Kryształ cz. 6

– Wylądowaliście na parkingu, przeszliście przez kordon ochrony. Nie mogli ani strzelać, ani was zatrzymać, po czym przeszliście przez betonową ścianę. Kim jesteście u diabła? – zapytał podniesionym głosem sekretarz.
– Może ja zacznę – rzekła Sandy. Jestem Sandy – wyciągnęła dłoń.
Sekretarz burknął swoje imię.
– To mój mąż, Scott, a to syn, Dawid – pokazała dłonią.
– Chyba brat.
– Syn – rzekła dobitnie.
– Ach, a to Starr, nasz pies. Nie jest agresywny.
– Jestem z Ziemi, do niedawna pracowałam jako kelnerka w restauracji w NY.  
– Tak, a ja jestem z Marsa – rzekł sekretarz i wyciągnął cygaro z biurka.
Dawid i Scott nie przeszkadzali Sandy, pozwolili się jej wykazać.
– Przybyliśmy tu, to znaczy oni, wskazała wzrokiem męża i syna, bo będziemy potrzebować pomocy. Ja, ty ludzie, Ziemia jest zagrożona – dokończyła.
– Jesteśmy zagrożeni? – zapytał z sarkazmem sekretarz.
Sandy wyczuła Scotta.
– Daj mi minutkę kochanie, spróbuję go przekonać.
– Masz pistolet?  
– Moi chłopcy nie mogli strzelać, a ja będę mógł?  
– Nie mogli, bo Dawid tak chciał – odrzekła Sandy.
Spojrzała na Scotta, a on kiwnął głową.
– Strzel do mnie.
– Nie jestem mordercą – rzekł bardziej zdziwiony niż zły, sekretarz stanu.
– W takim razie, strzel w ścianę – rzekł Scott.  
– Nie będę strzelał, bo ty tak chcesz – odrzekł tamten.  
– W takim razie zadzwonię do twojej żony i powiem co robiłeś w zeszły piątek z Betty. Sekretarz otworzył usta.
– Skąd wiesz o Betty?
– On wszystko wie.
– Prawie wszystko – poprawił ją Scott.
Sekretarz wymierzył w ścianę i strzelił. Głuchy odgłos rozległ się po pokoju. Drzwi otworzyły się
i do pokoju wpadła sekretarka z dwoma chłopcami z ochrony.
– Wszystko w porządku, Frank?  
– Wszystko w porządku, nie są groźni. Rozmawiamy. Wezwę was jak będę was potrzebował, teraz proszę nam nie przeszkadzać.  
Sekretarka zamknęła drzwi. Sandy czuła się dobrze. Wstała, podeszła do biurka. Stały tam fotografie. On, żona i pies. W oddali okazały dom. inne przedstawiały jego dzieci.
– Czy wy wszyscy musicie być tacy. Twoja żona ci ufa – rzekła dobitnie Sandy.
Sandy popatrzyła na niego.  
– Strzel do mnie – rzekła cicho.
Rozległ się huk. Frank stał zdenerwowany.
– Masz pewnie koszulkę. Musi być bardzo cienka – rzekł Frank. Chociaż nie rozumiem jak mogliście przejść przez ścianę.
Nerwy mu puściły.
Otworzył biurko, wyjął szklankę i butelkę Johny Walker z niebieskim paskiem. Pociągnął solidny łyk prosto z butelki.
– Nie mam ,,koszulki”. To ubranie jest specjalne. Wytrzymuje ,,Zagładę miast”.
– Mówi o tej ,,Zagładzie miast”? – zapytał Frank.
– Tak, odrzekł Dawid. Niestety nie mogę zrobić tych ubrań więcej, tylko dla mamy i taty.
– Uspokój się – rzekł Scott do Franka. Nie mamy czasu aby ci wszystko tłumaczyć. Grozi wam niebezpieczeństwo.
– Niewyobrażalne – dodała Sandy.
– Nie wiem o czym mówisz – rzekł Frank. Jeśli ty to wiesz to dlaczego ja nie wiem.
– Już ci mówiłam, oni nie są z Ziemi.
– Widziałeś „Gwiezdne wojny”?  
Frank wyraźnie się rozbawił. Tym razem nalał do szklanki i wypił do połowy.  
– Tak, a co?
– Gdyby nie to, że chodzi im o Ziemię to by było „bum” i po wszystkim – rzekł twardo Scott.
– Oni chcą ją dla siebie. A was ludzi i prawie wszystkie gatunki zwierząt, chcą unicestwić – dokończył Scott.
Frank popatrzył na nich z gniewem.
– Nie wiem skąd macie te ubrania i jak robicie te sztuczki, ale nie jestem idiotą by wierzyć w te bzdury – prawie krzyczał Frank.
Sandy spojrzała z zakłopotaniem na Scotta.
– Nie przejmuj się kochanie – rzekł spokojnie Scott do Sandy. Czy ty na jego miejscu byś uwierzyła?
– Ja? Uwierzyłabym – odrzekła z uśmiechem Sandy i pocałowała go.
Starr szczeknął.
– Widzisz i on też wierzy.
Śmieli się chwilę. Wszyscy z wyjątkiem Franka.
Scott spoważniał.
– Posłuchaj uważnie Frank. Przybyliśmy tu, bo musicie się zorganizować, aby ograniczyć ilość ofiar. Nie możemy was wszystkich uratować.  
– Nie wiem też, czy możemy wygrać – rzucił Dawid.
Scott spojrzał na syna.
– Nie widzę innej możliwości, aby go przekonać.  
– Poczekajcie, wrócę niebawem – rzekł Dawid i...
Zniknął.
– On zniknął – głos Franka drgał nerwowo.
– Pojedziecie, a raczej polecicie na wycieczkę – rzekł spokojnie Scott.  
Trwała cisza, nikt się nie odzywał. Po dwóch minutach  Dawid nagle pojawił się z powrotem. Parował albo dymił, miał ze sobą wielką torbę.
– Czuję spaleniznę – rzekł Frank.
– To torba – rzekł Dawid, leciałem szybko i musiała się przegrzać.
– Co to jest? – zapytał Frank.
– Pożyczyłem z NASA, skafander kosmiczny. Zaczął wyjmować kombinezon.
– Tylko jeden? – zapytał słabym głosem Frank.
– On nie potrzebuje – odpowiedział za syna Scott.
– Ubierz to. Wiesz jak, prawda? – rzekł Dawid .
– Nie mówisz poważnie?– zapytał Frank. Mam lecieć w kosmos, jak?  
– Ja cię zabiorę – odrzekł Dawid.
Spotkał się ze wzrokiem ojca.
– Dam mu ochronę – rzekł Dawid.
– Nie zrobię tego – rzekł stanowczo Frank.
– Dzwoń do żony –  rzekł Scott do Sandy i zaczął podawać numery.
– Kanalie, szantażyści – dyszał Frank.
Zaczął nakładać kombinezon.
– Po co mam lecieć? – zapytał zrezygnowany Frank.
– Pokażę ci wroga, inaczej cię nie przekonam.
Frank zaczął zapinać kombinezon. Musiał być przeszkolony, bo szło mu to całkiem dobrze.
– Gotowy? – zapytał Dawid.  
Frank kiwnął głową, zrezygnowany. Dawid stanął obok Franka. Otoczyła ich gęsta różowa mgła. Kiedy się rozrzedziła, Scott i Sandy zostali sami. Starr spał blisko nóg Sandy.
– Byłaś cudowna – rzekł Scott, chcesz coś do picia?
– Wody jeśli mogę.
Scott otworzył biurko Franka.
– Tylko szkocka.
Nacisnął guzik.
– Betty, podaj nam, proszę, wodę i czystą szklankę.
– Dobrze, proszę pana.
Po chwili drzwi się otworzyły i sekretarka przyniosła butelkę wody i szklankę na tacy.
– To ta Betty? – zapytała Sandy.
– Tak.
– Masz męża? – zapytała ją Sandy.
– Tak.
Robiła wrażenie zdenerwowanej.  
– Gdzie Frank i ten drugi młodzieniec?  
– Poszli się przewietrzyć – odpowiedziała lekko rozbawiona Sandy.
– Jak wyszli?  
Betty nie uspokoiła się wcale.
– Tędy – Sandy pokazała sufit.  
– Tam jest pięć pięter zbrojonego betonu.  
– Teraz z kolei Betty otworzyła biurko szefa, nalała sobie szkockiej i wypiła szybko.
– Uspokój się, a przynajmniej się postaraj – powiedziała Sandy.
Betty zamknęła drzwi.
– Nikt tu nie przyjdzie, bez Dawida jesteśmy bezbronni?  
– Niezupełnie, stosuję blokadę telepatyczną. Poza tym nie powiedziałem ci wszystkiego. Ja jestem niezniszczalny przez ich broń, natomiast ty – zawiesił głos. W czasie porodu krwawiłaś trochę.
– Nie rozumiem?  
– Kiedy się rodził, podarował ci coś. Przez kontakt krwi niejako połączył się z tobą. Otoczył każdą najmniejszą komórkę twojego ciała ,,czymś” z czego jest zbudowany. Mówiąc prosto nic ci nie jest w stanie zagrozić. Właściwie to ubranie nie jest nam potrzebne, ale nie zaszkodzi je mieć.
– Och –  szepnęła Sandy. Czuję się normalnie.
– Mogłabyś siedzieć w środku słońca.
– A ty?
– Też bym mógł, choć jestem zbudowany nieco inaczej – odrzekł po chwili Scott.
– Wybierzmy się tam – szepnęła Sandy. Żartuje – dodała po chwili.
Nagle zrobiło się gęsto. Najpierw pojawiła się mgła. Po chwili Dawid i Frank pojawili się ponownie. Jak można było przewidzieć, Frank nie zniósł podróży dobrze, szczególnie psychicznie.
– Whisky – wyjąkał.
Tym razem Sandy mu nalała, to co zostało.
– To jakiś fotomontaż, dlaczego mi to robicie – rzekł ze zrezygnowaniem Frank.
– To nie jest fotomontaż i przekonałeś się o tym naocznie i zaraz dostaniesz dowód. A „robimy” ci to bo jesteś sekretarzem obrony USA.
– Jacy oni są? – zapytała Sandy.
Scott już wiedział. W tej chwili, kiedy Dawid powrócił odebrał od niego wszystkie informacje.  
– To rasa jaszczurów, dwunożna, mają około trzech metrów wysokości. Dawid dostał się na jeden z ich statków i pobrał próbkę naskórka – ciągnął Scott. ich wygląd i zdolności telepatyczne to nic, ale ich broń. Pociski neutronowe, anilihatory i inne bardzo złe rzeczy.
Frank mimo wszystko w głębi duszy uwierzył, ale to wszystko co do tej pory zobaczył i usłyszał przekraczało jego wytrzymałość nie tylko jako człowieka, ale również jako szefa obrony najsilniejszego mocarstwa świata. Złapał za telefon. Przypadkowo lub celowo rozmawiał przez, że oni słyszeli obie strony. Odebrał major Jones, który zarządzał laboratorium.
– Major Jones, słucham Generale Mc Thomas.
– Dostaniesz za chwilę próbki do zbadania, chcę wiedzieć co to jest. Ściśle tajne, wyniki natychmiast. Bezpośrednio do mnie.
– Zrozumiałem, rozkaz.
Siedzieli może dziesięć minut w milczeniu. Zastępca Jonesa osobiście przyniósł wyniki. Odmeldował się i wyszedł. Frank czytał na głos.
– DNA nieznane na Ziemi, najbliższe podobieństwo krokodyl, waran.
Frank obtarł pot z czoła. Ujął powoli słuchawkę.
– Połącz mnie natychmiast z prezydentem, Betty – powiedział powoli i wyraźnie.
Od tej chwili był z powrotem ministrem obrony.    
                                                                *
Scott, Sandy i Starr wrócili na wysepkę koło Bahama. Siedzieli przed chatą. Starr zawsze się trzymał blisko. Scott z pomocą Dawida rozciągnął prywatność na pięćdziesiąt kilometrów.
– Tak naprawdę po co jesteśmy Dawidowi? – zapytała Sandy.
– Konfiguracja.  
– Dalej nie rozumiem.
– Jesteśmy dla niego wzmacniaczem, tak to ujmę najprościej.  
                                                                                                                                                                           Wszędzie na świecie organizowano obronę. Wiele trudności sprawiała panika a i religijni przywódcy utrudniali na swój, znany sposób. Scott zdawał się być czymś głęboko pochłonięty.  Sandy patrzyła na Starr.  
– Urósł, wczoraj skończył trzy miesiące.  
Scott spojrzał na nią z uwagą.
– Musimy pojechać do Tybetu, muszę zobaczyć tego tajemniczego mnicha. Stanie się jak powiedział.
Mieli ten szybki samolot do dyspozycji. Dawid poruszał się sam, na swój sposób. Scott i Sandy posiadali specjalne pozwolenie. Mogli poruszać się bez przeszkód po całym świecie. Wystartował szybko. Sandy miała ubranie pilota. Okazało się, że świetnie znosi przyspieszenia i wysokości. Dawid nie miał z tym nic wspólnego. Zbudował tylko specjalne pomieszczenie dla Starr. To może wyglądało śmiesznie w powadze sytuacji, ale Sandy poprosiła o to syna. Pies miał dla niej specjalne znaczenie i Dawid to rozumiał. Lecieli szybko na wysokości 40 km. Zatrzymali się bardzo blisko klasztoru, a dalej pojechali przygotowanym autem. Weszli do środka, prowadzeni przez tego samego młodego mnicha.                                                                                                                                                                     – Wezwałeś mnie. Nie rozumiem jak to robisz, a jest naprawdę mało rzeczy, których nie rozumiem.                                                                                                                                            
– Czekałem na was – starszy mnich odwrócił twarz.  
Scott wiedział na pewno, że ten nadal nie myśli ani też nie odbierał żadnych uczuć od niego.
– Kim jesteś? – zapytał Scott.  
Ten jak by nie słyszał.
– Nauczysz się wkrótce czegoś, co my wiemy dawno i zrozumiesz. A tobie Sandy dziękuję.
– Skąd mnie znasz mnichu?
– Nie tylko Scott coś wie – uśmiechnął się tamten.
– Lećcie już. Chcę was pożegnać.
Wstał i podszedł do nich. Uścisnął serdecznie Scotta. Potem zwrócił się do Sandy.
– Nam mnichom nie przystoi dotykać kobiet.  
Mówiąc to uśmiechnął się i serdecznie objął Sandy.
– Już was nie zobaczę, przynajmniej w tej formie.
Potem odwrócił się i usiadł w tej samej pozycji, w której go zastali. Sandy i Scott zaczęli kierować się do wyjścia. Nagle Scott zatrzymał się.
– Co się stało? –  zapytała Sandy.
– On odszedł – rzekł Scott.
Sandy patrzyła z niezrozumieniem.  
– Umarł – rzekł Scott.
– Jak to, przed chwilą rozmawiał. Dlaczego, nie rozumiem? – rzekła Sandy z troską w głosie.
– Ja też nie rozumiem – odpowiedział spokojnie Scott. Ale jest jeszcze coś. Zanim odszedł przekazał mi wyraźnie jedną myśl: „To nie oni”. A ja zupełnie nie mam pojęcia co chciał przez to powiedzieć.
Lecieli z powrotem w milczeniu. Wylądowali przed chatą. Scott  wprowadził myśliwiec do hangaru. To następny wynalazek Dawida. Samolot był w nim niewidzialny dla radaru czy dla ludzkich oczu.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction i miłosne, użył 2010 słów i 12670 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto