Kryształ cz. 10

– W pewnym sensie wam zazdroszczę, jesteście tacy skomplikowani i macie tyle przeciwności. Mówię oczywiście o ludziach generalnie, wy jesteście nieco inni.
– Czy wiesz przyjacielu, co stało się z nami?  
– Nie za bardzo to pojmuję.
Scott jako pierwszy całkowicie zaufał olbrzymowi, ponieważ na każdym spektrum odbierał tylko pozytywne odczucia, znacznie przekraczające ludzkie. Opowiedział mu swoją historię i co potem się stało.
– My wierzymy, że istnieje nadrzędna inteligencja.
– Ja miałem ten sam problem. Teraz jest całkiem inaczej. Po tym jak umarłem i zostałem ożywiony.
Teraz z kolei Scott odebrał silne zdziwienie pochodzące od Othh-nee.
– Jest na pewno inaczej z nami, niż z wami. Żyjemy około 2000 lat i rozmnażamy się inaczej. Mimo że nasze DNA przypomina waszego krokodyla, jesteśmy zupełnie inni. Mamy „związki uczuciowe”, a owoc tego związku się „materializuje”.
– To musi być piękne – rzekła Sandy.  
– Trudno mi lepiej to powiedzieć. Teraz was już zostawię.  
Zniknął. Kiedy usiedli w fotelach, wielkie pomieszczenie również znikło. Trzy godziny minęły szybko. Othh-nee pojawił się podobnie, jak poprzednio zniknął.
– Dolatujemy – rzekł po prostu.
Jedna ze ścian stała się przezroczysta i zobaczyli statek.  
– Musi być ogromny – rzekł Dawid.
– Ma około 2000 mil.
– Czy poruszany jest tą samą energią co mniejsze? – zapytał Scott.
– Dokładnie, dopiero poza układem Słonecznym rozwiniemy całą prędkość. Nie można tego robić w pobliżu planet, bo powoduje to silne zaburzenia pola magnetycznego i innych pól, o których jeszcze nie wiecie.
Samo zakotwiczenie do statku-matki stało się tak delikatnie, jakby zostali „wchłonięci” prawie natychmiast.
– Już jesteśmy wewnątrz – oznajmił Othh-nee. Za tymi „drzwiami” znajduje się wasze wymarzone miejsce.
– Czy jesteśmy sami na tym wielkim statku? – zapytała Sandy
– Tak. Podobny statek leci już z Alley do Ziemi, bo nasza misja na waszej planecie potrwa jeszcze około miesiąca. Potem, przybędziemy tylko jeśli będziecie nas potrzebować.
– Wy może nas też odwiedzicie, to jednak zależy od wielkiej rady. Ona postanowi czy możemy wam ofiarować naszą technologię, a potem sami zadecydujecie czy zechcecie nas odwiedzić. Lecz to nie będzie tak od razu. Tylko Scott odczuł co Othh-nee ma na myśli. Znowu zniknął, a oni otworzyli drzwi.
Znaleźli się w różowej mgle. Ale ta szybko rozwiała się, a kiedy opadła, stali na plaży. Sandy odwróciła się pierwsza. Wiedziała, co zobaczy.
– To miło z jego strony. Miejsce, w którym się znaleźli, do złudzenia przypominało wysepkę koło Nassau. A może byli teraz na niej. Wszystko wyglądało identycznie.
– Nie jestem pewny czy to Othh-nee, czy sam statek spełnił nasze pragnienie – odrzekł Scott.
Równocześnie uświadomił sobie, że tylko oni mogli lecieć w takich warunkach, bowiem zwykły człowiek byłby bliski postradania zmysłów na widok tych wszystkich „cudów”. W zasadzie oni nie byli ludźmi, a właściwie nie zupełnie „zwykłymi”.
– Nareszcie Starr będzie mógł się wysiusiać – zażartował Dawid. Posmakował wodę.
– Słona.
Spokojny wiatr kołysał fale.
– Znowu mam wakacje – szepnęła Sandy do męża.  
Patrzyli na Dawida. Ten bawił się ze psem. Rzucał mu patyki do wody. Scott wiedział, że to złudzenie, ale mimowolnie spojrzał na miejsce, gdzie na prawdziwej plaży pochował mieszkańca Ally. Weszli do chaty. Na drewnianym stole stała gliniana miska wypełniona świeżymi truskawkami. Sandy zjadła kilka.  
– Dopiero co zerwane z krzaka.
Podała mu jedną.
– Tak, smakują doskonale.
– Zobacz kochanie, one się uzupełniają.
Przytuliła się do niego. Znowu spojrzała na miskę. Teraz obok truskawek mieli wiśnie i banany.
– Teraz już wiem. To statek spełnia życzenia. Przed chwilą pomyślałam o wiśniach i bananach. I oto są.
Pozwolili sobie na komfort i starali się nie pamiętać, że to miraż. Chociaż tak naprawdę co jest realne? Widzieli zachody i wschody słońca. Czas płynął szybko. Któregoś dnia zaraz po południu nagle pojawił się Othh-nee. – Wchodzimy na orbitę Ally. Mieliście dobry czas? – Tak, dziękujemy – rzekła Sandy. To sam statek to robi, prawda?
– Tak – odrzekł Othh-nee. To ja dziękuję – rzekł stwór.
– Czy dlatego, że akceptujemy cię, jaki jesteś? – zapytał Scott.
– Tak, ponieważ widzicie mnie, jaki jestem. Gdyby wasze wnętrze nie akceptowałoby mojego wyglądu, przyjąłbym inną formę.
– My nie patrzymy zewnętrznie – rzekł Scott.
– I ja to wiem – odparł Othh-nee. Chcecie zobaczyć Ally?
Odpowiedzieli mu w myśli. Jedna ze ścian zrobiła się przezroczysta. Ally wyglądała uroczo i co wcale ich nie zdziwiło, przypominała Ziemię. Stymulacja została za drzwiami. Stali w wielkim pomieszczeniu. Obce gwiazdy, kilka dużych i jasnych. Scott domyślił się, że to planety ich układu planetarnego. Odczuł też brak dwóch pozostałych, tych, które zniszczyły „zielone anioły”. Na chwilę poczuł ból, potem złość, a potem ukojenie. Othh-nee podszedł do niego, pochylił się i przytulił go do swojego ogromnego ciała.
– Dziękuję ci przyjacielu.
– Co się stało? – zapytała Sandy.
Po chwili i ona wiedziała. Scott odczuł na chwilę dusze istot ze zniszczonych planet. Teraz wszyscy wiedzieli, że „oni” są, tylko gdzie indziej.
– Ally jest nieco mniejsza niż Ziemia, jak czuję, a ile jest mieszkańców? – zapytał Dawid.
– Około 10 miliardów.
– Macie zwierzęta? – zapytała Sandy.
– Nie takie jak wasze.
Znowu zgadł ich myśli.
– Żyjemy w symbiozie. One są roślinożerne, a my nawet nie jemy roślin. Mamy mało wspólnego z krokodylem – zaśmiał się.
– To, czym się odżywiacie? – zapytał Dawid.  
– Energią naszej planety.
Przerwał na chwilę, bo chciał im coś przekazać. – Jesteście gotowi, za chwilę będziemy teleportować?
Mieli już zacząć kiedy obok Scotta rozjaśniła się różowa poświata.
– Co to takiego? – zapytał Othh-nne.
– Nie wiem, co się stało. Zanim stałem się taki jak teraz, byłem tym.
Wyjął kryształ.
– To dzięki temu zginął H-oo. Uderzyłem się w pierś, krew opryskała go i spalił się na naszych oczach.
– Do tej pory tego nie rozumiemy, nic im nie szkodziło, może twoja krew jest specjalna – rzekł Othh-nne.
– Myślę, że to zasługa kryształu – rzekł Scott. Poświata kryształów znikła.
– Dobrze, teraz możemy. Kiedy świeciły, nie mogliśmy teleportować. Te kryształy są o wielkiej mocy – rzekł Othh-nee.
– Wyglądają niewinnie – rzekła Sandy.
– Zupełnie, jak...
Othh-nee zasłonił dłonią paszczę.  
– Upodobniam się do was, o mało się nie wygadałem.
– Tak, to prawda, ludzie tak właśnie reagują – rzekła Sandy. Po chwili cała piątka znalazła się na Ally. Od razu poczuli ją zarówno duchowo jak i fizycznie. W sensie realnym pachniał jak kwiat. Coś pomiędzy bzem i lilią. Otoczyli ich mieszkańcy Ally. Wszyscy byli podobni do Othh-nee. Przeciwna płeć miała nieco tylko delikatniejszą posturę i kilka cali mniej. Czuli się jak mrówki obok termitów. Jednak odczuwali podobne nastawienie, przyjaźni i miłości, takie same uczucia, jakie odczuwali od Othh-nee. 
– Zanim wejdziemy do gmachu Wielkiej Rady, muszę wam coś wyjaśnić. Kilka tysięcy lat wcześniej nie byliśmy tacy jak teraz, walczyliśmy. Właściwie, zaczęliśmy gwałtownie ewoluować, w sensie duchowym i część z nas chciała walczyć. Zmusiliśmy ich do opuszczenia planet, ponieważ wraz ze wzrostem duchowym wzrastaliśmy w sile. Druga grupa, około miliona stworzeń osiedliła się na jednym z naszych księżyców. Jednak po pięciu latach, poprosili o prawo powrotu. Coś wpłynęło na nich w sposób bardzo pozytywny. Pozwolono im na powrót. Nie tylko, że nie chcieli już walczyć, ale w rozwoju duchowym wyprzedzili nawet tych, którzy pozostali. Nie powrócili sami. Przywieźli coś ze sobą. Było to urządzenie stanowiące część statku kosmicznego, a w nim przebywała zamrożona istota. Przez kilka następnych tysiącleci pracowano nad techniką odmrażania. W końcu doszliśmy do tego. Mówiąc w skrócie, od tego czasu naszym systemem planetarnym niejako rządzi rada dwunastu, której mam honor być jednym z nich, a nad nami jest właśnie ta istota. I właśnie ta istota chciała, by was zaprosić, a głównie Dawida.
– Mnie? – zdziwił się chłopak. Co to za istota?  
– Ma na imię, Un-sii-hu, co znaczy „Pachnący Księżyc”. Takie imię jej nadano. Co jest interesujące, księżyc pachnie, jak kwiat, ale inaczej niż Ally. Na początku sądzono, że z tego powodu Un-sii-hu tak pachnie. Ale okazało się, że jest odwrotnie. To księżyc zaczął tak pachnieć z jej powodu. Jest to jedna z zagadek związana z Un-sii-hu, której nie potrafimy rozwikłać. Jest jeszcze kilka innych, ale nie chcę teraz o tym mówić, może sama wam o tym powie, jeśli zechce.  
Stanęli przed ogromnymi wrotami. Wyglądały z koloru jak strój Othh-nee. Był to na pewno metal, przynajmniej tak wyglądał. Wrota otwarły się, wydając przyjemny dźwięk. Weszli do sali. Przy wielkim owalnym stole siedziało jedenaście podobnych do Othh-nee postaci. Każda z nich miała gruby, złoty łańcuch na szyi. Kiedy Othh-nee zasiadł z nimi, na jego szyi także pojawił się łańcuch. Sandy, Scott i Dawid odczuli dziwne, ale przyjemne odczucie. Nawet Starr zachowywał się niespokojnie. Nad stołem pojawiło się bursztynowe światło. Kiedy zaczęło blednąć, zobaczyli drobną postać.
– Witajcie na Ally, jestem Un-sii-hu.
Bardzo się zdziwili, ponieważ Pachnący Księżyc była człowiekiem.
– Czekałam na ciebie Dawidzie ponad 18 tysięcy lat – odezwała się dziewczyna.
Miała oliwkowozielony kolor skóry, jasnozielone oczy i miedziane, długie włosy. Wyglądała na dwadzieścia lat. Nie było kwestii, że była bosko piękna. – Skąd mnie znasz? – zapytał zachwycony Dawid.
– To długa historia, ale obiecuję ci powiedzieć.
Odezwała się do dwunastki w języku Ally. Usiedli i dopiero teraz zauważyli piękne trzy zdobione fotele i mały kocyk, bez wątpienia przygotowany dla Starra.  
Jak oni mogli to wiedzieć, że przylecimy z psem, przemknęło w głowie Scotta.
– Pochodzisz z Ziemi? – zapytał Scott.
– Nie, z Marsa – odrzekła Un-sii-hu. Poprzednio kwitło tam życie, później totalna wojna zniszczyła wszystko. O ile wiem, nikt się nie uratował. Moi rodzice musieli wiedzieć coś, ponieważ wysłali mnie w kosmos, zanim się to stało. Poleciałam w stanie hibernacji.
– Czy wiesz coś o ,,zielonych aniołach”?
– Raczej o ,,zielonych potworach” – rzuciła Sandy.
– To dziwne, moja pamięć została wytarta lub jest „to” we mnie, ale niejako zabezpieczone. Nie pamiętam prawie nic – rzekła cicho Un-sii-hu.
– Prawie nic?
– Poza Dawidem. Pamiętam, że go zobaczyłam. To nie była Ziemia, ani Mars ani Ally. I to nie działo się ani teraz ani poprzednio...
– To kiedy? – zapytała Sandy?
– W przyszłości – odezwała się cicho Un-sii-hu.
Twarz dziewczyny przyjęła wyraz, jak gdyby intensywnie myślała.
– Czy byliście sami? – zapytał powoli Scott.
Sandy spojrzała na niego uważnie.
– Byliśmy sami, ale nie zupełnie.
– Jak to zrozumieć? – zapytał Dawid.
Mimo że nikt z rady nie powiedział nic, ani nie przekazał telepatycznie, cała czwórka miała wrażenie, że nie tylko biernie się im przysłuchują.
– Kamienie o fioletowym kolorze, świeciły różową poświatą – szepnęła dziewczyna. Ale to nie były zwykłe kamienie, one ,,żyły”.
Spojrzeli po sobie.
– Te? – zapytał Scott, pokazując kryształy.
– Właśnie te – odezwała się Pachnący Księżyc.
Jej oczy zrobiły się wielkie.
– Przypominam sobie coś.
– Rado – zwróciła się do dwunastu. Włączcie generator czasu – poprosiła dziewczyna.
– Czy mogę? – zapytała Scotta.
– Nie czuję, abyś mogła je teraz dotknąć – rzekł spokojnie Scott.
– Dobrze – rzekła dziewczyna – ty je umieścisz.
Pokazała miejsce u dołu generatora. Sam generator wyglądał jak zwykła tablica, poza tą różnicą, że powierzchnia „tablicy” falowała jak ciecz. Ekran zafalował mocniej i pojawiła się na nim mapa nieba, obcego...
– To inna galaktyka – powiedział Othh-nee.
– Nasza wiedza astronomiczna jest nie mała, ale... nie wiemy, co to jest i gdzie – rzekł spokojnie. Musimy zbudować konfigurację – rzekła spokojnie dziewczyna. 
– Konfiguracje, słyszałam to słowo. – powiedziała brunetka.
Ujęli się za ręce. Ku ich zdziwieniu kryształy same przesunęły się i znalazły w środku okręgu. Nic się nie stało. Dwanaście ogromnych stworów wydało ledwie słyszalne wibracje i otoczyło czwórkę drugim kołem. Przez chwilę nic się nie działo, ale wiedzieli, że to, co robią, jest właściwe. Mały punkcik, zapalił się na mapie nieba, po chwili wszystko zgasło. Nagle postać Scotta zaczęła promieniować zielonym, znajomym światłem. Trwało to jednak bardzo krótko.
– Czy wiesz przyjacielu, co to znaczy? – zapytał Othh-nee.
Scotta stał nieco poruszony.
– Tak, wiem. To miejsce skąd pochodzę. Tam mieszkają „zielone anioły” – dodał cicho. Muszę tam polecieć – rzekł dobitnie.
Zapanowała cisza.
– Nie możesz, zginiesz – szepnęła błagalnie Sandy.
– Nie jest tak jak czujesz, albo myślisz, wiem to. Ci, którzy mnie zostawili, zmienili się w kierunku... zła. Reszta jest samą dobrocią.
– Jesteś pewien? – zapytał Othh-nee.
– Całkowicie.
– Nigdy nie podróżowaliśmy poza galaktykę, nie wiemy, co się stanie, jak długo to by trwało, a głównie... gdzie polecicie – ciągnął stwór.
Scott popatrzył na nich.
– Oni wiedzą, że przylecę i pomogą mi.
– Jak to wiesz? Czujesz? – zapytała dziewczyna.
– Nie, oni mi to powiedzieli.– Nie puszczę cię samego, jeśli mnie kochasz, zabierz mnie – powiedziała Sandy.
– My też lecimy – powiedzieli jednocześnie, Dawid i Un-sii-hu.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction i miłosne, użył 2359 słów i 14286 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto