, po użyciu siły taranu. Nie miałem czasu patrzeć ilu jest przeciwników. Zaczęli strzelać. Wyuczono mnie podczas treningu jak schodzić z linii strzału. Bardzo trudna sztuka, szczególnie jak kilka osób jednocześnie do ciebie strzela. Oddalanie się lub chowanie za osłaniające przedmioty niewiele daje. Tylko zbliżenie do strzelającego daje szanse. Często ludzie posiadali indywidualną broń, z której tylko oni mogli strzelać, jednak cena takiego pistoletu czy karabinu była bardzo wysoka. Na szczęście strażnicy pana Usinoko takich nie posiadali. Dotarłem bez szwanku do najbliższego prywatnego agenta. Teraz on stał się żywą tarczą. Po chwili już pozostali czterej jego kompani nie żyli. Moje szanse przeżycia malały. Na szczęście nikt nie użył na razie gazu, bo chcieli mnie po prostu zastrzelić. Teraz miałem broń. Nie chybiałem, a pistolet miał praktycznie nieograniczony magazynek. Tak działo się w systemie. Ktoś musiałby odłączyć główny komputer by kule przestały się materializować w jakimkolwiek magazynku. Dostrzegłem i słyszałem jak zamykają się wejścia i w końcu ktoś odłączył komputer. Zostawiłem dwa tuziny trupów, ale do akcji weszły roboty obronne. Tym nie mogłem dać rady. I pomyśleć, że zginę przez głupią wadliwą maszynkę obronną. Widocznie jednak szczęście mi dzisiaj sprzyjało. Zamiast pomóc Clarze, ona pomogła mnie. Jak tu się dostała, pozostawało zagadką. Salwa z podobnego do mojego Błysku pojazdu wyłączyła z działania sześciu robotów obronnych i oczywiście rozwaliła tę pancerną szybę, przez którą jeszcze parę minut temu Ito i Xsi mogli podziwiać bezludną okolicę. Wleciała do środka.

— Pospiesz się Scott — usłyszałem jej miły głos.

Wskoczyłem do środka.

— Tam jest mój Błysk — pokazałem ręką.

— To prywatny pojazd Jonesa, nie podoba ci się?

— Nie wiem jak ci się udało nim przylecieć, szczególnie wylądować, ale z pewnością bez właściciela nie utrzyma się dłużej niż kwadrans.

— Mam oko, inaczej bym nie uruchomiła i nie wsiadła.

Wszędzie słychać się dało syreny alarmowe.

Wylądowaliśmy po kilku sekundach przy moim pojeździe.

— Zaraz poczęstują nas rakietami — rzekła.

— Nie, jeżeli zniszczę wierzę naziemnego postrzegania. Połączenie z kosmicznymi satelitami też trochę im zajmuje.

Nastawiłem trajektorie lotu w pojeździe Michaela, a sami wsiedliśmy pospiesznie do mojego cacka. Pierwsze co zrobiłem to rozwaliłem wieżę kontrolną. Intuicyjnie wiedziałem gdzie się znajduje. Bardzo skomplikowaną trajektorią zaczęliśmy się wznosić do góry.

— Gdzie lecimy, Scott?

— Do Thomasa Bramsa.

Wiedziałem z poprzedniej przeszłości, że Clara wytrzyma przyspieszenie dochodzące do dziesięciu G. Szliśmy szybko i wysoko. Jednocześnie wysyłałem do systemu zakłócenia. Otton też robił co mógł. Liczyłem, że nie powitają nas rakiety ja poprzednim razem. Mieliśmy trochę czasu i jak na razie nikt nas nie atakował.

— Jak ci poszło, kochanie?

— Dobrze. Martwię się o Ramzeza.

— Wszystko będzie dobrze. Będzie miał jedzenie i picie do czasu naszego powrotu.

— O ile wrócimy.

Spojrzałem na nią.

— Dlaczego tak mówisz? Zabiliśmy ludzi, którzy nam zagrażają. Zapomniałem podziękować za uratowanie tyłka. A tak w ogóle, jak to zrobiłaś.

— Chcesz szybka wersje czy dokładną.

— Ze wszystkimi szczegółami.

— W takim razie słuchaj. Nie sądziłam, że jestem do tego zdolna. Słuchałam co mówisz, a z drugiej strony nie wierzyłam, że zdołam cokolwiek. Najpierw do jego budynku nie chcieli mnie wpuścić. Musiałam użyć fortelu i poprosiłam, żeby zapytali Jonesa. I on mnie sam zaprosił. Kiedy weszłam do jego biura wpatrywał się we mnie i rzekł, że jestem zbyt ładna żeby ginąć i nie mógł się zgodzić z szefem. Sądziłam, że chodzi mu o Usionoko. Wyobraź sobie co potem chciał zrobić. Oświadczył mi, że spróbuje wynegocjować moje życie za przysługę. Zapytałam co ma na myśli i powiedział, że jestem atrakcyjna i że rozumiem. Zapytałam, czy dlatego mnie wpuścił, a on roześmiał się i rzekł, że i tak już nie żyję tylko o tym nie wiem i tylko on może mnie uratować. I to ostatnie co zarejestrowałam jako Clara Wilkinson, jaką znam. Resztę zobacz na filmie, bo się nagrał.

Zapomniałem ją poinformować, że w wyposażeniu dysku, który jej dałem, była kamera.

— Przynajmniej twój zadziałał.

— Twój zawiódł i wiem dlaczego. Oni to wszystko ukartowali.

— Swoją śmierć?

— Ktoś jest nad nimi. Tak sądzę, tylko kto?

Jak wiedziała, gdzie należy podłączyć nagranie, nie zapytałem. Nastawiłem automatycznego pilota i układ obronny i patrzyłem na nagranie. Zaczęło się od tego, że Michael wyciągnął dłonie by ją przytulić. Ale nie mógł wiedzieć, że Clara nie jest seksownym kociakiem, przynajmniej dla niego. Złamała mu kark jak zapałkę i po chwili wyjęła oko. Sam widok raczej nie wyglądał na miły. Rozwaliła mu głowę o kant biurka, wyjęła oko i włożyła do opróżnionej buteleczki po jakiś pastylkach, która znalazła na biurku Jonesa. Zamiast rozwalić okno i uciec, usiadła na jego fotelu i czekała. I to, co zobaczyłem mocno mnie poruszyło. Clara z pewnością była człowiekiem, ale chyba jeszcze czymś, albo ten zalogowany w niej program czynił ją taką. Najpierw otworzyła drzwi i stała jakby czekając na odstrzał. Kule mijały ją jakby wiedziała gdzie lecą. Poruszała się dziesięciokrotnie szybciej niż zwykły człowiek, a potem jeszcze szybciej, bo musiałem zmienić szybkość filmu by wiedzieć gdzie się przemieszczała. Podobnie jak u Ito Usioko, kiedy ludzie zawiedli, weszły do akcji roboty. I tego już zupełnie nie rozumiałem. Podbiegła z nadludzką prędkością do jednego z nich, coś zrobiła i po chwili roboty wzajemnie się wykończyły. Dopiero wówczas rozwaliła okno i wylądowała tuż przy pojeździe Jonesa. Kula z małego dysku ją chroniła, ale jak Clara nią kierowała, bo znalazła się tam, gdzie trzeba, nie wiedziałem. Potem uruchomiła pojazd i przybyła mi na pomoc.

Popatrzyłem na nią i zapytałem.

— Jak to wszystko możliwe?

— Pytasz mnie? Nie mam pojęcia.

— Co zrobiłaś robotom?

— Nie wiem, ważne, że posłuchały. Martwi mnie co innego. Polubiłam to, cholera. Zabiłam sporo ludzi i powinnam płakać.

— Nie wiem co powiedzieć. Może jak dolecimy do Thomasa on coś znajdzie.

— Pamiętam co robiłam, tylko nie wiem jak. Co oni mi zrobili i kiedy. I kto?

— Nie wiem skarbie.

Mimo kombinezonu próbowała mnie przytulić.

— Może zdejmę?

— Nie rób tego. Lecimy na wysokości trzydziestu pięciu kilometrów i w kabinie nie ma za dużo tlenu.

— Twój Błysk nie jest hermetyczny?

— Nie wiem. W sumie może i jest, bo pływałem nim kilka razy pod wodą.

Nigdy o tym nie pomyślałem. Clara zdjęła hełm i zaczęła majstrować przy moim.

— Jak się czujesz Scott?

— Normalnie. Dziwne.

Delikatnie mnie pocałowała. Popatrzyła w swoisty sposób.

— Claro nie. To nie jest dobry pomysł.

— Niech ci będzie. Ale hełmu nie zakładam.

— Jak będzie trzeba to zrobisz to. Na razie lecimy jednostajnie. Jakkolwiek jesteś człowiekiem, przynajmniej tak czuję i gdybyśmy musieli być narażeni na wielkie przyspieszenie niechciałbym aby ci się stała krzywda.

Clara popatrzyła na mnie uważnie.

— Co to znaczy jak jestem człowiekiem? Przecież nie jestem androidem.

— Nie gniewaj się kochanie. Jesteś jak najbardziej naturalna, ale ten program... człowiek nie porusza się z taką szybkością, a jeszcze nigdy nie słyszałem, by ktoś tak załatwił roboty obronne.

— To nie moja wina, zrobiono mi to bez mojej zgody.

— Czuję się z tobą bezpiecznie.

— Do dobrze. Wiesz, że cię kocham.

— Ludzie zakochują się po tygodniu, miesiącu, ale i od pierwszego wejrzenia.

— I tak pokochałem ciebie.

— A ja, kiedy cię zobaczyłam od razu wiedziałam, że to ten, co czekałam na niego całe życie.

— Ja pamiętam oba razy. Ponieważ pamiętałem cię z tamtej rzeczywistości drugi raz odczułem inaczej. Właściwie nie mogę powiedzieć, że były dwa razy, bo dla mnie był jeden.

— Masz wyjątkowy dar z tą pamięcią.

— Tak — kiwnąłem głową — najbardziej realny jest najdawniejszy.

— Chodzi ci o mamę?

— Tak. Cudowne odczucie. Czułem się tak bezpiecznie a jedyny odgłos to bicie jej serca. Czasem słyszałem inne, ale nie odbierałem tego źle.

— No cóż, wszystkie czynności dają odgłosy. To są tylko odgłosy.

— Całe dojrzałe życie szukałem kto kazał ją zabić. Jestem zły, że nie mogę tego odkryć.

— Gdybyś odnalazł tę osobę, zabiłbyś ją?

— Oczywiście, jestem zabójcą, ale w tym wypadku chciałbym przede wszystkim zapobiec zabiciu jej. Może tego nie rozumiesz, ale to była moja pierwsza cielesna relacja. Unikalna, mimo że wszyscy taką mają tylko nikt nie pamięta.

Clara popatrzyła na mnie.

— Pamiętasz jak to odczuwałeś?

— Najsilniej i dokładnie. Tak jakby to było wczoraj. Kochałem ją i bardzo chciałem ja poznać. Nie zastanawiam się jakby to przyjęła, to znaczy moje oświadczyny, bo w końcu bym jej powiedział. Jesteś z kimś i jestem w nim. W zasadzie jesteś jednością. Połączony przez krew. To nie ważne, że jest inna krew. Nie potrafię tego opisać. Jedyne słowo, które jest bliskie opisu to cudowne.

— Z pewnością masz rację. Chciałbym mieć z tobą dziecko. Nie jedno, a czwórkę. Chłopca, dziewczynkę potem chłopca i dziewczynkę.

Spojrzałem na nią.

— Czyli bliźniaki, potem chłopca, a potem dziewczynkę?

— Dokładnie.

— W tym świecie rządzą inne prawa, wiesz o tym.

— Teraz powoli zaczynam rozumieć, że ten świat nie jest dobrym światem.

— To prawda. Co nie znaczy, że trzeba zabić ten świat. Powinno się go zmienić, ale to długotrwały proces.

— Dlaczego Xsi—Ming, Ito Usinoko i Michael Jones chcieli zniszczyć ten świat?

— Nie wiem dokładnie. Wiem, że oni by się pozabijali. Być może Xsi — Ming coś skrywa i zostałyby w końcu same androidy.

— To życie by się skończyło.

— Tego też nie wiem. Być może androidy znalazłyby droge by dawać życie, chociaż to domena Boga. Bo powielanie by im z pewnością nie wystarczyło. Już dawno niektórzy transhumniści doszli do przekonania, że kiedy roboty zaczną tworzyć roboty, ludzkość zginie.

— To uratowaliśmy ludzkość.

— O ile ktoś inny za tym nie stoi. Niestety mam takie przeczucie.

— Ja tym razem widzę przyszłość w różowych barwach.

— Tym światem rządzą korporacje. Teraz największa i najważniejsza, Remix straciła szefa. Co zrobi Deermild jest ważne. Nie mogę wszystkich zabijać. Powinni skończyć proceder z dziećmi i puścić ludzi z mega—miast.

— Sądzisz, że wiele dzieci jest niewolnikami?

— Miliony. Najsmutniejsze jest to, że tylko z powodu ceny. Są tańsze niż androidy. To jest w tym najbardziej tragiczne.

— Dlatego spróbuje nakłonić Bramsa by wyprodukował androida, który stworzy rewolucje i wyzwoli ten świat. Ilość wojowników ma znaczenie. Ponieważ wówczas może dojść do sytuacji, że roboty będą walczyć z robotami, trzeba wprowadzić program dla wszystkich, żeby wszystkie były po naszej stronie. Po stronie ludzi.

— Czy to możliwe, kochanie — wtuliła się we mnie.

— Wszystko jest możliwe co możesz sobie wyobrazić i jeżeli w to wierzysz.

— Czy chciałbyś tego dla naszych dzieci?

— Dla wszystkich dzieci. Wszystkich. Tylko zawsze są źli. Niestety. Ale dobrych ludzi jest więcej tylko nigdy nie mieli władzy. I to właśnie trzeba zmienić. Tylko to.

Lecieliśmy dłuższy czas bez słów. Minęliśmy dawną Ziemię Ognistą i ocean. Daleko przed nami dostrzegłem lody Arktyki.

— Jeszcze kwadrans. Mam nadzieje, że nie przywita nas rakietami.

— Czy zaatakowano NX?

— Z tego, co wiem od Baxtera to nie.

— Czyli za tym stali ci, których zabiliśmy.

— Na to wygląda.

— Scott, czy mogę po pilotować.

— Jasne, dałaś sobie radę z pojazdem Jonesa to i z moim sobie dasz.

— Tamtego nie mogłam dobrze wypróbować. — założyła hełm.

To mogło znaczyć tylko jedno, zechce poszaleć. Chyba jednak nie znałem do końca tej kobiety.

Ustawiłem prowadzenie na automatycznego pilota i zamieniliśmy się miejscami. Clara nie omieszkała skorzystać z okazji by nie wymienić ze mną dość miłego pocałunku.

— Obiecaj mi, że jak się to skończy zrobisz mi ślicznego chłopczyka.

— Obiecuję — szepnąłem.

Wzięła stery w swoje smukłe dłonie. Przełączyła na manualne prowadzenie. Odwróciła do mnie swoją śliczną buzię i szepnęła.

— Trzymaj się skarbie. — szepnęła.

No i się zaczęło. Spadała ciągle dodając ciągu. Potem tuż nad wodą zaczęła robić korkociągi. W końcu wzbiła się w górę. Momentami widziałem ciemne plamki. Prawdopodobnie ona tego nie odczuwała, bo w słuchawkach słyszałem tylko jej radosne piski.

— Ale jazda — rzekła, kiedy w końcu wyrównała lot na dziesięciu kilometrach.

— Gdzie to jest? — zapytała.

— Pozwól, że wprowadzę dane.

— A ja mogłabym?

— Spróbuj.

Podałem jej współrzędne, ale błysk nie chciał jej słuchać.

— Czemu mnie nie słucha?

— Ma zabezpieczenie. Pracowałem nad tym kilka miesięcy. Chodzi o miejsce lądowania. Tylko mnie słucha.

— To niesprawiedliwe — widziałem niezadowolenie na jej buzi.

— To da się zrobić, o ile będziesz miła.

— Przecież cię kocham i jestem.

Uśmiechnąłem się serdecznie.

— Nie chodzi o mnie tylko o Błysk.

— Co mam zrobić? Pogładzić po obudowie?

— Porozmawiaj z nim na spokojnie.

Zrobiła zdziwioną minę.

— Żartujesz, prawda?

— Wcale.

— Ok, robię co będę mogła, skoro mówisz.

— Żartowałem.

Posłała mi burzowe spojrzenie.

— Oberwiesz.

Jednak po chwili się udobruchała.

— Jesteś mi to winny — uśmiechnęła się ślicznie.

Wiedziałem co ma na myśli. Podałem współrzędne i zaczęliśmy schodzić w dół na białą pustynię gdzie w ukryciu stał dom Thomasa Bramsa.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction i thrillery, użył 2759 słów i 15941 znaków.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Almach99

    Troche zaszalales w tym odcinku

  • AlexAthame

    @Almach99 No wiesz, czasem trzeba...