Kryształ cz. 11

– Nie wiem, co to jest, ale wy to nazywacie łzami
Doszli do statku w milczeniu.
– Pożegnaj wszystkich od nas. Czuję, że się zobaczymy, ale nie umiem tego racjonalnie wytłumaczyć.
Weszli do środka. Przez moment Scott przypomniał sobie pożegnanie z Frankiem. Pomyślał, że przyjaźń jest uniwersalna jak i miłość.  
– Konfiguracja – szepnęła Sandy.
– Och nawet mi to nie wpadło do głowy – powiedziała Pachnący Księżyc.
Stanęli obok siebie i chwycili się za dłonie. Stali tak chwilę, ale nic się nie zmieniło.
– Starr – powiedziała Sandy – chodź tutaj.
Pies podszedł do nich i usiadł w środku.
– W historii Ziemi też wysłano psa w kosmos, zanim polecieli ludzie – rzekła Sandy.
– Ale Starr nie jest zwykłym psem jak Łajka – rzekła umiłowana Dawida.
– Skąd to wiesz? – zapytała Sandy.
– Od was – odrzekła naturalnie.
– Dobrze, spróbujmy jeszcze raz – powiedziała Sandy.
Ponownie wzięli się za ręce.  
– Lecimy – szepnęła Un-si-hu.
– Tak, to prawda – rzekł Scott. Teraz i ja czuję. Nie mam pojęcia, gdzie lecimy, ale całkowicie się oddaję Stwórcy.
Statek leciał sam. Widzieli coraz dalej Ally, a potem jej siostry. Ziajało pustką, puste miejsce po dwóch planetach. Scott zastanawiał się jak to możliwe, że nie spowodowało to zachwiania równowagi całego systemu planetarnego. Ale po chwili i to zrozumiał. Doprawdy Newton miałby orzech do zgryzienia, pomyślał. Zresztą Einstein również, ponieważ mieli pędzić szybciej niż światło. Mogli patrzeć, jak wielki jest kosmos. Nie mieli pojęcia jak długo lecą. Nie mieli plaży, ani zachodów słońca. Lecz nie odczuwali też głodu ani pragnienia.
– Może tak to jest zrobione, że nie zabraknie nam powietrza.
Starr usiadł na miękkiej podłodze i... zasnął.  
– Może i my trochę pośpimy? – zapytał Scott.
Popatrzyli na Pachnący Księżyc.  
– A ty sypiasz? – zapytał Dawid.
– Czasami, jak zechcę. Chcesz mieć wspólny sen?
– To też możesz? – zapytał Scott.
– Och, to nie jest takie trudne, to się nazywa świadomym snem. Jestem pewna, że twój mnich to potrafił.
– Dobrze, to pośpijmy trochę. Jeśli coś się stanie niezwykłego...
– To statek nas obudzi – rzekła Un-si.
Czuli, że są dla nich pokoje na tym cudownym statku.. I nie mylili się.  

Pokoje przystosowano dla nich. Mieli tam wszystko. Przybory toaletowe, wodę do mycia, ubrania do spania i na zmianę. Scott trochę się zastanawiał, czemu nie muszą jeść i pić skoro śpią i odczuwają potrzebę mycia, mimo że miał pewność, że jego i reszty stworzeń, potrzeby fizjologiczne też zanikły. Wiedział na pewno, że był człowiekiem. Podobnie Sandy i Dawid. Nie miał pewności co do Un-si-hu. To, znaczy wyglądała, jak dziewczyna, ale prawdopodobnie miała moc większą niż Dawid poprzednio. Nie wiedział tego, co Dawid o niej. Nie pytał. A o ich wizycie i części rozmowy na księżycu, wiedział jedynie Othh-nee. Zanim zasnął myślał o tym co zobaczy, odczuje i zrozumie kiedy dolecą na miejsce. Miał pewność, że nie zostanie zawiedziony.
Obudził się. Wiedział, że coś niezwykłego ma nastąpić. Tylko na razie nie wiedział, co to jest.  
Wszyscy się obudzili. Nie mieli pojęcia, ile czasu spali. Ponieważ wszystko odbywało się nietypowo mogło to być kilka godzin, albo kilka lat. Jednakowo Scott ani Dawid nie golili zarostu. Od czasu kiedy Scott zbudował swoje ciało włosy na głowie jak i twarzy mu nie rosły. To samo dotyczyło Dawida. Od czasu urodzenia Dawida, Sandy także nie zauważyła, by jej włosy rosły.  
– Czemu statek nas obudził? – zapytał Dawid.
– Ponieważ nie ma tablicy z pomiarami, musimy zapytać – powiedział Scott.
– Sądzisz, że zrozumie angielski? – zapytał Dawid.
– Jeśli Othh-nee się nauczył, to statek z pewnością też.
– Dlaczego nas obudziłeś?
– Prosiłeś, by was obudzić, jeśli ma nastąpić coś niezwykłego – odrzekł miły kobiecy głos.
– Dlaczego masz kobiecy głos? – zapytała Sandy.
– Jestem matką – odrzekł statek.Ta odpowiedź dużo wyjaśniała. Sandy odczuła głębie tego co usłyszała, ale nic nie pytała.
– Gdzie się znajdujemy? – zapytał Scott.
– Jesteśmy w centrum galaktyki – odrzekła.
– Czy nasze docelowe miejsce nie jest w innej części tego wszechświata? – zapytała tym razem Un-si-hu.
– Nie jest w tym wszechświecie, ani w innych – odrzekła statek.
– Och, a gdzie? – zapytał Dawid.
Na granicy materii – odrzekła.  
– Nie rozumiemy – rzekła Un-si-hu, za wszystkich.
– Ja też nie – odrzekła statek. Lecimy do ,,czarnej dziury”, jak ją nazywacie, a potem ci, którzy was wezwali, pokierują was dalej wraz ze mną.
– Czy ta ,,czarna dziura” nas nie zniszczy – zapytała Sandy, bo coś wiedziała o tym od Scotta.
– Fizycznie powinna, ale ,,zielone anioły” nas nie wezwały, by nas zabić, ufajmy.
– Możemy widzieć? – poprosiła Un-si-hu.Po chwili ściana statku stała się przezroczysta. Poza Sandy kiedyś wszyscy mogliby wiedzieć więcej, ale teraz tylko Un-si-hu, miała największe rozeznanie.
– To tam – pokazała dziewczyna. Tam, gdzie pokazała, znajdowała się ciemność. Nie powinni widzieć różnicy, ale widzieli. Taką ,,ciemność” widzieli pierwszy raz.
– Jak długo spaliśmy? – zadał ostatnie pytanie Scott.
– Sześć miesięcy – odrzekła statek.
Teraz czekali.
– Przekraczamy prędkość światła – szepnęła Pachnący Księżyc. Od tej chwili co widzimy, jest gdzie indziej – dodała.
Zastanawiali się, jak to zniosą. Nie mieli żadnych skafandrów ani niczego innego. Nie wiedzieli jednego, że zostali zmienieni. Nie czuli, że cały czas przyspieszają. Mieszkańcy Ally mieli ogromną technikę, ale ich statki zostałyby zgniecione jak puszki wraz z zawartością. Przez chwilę widzieli światło z każdej strony, a potem nastąpiła ciemność. Zatracili poczucie czasu. Sandy pomyślała i spojrzała na Starra. On miał głowę na kocyku i patrzył na nią. Miała nieodparte wrażenie, że to nie jest zwykły pies. Pierwsze co zobaczyli to mały świetlisty punkt. Nie widzieli nic innego, gwiazd, galaktyk. Nic. Statek nie odpowiadał na pytania, ale czuli, że lecą właśnie tam. Przez chwilę zastanawiali się, czy to gwiazda, ponieważ świeciła. Ale nie było nic obok. Dostrzegli coś jak chmury albo mgłę o zielonozłotym kolorze.
– Dowiozłam was na miejsce – powiedziała statek. Jestem wzruszona, dlatego milczałam, wybaczcie.
Usiedli miękko. To jednak nie była gwiazda. I pierwsza wiedziała to, Pachnący Księżyc, a po chwili wszyscy. Planeta wielkości ziemi świeciła sama. Kiedy ściana rozsunęła się, poczuli kwiaty, przypominające konwalię, ale o bardziej subtelnym zapachu. W odległości kilku metrów stała postać. Co ich nie zaskoczyło, bliźniaczo podobna do H-oo.
– Witajcie na Ame-hte-ra-si – rzekła postać, poprawnym angielskim. Jestem Am-en-ru. My nie siadamy, nie jemy, nie śpimy. Jesteśmy. Do czasu śmierci H-oo i jego kompanów sądziliśmy, że jesteśmy nieśmiertelni. Chociaż wiedzieliśmy, że pochodzimy od Boga. Po narodzinach Dawida wiedzieliśmy, że również może nas zniszczyć moc Un-si-hu. Scott, pytaj, masz prawo wiedzieć.
– Czy jestem jednym z was?
– Mamy moc budowania nam podobnych. Nie potrafię powiedzieć tak i nie. Teraz jesteś człowiekiem – odrzekła istota. Wiecie czemu mówię po angielsku?
– Dla szacunku – rzekła Sandy.
– Tak, ponieważ H-oo uznał ten język za prymitywny – rzekł spokojnie Am-en-ru.
– Czy nazwa planety coś oznacza? – zapytał Scott.
– Tak, w waszym języku znaczy ,,Posłuszna”. A moje imię znaczy ,,Ten kto miłuję”. Mam wam coś do przekazania, a to powinno wyjaśnić wszystkie pytania i wątpliwości. Trwamy od niepamiętnych czasów. Jak widzicie, nie ma tu układu planetarnego. Jest to planeta, która sama świeci. Nie należy do materialnych wszechświatów, ale również nie jest duchowa. Posłuszna jest jedyna w swoim rodzaju. A my od zawsze służymy Bogu. Nie wiemy co zmieniło serce H-oo i jego towarzyszy. Od zawsze było nas 777777, teraz jest nas o siedem mniej. Jesteśmy zarówno męscy jak i żeńscy. Poza tobą jest jeszcze kilku, jak ty. Nie wrócili i nie wiemy, gdzie są. Możemy wnioskować, że mogą mieć zmienione serca jak H-oo. Ale to tylko hipoteza. Mam dla was propozycję, od Stwórcy. Możemy cofnąć czas. Oczywiście nie będzie H-oo ani jego kompanów. Nie wiecie również, że Bóg dał wam moc na powrót. Tobie Scott i tobie Dawidzie.
– A co z Sandy – zapytał Scott.
– Ma ochronę od Dawida jak poprzednio, ale jest człowiekiem.
Wszyscy wiedzieli, co ma na myśli. Chodziło o to, że umrze za kilkadziesiąt lat.
– Co do twojej propozycji, czy możemy ją przemyśleć? – zapytał Scott.
– Tak, oczywiście – odrzekł Am-en-ru.
– Co zabiło H-oo i jak Ziemia mogła unicestwić resztę, skoro mogli lecieć przez jądro Super-Nowej, bez problemu?
– Sądzisz, że to twoja krew, kryształy. I to prawda. Lecz może lepiej powiem, wszystko razem. My jesteśmy miłością i dobrocią, oczywiście nie taką jak Bóg. Wiem, że to czujecie wszyscy. To proste powiedzieć, lecz nie łatwo pojąć, ale zło zaślepiło H-oo. Dobro i zło nie może istnieć razem. Gdybyś ty nie umarł, on zginąłby w tym momencie, jeśli zacząłby wprowadzać w czyn to, o czym mówił.
– A Ziemia, jak to mogła zrobić?
– Poprosiła o moc i ją otrzymała. Matka ma prawo bronić dzieci.
– Ale jest tyle zła i Bóg dopuszcza to? – zapytała Sandy.
– Nawet ja tego nie rozumiem, ale akceptuję, podobnie ty umiłowana – rzekł anioł.
– Czemu mnie tak nazwałeś?
– Widzisz, przyjęłaś z miłością, że Scott będzie żył jak i Dawid, a ty umrzesz w tym ciele.
– Dusza żyje, a my nią jesteśmy – rzekła Sandy – czemu miałabym tego nie przyjąć?
– Nie wiele dusz jest takich jak ty, chociaż nie jest tak, jak sadzisz, odnośnie duszy. Tylko Bóg jest nieśmiertelny. – odrzekł Am-en-ru. 
W tej chwili Dawid i Pachnący Księżyc znaleźli się sami. Ale nie zupełnie sami. Poświata o kolorze fioletu wyglądała znajomo.
– Och to ta wizja, pamiętasz? Mówiłam ci, że to nie była Ally, Ziemia ani Mars.
– Ale ty nie odebrałaś ojcu tych kryształów?
– Jak możesz tak mówić, one nas wybrały.
– Przepraszam kochanie, czemu one nas wybrały?  
– Teraz wiem już więcej, ale nie wszystko – szepnęła Un-si-hu.
Wrócili równie szybko jak znikli i z tego co odczuli, nikt nic nie zauważył, nawet Am-en-ru.
Wobec tego wróciła do tematu, który miał bardzo wielkie znaczenie. Jak wielkie, jeszcze nie byli gotowi pojąć.
– Co do propozycji, mam zaszczyt przewodzić, jako uniżony sługa, konstelacji Ally – rzekła Un-si-hu – po powrocie zapytam ich o to.
Twarz Am-en-ru zmieniła się na chwilkę.  
– Och, tego nie wiecie! Lecieliście do czarnej dziury sześć mięsiecy ziemskich, ale tu lecieliście dłużej...
– Ile czasu minęło tam? – zapytał Scott.
Ponad dwa miliardy lat. Oni są inni zarówno na Ziemi jak i Ally. Nie ma już oczywiście nikogo, kogo znaliście.
Nastąpiła chwila zadumy.  
– Tak, wiem, że wszyscy o tym myśleliśmy i oni również, myślę o Ally – szepnęła Pachnący Księżyc.
– Co wobec tego postanowiliście? – zapytał zielony anioł.
– Chcemy wrócić, kochamy Ziemię i Ally. To chyba nic złego? – rzekł Scott.
– Nie, kochać prawdziwie nigdy nie jest złem – odrzekł Am-en-ru.
– Wiem, że chcecie mi coś powiedzieć. Ja czuję myśli i uczucia. Znam język Boga, którym wołał gwiazdy, ale powiedzcie mi to w waszym języku.
– Pokochaliśmy was wszystkich i Posłuszną i teraz mamy dylemat – szepnęła Un-si-hu. Ale jednak wrócimy.
Am-en-ru uśmiechnął się tajemniczo.
– Wracajcie i niech was Bóg prowadzi. Zniknął.
– On coś wiedział, ale my nie możemy tego wiedzieć – rzekła Pachnący Księżyc.
– Ufajmy – rzekł Scott.
Nie zbadane są wyroki Boże – rzekła Sandy.  
Taki nasz los – rzekł bez żalu Scott.
Wsiedli do statku.  
– Prawie się nic nie zmieniło w moim życiu. Kiedyś wsiadałam do metra i jechałam do pracy. Teraz jadę do końca wszechświata.
– Powiedziałaś, prawie.
– Bo kocham ciebie, kocham Dawida, a teraz Un-si-hu no i Starr. Othh-nee, Ziemię, Ally, a teraz Posłuszną.
– Lećmy – rzekł Dawid – mam nadzieję, że poznamy wszystko, co zostawiliśmy.
– Matko, czy lecimy tą samą drogą?
– Tak, dokładnie. Mam nadzieję, że czujecie się dobrze ze mną – odrzekła statek.
– Jesteś przemiła – rzekła Sandy.
Posłuszna malała w oczach. Scott wiedział już wszystko. Poczuli się senni. Sandy przytuliła się do męża, a Un-si do Dawida. Starr zastanawiał się gdzie spać. Wiedział, że Scott podarował go Sandy, ale on wybrał Dawida. Starr naprawdę był niezwykły. Wiedział w swój sposób, że Sandy nie będzie czuła żalu. Zasnęli.  
Kiedy otworzyli oczy, ściana statku była otwarta. Chcieli zapytać, gdzie są, ale poznali. Lecieli powoli na tyle, że widzieli,że zbliżają się do celu. Przed nimi widzieli jedną z ich miłości. Ally.
Wylądowali.  
– Nie wygląda, że się zmieniło – powiedziała Pachnący Księżyc.
Wyszli na zewnątrz.
– Przejdziemy się, bo nie wiadomo co tu działa i jak, ale naprawdę mam wrażenie, że nic się nie zmieniło.
Trudno powiedzieć kto go dostrzegł najpierw. Wielki stwór niespiesznym krokiem zbliżał się do nich. Nie mieli wątpliwości. Przed nimi stał Othh-nee.
– Zmieniliście zdanie?
– Och jak się cieszę! – Un-si-hu podbiegła do olbrzyma.
On ją uniósł jak dziecko do góry.
– Lecieliśmy ponad dwa miliardy lat w jedną stronę, Bóg musiał cofnąć czas. To miło z jego strony – rzekła dziewczyna.
– Może od pół godziny prosiłem go, bym mógł was zobaczyć w tym ciele, pewnie mnie wysłuchał – odrzekł Othh-nee.
Po drodze opowiedzieli mu rozmowę z Am-en-ru.  
– Zapytam Wielkiej Rady, postanowimy, co powie.
My też musimy to przemyśleć, ale nie wiem, czy możemy podjąć decyzję za ludzi. Bo do końca nie wiem, czy będą nadal jak teraz, czy jak przedtem.  
Po dwóch godzinach obrad Wielka Rada postanowiła zostawić wszystko, jak jest.  
– Chcemy powrócić na Ziemię – rzekł Scott, chociaż będziemy tęsknić.
– Ja zostanę tu z Dawidem, nie mogę ich zostawić, jeszcze nie teraz. Ale będziemy wpadać w końcu to parę godzin dla nas. Popracujemy wspólnie, może uda się szybciej – uśmiechnęła się Pachnący Księżyc.
– Tylko jak polecimy, Scott? – zapytała Sandy – to sześć miesięcy dla nich.
– Nie ma kłopotu, odwieziemy was. I tak chcemy zobaczyć Mars, Un-si-hu chciała odwiedzić miejsce, z którego pochodzi.
– Nie spieszycie się bardzo? – zapytała dziewczyna.
– Nie tak bardzo.
– To pokażę wam jedno miejsce w lesie, jest naprawdę urocze – rzekła Pachnący Księżyc.
– Teraz? – zapytała Sandy.
– Czemu nie?
                                                                    *
Po tygodniu wrócili na Ziemie. Wspólne wysiłki Dawida i jego wybranki dały rezultat. Powrót zajął im tylko trzy godziny. Un-si-hu zbudowała ,,bańkę” dla Scotta, Sandy i Starr. Sandy nic by się nie stało i tak, ale obawiali się o psa. Nie wiedzieli, że bez potrzeby. To był niemy podarunek od Am-en-ru.  
Dawid i jego wybranka polecieli na Marsa. Pierwszy raz na jej buzi pokazały się łzy.
– To powinna być nauka dla wszystkich. Jak można zniszczyć własną planetę?
– Skoro tu jesteśmy – zaczął Dawid – zastanawia mnie, skąd masz taką moc?
– To tej pory i ja się zastanawiałam i już ci coś wspominałam o tym, ale sam musisz to odkryć. Un-si-hu sama nie mogła tego pojąć, że jej moc pochodziła od Dawida, mimo że w tym czasie... jeszcze go nie było.
Wtuliła się w niego mocno. Unieśli się w kierunku, gdzie daleko, czekała na nich jedna z trzech umiłowanych planet. Ziemia.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction i miłosne, użył 2714 słów i 16094 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto