Kryształ cz. 5

– Tak, dokładnie pomyślałam. Ach, mówiłeś mi, że wiesz co ludzie myślą i czują.
Jednak teraz Scott rozdzielał jej słowa.
– Romantyczne wiem, bóg, zupełnie nie wiem. Wiem o waszych religiach. Znam informację, co myślicie, kim bóg jest, ale nie rozumiem.
– Scott, Boga nie można zrozumieć, tylko uwierzyć.
– Samo „uwierzyć” jest dla mnie niejasne.
– Kiedy mówiłeś o łzach, ja przytuliłam się do ciebie i prosiłam Boga by ci to „dał”.
– Odczułem wtedy, ale nie rozumiem.  
– Poczekaj – szepnęła. Ale, ale. Czy ja mogłabym tak? – zapytała – no wiesz te owoce...  
– Chyba nie. Nie – dodał upewniony.
– Tak. Nie było materiału, dlatego dopiero potem stałeś się człowiekiem.
– Jesteś bardzo inteligentna. Materiał był, bo wszystko jest zbudowane z atomów. Lecz ja, wybieram łatwiejsze opcje. Kiedy mówiłem ci o łzach...
Ona mu przerwała.
– Wiem, wyglądasz jak człowiek, ale nim nie jesteś, a chciałbyś być. I to nie jest kwestia, tylko duszy, bo z pewnością ją posiadasz.
Tak, chciałbym być człowiekiem... dla ciebie – rzekł – a może i dla siebie.
Wielkie łzy pociekły po jej policzkach.  
– Jesteś dobry, mądry i dla mnie jesteś człowiekiem. Może najbardziej ludzkim człowiekiem, jakiego poznałam i o jakim marzyłam!
Zrobiła się poważna.
– Co musisz zrobić?
– Stać się najwyższą formą życia na ziemi i bronić jej przed wrogiem.  
– Dlaczego?
– Nie wiem – odrzekł szybko. Według mojej oceny i wiedzy nie jesteście wiele warci. Wszystkie zwierzęta wasz przewyższają... czystością.
Spojrzał na nią.
– Są wyjątki, może dla nich muszę.
– Co wiesz o wrogu?  
– Chcą was unicestwić i wszystko, co żyje i zagarnąć Ziemię.
Scott odczuł, że ona się zaczęła bać, a poza tym złapała się za brzuch.  
– Dasz radę, boję się o niego?  
– To dzięki niemu damy radę, tak myślę – dodał po chwili.
On odebrał jej nowe myśli i trochę się zdziwił.
– Wiem, że to głupie. Nie wiem jak to ci powiedzieć – zaczęła.
– Wiem, co myślisz.
– Chcę ci jednak powiedzieć. Mogę?  
– Tak – odparł natychmiast.  
– Pragnę cię – szepnęła Sandy. Przedtem, zanim cię poznałam, fizyczne zbliżenie było dla mnie po prostu okej. Robiłam to z Johnem, głównie dla niego. Z tobą jest to coś, nie do opisania, po prostu łączę się z tobą.
– Wiem – odparł Scott.  
– Możemy?
– To trochę skomplikowane. Muszę z nim porozmawiać.
– Dobrze – uśmiechnęła się Sandy.
Popatrzyła na swój mocno zaokrąglony brzuch. Delikatna fioletowa mgła o złotawym zabarwieniu pojawiła się nad jego głową, a potem rozciągnęła się nad nią. Czuła się błogo. Mgiełka rozpłynęła się w powietrzu, lecz uczucie błogostanu pozostało.
– Zgodził się. Myślę, że on cię rozumie – rzekł Scott.
– Myślę, że mnie kocha – rzekła z uśmiechem, patrząc na brzuch.
– Możliwe, że masz rację – ciągnął Scott. Jakkolwiek on wolałby się zmniejszyć na ten czas – dodał Scott.
– Nie rozumiem – rzekła Sandy.
Patrzyła na niego wyczekująco.
– Twój brzuch zniknie, na ten czas.
– Magia, odrzekła Sandy. Ufam ci, wam obu.
– Muszę cię na chwilę uśpić, zgoda?
– Tak władco.
Położyła głowę na jego kolanach. Gładził jej włosy. Usnęła. Obudziła się w chacie.
– Długo spałam?  
– Piętnaście minut.
– O rety, spojrzała na swój płaski brzuch.
– Wszystko dobrze?  
– Tak, tylko to wszystko jest niesamowite.
Podeszła do niego blisko.
– Zawsze byłam nieśmiała, ale nie mogę powiedzieć, abym teraz była – szepnęła.
– Nie zapytałam ciebie... czy?  
– Tak – rzekł Scott. Chcę.
Kochali się, pozwalał się jej rozwinąć, to znowu dominował, kiedy tego pragnęła. W końcu ustało. Próbowała to objąć, powiedzieć jak jej było. Nie potrafiła.
– Czarowałeś, aby dać mi rozkosz?  
– Ani trochę.
– Chodźmy popływać – rzekła i pobiegła nago do wody.
Scott dołączył do niej po chwili. Starr obudził się i szczekał z brzegu. Wyszli na piasek. Wrócili do chaty. Obok słomianego materaca leżała jej sukienka w maki.
– Trudno cię nie kochać – szepnęła.
– To ta sama?
– Nie.  
Ubrali się, ona włożyła tą w maki. Dopiero teraz zauważyła, że jest bardzo luźna w pasie.
– Jest coś jeszcze.
– Tak? – zapytała zdziwiona.
– Czy zostaniesz moją żoną? – zapytał Scott.
– Tak, wiesz, że tak.
On podał jej zawiniątko. W białym bawełnianym materiale coś wyczuła. Rozwinęła. Pierścionek z brylantem wielkości małego groszku.
– Och jaki śliczny...
Pocałowała Scotta w usta.  
– Możesz mnie przemienić z powrotem.
– A i nie usypiaj mnie. Chyba że musisz.
– Nie muszę, tylko to może być trochę bolesne – rzekł zatroskany.
– Wytrzymam.  
Poczuła lekkie kłucie, widziała wyraźnie i czuła jak pęcznieje.
– Już – rzekł Scott.
– To nic nie bolało, no może troszeczkę.
– Dziękuję – pogładziła brzuch. Dlaczego przyjechaliśmy tu?
– Dla dyskrecji. Nie chcę rozgłosu, jeszcze nie czas...

Mijały dni. Scott nie jadł, za to Sandy miała apetyt. Dziecko rosło.  
– On dał mi do zrozumienia, że potrwa to o tydzień dłużej.
– Przekazywał mi, że to coś dobrego dla ciebie i że ci to sprawi radość, czy tak?  
– Tak – rzekła Sandy.
– Chciałam się nim nacieszyć. Kobieta... zaczęła.  
– Ja wiem – rzekł Scott – tylko wygląda, że on wie coś, o czym ja nie wiem. Jeszcze.
Pod koniec drugiego tygodnia Sandy wyglądała, jakby połknęła piłkę plażową. Starr też podrósł, chociaż normalnie.  
– Już czas.
– I ja tak czuję.
Weszła do drugiego pomieszczenia i przetarła oczy. Pokój wyglądał jak najnowocześniejsza klinika lekarska, a druga część pokoju jak pokój dla niemowlaka. Pastelowe kolory, małe łóżeczko. Scott wiedział, że się nie przyda się na długo, ale nie pierwszy raz zrobił coś dla niej.
– Bajka – szepnęła Sandy.  
– Dasz radę, prawda? – rzekła, trzymając się za brzuch.  
– Tak, mam kilka dyplomów – uśmiechnął się.  
Poród trwał tylko trzy kwadranse.
– Chłopiec, ponad pięć kilogramów – rzekł Scott.
Sandy, szczęśliwa, trzymała dziecko przy piersiach.  
– Ma twoje oczy – szepnął Scott.  
– Dajmy mu na imię Dawid.
– Dobre imię, ten co pokonał Goliata.
Przez następne dwa tygodnie cieszyła się macierzyństwem.
Scott wychodził ze psiakiem na spacery. Nie myślała o tym jak jej ukochany to robi, że niczego jej nie brakuję. Dawid rósł normalnie. Pod koniec drugiego tygodnia Scott szepnął.  
– Sandy.  
Wiedziała, że to ważne, odczuwała go coraz lepiej.
– Kryształy mówią, że musimy się spieszyć.  
– Co musisz zrobić?  
– To raczej on, nie ja. Musi przyjąć dorosłą formę – dokończył Scott.  
– Kiedy?  
– Najpóźniej, jutro.
Przez całą noc Scott nadal odbierał informacje z kryształów, a ponieważ miał doskonałą podzielność uwagi, patrzył na swoją wybrankę. Spała spokojnie. Czasami się uśmiechała. Nadszedł poranek. Wyszedł ze psiakiem. Kiedy wrócił Sandy już nie spała. Na stole stało śniadanie.  
– Przytulę go ostatni raz.  
Wzięła Dawida na ręce i trzymała go blisko piersi, potem położyła z powrotem do łóżeczka. Wiedziała, że to już czas. Stanęła obok Scotta. Nad łóżkiem rozciągnęła się gęsta mgła o nieco mocniejszym kolorze różu. Patrzyła. Trzymała Scotta za rękę. Wszystko trwało jakieś pięć minut. Bez rozbłysków. Prawie bezgłośnie nie licząc kojącego burczenia. Mgła zaczęła ustępować. Sandy zacisnęła mocniej dłoń na ręku Scotta. Przed nim stał dorosły, ładnie zbudowany młodzieniec. Był nagi, poza kołderką zasłaniającą intymność. Ciemnowłosy o zielonych oczach.
– Witajcie kochani – powiedział Dawid.
Podszedł najpierw do Sandy. Przytulił ją i pocałował w policzek, potem podszedł do Scotta i przytulił go mocno. Starr zaszczekał radośnie i podbiegł do Dawida. Reagował, jakby znali się od dawna.  
– Polecę przynieść ubrania – rzekł Dawid i już go nie było.
Zniknął na jakieś siedem minut. Brunetka stała chwilę, lekko zaszokowana. Młodzieniec wrócił ubrany w jeansy i lnianą koszulkę. Ubranie, które przyniósł dla nich, wyglądało identycznie jak to, które mieli na sobie.  
– Jest takie samo – rzekła zdziwiona Sandy.
– Wygląda tylko – odpowiedział Dawid.
– Wyjaśnić jej? – zapytał Scott, Dawida.
– Sama się przekona – odrzekł Dawid.
Kobieta popatrzyła na nich obu.
– Wyglądacie jak bracia.  
– Tak – roześmiał się Dawid – z tą różnicą, że on, według waszego czasu ma jakieś pięć i pół miliona lat, a ja kilka tygodni.  
– Sandy – zapytał Dawid – czy wolisz, mamo?
– Mamo – rzekła Sandy – przynajmniej jeszcze przez jakiś czas.
– Dobrze mamo, spróbuj przejść przez ścianę.
Sandy rzuciła pytające spojrzenie na Scotta. Podeszła do ściany, uderzyła dłonią potem biodrem. Nic.
– Nic się nie dzieje.
– Teraz ubierz to co ja przyniosłem. Ja poczekam na zewnątrz.  
Przebrali się. Dawid wrócił.
– Spróbuj teraz, mamo.
Ona podeszła do ściany.
– Dalej nic.
– Spróbuj jeszcze raz, mamusiu – powiedział miękko.
Ona podeszła do ściany i... przeszła na drugą stronę. Wróciła normalnie drzwiami.
– Rozumiem. To fantastyczne. Co jeszcze to ubranie „potrafi”?
– Obroni was przed czymś równie mocnym jak „Zagłada miast”.
– Co to takiego? –zapytała Sandy – ta „zagłada miast”?
– To bomba wodorowa, którą wypróbowali Rosjanie.  
– Silniejsza niż ta na Hiroszimie? – zapytała Sandy.
– Wielokrotnie, tysiące razy – odpowiedział Dawid.
– Jeśli chcecie, pójdźcie się przejść, ja sprowadzę transport – rzekł Dawid – tylko zostańcie w tych ubraniach.
– A gdzie jedziemy – zapytała Sandy podekscytowana?
– Lecimy do ministerstwa obrony USA, do Pentagonu – rzekł Dawid.
– Coś nam grozi?
– Nam nie, ale Ziemi i ludziom – rzekł zasmucony Scott.
– Chodź, pójdziemy na spacer. Zmienił obrożę na szyi Starr.
– To coś w rodzaju naszych ubrań? – zapytała Sandy, patrząc na obrożę.
– Tak, jak widzisz, Dawid pamięta o całej rodzinie – uśmiechnął się Scott.
Szli brzegiem, Starr ganiał za mewami.
– Urósł – szepnęła Sandy, patrząc na psa. W tym wszystkim zapomniałam ci powiedzieć, że czuję się świetnie. W zasadzie zaraz po porodzie od razu tak się czułam.
– To też zasługa naszego syna. Powiedział mi, że mógł urodzić się natychmiast, ale coś ci podarował w czasie porodu.  
Kiedy wracali, ogłuszający szum rozchodził się w powietrzu. Mały myśliwiec pionowego startu lądował przed ich domem.
Niezłe cacko – rzekł Scott.  
– Mark, dzięki twojej pomocy, wykazał duży talent i zdolności.
– Szybko go zbudowali, chociaż nie. To ty!  
– Tak, trochę go ulepszyłem.
Pracuję nad czymś dla was, ale teraz jedźmy. Samolot uniósł się w górę i pomknęli w kierunku Pentagonu. Dawid nie rozpędził samolotu do jego możliwości ze względu na Sandy oraz Starra. Osiągnęli maksymalną prędkość, wynoszącą prawie 3,8 km /s i więc dolecieli bardzo szybko. Poza szybkością Dawid zadbał, by nikt im nie przeszkadzał. Wylądowali na środkowym dziedzińcu  
– Szybko się chłopcy uwijają – uśmiechnął się Scott.
Otoczył ich kordon uzbrojonych żołnierzy.
– Nie ruszać się – usłyszeli przez megafon.
Oni jednak wyszli z samolotu. Nikt jednak nie wystrzelił ani ich nie zatrzymał. Dawid otoczył ich polem siłowym... i zmysłowym. Przeszli przez betonową ścianę i udali się do gabinetu sekretarza obrony. Za stołem siedziała roztrzęsiona sekretarka.  
– Musimy widzieć się z szefem, to pilne – rzekł Dawid.
– Zaraz poproszę – szepnęła wystraszona kobieta.
Dobrze utrzymana brunetka, bliska czterdziestki. Wzięła telefon.
– Chcą pana widzieć, szefie – rzekła cicho.
Musiał wydać jej polecenie bowiem wstała i otworzyła drzwi do gabinetu. Za solidnym, z orzechowego drzewa biurkiem, siedział mężczyzna bliski sześćdziesiątki, o nalanej, nieco spoconej twarzy. Usiedli w skórzanych fotelach, natomiast Starr położył się u nóg Sandy. Dawid otworzył usta, żeby zacząć mówić, lecz sekretarz go uprzedził.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction i miłosne, użył 2036 słów i 12426 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto