Kryształ cz. 9

– Coś się dzieje, wszyscy biegają – rzekł lekko podekscytowany.
– Myślę, że za chwilę będziemy wiedzieć. Och! – westchnęła i obiema dłońmi chwyciła się za głowę. Ktoś mówi prosto do mojej głowy i to jest nieco bolesne – wyjąkała Sandy. Usłyszeli pukanie do drzwi. Scott poszedł otworzyć. Za drzwiami stało dwóch mocno zbudowanych, umundurowanych młodzieńców.
– Sekretarz obrony prosi do gabinetu – odrzekł jeden z nich.
Scott spojrzał na żonę i syna.
– Wiecie, gdzie jestem.
Wyszedł z dwoma żołnierzami. Szli korytarzem. Dawid miał rację, coś się działo. Wszyscy bardzo się spieszyli, a na korytarzu błyskały czerwone światła alarmowe. Weszli do gabinetu sekretarza obrony. Frank chodził nerwowo po pokoju.
– Dobrze, że jesteś Scott.
Dał znać żołnierzom, aby zostawili ich samych.
– Mam nadzieję, że to pomoc – rzekł lekko zdenerwowany do Scotta. Dostałem zdjęcia z obserwatorium, zobacz, co uchwycili. Scott nie musiał się długo przyglądać.
– To oni, to pomoc. Zanim wyszedłem z pokoju nawiązali kontakt telepatyczny z Sandy. Teraz Sandy będzie bardziej przydatna niż ja. Jestem teraz zupełnie jak ty – dodał, uśmiechając się.
– Frank chwycił za telefon, trzymał mikrofon przez chwilę, a potem odłożył go na miejsce.  
– To i tak nic nie da, jesteśmy bezbronni. Niech to lepiej będzie pomoc.
Usiadł zrezygnowany na krześle. Usłyszeli pukanie.
– Wejść – rzekł Frank.
– Do pokoju wszedł jeden z żołnierzy.
– Ta pani chcę pana widzieć, panie generale – zameldował. Do pokoju weszła Sandy. Jej twarz była zmieniona.
– Wydaj rozkazy, by nikt ich nie atakował, jeden z tych stworów tu przyleci. Sam. To jeden z ich głównych, z tego co zrozumiałam. Ich statki są wysoko nad nami – mówiła automatycznie.
– Tak, wiem – rzekł Frank – widziałem zdjęcia.
Frank podniósł mikrofon.
– Tu sekretarz obrony, do wszystkich jednostek. Nie atakować, powtarzam, nie atakować.  
– To pomoc – rzekła Sandy – będę tłumaczem. Prosili, byśmy tam pojechali – pokazała palcem punkt na mapie, która leżała na biurku Franka.
Podała współrzędne. Frank i Scott popatrzyli na nią uważnie.
– Wiesz, gdzie to jest – zapytał Frank?
– Tak.
Mówiła już zupełnie naturalnie
– Chciałabym pojechać z mężem – poprosiła. Chcą, byś także przyjechał, Frank.
– Oczywiście.
Po pięciu minutach byli na zewnątrz.
– To wszystko wygląda jak z filmu – rzekł Frank, wsiadając do wojskowego Hammera. Jechali jakieś osiem kilometrów. Zatrzymali się pomiędzy dwoma niewielkimi wzniesieniami na kamienistym pustkowiu, czekali. Po chwili nad ich głowami pojawił się mały punkt, który rósł z każdą chwilą. Scott rozpoznał od razu statek. Bliźniaczy do tego, jaki widzieli z umierającym stworem na wyspie, blisko Nassau. Statek poruszał się bezgłośnie. Srebrny, lśniący bez żadnych świateł, zupełnie gładki. Usiadł powoli i delikatnie około dziesięciu metrów od nich. Po chwili wieko z góry się podniosło. Zobaczyli stwora. Wzdrygnęli się na jego widok. Miał na pewno ponad trzy metry wysokości. Tylko głowę miał odkrytą. Resztę jego ogromnego ciała pokrywał srebrny kombinezon. Odezwał się w nieznanym języku.
– Witajcie – tłumaczyła Sandy. Przybyliśmy, by pomóc, pragniemy odbudować, co zniszczyliśmy – ciągnęła. Ponieśliśmy wielkie straty, jednak w porównaniu z waszymi, są niczym. Przyjmijcie słowa smutku. Najważniejsze, że nasz wspólny wróg został pokonany, chociaż nie wiemy jaką bronią. Ofiarujemy wam przyjaźń. Czy ją przyjmiecie?
Sandy tłumaczyła szybko, potem dodała coś od siebie w języku stwora. Odwróciła się do Franka i Scotta.
– Powiedziałam mu, że wiem jaka siła zniszczyła statek „zielonych aniołów”.
Sandy mówiła dalej do niego. Stwór milczał. Potem powoli podszedł do nich. Wyciągnął ogromną rękę do Franka.
– Othh-nee.
– Wytłumaczyłam mu, że to gest pokoju i przyjaźni. Frank podał mu dłoń i podał swoje imię.
Othh-nee odwrócił się i zaczął powoli kierować się do statku.
– Podaj do wszystkich ośrodków. Będzie tysiące takich statków. Będzie pomoc – rzekła cicho Sandy.
Statek Othh-nee uniósł się równie bezgłośnie jak osiadł i po kilku chwilach zniknął na niebieskim tle nieba. Cała trójka wsiadła do wozu.
– Odebrałem, że mają silnie rozbudowane uczucia. Nie odczułem śladu zemsty, tylko współczucie i głębokie poświęcenie. To dziwne i niezrozumiałe, wyglądają odpychająco, a są dobrzy. Chyba „zielone anioły” uczyniły im więcej krzywdy niż oni nam – rzekł cicho Scott.
– Więcej – obruszył się Frank. Dwa miliardy zabitych i wiele milionów rannych.
Scott przerwał mu w pół zdania.
– Wybacz Frank, odczułem to, nie umiem określić.
Scott szukał odpowiednich słów.
– Nie umiem powiedzieć, jak to wiem, ale oni stracili dwie planety z pięciu.
Sandy trzymała twarz w dłoniach, płakała.
– A ja zawsze myślałam, że to ludzie są źli – wyszeptała.  
Jechali bez słów. Przed wejściem do kwatery czekali podwładni sekretarza. Frank wydał krótkie polecenia. Sandy i Scott stali obok, z dala od żołnierzy.
– Wiedziałeś, że tyle ludzi zginęło?
W jej oczach cały czas kręciły się łzy. Scott skinął głową.
– Nie chciałem ci sprawiać bólu, nie miej mi tego za złe.
– Nie mam – wtuliła się w jego ramiona.
Szli korytarzem. Młody żołnierz otworzył drzwi ich pokoju. Dawid siedział na łóżku, a Starr leżał obok jego nóg.
– I co? – zapytał Dawid.
Scott opowiedział w skrócie przebieg całego spotkania. Dawid słuchał z uwagą.
– Wciąż nie mogę w to wszystko uwierzyć. Widać, że przy całej technice stworów, telepatia miała złe strony. Z ludźmi by im tak łatwo nie poszło – dodał smutno.
W ciągu następnych godzin niebo zaroiło się od małych srebrnych statków, ale też pomiędzy nimi, znajdowały się wielkie. Sandy miała teraz więcej technicznych przekazów.
– Nad wieloma rejonami znajdują się mniejsze statki-matki, które mieszczą setki tych małych. Dopiero w środku układu słonecznego znajduje się główny statek matka mieszczący wszystko. Jest wielki. Po jej twarzy zobaczyli, że wiadomość, którą teraz otrzymała, miała inne znaczenie i wagę.
– Othh-nee prosi, byśmy polecieli z nimi na ich planetę. Co wy na to?
– Czy powiedział ci dlaczego? – zapytał Dawid.
– Tak, powiedział, że mają coś dla ciebie.
Sandy wyczuła obawy i pytanie syna.
– Oni wiedzą, że to ty sam ich wszystkich zniszczyłeś.
– Chcą ze mną coś zrobić? – zapytał bez lęku.
– Nie, wręcz przeciwnie.
– Z tego co czuję – wszedł jej w zdanie Scott – są dobrzy i szczerzy i... mają coś dla ciebie. Mama ma zdolności telepatyczne, ty niezwykłe wyczuwaniu, a ja jestem zwykłym człowiekiem – rzekł Dawid, jednak bez cienia zawiedzenia.  
Raczej po prostu stwierdził fakt. Zdawał sobie sprawę, że poprzednio przewyższał Scotta i Sandy.
– O co chodzi synu?  
– Pomyślałem, że ciężko mi będzie znaleźć dziewczynę i kupić jej psa i różę. Chodzi mi tylko o to, że chciałbym się przydać tu, na Ziemi.
Teraz z kolei Dawid wyczuł myśli Scotta.  
– Nie, nie myślę, by zostać. Skoro mają coś dla mnie, chętnie pojadę.
– Muszą porozmawiać o tym z Frankiem, poza tym mam mu jeszcze kilka spraw do przekazania. Myślę, że się ucieszy.
– Czy mogę z tobą iść?  
– Oczywiście, kochanie.
– Poczekam na was – rzekł Dawid.
Poszli z eskortą do gabinetu sekretarza. W środku musieli trochę poczekać, bowiem Frank rozmawiał z prezydentem.
– Dobrze, że jesteście – rzekł uprzejmie Frank. Ruszyli całą parą. Leczą rannych. Dają też jedzenie. Jest podobne do mannej kaszki, ale ma wszystkie potrzebne wartości odżywcze. – Przekazali mi właśnie – rzekła Sandy, że podzielą się z nami swoją technologią. Na miejscu naszego spotkania, zbudują generator energii. Poza tym zrobią to w wielu miejscach. Zbudują fabrykę tych generatorów jak i te, które wytwarzają tę żywność. Będzie to działać, aż ludzie nie będą tego potrzebować. Oni sami doskonale czują kiedy nie będą już potrzebni. Jest ich wielu, ale przy każdym przekazie dają mi odczuć, że to nasza planeta i że oni tęsknią za swoją.
Sandy popatrzyła na Franka.
– Pamiętasz co powiedział Othh-nee, że ponieśli straty, ale w porównaniu z naszymi są znikome?
– Tak pamiętam.
– Na tych dwóch planetach, o których wspomniał Scott, mieszkało prawie 18 miliardów istot i wiele zwierząt.
Frank posmutniał.
– Och, powiedz im jak bardzo nam przykro – rzekł cicho.  
– Oni to już odebrali. Mówią, że za tydzień będzie energia elektryczna, ale pytają, czy chcemy całkiem przejść na ich energie. Mówią, że ta jest wszędzie. To ona porusza planety. W ten sposób nie będziemy niszczyć Ziemi.
– Och, to wspaniały pomysł, lecz muszą przekazać to innym władzą.
Sandy zrobiła małą przerwę.
– Pragną, byśmy polecieli na ich planetę.
– Och, a kto będzie tłumaczył?  
– Te „fabryki” mają tłumaczy, poza tym oni uczą się ziemskiego języka. Ci, którzy posiadają zdolności telepatyczne, będą mogli je znacznie powiększyć, z ich pomocą. Oczywiście jeśli wyrażą na to zgodę.
Z tych wszystkich wiadomości jedna szczególnie podziałała na Franka. I tym razem nie jako sekretarza obrony, ale jako człowieka. – Och, jak długo was nie będzie?  
Zmienił nieco ton i barwę. – Jesteście dla mnie jak rodzina, chociaż na początku naszej znajomości miałem z waszego powodu silny stress. Lubię was i będzie mi was brak. – Ty również jesteś nam bliski, ale nie wiemy, jak długo nas nie będzie – odpowiedziała za wszystkich Sandy.
Wyszli szybko. Dawid nadal miał nieco smutną minę.
– Nie martw się kochanie – powiedziała Sandy – mają coś dla ciebie... dobrego
– Co?
– Tego nie wiem.
Siedzieli kilka minut w milczeniu. W końcu porozumieli się jeszcze raz z Frankiem.
– Othh-nee będzie czekał tam, gdzie parę godzin temu, odwiezie nas ktoś? – zapytała.
– Nie ma sprawy, sam was odwiozę, wezmę tylko kierowcę, takie przepisy.
Po paru minutach pojechali jak stali.
– Starr też jedzie?  
– To część naszej rodziny. Co zresztą mnie nie zdziwiło, Othh-nee powiedział, że pies też powinien lecieć. Zapytałam go, czy oni mają takich „przyjaciół”. On rzekł, że nie w taki sposób, ale tak. Dojechali na miejsce.
– Pamiętam, że na wypad za miasto zabieraliśmy różne sprzęty i jedzenie, a wy lecicie do środka galaktyki i nic nie bierzecie – zażartował Frank.
– Taki już nas los – rzekła Sandy.
– Chcę wam coś powiedzieć, zanim polecicie. Zmieniłem się, ludzie się zmienili. Jest tak, jak powiedziałeś Scott. On za tym stoi, wiem to. No już idźcie, bo zacznę się zachowywać, nie jak przystało ministrowi obrony.
Pożegnali się krótko. Teraz dopiero zauważyli statek, musiał tam już być, ale widocznie był niewidzialny. Othh-nee wyszedł z wewnątrz.
– Witajcie na moim statku, powiedział dobrym angielskim.
– Zrobiłeś postępy – rzekł Scott.
– Dziękuję. Wy też możecie nauczyć się naszego języka i telepatii. Chociaż telepatia jest lepsza.
– Ma też swoje złe strony – rzekł Dawid.
Ogromny stwór popatrzył na Dawida.
– Wiem, co masz na myśli, masz rację.  
Statek w środku wydawał się dużo większy niż od zewnątrz. Fotele wyglądały na gumowe, ale oczywiście wykonano je z zupełnie innej substancji. Kiedy usiedli, dostosowały się do ich ciał. Nie widzieli żadnych urządzeń sterowniczych. Othh-nee jakby czytał ich myśli. – Wszystko sterowane jest za pomocą myśli, w pewnym sensie wewnątrz statek to część nas, jest żywy.  
Nie czuli, nawet kiedy statek wystartował.
– Nie obawiaj się Dawidzie. Robiłeś to, co każdy robiłby na twoim miejscu. Jesteśmy od was bardziej rozwinięci technicznie i pewnie duchowo także, ale „oni” posługiwali się nami jak maszynami. Nikt z nas nic nie pamięta, chociaż wiemy, co uczyniliśmy – rzekł stwór. Nie możemy tego odwrócić, możemy jedynie spróbować zapomnieć.
Rozwarła się ściana i weszli do ogromnego pomieszczenia. Znowu Othh-nee odpowiedział na nie zadane pytanie.
– Jest odwrotnie, niż myślicie. Statek jest dużo większy, niż wydaje się z zewnątrz. Ten, którym polecimy na jedną z naszych planet, Alley, jest około trzech godzin lotu. Dopiero kiedy miniemy granice układu Solarnego, będziemy mogli rozwinąć większą szybkości
– Dziękujemy za zaproszenie, a głównie za pomoc dla Ziemi – rzekł w imieniu reszty, Scott. – Pomożemy wam na ile to możliwe. Teraz was zostawię. Możecie dowolnie zaprojektować pokój, póki dolecimy do statku-matki, jak go nazywacie.
– Jak długo będziemy lecieć do twojej planety?
– Około trzech miesięcy.
– Czy to daleko? – zapytała Sandy.
– Daleko. Według waszych nazw Alley znajduje się w gwiazdozbiorze Kraba.
– Wobec tego przekroczymy prędkość światła i to wielokrotnie – rzekł Scott.
– O tak i to wielokrotnie.
– Czy wiesz, gdzie jest miejsce, z którego pochodzę?
Othh-nee spojrzał na niego swoimi czarnymi oczami, a te zmieniły barwę na ciemnogranatową.
– Nie wiemy tego. Pojawili się znikąd, zniszczyli dwie zamieszkałe planety, a potem nas zmusili. Jego głos tylko na chwilkę przyjął inną barwę, ale zaraz przybrał normalną.
– Szanujemy wszystko, co żyje, może bardziej niż wy do tej pory to robiliście. Nie mamy nienawiści, ale wyrządzili nam ogromną krzywdę.
– Sandy mówiła, że ta wyprawa jest głównie dla mnie – rzekł Dawid po chwili milczenia.
– Tak, ktoś na ciebie tam czeka.
– Och tak, a kto?
Sandy i Scott również się zdziwili.
– Gdybym wam powiedział, nie byłoby to tak ciekawe, prawda?
– Masz rację, ciekawe jest również to, że ani ja, ani Sandy nie możemy tego ,,wydostać” od ciebie, mimo naszych zdolności.
– Umiemy blokować pewne myśli i pragnienia. To jest w waszym nazewnictwie ,,prywatność”.
Popatrzył na nich.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction i miłosne, użył 2378 słów i 14324 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto