Kryształ cz. 4

Dała pieskowi jedzenie i zmieniła wodę. Poszła zrobić prysznic. Co ja wczoraj jadłam, myślała. Miała lekko wzdęty brzuch. Dzień jej minął szybko. Spacerowała, jadła owoce. Dopiero wieczorem kiedy wzięła kąpiel, lekko się zdenerwowała. Jej brzuch wyraźnie się zaokrąglił.
Scott leciał kilkanaście godzin, miał parę przesiadek. Co się dzieje ze mną, pomyślał. Może powinienem jej powiedzieć... Dolatywał do Katmandu. Opanowały go silne wibracje. Sandy... to niemożliwe. Miał limit odbioru na 1000 km. Po chwili zrozumiał. Dziecko, syn. Muszę się spieszyć, coś dzieje się z Sandy. Zrezygnował ze wspinaczki. Wynajął helikopter. Kosztowało go to trochę, ale pieniądze nie miały wielkiego znaczenia. Kupił też niezbędny sprzęt. Pilot był anglikiem, mieszkał trochę w Australii. Miał świetne wyszkolenie. Scott wydał mu instrukcje.
– To będzie trochę ryzykowne – rzekł pilot – kiedy dowiedział się, gdzie ma lecieć i co ma robić. Możemy tam wylądować, pogoda nam sprzyja.  
Miał wielu klientów, ale ten? Co on zamierza, pomyślał, widząc sprzęt Scotta.
– Postaram się zrobić to szybko.
Mieli specjalne komunikatory. Pilot zajęty był nasłuchem i obserwował radar, nie wiedział, co robi Scott. Ten zamontował motor i liny. Skoczył w dół. Wielkimi, prawie 50–metrowymi skokami schodził w dół. Scott, aby nie wzbudzać podejrzeń, miał na sobie skafander i cały normalny ubiór, chociaż go nie potrzebował. Po niespełna ośmiu minutach dostał się do jaskini. Zanim wszedł do groty, odbierał już silne wibracje. Kiedy znalazł sie tam, jaskinia pulsowała różowo–fioletowym światłem. Otrzymał pozwolenie od kryształów i odłamał kawałek, wielkości pięści. Schował go do torby. Mógł wracać. Odłamany kawałek ,,łączył” go z jaskinią. Nieprzerwanie płynął ciąg informacji. Wyszedł na pionową ścianę. Włączył maszynę na torsie. Silnik na górze ciągnął go niesamowicie szybko. Droga do góry zajęła mu tylko cztery minuty. Wszedł do helikoptera.
– Tak szybko? – zdziwił się pilot.
– Ruszaj, nadciąga huragan – rzekł Scott.
Pogoda jest dobra – rzekł pilot gdy już byli w powietrzu. Chciał jeszcze coś dodać, ale na radarze pojawił się zwiastun burzy.
– Jak wiedziałeś?  
– Zmienimy trochę trasę – rzekł Scott.
– Uzupełnij paliwo, polecimy tu – pokazał na mapie.
– Tego nie było w umowie, poza tym to terytorium Tybetu – odrzekł pilot.  
– Nic się nie martw, za chwilę otrzymasz informacje z bazy.  
Po chwili rzeczywiście otrzymał wiadomość. Uzupełnili paliwo.
– To dziwne – zagadnął, lekko zdenerwowany pilot. Szef powiedział, że informacje o zmianie otrzymał przed minutą. To było dokładnie w tej samej chwili kiedy mi o tym powiedziałeś. Kim ty u diabła jesteś? – zapytał pilot wprost.
– Spokojnie – odrzekł Scott. Pracuję dla CiA, rozumiesz, chyba że to tajemnica.
Pilot przestraszył się nieco. Jednak nie z powodu CiA, po prostu odczuł strach, nie wiedząc dlaczego. Scott miał swoje sposoby. Lecieli jakiś czas w milczeniu.  
Klasztor ukryty był w gęstym lesie, praktycznie niewidoczny z góry. Dzięki temu mnisi uniknęli ingerencji Chińczyków. Zanim jeszcze dolecieli, Scott odczuł bardzo mocne wibracje. O tym miejscu „poinformował” go kryształ. Pierwszy raz jako Scott no i chyba w ogóle po raz pierwszy, zdziwił się.
Co to jest? Odczuwał coś, czego nie potrafił zrozumieć. Wylądowali. Młody mnich otworzył drewniane drzwi, zanim Scott zapukał, co jaszcze bardziej go zdziwiło.
– Prowadź do przełożonego – rzekł Scott.  
– Tak, tak, on czeka – uśmiechnął się młodzieniec.
– To tam – młody mnich wskazał ręką i wycofał się w boczne drzwi.
Scott szedł oświetlonym małymi kadzidłami korytarzem. Na końcu znajdowała się mała mroczna sala, a oświetlała ją jedynie... aura starszego mnicha. Mnich siedział plecami do drzwi.
– Wejdź Scott – odezwał się mężczyzna, czystym angielskim. Nie masz dużo czasu.
– Skąd znasz moje imię? – zapytał Scott.
– To, co masz ze sobą, jest dużo subtelniejsze, niż sądzisz – uśmiechnął się mnich. Musisz się pospieszyć, Sandy nie za dobrze znosi rozłąkę, dziecko zbyt szybko rośnie. Od twojego wyjazdu z Bahama, nie śpię. Nie potrzebuję dużo snu, ale opieka nad nią trochę mnie wyczerpuję.
– Kim jesteś mnichu? – zapytał naprawdę zdziwiony Scott.
– Po prostu mnichem. To, czego się wkrótce dowiesz, my wiemy od dawna.  
Scott w żaden sposób nie mógł się dostać do myśli mnicha, ani do jego uczuć.
To znaczy, tam panowała pustka. Mnich w ogóle nie myślał, ani też nic nie odczuwał.  
– Dziękuję – odrzekł szczerze Scott.
– Spotkamy się jeszcze – dodał mnich, nie zmieniając swojej pozycji
– Nie zamierzam tu więcej przyjeżdżać.
– Wiem – rzekł mnich, jedź już.  
Scott wyszedł z pokoju, opuścił klasztor i zaczął iść w kierunku helikoptera. Pierwszy raz w swoim istnieniu, nic nie rozumiał.  
Odlecieli w kierunku Katmandu. Nie rozmawiali wcale. Pożegnał pilota. Odebrał z jego umysłu uczucie strachu. Wracał. Najpierw poleciał samolotem do Hong Kongu. Na lotnisku w chiński celnik nie sprawiał wrażenia sympatycznego. Scott musiał użyć swojej mocy, by tamten nic nie widział. Kryształ nie miał właściwie wartości rynkowej, ale Scott nie chciał tłumaczyć się co i dlaczego. Kamery także nic nie zauważyły. Scott usiadł w fotelu. Samolot wystartował. Kryształ nieustannie wypełniał jego „duchową pamięć”. Pracował na szybkich obrotach, to znaczy zarówno kryształ jak i Scott. Mogłoby to działać jeszcze szybciej, ale Scott musiał zużyć część swojej na „wyciszenie poświaty”. Gdyby nie to, całe wnętrze samolotu spowite by było fioletowym światłem.  
Z około 1000 km zaczął odbierać Sandy. Nie czuła się zbyt dobrze.
„Jeszcze około 1,5 godziny”, posłał wiadomość do jej serca.
Z lotniska poprosił kierowcę, by jechał szybko. Pobiegł z hotelowego parkingu na górę. Sandy siedziała na podłodze, miała trochę spuchnięte powieki.
– Dobrze, że jesteś – rzekła. Nie wychodziłam z pokoju od twojego wyjazdu. Jestem w ciąży dopiero kilka dni, a wyglądam na szósty miesiąc.
– Wybacz mi Sandy, powinienem ci powiedzieć, urodzisz za cztery dni.
– Och. Zamiast dziewięć miesięcy, dziewięć dni – odrzekła uspokojona.
Starr przybiegł ucieszony.
– Ach, możesz być z niego dumny, nauczył się siusiać do kuwety.
– To jego zasługa, czy twoja? – uśmiechnął się Scott.
– Nasza – odrzekła Sandy.
– Pojedziemy na małą wyspę, około dwudziestu kilometrów od hotelu. Tam poczekamy.
Sandy już doszła do siebie.
– Dobrze na mnie wpływasz – rzekła – wystarczy, że jesteś.
– Już cię nie zostawię – rzekł Scott i przytulił ją mocno.  
– Jak mu damy na imię? – zapytała, pokazując na brzuch. To chłopiec, prawda?  
– Tak, jak to wiesz?  
– Chyba od niego – uśmiechnęła się brunetka.
– Masz jakieś ulubione imię? – zapytał Scott.  
– Tak. Scott – odrzekła, śmiejąc się Sandy.
– Ach, zupełnie zapomniałem, mam coś dla ciebie.
Wyjął z torby gruby wełniany sweter.
– Wełna z jaka.
Ona podała mu surówkę. Zjedli razem przy stole. Scott zamówił taxi, wynajął motorówkę. Młoda kobieta pozmywała talerze. Po pięciu minutach była gotowa. Obydwoje nie mieli dużo do zabrania. Po trzydziestu minutach odcumowali od brzegu.
– Czuję się już zupełnie dobrze. Potrzebowałam ciebie – przytulia się do niego. Ty nie potrzebujesz jeść?
Starr leżał grzecznie w tyle łodzi.
– Nie, robiłem to tylko dla ciebie.  
Dojechali na miejsce po niespełna godzinie. Wyszli na brzeg. Scott przycumował łódkę i wciągnął ją na piasek. Chata stała około stu pięćdziesięciu metrów od brzegu. Surowe deski, zbudowana pewnie dawno temu przez tubylców. Brunetka popatrzyła wokoło.
– Scott – szepnęła – kocham cię.
– Mówisz to chyba pierwszy raz – odrzekł Scott.
– Kocham cię, to chyba będzie drugi raz.
– Ja też cię kocham – powiedział Scott – na swój sposób.  
– Wiem, co czujesz, to się stanie. Nie wiem jak i kiedy, ale to będzie – szepnęła.
– Co masz na myśli, ach już wiem – rzekł Scott.
Weszli do chaty. Nie było lodówki, prądu. Stół, cztery krzesła, dwa łóżka. Na ścianie suszone, zasolone ryby. Nie wiadomo jak długo tam wisiały.
– Co zrobimy, jestem trochę głodna, a nie mam ochoty na suche ryby.
– Nic się nie martw, za tym pagórkiem... będą owoce. Zaraz ci przyniosę.
Wody mieli dość, wielkie dwudziestolitrowe butelki stały w drugim pokoju. Prawdopodobnie czasami mogli tu być turyści i ktoś przywoził wodę raz na jakiś czas.
– Czy na czas porodu wrócimy do głównej wyspy? – zapytała.
– Nie, nie wrócimy tam już. Sam odbiorę poród – powiedział Scott.
– Chyba upodabniam się do ciebie, Scott. Nie martwię się o nic i ufam ci całkowicie.
Sandy bawiła się ze psiakiem, a Scott poszedł po jedzenie dla niej. Położyła kołderkę dla psa, sama uklękła przy łóżku. Materac wypełniała słoma, pachniała ładnie. Położyła się na chwilę i prawie natychmiast zasnęła.  
Scott obudził ją. Na stole w glinianym półmisku leżały banany, pomarańcze, jabłka i avocado.
– Zasnęłaś.
– Tak, prawdę mówiąc, nie spałam wiele ostatnio. Mam prośbę, nie zostawiaj mnie.
– Dobrze – rzekł Scott – od teraz będziemy chodzić po owoce razem.
Podszedł do niej blisko. Przytulił jej głowę do swojej piersi i zaczął gładzić ją po włosach. Ona przymknęła oczy i rozkoszowała się tą delikatną pieszczotą. Scott najpierw odczuł delikatne pulsowanie z jej serca, a potem w nad jej głową pojawiła się delikatna poświata. Obserwował jej kolory. Z głębokiego fioletu zaczęły przebijać delikatne zielonkawe pasemka. Potem jej aura zaczęła falować na przemian fioletowo, następnie zielono szmaragdowo. Jednak cały czas złote nitki nie ustępowały. Sandy otworzyła oczy i popatrzyła na Scotta.
– Och, nad twoją głową unosi się różowa poświata!
On tylko się uśmiechnął.
– Masz lusterko w torebce?  
– Tak, a dlaczego?  
Wzięła torebkę i wyjęła lusterko. On delikatnie wyjął je z jej dłoni i pokazał jej, co ma nad głową. Patrzyła długo.
– Czy wiesz, co oznaczają te kolory?
– Tak, różowy pochodzi od ciebie, a zielony od dziecka. Nie znam pochodzenia złotych nitek.
Scott podszedł do stołu, otworzył torbę i wyjął kryształy. Kiedy je dotknął i położył na stole, zaczęły wypełniać pokój różowym światłem.
– Bardzo mocne – szepnęła Sandy. Nie widziałam jeszcze czegoś podobnego. Co jest w nich takiego magicznego?  
– Pamiętają moich braci albo stworzycieli. Moja pamięć sięga do momentu kiedy powstałem, ich pamięć sięga trochę dalej, ale w pewien sposób jest zablokowana dla mnie. Te kryształy to moja pierwsza forma. Wszystkie ziemskie kamienie i kryształy mają zdolność pamiętania. Te są wyjątkowe. Może to moja zasługa, lub tych, którzy mnie zostawili w tej jaskini. Spędziłem tam około 5 milionów lat. Może to przypadek, ale myślę, że było to celowe. Dwóch wspinaczy dostało się tam. Pili jakiś sok, a jeden z nich był lekko podziębiony i wraz z jego śliną bakterie dostały się na kryształ i od tej chwili zostały „uruchomione” moce, które posiadam. Potem dostałem się do stolicy Nepalu. Tam „zapoznałem się ” z formami życia roślinnego i zwierzęcego, aż do najwyższej formy życia, to jest człowieka. i tak zostałem w końcu Scottem O'Connorem.
– To jest trochę niesamowite, ale fascynujące zarazem – rzekła Sandy. Skąd masz to ciało? Powiedziałeś, że je utworzyłeś.  
– Zbudowałem – odparł Scott. Słuchasz, uczysz się i rozwijasz.  
– Tak, sama to widzę, dzięki tobie, pewnie – uśmiechnęła się.
– To prawda – rzekł Scott. Pracuję trochę nad twoją aurą, ale reszta, sam nie wiem.
– Powiem ci coś Scott. Najważniejsze dla mnie, że cię kocham – rzekła Sandy i pocałowała go czule.  
Popatrzył na nią uważnie.
– Brakuje mi czegoś.
– Co takiego?  
– Łzy. Wiem, czym są, jaki jest ich skład chemiczny i co je wydziela. To są wyższe uczucia, rozumiem je, ale nie jestem nimi.
– Poczekaj, może coś zaradzę – szepnęła.  
Przytuliła go mocno. Przez chwilę czuł coś od niej, a potem było nieobjawione.
– Pójdziemy po owoce, znowu jestem głodna.  
– Dobrze. Może chcesz inne jedzenie?  
– Nie, od wielu lat jestem wegetarianką, choć czasami jem kurczaka lub rybę. Teraz jednak mam ochotę na same owoce.
Wyszli z chaty, Starr oczywiście pobiegł za nimi. Scott trzymał ją za rękę. Szli przez porośnięte trawą wzniesienia. Rosły tu także drobna krzewy.
– Jesteśmy na miejscu.
Ona patrzyła, jakby chciała coś zobaczyć.
– Gdzie te banany, pomarańcze?
– Tu, odrzekł spokojnie Scott.
– Nic nie widzę.  
– Dobrze, na co masz ochotę?
– Kiwi, truskawki, banany, pomarańcze, ale najpierw avocado – recytowała.
Scott wyciągnął rękę nad poletkiem. Morze trawy pokryło się różową mgiełką. Sandy widziała wyraźne elektryczne rozbłyski. Starr stał obok jej i lekko się zjeżył. Scott spojrzał na psa. Ten z kolei spojrzał na niego i wyraźnie się uspokoił. Scott poszedł i zniknął w mgiełce. Po chwili wyszedł z glinianym półmiskiem pełnym wymienionych przez Sandy owoców. Kiedy doszedł do niej, mgła się rozwiała całkowicie.
– Jak... jak to zrobiłeś, to jakieś czary?  
– Jedz kochanie, włożył jej do ust truskawkę, ociekającą wodą.
– Poczekaj Scott, to dla mnie ważne. Czy to jest realne?  
– Najzupełniej.  
– Ty to stworzyłeś?
– Zbudowałem.  
– Jak?  
– Nie wiem, czy to zrozumiesz.
– Spróbuj – rzekła i patrzyła wyczekująco.
– Owoce to głównie woda. Reszta to glukoza, fruktoza, chemia. Potrzebuję tylko surowca. Potem zmieniam DNA – kontynuował.
– No dobrze, a półmisek?
– Wapń, glina.  
– Chyba rozumiem – szepnęła. Pewnie proces jest bardzo skomplikowany.
– Trochę.  
Popatrzyła na niego.
– Czy mógłbyś zrobić mi pierścionek z brylantem?  
– Tu nie ma złota.
– A twój „Rolex” – popatrzyła na niego. Przy chacie leży trochę węgla.  
– Masz rację. Chcesz ten pierścionek, czy tylko pytasz? Bo z tego co odbieram, pytasz i chcesz.
– Wiesz – zaczęła. Kiedy ludzie się kochają... w naszej kulturze... on prosi ją o rękę i ofiarowuje jej pierścionek. Czy chciałbyś, bym została twoją żoną?
– Jesteś.  
– Tak, ale zrób to dla mnie.  
Jej myśli ,,stały” się przed nim klarownie.  
– To takie romantyczne, przed Bogiem – wyrecytował.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction i miłosne, użył 2449 słów i 14919 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto