Kiedy otworzysz oczy cz 5

Tego wieczoru Roden rozmawiał poufnie z mężem okrytym szalem.
— Czy na pewno cię nie widział?                                                              
Zamaskowany nieznajomy ważył woreczek, który otrzymał od Rodena.
— Dlaczego po prostu nie kazałeś go zabić, a dziewczynę kupić? — zapytał nieznajomy.
— Nic nie rozumiesz, głupcze. Płacę ci, a ty rób dokładnie to co chcę, to wszystko.
Nieznajomy oddalił się. Zaczęła mu się nie podobać współpraca z Rodenem Arteliusem.
                            
Aria przebudziła się w środku nocy.  
To on ma przyjść do mnie, a nie ja do niego, pomyślała. Muszę tylko uważać by nie pójść za daleko, bo czuję jak gotuje się w środku. A nie chciałabym by mnie wział zanim pokocha, tak jak powinien.
Pragnienie bycia blisko przy jej wybawicielu było zbyt silne. Weszła do sypialni, jednak nie wiedziała, że on też nie śpi. Właśnie myślał by pójść do niej, bo obudził go koszmar. Weszła cicho i delikatnie podeszła do łoża. Rodus zacisnął powieki. Udawał powolny, głeboki oddech, a tymczasem krew płynęła w nim szybko, a serce tłukło się nieprzytomnie. Czuł się podniecony i modlił się w duchu, by nie odkryła tego. Aria położyła się blisko jego torsu i zasnęła. Romulus czuł jak jego ciało się uspokaja. Oplótł jej szyję ręką i zasnął.  
Wstała przed nim i wróciła do swojej komnaty. Przebrała się. Poszła do kuchni po jego ulubiony zestaw na śniadanie. Zeszłego wieczoru dowiedziała się co najbardziej lubi jeść rano. Kiedy weszła do komnaty, nie spał już.
— Jak ci się spało?  
— Dobrze.  
— Byłaś u mnie w nocy?  
— Spałam grzecznie u siebie.
— Może mi się zdawało.
Miał prawie pewność, że to mu się nie przewidziało. Po śniadaniu Romulus przygotował powóz.
— Jadę do senatu, wrócę po południu. Zajmij się ogrodem lub pracuj w kuchni. Albo nic nie rób.
Czuła że chcę ją pocałować.  
— Zrób to.  
Podszedł i pocałował jej usta. Poczuła jakby motyl musnął ją skrzydłem. Z trudnościa pohamowała się by mu nie odwzajemnić się gorącym pocałunkiem. Patrzyła jak odjeżdza. Poszła do ogrodu. Miała przeczucie, że dzisiejszy dzień nie będzie tak miły, jak poranek. Zaraz po południowej spiekocie zajechał powóz. Nie musiała się domyślać, poczuła. Roden Artelius wyskoczył lekko z powozu. Wszedł do ogrodu. Czyżby wiedział, że tam będzie?
— Witaj Ario — rzekł miło. Pan w domu? — zapytał słodko.
— Jego możesz mamić, ale nie mnie — syknęła.  
— Czy jadłaś szalej? — zapytał zdziwiony.
— Wiesz dobrze co knujesz. To ty nasłałeś zbirów na niego. O co ci chodzi, jeszcze nie wiem, ale dowiem się — powiedziała zimno.
Artelius skoczył dłonią do sztyletu, ale pohamował się równie szybko. Jednak zauważył, że ona widziała co chciał uczynić.  
— Wariatka — powiedział udając rozbawienie. Powiedz, że byłem — bezzwłocznie poszedł do powozu.
Zacisnął dłonie na rękojeści sztyletu, aż do bólu.
— Żmijo, uważaj — syknął.  
Nie docenił jej jednak. Stała tuż za firanką.
— Jeśli ja jestem żmiją, kim ty jesteś, Arteliuszu. Tak nie musi być, możesz być naprawdę jego przyjacielem. Wiem, że nie chodzi ci o mnie. Masz w sobie dobro, zobacz je.
Artelius poczuł strugi potu płynące po plecach.
Nigdy jeszcze nie spotkał się z taką dobrocią i miłością. Płakał.
                          
Romulus przybył do domu po piątej. Na jego czole zaznaczyły się chmury. Ale znikły, kiedy zobaczył Arię. Nie chciał dzielić się z nią kłopotami. Widać ilość wrogów rosła, a przyjaciół ubywała.
Usłyszał dziś w senacie, że to co robi w domu, zagraża republice. Chociaż konsule śmieli się z tego śmiesznego pomówienia, Romulus wyczuł, że to tylko kwestia czasu jak zmuszą go do czegoś, czego nie chce uczynić.
— Powiedz mi co trapi twoje serce, Romulusie? — powiedziała Aria.  
— Nic takiego.  
— Wiesz dobrze, jak ja, że to nie prawda. Pomyśl o tym co mówiłam ci wczoraj, zabierz wszystkich i jedź ze mną. Cezar nie będzie cię ścigał.
— To niemożliwe — rzekł Rodus.  
— Wczoraj mówiłeś, że jeszcze nie możesz, a dzisiaj, że to niemożliwe — powiedziała smutno. Był twój przyjaciel Artelius — rzuciła.  
— Czego chciał?  
— Nie wiem. Uważaj na niego, z pewnością on nasłał na ciebie zbirów.
— Przestań, mówiłem ci, że to mój przyjaciel.  
— Może był i może nim będzie, ale teraz nim nie jest — powiedziała dobitnie. Wychłostaj mnie jeśli się mylę.  
Rodus chwycił rzemień i zamierzył się.
— Pojedź do niego i zapytaj go — powiedziała patrząc bez złości na rzemień. Po drodze przypomnij sobie, czym mu mogłeś zawadzić.
Romulus opuścił rękę i rzucił rzemień na ziemię.
— Znienawidziłabyś mnie gdybym cię uderzył?
— Nie mam nienawiści, a poza tym kocham cię i kochałabym tak samo.
Rodus upadł do jej stóp i zaczął je całować.
— Jutro wyruszamy do twojej ojczyzny — rzekł przez łzy. Pojadę tylko do Arteliusa i wyjaśnię to.
Nie czyń mu nic złego — usłyszał za plecami.
                            
Roden chodził po komnacie wzburzony.
Jak odkręcić intrygę, którą zacząłem, myślał. Nawet jeśli Aria mi wybaczy, czy Romulus także?
Nie mógł teraz zrozumieć, że chciał się odegrać za raz przegraną potyczkę słowną w senacie.
— Och jakim nikczemnym psem jestem — powiedział. O bogowie pomóżcie — szepnął.

   Romulus zatrzymał powóz przed posiadłością Arteliusa. Przeanalizował po drodze wszystko.
— To nie możliwe aby trzymał urazę o te parę słow w senacie — powiedział do siebie.
Artelius zobaczył go przez altanę i opanował się.  
— Witaj przyjacielu — rzekł Roden.
— Byłeś u mnie? — zapytał Romulus.
— Tak, chciałem zobaczyć jak się masz.
— Mam się dobrze — odrzekł Rodus. Mam się dobrze dzięki tobie. Wybacz, jeśli się mylę. Aria sądzi...
— Cóż ci naopowiadała ta wariatka?  
Romulus mówił dalej, jakby nie słyszał ostatniej frazy.  
— Czy to możliwe byś miał urazę za te pare słów w senacie, osiem lat temu...
— Zwariowałeś, czy ta wiedźma cię omamiła?
— Wiesz dobrze jak ja, że ona nie jest wiedźmą.  
Artelius wyjął sztylet, ale w jego oczach Romulus nie znalazł zła, tylko ból.
— Tak, to ja nasłałem zbirów na ciebie, a Aria jest czystym dobrem. Zabij mnie, bo jestem nędznym psem — rzekł z łzami i podał mu sztylet.
Romulus otworzył ramiona.
— Przebaczam ci przyjacielu, a ty przebacz mi, co wówczs powiedziałem.
Padli sobie w objęcia, obaj płakali.
— Jesteś w niebezpieczeństwie Romulusie. Musisz uciekać, jeśli masz gdzie. Cezar otwarcie cię popiera, ale naprawde chce cię zabić. Może w koloni albo dalej mógłbyś, ale tu w sercu imperium, to co robisz jest niemożliwe — rzekł smutno Artelius. Dam ci statek, uciekaj choćby jutro.
— Będę gotowy rano, zaraz po wschodzie słońca. Odzyskałem twoja przyjaźń, to cenne — powiedział Romulus.
— Chroń Arię. Jest cenniejsza niż całe złoto imperium i wszystko czym jesteśmy — rzekł Artelius.  
— A ją chciałem ją uderzyć za to, że powiedziała coś o tobie — szepnął cicho Romulus.  
— Powiedz jej, że nigdy nie zdołam jej odpłacić tego co mi dała.
Romulus pospiesznie wracał do powozu. Jeszcze nigdy nie czuł się tak wolny i szczęśliwy.
                              
   Cały dom pakował rzeczy. Tylko Aria miała spokój w sobie. Jakby czuła, że się nie uda.  
Nie spali wcale. Przelotne spojrzenia znaczyły więcej niż gorące pocałunki, a delikatne dotknięcia niż noce gorącej miłości. Cztery powozy załadowane po brzegi i wolni niewolnicy jechali do portu. A potem Tybrem do morza. Szczęście było tak blisko...  
Setka żołnierzy zastąpiła im drogę.
— W imieniu Cezara, Marku Romulusie Rodusie jesteś aresztowany za zbrodnie przeciw imperium.
— Nie poddam się łatwo — rzekł Romulus. Wystawiliście setkę, przeciwko paru bezbronnym ludziom. Nie jesteście żołnierzami tylko bandą tchórzy — powiedział Romulus.
Pierwsza strzała utkwiła w ramieniu, druga bliżej serca. Aria zasłoniła go własnym ciałem, poczuła strzałę w plecach.
— Wolność nie boli, jest słodka — szepnęła.  
Jej szmaragdowe oczy gasły. Romulus położył jej ciało na ziemi.
— Zabiliście dobro i miłość, ale nie przeklinam was, bo byłbym podobny do was...
Trzy strzały utkwiły w jego sercu.
— Znowu się spotkamy, bo już się spotkaliśmy — szepnął do Arii, zanim skonał.
Setka odmaszerowała, wykonano rozkaz.
                        
Dwa dni potem, w nocy, Artelius przewiózł bezpiecznie wszystkich swoich niewolników i wszystkich wolnych z domu Romulusa. Płynęli do ojczyzny Arii. Do wolności. Artelius został.
Wypił truciznę. Został wraz z ukochaną niewolnicą w swoim domu, w centrum imperium.
,,Drogi Cezarze. Służyłem ci wiernie. Oddaje ci majątek, który zdobyłem dzięki tobie. Nie życze ci źle, bo byłbym podobny tobie i tobie podobnym”.

Wkrótce najazdy Wandali, imperium, którego centralną rzeką była Wanda (później nazwanej Wisłą) zaczęły rwać ziemie imperium. Czyż nie przypadek, że dobra i piękna Aria pochodziła z tych stron?Cesarstwo rzymskie upadło.
                                                         ****  
   Alti-ar przeglądał mapę Ziemi. Przez miliony lat niezmieniona. Oceany, lasy i góry. Dopiero XX wiek zmianił jej oblicze, bowiem pojawiły się pojazdy, maszyny, broń. Alti-ar nie mógł pojąć jak chcieli utrzymać pokój przez ciągłe zbrojenie. W końcu stało się, zaczęli wojnę. Zniszczyli się sami. Co zostało, powoli umierało. I wówczas sama Ziemia pomogła im. Neutralizowała promieniowanie, oczyszczała atmosferę. Zaczęły rodzić się dzieci o niespotykanych zdolnościach. Teraz u schyłku XXVI wieku planeta zaczęła przypominać to, co istniało wcześniej. Błękitne niebo, zielone lasy, czyste oceany pełne ryb. Ludzie dostali od Ziemi prezent. Czystą energię. Powstały lokalne kanały transportu. Przenoszono się prawie natychmiast, bez środków płatności, bez granic. Jeden język z dialektami. Zniesiono religię w tej postaci, w której istniała tysiące lat. Nikt nie miał watpliwości, że Bóg istnieje, ale też nikt nie próbował go określać. Ludzie żyli dwieście lat, prawie w niestarzejącej się postaci. Wiedzieli, że przechodzą w inne poziomy albo bezpośrednio do Niego. Wszyscy byli szczęśliwi, nie było chorób, bezrobocia i przestępczości. Raj na Ziemi. Tylko jedno się zmieniło. Cała planeta była w kokonie specjalnych fal. Wielcy naukowcy doszli do przekonania, że emocje i pragnienia jednostek potrafiły w przeszłości zjednać masy do dobrych, ale i złych czynów. Centralne sieci komputerów wychwytywały przejawy indywidualizmu. Wóczas łagodne fale terapi, przywracały ład i harmonię. Utworzono CRZ, czyli Centralna Radę Ziemi. Złożona z największych naukowców, lekarzy, artystów i zwykłych ludzi. Centralna sieć komputerów wspomagała wysiłki ludzkości do jeszcze lepszej rzeczywistości. Komputery mogły się same naprawiać, rozbudowaywać. Pewnego popołudnia nastąpiło przesilenie. Nikt nic nie zauważył. Komputery przestały pracować dla ludzi. Ludzie zaczęli pracować dla nich. Społeczeństwo 8 bilionów ludzi, nadal szczęśliwe, nic nie zauważyło. Poza jedna osobą. Piegowatą dziewczyną o srebrnych włosach, 26 letnią Kaj. Poczatkowo i Kaj nic nie zauważyła. Rozmawiała z przyjaciółmi, pracowała. Nie zauważyła, że system jej nie widzi. I to nie pojedyńcze monitory. Wszystko. Fotokomórki, camery, dedektory ciepła, ruchu, zapachu. Nic. Sama zauważyło to dopiero 15 miesięcy potem. Była z przyjaciółką w restauracji. Płacili. Tak naprawdę znaczyło to, że ktoś był tu i tu. Zamówił to i to. Automatyczna karta, płaciła wszystko od wody z automatu do opłaty za podróż na Księżyc. Była darmowa i sama się uzupełniała o 12 w nocy w ostatnim dniu miesiąca. Kaj mimochodem spojrzała na swoją kartę. Nienaruszona, 0 punktów.  
— Ile masz punktów? — zapytała Sarę.
— 2356590 — odrzekła — a czemu?  
— Ja mam 0.
— Dobry żart, Kaj — roześmiała się Sara.
   System był doskonał. Jeżeli zgubiono kartę, otrzymywano nową na pierwszej stacji kanału transportu, sprzedarzy energetycznego posiłku czy gdziekolwiek. Nie można było używać innej karty. W tym przypadku, następowało natychmiastowe zniszczenie.
— Nie żartuję — powiedziała Kaj. Daj mi swoją kartę, na chwilę — poprosiła Sarę.  
— Przecież masz swoją w ręku — zdziwiła się Sara. Poza tym jeśli ją użyjesz, zostanie zniszczona.  
— Właśnie to chce sprawdzić — odrzekła Kaj. Nic nie tracisz, system ci da nową, jeśli tą zniszczy.
— Dobra, zobaczymy — rzekła Sara.
Kaj podeszła do automatu z biologicznym jedzeniem. Zamówiła poziomkowy bar w czekoladzie za 13 punktów. Zapłaciła kartą Sary. Karta nie została zniszczona, otrzymała czekoladowy bar a na karcie  Sary było 2356590 punktów, czyli tyle samo.
— Mogę zobaczyć twoją kartę? — zapytała Sara.
— Jasne — rzekła Kaj.  
Sara wybrała inny bar za 13 punktów, ale nic nie otrzymała. Karta nadal istniała.  
— To ciekawe — rzekła Sara. Identyfikacja — rzekła  
— Sara Robinson lat 22, 173 cm, waga 52 kg, zamieszkała... A teraz ty — popatrzyła na Kaj.
— Identyfikacja — powiedziała głośno i wyraźnie Kaj.
Nic, zupełny brak reakcji.
Sara nie była głupia. Wzięła wazon ze stolika i rozbiła go w drobiazgi. Stała lekko zaszokowana i powiedziała.  
— Przepraszam.
To z powodu łagodnej formy resocjalizacji. Subtelne fale elektromagnetyczne tonizujące emocje, lecz można było to odczuć.
Nie było możliwe zniszczyć coś wartościowego, uderzyć kogoś, a już na pewno zabić. Na stoliku pojawił się następny wazon, a rozbite odłamki po prostu się rozpłynęły.
— Saro mogę cię uderzyć? — zapytała Kaj.
— Zwariowałaś, poza tym to niemożliwe.  
— Uderzę cię lekko, to już ostatni test.
— Ok — rzekła Sara.
Kaj walnęła ją otwartą dłonią w policzek.  
— Aj, miało być lekko — wrzasnęła Sara.  
— Nie gniewaj się — Kaj cmoknęła ją w policzek.
Zapomniała, że kontakt cielesny w miejscach publicznych uważano za małe przekroczenie.
I znowu biedna Sara dostała małą dawkę, , resocjalizacji”.
Odebrano jej 100 punktów za wazon i 150 za buziaka od Kaj. Ktoś z gości wezwał policję. I to był zupełny szok. Policja rozmawiała z Sarą i tym kto zadzwonił. Funkcionariusze byli żywymi ludźmi, nie robotami. Kaj przysłuchiwała się rozmowie, w końcu nie wytrzymała.
— Spadaj glino — rzekła wyraźnie.  
Nic. Powtórzyła. Nic. Zdesperowana rąbnęła policjanta w twarz, pięścią. Zachwiał się i zaczął rozcierać podbródek.
— Kaj, przestań. Przerażasz mnie — szepnęła Sara.  
Kaj zdecydowała się na ostateczność. Zciągnęła bluzkę. Położyła dłoń policjanta na swojej piersi i... pocałowała go namiętnie.
— Pocałunek intymny w miejscu publicznym, dotknięcie sfery erogennej 2 stopnia w miejscu publicznym — odezwał się głos komputera. Agent Scott Mills, strata 750 punktów.  
— Chodźmy Saro — rzekła Kaj.
— Proszę zaczekać panno Saro Robinson, jeszcze nie skończyliśmy — rzekł agent Mills.  
— Ona skończyła z wami rzekła Kaj.
— Wracajcie na posterunek, do swojej pracy. Nie! Idźcie do domu — rzekła ponownie Kaj.  
— Agent, Scott Mills nr 45673, kończę służbę — zameldował Mills.
— Agent, Larry Denver nr 45831, kończę służbę — zameldował Denver.  
Następnego ranka Mills i Denver nie mogli wytłumaczyć się dlaczego zakończyli służbę pięć i pół godziny wcześniej. Dwa tuziny techników pracowały nad tą bezprecedensowa sprawą. Cały system, w którym nie można było zgubić igły nie widział ani nie rejestrował Kaj Moor.  
   Nastepne dwa lata pracowała ciężko by zrozumieć co wogóle się stało. Kiedy doszła do tego, było już za późno. Nie dla niej, dla świata. Powoli traciła kontakt z ludźmi. Oni widzieli i słyszeli siebie, ale nie widzieli i nie słyszeli jej. Jej karta zestarzała się. Cały czas z kontem 0 punktów.
Co będzie jak zgubię to, pomyślała. Podeszła do automatu biur podróży.  
— Wycieczka na Bali, dwutygodniowa — powiedziała.
Karty nie wyciągnęła. Po minucie otrzymała bilet na kanał przewozowy, rezerwację hotelu z wyżywieniem.
Pojechała. Było tylko trochę gości. Ludzie woleli teraz podróże virtualne. Te same wrażenia, odczucia, wspomnienia. Nie mogła z nikim rozmawiać lecz korzystała ze wszystkiego. Przysiadała się do stołów, jadła czyjeś jedzenie, wchodziła pod prysznic. Doszła do tego, że każdy miał odczucia jeśli kogoś uderzyła lub pocałowała. Tylko osoba ta nie wiedział kto ją bije lub całuję.
Zajęło jej trochę czasu by zobaczyć, że komputery zniewalają ludzi. To było trudne do odkrycia, nawet dla niej. Wpadła na to przypadkowo. Miała jeszcze inny dar. Dar przyswajania. Inni mieli limit, ona nie. Miała teraz wiedzę stu naukowców, siłę kordonu wojska. Właśnie przypadkowo wpadła  
co, , system” potrzebuje od ludzi. Pewnego neuronu. Kawałka systemu nerwowego. Zaczęła obliczenia. Po tygodniu miała wynik. Za trzy miesiące, siedem dni i sześć godzin, system raz na zawsze weźmie ludzkość pod kontrolę. Nie wiedziała tylko co będzie z nią. Ale to nie miało znaczenia. Ponieważ ona,  
chciała pomóc innym.
— Jak to zatrzymać — powiedziała głośno. Zatrzymać system — powiedziała wyraźnie.
I wszystko się zatrzymało. Na 5 sekund. Nie tylko pojazdy i maszyny. Ludzie także. To znaczyło jedno. Ludzie musieli być już w pewien sposób sterowani. Powtórzyła komendę. Drugim razem system zatrzymał się na 3 sekundy, za trzecim na jedną. Potem przestał reagować.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction, użył 3051 słów i 17854 znaków, zaktualizował 13 cze 2017.

2 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Margerita

    Łapka w górę

  • AlexAthame

    @Margerita dziekuje :smile:

  • AuRoRa

    Mniejsze opowiadania w jednym, ciekawy pomysł. Historia Kaj niezwykła. Kto wie co będzie w przyszłości.