Kryształ cz 1

Opowiadnie było publikowane kilka at temu.                                                        
                                    
                                                 Kryształ

                                      Yangra, Himalaje, 2011      
                                        
     Jack oddychał ciężko. Nie tylko z powodu mniejszej zawartości tlenu w powietrzu. Wspinali  się już około dwóch godzin, a do szczytu pozostało im ponad osiemset metrów stromej ściany lodu
– Myślisz, że się utrzyma w tej szczelinie? – zapytał Ted.
Karabinek siedział solidnie. Mimo to Jack zapalił lampkę ledową na kasku. Światło rozświetliło  szczelinę.
– Rozszerza się – powiedział Jack.
– To nie szczelina, to grota – odrzekł Ted, który znajdował się nieco wyżej.
Weszli jeszcze dwa metry wyżej. Teraz otwór do środka stał się dostatecznie szeroki, że mogli wejść do środka. Cztery metry lodu, a potem lita skała. Światła latarek rozświetliły jaskinię. Miała dwadzieścia metrów długości, pięć szerokości i tyle samo wysokości. Na ścianach iskrzyły się kryształy.
– Kwarc tybetański? – zapytał Jack.
– Na to wygląda – rzekł Ted, który więcej się znał na kamieniach.
– Patrz, to chyba topazy – rzekł Jack.
Jaskinia jaśniała fioletowym blaskiem.
– Nie jestem pewny, może to odmiana tybetańskiego kwarcu – odrzekł Ted. Mogę zabrać do  zbadania.
– Nie warto, odpocznijmy trochę i w górę – odpowiedział Jack.
– Włożymy maski? – zapytał Ted.  
– To tylko 7420 metrów. Ja wytrzymam, a ty jak chcesz – odrzekł Jack. Na razie pogoda nam sprzyja, ale tu w Himalajach nigdy nic na pewno.
– Szło tędy wiele wypraw, powinna być jakaś informacja – zaczął Ted.  
– Wygląda na to, że nikt przed nami nie postawił tu stopy.  
– Tu coś zajaśniało – Jack podwyższył lekko ton głosu.
– To pewnie refleksja światła.
– Może masz rację.
Wypili ciepłe napoje, kombinacja glukozy i wszystkich istotnych, potrzebnych człowiekowi elementów.
– Wychodzimy – rzekł Ted.
– Zostawimy coś na pamiątkę?  
– Masz poczucie humoru.
Powoli wydostawali się na zewnątrz. Nie mogli widzieć jak kryształy pulsowały fioletowym światłem. Po pięciu minutach po ich wyjściu zabrzmiało delikatnie „Wychodzimy”. Coś poruszyło się nieznacznie w miejscu gdzie kilka kropel napoju padło na skalne sklepienie. Kryształy rozświetliły się tak, że cała grota tonęła teraz w fioletowym blasku.                                      
                                             Pięć milionów lat wcześniej.
Pulsujące barwy światła ustępowały powoli, a coraz wyraźniej rysowały się kształty zbliżone do wieloramiennej gwiazdy. Ostry promień zielonego światła wystrzelił w dół. Trzy dwunożne stwory, fosforyzujęce zielonym swiatłem, stanęły u wejścia do groty. Nie miały one właściwej solidnej formy, a raczej zbudowane były ze światła. Doskonałe, piękne i pełne majestatu. Wszystkie trzy postacie wyglądały identycznie.  
– Tu.  
Tą informację przekazał H-oo, drugiemu stworowi. Porozumiewali się pozazmysłowo.  
Jeden z nich zajaśniał bardziej niż pozostałe stwory, a ze środka jego postaci wystrzelił promień jasnej barwy, mieniący się tęczowo. Uderzył skałę u ich stóp. Trwało to kilka sekund.
– Powrócimy tu za parę czasów? –  zapytał Se-n-aa.
– Nie będzie takiej potrzeby, sam nas odnajdzie – rzekł trzeci.  
– Do następnej matki – rzekł H-oo i zdematerializowali się.  
Niska wibracja cichła powoli w ciemnej jaskini.
W kilka sekund później wielki statek zniknął bezgłośnie na czarnym sklepieniu nieba.    
                                                                *
                                   Rok 2011, Himalaje, Yangra, ta sama grota.
To ciekawa, złożona forma wibracji, a materialnie głównie woda, pomyślał. Coś około sześciu miliardów. Ciekawe czym się rożni ,,ona”. Uniósł się w zawirowaniu powietrza. Wygląda na to, że ten wirus mu nie szkodzi w malej ilości, rozmyślał nadal.
Nie, nie będziesz się rozwijać, po prostu chcę cię użyć by się wydostać na zewnątrz. To już kwarc rozumie więcej niż ty, zaśmiał się w duchu.
Unosił się w powietrzu przez wiele dni.
Gdzie te sześć miliardów, wszędzie woda w stanie stałym? O nareszcie coś nowego. A wiec tak wygląda „ona”. I tylko taka różnica?
Nie widzę nic interesującego, myślał. Muszę wejść na wyższe wibracje.
Kiedy Matka chowała się za horyzont, znał już kilkaset odmian mieszkańców tej planety. Prawie z dołu znalazłem się na samej „górze”.  
Jednak nadal lubię te „ametysty” i nie dlatego, że spędziłem z nimi ostatnie pięć milionów lat, pomyślał. Z Perna Namding w Kharikhola udał się autobusem do Kathmandu. Nie owładnął umysłu najwyższej formy, zadowalał się podróżując jako bakteria kataru lub cząstka śliny. Dostał się na lotnisko. Dobiero teraz ,,zbudował” najwyższą formę. Surowca nie brakowało. Wiedział, że łatwiej mu będzie jako ,,on”. Na razie bezimienny podszedł do komputera. Po paru chwilach miał imię, nazwisko, a co najważniejsze bilet do Beijing. Resztę celulozy z mieszaniną inych surowców, nazywanych tu ,,dokumentami” zbudował w kilka milisekund. W godzinę później leciał w kierunku stolicy państwa środka. Tu jest ich miliard, pomyślał.
– Coś do picia? – zapytała smukła chinka w niebieskim mundurze.
– Tylko wodę – odrzekł, około trzydziestoletni, przystojny chińczyk.
Po kilku godzinach lotu schodzili do lądowania. Na odprawie przeszedł przez niemiłe promieniowanie. Zdjął ,,rolex”  i przeszedł jeszcze raz. Tym razem zasymilował promienie.
– No cell phone, Mr Lee? – zapytał oficer.
– W Kathmandu zanika czasem serwis – odrzekł Lee.
– Tak, tak – uśmiechnął się oficer.  
Kiedy Lee opuszczał lotnisko wszystkie komputery otrzymały szok.
– Coś w sieci – rzekł Kwok.
– Mniej niż sekundę – odezwał się Zhao, bardzo interesujące.  
– Przyczyna – zapytał Kwok?
– Nieznana, może coś z prądem. Dziwne – rzekł Zhao.
Lee dopił czarną kawę bez cukru. Wyszedł na zewnątrz. Smog. Taksówką udał się do hurtowni. Nabył tam pół kilograma ołowianej blachy. Inną taksówką pojechał do centrum. Wszedł do supermarketu i skierował się do sklepu jubilerskiego. Oglądał zegarki i pierścionki.
– Poszukuje pan coś specjalnego? – zapytała młoda sprzedawczyni.
– Nie, oglądam. Chcę kupić prezentu dla mojej narzeczonej i coś dla siebie.
– Jak coś pan znajdzie, jestem do dyspozycji – odrzekła miło.
Lee po paru minutach wyszedł ze sklepu. Wiedział już, że nie było tu detektorów metalu, tylko zwykłe kamery.  
     Dopiero po dwóch tygodniach zaczęły się kłopoty w tym sklepie i to tylko dzięki przypadkowi.
– To niesłychane – krzyczał zdenerwowany mężczyzna. Wydałem u was porę dobrych tysięcy dolarów. Za tą ołowianą bransoletkę dałem prawie trzy tysiące.
Zdenerwowany kierownik sklepu wycierał pot z czoła.
– Zapewniam pana, że to nie nasza wina. Policja prowadzi śledztwo.
– Czy ta jest autentyczna? – zapytał mężczyzna, kiedy sprzedawca wręczył mu taką samą bransoletka.
– Jak najbardziej – odrzekł, wciąż zdenerwowany menager. Niestety, policja prowadząca śledztwo znalazła w sklepie wiele ołowianej biżuterii, ale za to pokrytej 24 karatową cienką warstwą złota. Nikt się nigdy nie dowiedział, że Lee wyszedł wtedy ze sklepu bez ołowiu za to z kilkunastoma sztabkami 18 karatowego złota o łącznej wadze ponad pół kilograma. Później, podzielił je tak, by ich wartość nie przekraczała 1000$ za sztukę. Dodatkowo dla pewności jego twarzy nie zarejestrowały żadne kamery. Sprzedał złoto w różnych miejscach. Potrzebował pieniędzy. Ale nie tylko o to chodziło. Chciał mieć ,,legalne” nazwisko. W sieci internetu przeszukał listę ofiar trzęsienia ziemi z lat osiemdziesiątych. Po trzydziestu minutach miał wszystko. Legalny handlowiec. Jego ciała nigdy nie odnaleziono. Znajdował się na liście,,niepewnej”. Nikt nie będzie grzebał w papierach. Naprawdę nie żył od przeszło trzydziestu lat. W kilka godzin potem leciał pierwszą klasą Pan -Am, Beijing-New York. Jeszcze w czasie odprawy celnej ,,wpłynął” na personel by nie zobaczył 18 tysięcy dolarów w jego bagażu podręcznym. Teraz pozornie drzemał na fotelu. Informacje płynęły nieprzerwanie. Dostałby nagrodę Nobla z każdej dziedziny: geografii, historii, fizyki, chemii. Nie interesował się tym, wchodził bowiem na coraz bardziej subtelne poziomy ludzkiego ducha. Na lotnisku w New Yorku wsiadł do białego mercedesa 550 S. Przez GPS wszedł jeszcze raz do sieci. Ruch na ulicy. Tylko kilka razy zmienił światła na zielone. W końcu się nigdzie nie spieszył. Był kim, chciał być. Miał wszystkie legalne i prawdziwe dokumenty. No może poza ostatnim miejscem pracy i referencjami. Młody, opalony, przystojny brunet wyszedł z białego mercedesa 550 S. Nikt oczywiście nie zauważył, że w czasie jazdy zmieniły się tablice rejestracyjne no i oczywiście numery silnika i wszystkie inne dane. Wszedł do restauracji. Usiadł przy stoliku, otworzył kartę. Do stolika podeszła młoda kelnerka.
Ta będzie odpowiednia, pomyślał. Nie brzydka jak na ludzkie kryteria. Właśnie dwa dni temu zerwała z Johnem. Co za pech. A myślała, że to ten wymarzony. Wróciła wcześniej z pracy i... przyłapała go z jakąś dziewczyną w swoim własnym łóżku.
– Co dla pana? – zapytała.  
– Zupę jarzynową i sałatkę grecką, a jakie wino proponujesz, Sandy? – zapytał miło.
– Ja lubię musujące, francuskie.
– Dobrze wiedzieć, ale ja wezmę cabernet, jeden kieliszek. A po pracy zapraszam cię do „Rico”, o której kończysz?
Zapytał, choć wiedział, że o 18.
– O 18, ale nie wiem, czy przyjdę, nie umawiam się z nieznajomymi.
Mężczyzna wstał.
– Jestem Scott O'Connor.  
Podał jej rękę. Kiedy ją dotknął, zmienił jej piękną aurę na tyle, że nabrała do niego zaufania i przyjęła zaproszenie. Nie chciał więcej. Podał jej wizytówkę. Odebrała go bardzo pozytywnie. Przystojny, dobrze zbudowany. Po pracy sprawdziła dane na internecie. Wszystko się zgadzało. Inżynier silników odrzutowych, geniusz. Nie wahała się, wystukała numer.  
– Scott? – zapytała Sandy.
– Tak, cieszę się, że dzwonisz.
– Sama nie wiem, czemu zadzwoniłam, czy to aktualne?
– Oczywiście. Przyjechać po ciebie czy się umówimy pod „Eleven Medison Park”?
– Przyjadę taksówka – powiedziała brunetka – o ósmej, pasuje ci, Scott?
– Tak, będę punktualnie, do zobaczenia Sandy.
Dziewczyna wykąpała się i założyła czarną suknię ze złotym pasem, najlepszą, jaką miała.
– Ja chyba zwariowałam – powiedziała do siebie.
Odczuwam go pozytywnie, chociaż z Johnem było podobnie. No cóż, czasem kopciuszek spotyka księcia, pomyślała. Wysiadła przed restauracją pięć po ósmej. On czekał, miał na sobie czarne spodnie i białą koszulę. Uśmiechnął się.
– Przepraszam za spóźnienie.
– Pięć minut to nie spóźnienie, szczególnie w tym mieście.
Podał jej śliczną, żółtą różę.
– Och, dziękuję.
Weszli do środka. Poprowadzono ich do stolika. Po minucie przyszedł kelner. Ukłonił się.  
– Co podać dla państwa?
– Daj nam chwilę, a na początek podaj nam Wielką Damę rocznik 88.
Kelner odszedł, po chwili wrócił.  
– Mamy 89 i 90 proszę pana.  
– Niech będzie rocznik 90, chociaż 88 jest lepszy.
Kelner odszedł, a oni zaczęli rozmawiać o pogodzie i o ulicznych korkach. Najbardziej bezpieczny temat. Scott wiedział, że najbardziej niebezpiecznie jest rozmawiać o religii i polityce. Wiedział prawie wszystko. Poza jednym. Bóg. Informacje, jakie zdobył, nie wystarczały, żeby to pojął.
– Sama nie wiem, dlaczego się z tobą umówiłam.
– Chyba, ponieważ masz zaufanie – odrzekł Scott.
– Tak mi się wydaję – rzekła.
Nie wiedziała co powiedzieć, nie chciała go urazić, ale też nie chciała, żeby myślał, iż jest łatwa.
– Masz dziewczynę – palnęła. Ugryzła się w język, ale trochę za późno.
– Przez ostatnie kilka milionów lat odpoczywałem, a ostatnio byłem trochę zajęty. Wiesz sprawy papierkowe, pieniądze.
Roześmiała się.
– Przepraszam, palnęłam głupio. W zasadzie znam się trochę na ludziach, interesuję się trochę sprawami dotyczącymi ducha, chociaż na Johnie się zawiodłam.
– Kim jest John? – zapytał Scott, chociaż w zasadzie, wiedział o nim wiele.
– To mój ex, myślałam, że to coś poważnego. Zdradzał mnie.
Zakręciła jej się łza. Scott odczuł jej głębię. Zmienił pierwotny zamiar w ułamku sekundy.
Będę z nią, jak długo zechce. Czysta, pomyślał.  
Wysłał silną wibrację, a ona to odczuła. Poczuła, jak jej serce bije szybciej i szybciej.
To chyba niemożliwe bym się zakochała po piętnastu minutach, myślała gorączkowo.
W tym momencie dotknął jej dłoni.
– Ja cię nigdy nie zdradzę.
Puścił jej rękę.  
Kelner przyniósł zupę. Jedli w spokoju. Po paru minutach ten sam kelner, przyniósł sałatkę.
– Chcesz może coś więcej?  
– Nie, jadłam w pracy.
– Może deser?
– Tu jest drogo – szepnęła i znowu pomyślała, że to nietakt.
– Nie tak bardzo, bywa drożej.
– Dobrze niech będzie ,,Czarny las”.
Podszedł kelner, starał się być bardzo uprzejmy.
Kłamczuch, pomyślał Scott i przestał go odbierać.
– Jarzyny z Meksyku? – zagadnął Scott.
– Nie mam pojęcia, wiem, że są biologiczne.
To przynajmniej prawda, pomyślał Scott, ach miałem cię nie odbierać.
– Zupa dobra, sałatka też – powiedział Scott. A tobie smakuje, Sandy?  
– Tak, bardzo.  
– Możemy dostać ,,Czarny las”?  
– Tak oczywiście – odrzekł uprzejmie i zniknął.
– Nie wiedziałem, że też zjem deser.
– Och wybacz, myślałam, że też masz ochotę!
– Tylko żartowałem, oczywiście, że mam ochotę.  
– Szampan jest wspaniały, nie piłam tak dobrego.  
– Ja też nie.  
– Ty cały czas żartujesz – zaśmiała się brunetka.
– Tylko raz, o tym deserze – odrzekł spokojnie.
Kelner przyniósł rachunek, dziewczyna niechcący zobaczyła cenę. Zrobiło jej się gorąco.
Boże, ja zarabiam tyle w dwa tygodnie, pomyślała.
Oczywiście Scott wiedział, co właśnie przemknęło jej przez głowę. Wiedział zresztą, co myśli i czuje każdy w promieniu kilometra.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction i miłosne, użył 2295 słów i 14263 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto