Kryształ cz. 7

Nastał trudny czas dla Ziemi i ludzi. Statki obcych pojawiły się nagle w wielu miejscach i to w ogromnej ilości. Bez zapowiedzi i uprzedzenia, nastąpił atak. Dawid próbował negocjować. Nic to nie dało. Dostał się do ich statku. Próbowali go zabić, kiedy to się nie powiodło, drugi statek rozwalił ten, na którym przebywał, anihilatorem. Nie pozostało nic poza Dawidem. Niszczyli wszystko, co możliwe, zaczęli od wielkich miast. Niestety nie udało się wszystkich ewakuować. Tak naprawdę, prawie nikogo. Wszędzie gruzy ogień, miliony zabitych i rannych. Dawid dwoił się i troił. Ziemska broń nie mogła im zaszkodzić. Gady porozumiewały się telepatycznie, Scott ich odbierał.
– Oni są jakby chorzy – mówił do Sandy. Coś jest nie tak z nimi.
Trochę posiwiał, czego też nie mógł pojąć. Poza tym nie zmienił się wcale. Za to Sandy każdego wieczoru wyglądała kilka lat starzej. Na szczęście rano wyglądała z powrotem młodo. To było zasługą Scotta. Pracował każdej nocy więcej nad jej ciałem, niż jej duchem. Po trzech tygodniach walki trudno było przewidzieć wynik. Nikt poza Scottem i Dawidem nie znał ilości ofiar. Oczywiście nie dzielił się z tym z Sandy. Nie zniosłaby tego. W połowie czwartego tygodnia wszystko się nagle skończyło. Dzień chylił się ku zachodowi. Siedzieli na schodach chaty. Starr leżał wiernie przy nogach swojej pani. Sandy patrzyła na swojego męża. Po policzkach Scotta płynęły łzy. Dawid wygrał, zniszczył ostatni statek obcych. Zginęło ponad dwa miliardy ludzi. Wiele, wiele milionów rannych. Najeźdźcy zabili ponad siedemdziesiąt procent zwierzą i ptaków. Roślinność ucierpiała mało, zgodnie z planem. Kilka godzin wcześniej, stało się jednak coś znaczącego. Kiedy siedzieli na schodach obydwoje, dostrzegli statek. Mały, leciał nierównym lotem. Leciał wyraźnie w ich kierunku.  
– Co zrobimy? – zapytała Sandy.
– Nic i tak nam nic nie zrobi.
Nagle Scott odebrał go.
– Leci sam, nie ma złych zamiarów... On jest ranny, umiera. Dlatego udało mu się przedostać do nas.
Mały dysk wylądował pięćdziesiąt yardów od chaty. Dymił lekko. Wieko się uniosło. Wyszedł stwór. Ogromny, ubrany w skafander. Srebrny kombinezon był rozerwany na piersi, poniżej pyska. Zielono fosforyzująca posoka płynęła z rozerwanego torsu po skafandrze. Scott od razu wiedział, że Dawid nie był sprawcą jego rany. Stwór zdjął hełm. Wyglądał przerażająco. Miał więcej niż trzy metry wzrostu. Małe ciemne oczy, łuski pokrywała jego ciało. Zaczął coś mówić. Miał małe ostre zęby. Usiadł ciężko. Scott tłumaczył na bieżąco.
– Nazywa się Gnh – hu, umiera.
– Mówi...
Twarz Scotta zmieniła się nagle. Najpierw Sandy zauważyła zdziwienie, a potem... dostrzegła pierwszy raz coś złego w oczach Scotta.  
– Mówi, że to nie oni... zostali zmuszeni.
– Kto za to zrobił? – zapytała Sandy.  
Scott robił wrażenie złamanego.
– Zielone anioły – rzekł cicho. Istoty z mojej planety.  
Gnh–hu umarł.
– Prosił, by go pochować – rzekł Scott. Ostatnie co powiedział, zanim umarł, że bardzo mu przykro.
Starr warczał najeżony, potem podbiegł do ciała stwora i zaskowytał przeciągle.
– Czy to możliwe? – zapytała Sandy.
– Tak – rzekł smutno Scott. To samo przekazał mi mnich, zanim odszedł. Teraz zrozumiałem.  
                                                                *  
Wojna albo lepiej inwazja, się skończyła. W kilka dni później odwiedził ich Frank, przyleciał razem z zastępcą prezydenta. Postarzał się o kilka lat.
– Przybyłem, żeby wam specjalnie podziękować: od prezydenta, całego narodu i świata i ode mnie.  
Wyciągnął rękę do Scotta.
– Gdyby nie Dawid, nikt by nie ocalał. Dzięki od ludzi świata. Czy na pewno nie chcecie się ujawnić?
– Nie – rzekł Scott.
Miał smutną twarz.
– Jest mi przykro jak tobie. Dobrze, że już po wszystkim – dodał Frank.
– To dopiero początek – rzekła Sandy. To nie oni.  
– Co mówisz kobieto, oszalałaś?  
– Istoty z mojej planety stoją za tym – rzekł Scott. Każda z nich jest jak Dawid lub silniejsza – ciągnął Scott.
– Jak to? – zapytała Sandy – przecież wysłali cię, byś bronił Ziemię.
– Nie rozumiem – rzekł całkiem przybity Scott.  
– Jedźcie do domu, Frank, czy tam gdzie mieszkasz. Nic tu po was.
Frank i zastępca prezydenta z ludźmi, weszli do helikoptera. Odlecieli.  
– I co teraz będzie? – zapytała brunetka.
– Będziemy czekać – rzekł Scott.
– Oni już tu są, gdzieś w okolicy Jowisza. Widziałem ich statek, ma ponad tysiąc kilometrów długości – rzekł Dawid.
   Nastał trudny czas dla Ziemi i ludzi. Statki obcych pojawiły się nagle w wielu miejscach i to w ogromnej ilości. Bez zapowiedzi i uprzedzenia, nastąpił atak. Dawid próbował negocjować. Nic to nie dało. Dostał się do ich statku. Próbowali go zabić, kiedy to się nie powiodło, drugi statek rozwalił ten, na którym przebywał, anihilatorem. Nie pozostało nic poza Dawidem. Niszczyli wszystko, co możliwe, zaczęli od wielkich miast. Niestety nie udało się wszystkich ewakuować. Tak naprawdę, prawie nikogo. Wszędzie gruzy ogień, miliony zabitych i rannych. Dawid dwoił się i troił. Ziemska broń nie mogła im zaszkodzić. Gady porozumiewały się telepatycznie, Scott ich odbierał.
– Oni są jakby chorzy – mówił do Sandy. Coś jest nie tak.
Trochę posiwiał, czego też nie mógł pojąć. Poza tym nie zmienił się wcale. Za to Sandy każdego wieczoru wyglądała dziesięć lat starzej. Na szczęście rano wyglądała z powrotem młodo. To było zasługą Scotta. Pracował każdej nocy więcej nad jej ciałem, niż jej duchem. Po trzech tygodniach walki trudno było przewidzieć wynik. Nikt poza Scottem i Dawidem nie znał ilości ofiar. Oczywiście nie dzielił się z tym z Sandy. Nie zniosłaby tego. W połowie czwartego tygodnia wszystko się nagle skończyło. Dzień chylił się ku zachodowi. Siedzieli na schodach chaty. Starr leżał wiernie przy nogach swojej pani. Sandy patrzyła na swojego męża. Po policzkach Scotta płynęły łzy. Dawid wygrał, zniszczył ostatni statek obcych. Zginęło ponad dwa miliardy ludzi. Wiele, wiele milionów rannych. Najeźdźcy zabili ponad siedemdziesiąt procent zwierzą i ptaków. Roślinność ucierpiała mało, zgodnie z planem. Kilka godzin wcześniej, stało się jednak coś znaczącego. Kiedy siedzieli na schodach obydwoje, dostrzegli statek. Mały, leciał nierównym lotem, wyraźnie w ich kierunku.  
– Co zrobimy? – zapytała Sandy.
– Nic i tak nam nie może zaszkodzić.
Nagle Scott odebrał go.
– Leci sam, nie ma złych zamiarów... On jest ranny, umiera. Dlatego udało mu się przedostać do nas.
Mały dysk wylądował pięćdziesiąt yardów od chaty. Dymił lekko. Wieko się uniosło. Ze środka wyszedł stwór. Ogromny, ubrany w skafander. Srebrny kombinezon był rozerwany na piersi, poniżej pyska. Zielono fosforyzująca posoka płynęła z rozerwanego torsu po skafandrze. Scott od razu wiedział, że Dawid nie był sprawcą jego rany. Zdjął hełm. Wyglądał przerażająco. Miał więcej niż trzy metry wzrostu. Małe ciemne oczy, łuski pokrywała jego ciało. Zaczął coś mówić. Miał małe ostre zęby. Usiadł ciężko. Scott tłumaczył na bieżąco.
– Nazywa się Gnh –hu, umiera.
– Mówi...
Twarz Scotta się zmieniła. Najpierw Sandy zauważyła zdziwienie, a potem... dostrzegła pierwszy raz coś złego w oczach Scotta.  
– Mówi, że to nie oni... zostali zmuszeni.
– Kto to zrobił? – zapytała Sandy.  
Scott robił wrażenie złamanego.
– Zielone anioły – rzekł cicho. – Istoty z mojej planety.  
Gnh–hu umarł.
– Prosił, żeby go pochować – rzekł Scott. Ostatnie słowa, które wypowiedziła, zanim umarł brzmiały, że bardzo mu przykro.
Starr warczał najeżony, potem podbiegł do ciała stwora i zaskowytał przeciągle.
– Czy to możliwe? – zapytała Sandy.
– Tak – rzekł smutno Scott. To samo przekazał mi mnich, zanim odszedł. Teraz zrozumiałem.  
                                                           *  
Wojna albo inwazja się skończyła. W kilka dni później odwiedził ich Frank, przyleciał razem z zastępcą prezydenta USA. Postarzał się o kilka lat.
– Przybyłem, żeby wam specjalnie podziękować: od prezydenta, całego narodu i świata i ode mnie.  
Wyciągnął rękę do Scotta.
– Gdyby nie Dawid, nikt by nie ocalał. Dzięki od ludzi świata. Czy na pewno nie chcecie się ujawnić?
– Nie – rzekł Scott.
Miał smutną twarz.
– Jest mi przykro jak i tobie. Dobrze, że już po wszystkim – dodał Frank.
– To dopiero początek – rzekła Sandy. To nie oni.  
– Co mówisz kobieto, oszalałaś?  
– Istoty z mojej planety stoją za tym – rzekł Scott. Każda z nich jest jak Dawid lub silniejsza – ciągnął Scott.
– Jak to? – zapytała Sandy, przecież wysłali cię, byś bronił Ziemię.
– Nie rozumiem – rzekł całkiem przybity Scott.  
– Jedźcie do domu, Frank. Nic tu po was.
Frank i zastępca prezydenta z ludźmi, weszli do helikoptera. Odlecieli.  
– I co teraz będzie? – zapytała Sandy.
– Będziemy czekać – rzekł Scott.
– Oni już tu są, gdzieś w okolicy Jowisza. Widziałem ich statek, ma ponad tysiąc kilometrów długości – rzekł Dawid.
– Czego chcą? – zapytał Scott, bo to jest zakryte przede mną.
– Mnie i mamę. Dawid pokazał na Sandy.
– Co takiego?
Twarz Scotta przyjęła złowrogi wyraz.
– To ultimatum. Powiedzieli, że zabiją wszystkich ludzi albo zabiorą nas. To okrutne bestie. Przekazali, że nas zbadają, a potem będą unicestwiać bardzo powoli, ratować i znowu zabijać. A ty będziesz to czuł, a potem umieszczą cię tam gdzie poprzednio. Tylko tym razem nie będzie tam kryształów. I będziesz trwać tam, aż Ziemia się skończy, miliardy lat. Ze świadomością tego wszystkiego.
Dawid skończył, wyglądał na kompletnie przybitego. Scott bez słowa poszedł do drugiego pokoju i wrócił z kryształem z groty. W tej samej prawie chwili pokój rozjaśnił się jasnozielonym światłem. H–oo stanął przed nimi. Wyglądał pięknie, jak anioł. Fosforyzował szmaragdowozłotym blaskiem.  
– Macie pięć minut – powiedział po ludzku. Co za prymitywny język. Nie moja decyzja. Ja chciałem zacząć od razu.
Scott nie czuł cynizmu. Tylko zło.  
– Dlaczego? – zapytał Scott.
– Powiem ci coś – odparł H – oo. Zrobimy z wami, co przekazał wam Dawid, a potem i tak zniszczymy populację Ziemi. I nic nam nie przeszkodzi.  
– Teraz wierzę, że diabeł istnieje – powiedziała cicho Sandy. Do tej pory wierzyłam w Boga. Teraz wiem, że i Szatan istnieje.
H–oo tylko się uśmiechnął.
– Masz rację kobieto. To ja jestem Lucyfer, syn Gwiazdy Zarannej. Co za bzdura! Nic nie rozumiecie. My żyjemy wiecznie. Śmierć jest fascynująca, a cierpienie jeszcze bardziej...
Coś uszło jego uwadze. Scott, który stał obok, uderzył się silnie w pierś kryształem, który trzymał w ręku. Krew ciekła po jego ubraniu. Upadł. Sandy uklękła przy jego ciele.
– To nic, kochanie. To nic, wszystko będzie dobrze – jego głos słabł.
– Nie umieraj – szepnęła – mówiłeś, że nie umrzesz, kocham cię.
Głos jej się rwał.
Coś działo się z H–oo. Kropelka krwi Scotta obryzgała jego świetliste ciało. Kolory jego poświaty zmieniły się, zaczęły matowieć. Jego piękna twarz wykrzywiła się w grymasie.
– Co to jest? – zasyczał...
Zaczął palić się różowozłotym płomieniem. Po chwili została z niego tylko garstka popiołu.  
W tym samym momencie, z wnętrza poranionej Ziemi, wystrzelił złoty promień i po kilku sekundach dotarł w okolice Jowisza. Statek szmaragdowych aniołów, który bez obawy przelatywał przez serce Supernowej, przestał istnieć, wraz z pozostałą szóstką szmaragdowych, świetlistych istot. Ci, którzy nie zaznali nigdy śmierci, nagle przestali istnieć.
– Kochanie – rzekł słabo Scott.
– Tak najdroższy – Sandy przychyliła głowę blisko jego ust, żeby słyszeć, co mówi.
– Człowiek nie jest najwyższą formą życia na Ziemi – rzekł cicho.
– Nie, a kto? – zapytała Sandy.
– Ziemia, to istota. Bardzo mądra, dobra i czuła.
– Przed chwilą zniszczyła ich wszystkich.
– Resztka tych dwunożnych jaszczurów pomoże wam... Nam, ludziom. Oni są inni, ale...
Scott zamknął oczy.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction i miłosne, użył 2078 słów i 12445 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto