Kryształ cz. 8

Kryształ część druga.

– Będziesz prowadził, kochanie? – zapytała Sandy. 
– Kłopot w tym, że wcześniej zapalałem bez kluczyków, bo mi nie były potrzebne, a teraz ich nie mam.
– Pamiętam, że widziałam je w tyle łodzi – rzekła Sandy.
– Paliwa jest dość – odezwał się Dawid.
– Tak, coś pamiętam, że uzupełniłem je na ,,swój” sposób, kiedy tu ostatnio przypłynąłem.
– O, są klucze – ucieszyła się Sandy. – Po ciemku nie tak łatwo coś znaleźć.  
Udało im się uruchomić motor dość szybko. Płynęli kilka minut i w końcu dotarli do portu.
– Nie widać zniszczeń, ale też nikogo – rzekł Dawid. 
– Pewnie śpią – rzuciła Sandy. – Może i my przenocujemy.
– To mogliśmy zostać na wyspie – wtrącił Dawid. 
– Tak, ale tam nie mieliśmy jedzenia, a tu pewnie coś znajdziemy. 
Na szczęście świecił księżyc i znaleźli niedaleko sklep. Drzwi nie były zamknięte. Niestety nie było prądu. Jedzenie, które zostało, nie nadawało się do spożycia. 
– To spore miasto, jeżeli nie zostało zniszczone, a nawet uszkodzone, to ktoś tu musi być. – rzekła brunetka
– Prześpijmy się gdzieś, a rano zobaczymy – zaproponował Scott.
Wyglądało na to, że miasto ewakuowano. Weszli do pierwszego domu, drzwi były otwarte, a w środku żywego ducha, pusto. Oczywiście nie mieli prądu. Położyli się w salonie i zasnęli. Sandy przetarła oczy. Starr lizał jej dłoń.
– Och to ty, piesku – szepnęła. 
Zaraz wyjdziemy. Wstała i wyszli na dwór. Pies załatwił swoją potrzebę. Sandy rozejrzała się. Jaśniało. Nikogo. Ukucnęła pod drzewem.  
– Ludzie też mają swoje potrzeby – rzekła do Starra. – Chodź, wracamy.
Kiedy wróciła z psem, Scott i Dawid już wstali.
– Żywego ducha.
Zostawili po sobie porządek i wyszli. Dopiero po dwóch godzinach natknęli się na pierwszych ludzi. Dawid zobaczył dym. Udali się w tym kierunku. Na tyłach domu w ogrodzie siedziała para. Oboje mieli koło około sześćdziesiątki. Palili ognisko i piekli rybę. Ożywili się na ich widok.  
– Od trzech tygodni nikogo nie widzieliśmy – zaczęła starsza kobieta – wy jesteście pierwsi, siadajcie. 
– Dziękujemy – rzekła Sandy.
Wzajemnie przedstawili się. Kobieta miała na imię Margaret, a jej mąż Harry.
– Zjecie coś? – zapytała Margaret.  
– Chętnie, nie odmówimy – rzekł Scott, ale nie mamy pieniędzy.
Kobieta się zaśmiała.
– Nic nie działa, nie ma prądu, telefony nie działają. Po co pieniądze?
– Mogę pomóc, w czym trzeba – zagadnął Dawid.
– To będzie wystarczająca zapłata – odpowiedział Harry. – Możesz porąbać trochę drewno? 
– Oczywiście.
– Jesteście przyjaciółmi? – zapytała Margaret.
– Tak – odrzekła Sandy.
– Myśmy nie chcieli się ewakuować. Nie wiecie, czy dalej jest wojna?
– Nie, już się zakończyła – rzekł Scott.
– To dobrze. Mój mąż jest rybakiem, przedtem łowił na kutrze, a teraz ma małą łódkę w porcie i łowi na wędkę. Oszczędzamy paliwo do generatora.
Dawid rąbał drwa i rozmawiał z Harrym.
– Dziwnie się czuję – rzekł cicho Scott, do brunetki – pierwszy raz potrzebuję czyjejś pomocy. Masz jakiś pomysł, Sandy?
– Najlepiej zadzwońmy do Franka, będzie miał okazję się zrewanżować.
– Tak, ale telefony nie działają, poza tym nie znam numeru.
– Ja pamiętam.
– Harry – zawołała Margaret, chyba możesz im pomóc.
Poczciwy Harry podszedł do ogniska.
– Chcą gdzieś zadzwonić, masz jakiś pomysł? 
– Na moim kutrze wszystko działa, możemy wysłać alfabetem Morse’a, może ktoś odbierze. 
– Zostańcie – rzekł Harry, nie ma sensu, by wszyscy szli.  
– O, ja ich tak zaraz i tak nie puszczę, kto wie kiedy znowu kogoś zobaczymy?
Scott poszedł z Harrym do portu. Po dobrym marszu dotarli do kutra.
– Żona zapisała mi numer telefonu. Dobrze, że pamiętała.
– Och, więc to twoja żona. Od razu tak pomyślałem, a chłopak to wasz przyjaciel?
– To nasz syn.
Syn, powiadasz. To musisz mieć koło czterdziestki, młodo wyglądasz. Nie wiem, czy uda nam się nawiązać szybko kontakt, ale spróbujemy.  
Harry zaczął stukać kod.
– Nie myślałem, że to może się jeszcze przydać. A tak dla ciekawości, jak tu się znaleźliście? 
– Byliśmy na małej wyspie o dziesięć mil, przypłynęliśmy w nocy. Przespaliśmy w jakimś opuszczonym sklepie, a rano zobaczyliśmy dym waszego ogniska i przyszliśmy.
– O jest odpowiedź – rzekł Harry. Daj ten numer, może mnie połączą.
Scott podał numer. Harry zaczął stukać. Po chwili odłożył klucz i spojrzał na Scotta.
– Oni pytają, skąd znasz prywatny telefon sekretarza obrony USA.
– Powiedz im, że Scott i Sandy potrzebują pomocy, podaj pozycję.
– Od razu pomyślałem, że jesteście kimś ważnym. To się Margaret zdziwi.  
– Nie jesteśmy nikim ważnym, po prostu znamy Franka.  
Harry zaczął się serdecznie śmiać. Śmiał się również przez całą drogę powrotną. Wrócili do domu. 
– Ich pies jest przemiły – rzekła Margaret. – Udało się?  
– Tak – odrzekł Harry, myślę, że będziemy mieli więcej gości.
Za dwie godziny nad ich głowami pojawiły się czarne helikoptery, a kiedy wylądował, jeden z żołnierzy zasalutował.
– Melduję, że sekretarz przeprasza, że nie mógł osobiście, ale was oczekuje.
– Na pewno nic nie potrzebujecie? – zapytała Sandy, starszych ludzi.
– Nie nic nam nie potrzeba, a w razie czego nadamy wiadomość – zawołał Harry.
Po chwili lecieli trójka i pies polecieli w kierunku Nassau. Po kilku minutach dolecieli.
– To zrobił jeden pocisk – rzekł pilot, pokazując zniszczenia.
– Nie wiemy co to za broń, ale zniszczyła pół miasta. Mówią, że gdyby nie jakiś Superman, nic by nie zostało z naszej Ziemi. – odrzekł pilot.
Sandy chciała coś powiedzieć, ale Scott ją powstrzymał ruchem dłoni. Przelecieli nad miastem i znaleźli się nad wodą. Około kilometra od brzegu stacjonował lotniskowiec. Helikopter usiadł łagodnie. Ci sam żołnierze odprowadzili ich do odrzutowca. Wojskowy odrzutowiec leciał bardzo szybko i po godzinie dolecieli do zachodniej części stanu Wirginia. Scott przypuszczał, że Pentagon jest zniszczony. Jego przypuszczenia okazały się słuszne. Nowe miejsce Ministerstwa obrony znajdowało się u podnóża Appalachów. Na lotnisku czekał Frank.  
– Dobrze, że was widzę, jakieś dobre wieści?  
– Może porozmawiamy na spokojnie tam, gdzie pracujesz – rzekł Scott. – Przypuszczam, że Pentagon nie istnieje.
Frank uśmiechnął się kwaśno.
– Przypuszczasz? Masz rację, zostało sporo gruzu.
Dojechali na miejsce. Potem z eskortą weszli do wejścia i dalej zjechali windą kilka pięter w dół.
– Macie tu łazienkę? – zapytała Sandy.
– Tak. Teraz to rarytas, ale dla was zawsze.
Sandy i Dawid umyli się z grubsza. Frank zadbał, by ich nakarmiono. Scott rozmawiał z Frankiem. Miał do niego zaufanie i opowiedział mu wszystko.
– Nawet po tym wszystkim, co przeżyłem, trudno mi uwierzyć. Ale wierzę ci chłopie. Witaj wśród ludzi – dodał i uściskał go serdecznie.
Sandy, Dawid i Starr siedzieli w pokoju.
– Najważniejsze, że nic nam nie grozi – rzekł Frank. – Tylko pytanie, jak porozumiemy się z tymi gadami i czy oni nie będą się mścić.
– Ja znam ich język, a mścić się nie będą, to nie ludzie – rzekła Sandy.
– A jak to się stało, że ty znasz ich język? – zapytał Frank. – O ile pamiętam, byłaś kelnerką.  
– Masz dobrą pamięć. Jestem teraz jego pamięcią – wskazała Scotta. 
– Ach, coś mi wspominał.
– Gdzie Betty? – zapytała Sandy.
Frank posmutniał.  
– Zginęła – odparł sucho. Mam żonę, tylko ona mi została.
– Dzieci?  
Frank odwrócił twarz, nie chciał, żeby widzieli jego łzy.
– W końcu wszyscy tam się spotkamy – rzekł Scott. – I nie będzie już łez. Ja wiem, straciłem moc, ale coś otrzymałem.
Zawiesił głos na chwilę.
– Czuję Ziemię i wierzcie mi, ona płacze więcej niż wszyscy ludzie razem. Ale jej łzy też się skończą. Lecz kiedy się to stanie, zależy od nas wszystkich.
Wszyscy zamilkli na chwilę.
– Nie zdołano oszacować strat, choć wiemy, że są ogromne. Mamy bardzo ograniczony kontakt z innymi państwami, jeśli można w ogóle mówić o państwach. Porozumiewamy się alfabetem Morse’a. Jest bardzo źle. Wielkie miasta są zniszczone, nie ma prądu, brak wody i jedzenia. Wiemy, że w najbardziej zacofanych gospodarczo rejonach, ludzie radzą sobie, ale tam, gdzie mieliśmy cywilizację, wszyscy niedługo umrą. Frank smutno opuścił głowę.
– Ile ludzi znajduje się tutaj? – zapytał Scott.
– Pięćset sześćdziesiąt dwie osoby – odpowiedziała Sandy i zakryła usta.
Frank spojrzał na nią uważnie.
– Dokładnie tyle – odrzekł – tylko jak to wiesz?
– Nie mam pojęcia, ale to na pewno łączy się z tym, co mówił Scott.
– Czy możemy zorganizować krótkie spotkanie? – zapytał Scott.
– Myślę, że tak. Tu wszystko działa. Mamy prąd i nagłośnienie.
– Poproś, kogo możesz, do jakiejś dużej sali, a innych, aby słuchali przez radiowęzeł.
Wszyscy odczuli, że to będzie ważne. Scott czuł, że ma coś do powiedzenia, ale nawet on nie wiedział, że nie będzie mówił do ciała, a raczej do prawdziwego wnętrza ludzkiej istoty. Frank podał wiadomość do wszystkich. Osobiście zadzwonił też do zastępcy prezydenta.
– Wyznaczyłem spotkanie za piętnaście minut, czy tyle wystarczy?  
– Tak, zupełnie. Jestem już gotowy.
– Pokażę wam miejsce.  
Szli betonowym korytarzem, na podłodze leżały szare dywaniki. Budowla miała dobrą klimatyzację, chociaż czuło się zapach betonu. Frank prowadził całą grupę.
– Rozumiesz Scott, że nie wszyscy będą obecni.
– Tak, to zrozumiałe.  
Po drodze minęli kilka bocznych korytarzy. Widzieli sporo ludzi, głównie wojskowych. Sala, w której Scott miał przemawiać, była obszerna. Miała krzesła, pulpit i dużo miejsca dla stojących. Specjalnie przystosowana do tego typu spotkań. Sandy siedziała obok męża, a Dawid obok niej. Czuła się dziwnie. Miała wrażenie, a nawet pewność, że wie kto i kiedy wchodzi, chociaż nie patrzyła. Po kilku minutach wszedł zastępca prezydenta z żoną. Ogłosił to żołnierz idący przed nimi. Wszyscy wstali. Usiadł wraz z żoną niedaleko Scotta w pierwszym rzędzie. Scott bez słowa uścisnął dłoń Sandy, wstał i skierował się do pulpitu. Stanął za solidnym biurkiem, popatrzył na ludzi, którzy przyszli go wysłuchać.
– Dziękuję, że przybyliście. Nie zabiorę wam dużo czasu. Pierwszy raz w historii, straty, które poniosła Ziemia i ludzie, pochodziły z zewnątrz. Jest mi przykro z powodu utraty waszych bliskich i przyjaciół. Straty są ogromne i rosną nadal, ponieważ brakuje żywności i właściwej opieki. Dotyczy to całego świata. Dobre jest to, że nadejdzie pomoc, również z zewnątrz. Ci, którzy nam pomogą, nie są piękni zewnętrznie, ale mają czyste zamiary. Nasz i ich wróg został pokonany. Dokonała tego sama Ziemia, która jest żywą istotą, której my ludzie tak długo sprawialiśmy cierpienie. Otwórzcie serca na jej miłość. Pamiętajcie, że wszyscy ludzie mają czerwoną krew i oddychają powietrzem. Odbudujcie Ziemie, bez różnic wiary i polityki. Poczujecie zmianę w waszych duszach. Powtarzajcie to co usłyszeliście innym. Już nie będzie jak było, a wy i inni nie będziecie tacy jak wcześniej.
Scott zakończył swoją krótką przemowę i wrócił na miejsce. Podał dłoń Frankowi, a potem podszedł do wiceprezydenta i jego żony i zamienił z nimi kilka słów.  
– Wracamy – rzekł cicho do Sandy i syna.
Cała trójka wraz z psem opuściła salę. Frank wydawał polecenia. Wracali korytarzem w towarzystwie żołnierzy, dwóch z przodu i dwóch z tyłu. Prowadzący pokazali im pokój
– Jesteśmy na wasze rozkazy – rzekł jeden z nich – wystarczy podnieść słuchawkę.
Pokazał, stojący na szafce telefon. Dawid zamknął drzwi.
– Myślisz, że odebrali to właściwie? – zapytał Dawid?
– Tak, wiem to.
Dawid patrzył na plan budynku. Starr zaczął drapać w drzwi.
– Wyjdę z nim, myślę, że mi pozwolą.
Wyszedł. Scott i Sandy zostali sami.
– Odbieram cię dużo mocniej niż poprzednio. Stałam się inna.
Scott popatrzył na nią.
– Kocham cię Sandy i nareszcie wiem co to znaczy.
Przytulili się mocno. Scott wstał i podszedł do torby, którą cały czas miał ze sobą. Otworzył ją i wyjął kryształ.
– Och, zupełnie o nim zapomniałam. Czy myślisz, że jeszcze zajaśnieje?  
– Nie wiem – odparł Scott i postawił kryształ na stole.  
– Czy wiedziałeś, co się stanie?
– Nie. Wiedziałem tylko, że muszę to zrobić i pamiętam, że to one mi „powiedziały”.
– Myślę teraz o moim ojcu. Kiedy mama umarła, miałam może jedenaście lat. Ojciec często pił i wcześniej, kiedy żyła, a po jej śmierci, jeszcze więcej. Nie był dla mnie dobry. Chciał mnie skrzywdzić i dlatego uciekłam do Nowego Jorku, zaraz kiedy skończyłam szesnaście lat. Prawie dwa tysiące kilometrów od domu. Nie wiem, czy żyje. Nie mam do niego nienawiści. Czy dalej tak będzie? Czy i tacy ludzie jak on, też się zmienią, jak mówiłeś?
– Wszyscy staną się lepsi – odrzekł stanowczo Scott.
– To dobrze – powiedziała Sandy, po chwili milczenia.
Wstała i podeszła do stołu.
– I pomyśleć, że mieszkałeś tu przez więcej niż pięć milionów lat.  
Objęła kryształy dłońmi. Trzymała je chwilkę i już miała oderwać dłonie, kiedy nagle rozjaśniły się złotozielonym światłem.
– Och! – szepnęła.  
Puściła je wystraszona. Jednak poświata nie znikła. Przeciwnie, rosła i zaczęła przybierać jakieś kształty. Po chwili zobaczyli wyraźnie głowę i część tułowia. Nie mieli wątpliwości. Na szyi gada wisiał gruby złoty łańcuch. Trwało to z minutę. Potem poświata zaczęła zmniejszać się i w końcu znikła.
– Jutro przylecą ich statki. Wiedzą gdzie jestem – wyszeptała.
– Nie obawiaj się, przylecą nam pomóc – rzekł spokojnie Scott.  
– To będzie pięć mil na północ od bazy – szepnęła. – Pojedziesz ze mną, prawda?  
– Tak kochanie.
Scott zamyślił się.
– Co się stało – zapytała Sandy?
– Nie wiem, czy to, co powiedziałem, odebrano właściwie.
– Mam nadzieję, że tak. Chociaż czasem nasze przekazy nie zupełnie pokrywają się z tym co Bóg ma na myśli – dodała.
Do pokoju wszedł Dawid z psem.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction i miłosne, użył 2483 słów i 14700 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto