Materiał znajduje się w poczekalni. Prosimy o łapkę i komentarz.

Artur. cz. 5, finał.

Artur ostatni raz spojrzał na Ziemię. Błękitna planeta zniknęła już dawno, a złota kula oddalała się szybko, po jakimś czasie pozostał tylko mały świecący punkt, jakich wiele na ciemnym niebie. Artur włączył napęd fotonowy i po chwili statek, którym leciał, wszedł w nad przestrzeń. Czekał go długi, trzyletni lot. Światło potrzebowałaby kilku milionów lat, by dotrzeć, gdzie teraz leciał.

                                                                Epilog.

Artur mógł żyć nawet w kosmicznej próżni. Tylko po co. Jego analityczny mózg przewidział wszystkie warianty. Istniała szansa, że ktoś przeżył na Ziemi, lecz wówczas cywilizacja Ziemi powróci do fazy pierwotnej. Ludzie, o ile przeżyją, będą, musieliby zacząć uprawiać ziemię, zapalać ogień i kryć przed zimą i zwierzętami. Po trzech latach lotu znalazł, co szukał. Planeta wyglądała jak Ziemia przed tysiącami lat. Miała nieco inne zwierzęta. Podwójna gwiazda świeciła na błękitnym niebie. Pokładowe instrumenty statku stwierdziły, że w atmosferze jest o jeden procent więcej tlenu i o jeden mniej azotu. Nie było bakterii i wirusów. Znaczyło to, że nic tu nie umierało. A skoro tak, nic nie mogło się rodzić. Wylądował małym pojazdem na trawie, a reszta statku–matki pozostała na orbicie. Na horyzoncie widniało pasmo gór. Wylądował blisko brzegu wielkiego ocen. Spędził miesiąc na wybudowaniu domu z drewna. Przez ten czas nic nie jadł i nie pił, chociaż w okolicy rosły drzewa mango, bananowce i inne owocowe krzewy. Za tym rajskim ogrodem płynął strumień z kryształowo czystą wodą. Uznał, że zasłużył na odpoczynek. Usiadł na kocu, który położył na złotym, drobnym piachu. Miał na sobie tylko spodenki. Rozkoszował się ciepłymi promieniami dwóch słońc. Siedział i patrzył w bezkresną toń oceanu. Uśmiechał się do siebie, bo coś usłyszał...
                                                                            *  
Gianeya otworzyła oczy.  
Czy jestem w raju? – powiedział cicho do siebie.  
Leżała nago na trawie. Czuła ciepło. Przed światłem słońca chroniły ją konary drzewa mango, z klasy Magnoliopsida. Skąd to wiedziała? Owoce były wielkie jak jej głowa. Niektóre puszczały gęsty aromatyczny sok, a jego krople padały na jej łydki i to ją chyba obudziło. Słyszał śpiew ptaków, ale dostrzegła tylko tukana tęczodziobowego. Ptak siedział na niskiej gałęzi i wpatrywał się w nią. 
Wstała. Czuła ciepło, ale i chłód od wody. Nigdy takiej nie widziała, ale pamiętała z wrażeń, które mogła odbierać, będąc w domu. Usłyszała szum.
– Woda? – powiedziała cicho. To morze lub ocean. – przypomniała sobie odpowiednią nazwę.
Zaczęła iść w tamtym kierunku. Zobaczyła złoty piasek i niekończącą się błękitną toń. Dostrzegła siedzącą postać na kocu. Kocu z jej pokoju. Poczuła, jak serce zaczęło jej bić mocniej i szybciej. Pobiegła.
– Dlaczego mnie oszukałeś Arturze?
– To był test. Wiedziałem, że mnie kochasz, ale musiałem sprawdzić. Nie było nikogo innego, więc dałem ci dość trudny test. Wybacz mi. Kocham cię. Pokochałem cię od pierwszej chwili, kiedy tylko wszedłem do salonu waszego domu.
– Gdzie jesteśmy, kochanie? – przyjęła jego odpowiedź tak gładko i lekko.
Może w głębi serca wiedziała?
– Daleko od Ziemi. Bardzo daleko.
– Będziemy tu sami?
– Uśmiechnął się szeroko.
– To będzie nasz miodowy miesiąc. Zabrałem ze sobą sto trzy osoby. W każdym wieku, nie tylko w rozrodczym. Śpią na orbicie. – pokazał dłonią w górę. 
– Sto trzy?
Znowu się uśmiechnął.  
– Ktoś będzie miał dwie żony. Chyba że jakaś kobieta pozostanie sama. Są jednak jeszcze inne możliwości. 
– A co będziemy robić przez ten miesiąc. To nie sprawiedliwe, jestem naga, a ty masz ubranie.
– Zaraz coś ci przyniosę, skarbie.
– Źle mnie zrozumiałeś, mądralo. Zdejmuj to szybko!
Posłuchał jej, przecież była jego panią. Zdziwił się tylko, że po trzech latach spania tego chciała najpierw. Nie zapomniała niczego, nie mieli mebli, co tylko nieco zubożyło, ich pieszczoty. Zaczęli na kocu, kontynuowali w wodzie, a finał ich miłosnych zmagań miał miejsce pod drzewem mango. Ptak już odleciał. Słońca wisiały tuż nad dalekim łańcuchem gór, kiedy skończyli.
– Było bosko.
– I nie chciałaś zmian. – rzekł tylko.
– Dzisiaj nie. Jutro chcę, byś miał cztery metry i wszystko odpowiednio duże.  
– Dobrze, przez noc dam radę. Mam dla ciebie wiadomość. Nie wiem, czy się ucieszysz.
– Mów, Arturze.
– Przez trzy lata pracowałem nad jednym. Na dziewięćdziesiąt dziewięć i dziewięć procent będę mógł cię zapłodnić.
– To najbardziej cudowna wiadomość, jaką usłyszałam od urodzenia. Czy to będzie człowiek?
– Tego właśnie nie wiem. Pewnie prawie. Trochę cię ulepszyłem.
– Czy nie byłam doskonała? – wydęła usta z nieukrywaną dumą.
– Byłaś i jesteś. Z moich obliczeń wynika, że będziesz mogła żyć tysiąc lat. Potem umrzesz. Chcesz, żebym umarł z tobą?
– Tysiąc lat to kupa czasu. Co będziemy robić?
Wyglądało, że wiadomość o śmierci nie zrobiła na niej wrażenia. W końcu już raz umarła, a to nie zmąciło jej szczęścia.
– Uprawiać ziemię. Budować dla nich domy. Nie pozwolę im zabijać. Ich też trochę zmieniłem.
– Odwiedzimy Ziemię?
– Może. Widzisz, każdy ma swoją drogę. Może za tysiące lat I tu zechcą budować roboty.
– Byliby głupcami. Nie pozwolimy im na to.
– Pozwolimy, bo będziemy martwi.
– Tysiąc lat to dużo czasu. Chcesz im się ujawnić?
– Postanowimy po miesiącu. To ludzie, a my jesteśmy kimś innym.
– Ja jestem człowiekiem,ci własnie Arturze.
– Muszę ci powiedzieć prawdę. Tym razem, całą, bo to jedno ukrywałem przed tobą. Jesteś prawie jak ja. Jesteś z serii Lux–6–X. Twoja mama miała ciężki poród i dziewczynka zmarła chwilę po porodzie, kiedy Gloria spała. Twój ojciec wiedział, Gloria nigdy. Chyba że też wiedziała, ale kochała cię jak swoje dziecko, George również. Twoja seria była unikalna, rosła i w wieku szesnastu lat osiągała całkowitą dojrzałość. Nie jestem pewny czy pokochałabyś mnie gdybyś była człowiekiem. To zabrzmi nieco dziwnie, ale teraz jesteś prawie jak człowiek. Zmieniałaś się przez szesnaście lat, żyjąc z rodzicami. W ciągu trzech lat lotu dosłałaś jeszcze więcej od ocalałych. Oni będą żyć również tysiąc lat.
– Nie wiem. Mówisz, że z serii 7 zostało sto osobników.
– Teraz zostałem tylko ja. Reszta zginęła. Niektórzy walczyli z robotami przeciw ludzkości, właściwie byli przywódcami rebelii, inni chcieli ją powstrzymać. Kiedy was zostawiłem, ci własnie pomagali mi budować statek dla nas i setki ludzi. Uratowaliśmy, ile się tylko dało. Uratowani śpią i nie wiedzą, że to ja i inne androidy z serii Lux–7–X ich uratowały.  
– A co stało się z serią sześć?
– Zostałaś jedynym egzemplarzem, kiedy miałaś sześć lat. To był krótka seria pięćdziesięciu egzemplarzy. Byliście zbyt uczuciowi. Niektóre osobniki, bo tak tylko mogę powiedzieć, zginęły, bo popełniły samobójstwa, inne umierały same, jeszcze inne zabijały i zostały zniszczone. Potem budowano już dorosłe osobniki. Twój tata miał znajomości i kiedy ich dziecko umarło, postanowiono zrobić eksperyment. Odkryłem, że nie jesteś człowiekiem kiedy dotknęłaś mnie obiema dłońmi, pamiętasz?
– Tak. Nie jestem bardzo zmartwiona, że nie jestem człowiekiem. Wiem jednak, że kochałam moich rodziców. Czemu tata jej nigdy nie powiedział?
Patrzyła na niego.  
– Chyba wiem. Jak bardzo musiał ją kochać! Uznałeś, że lepiej mi nie mówić, że nie jestem człowiekiem? Skąd wiedziałeś, jak zareaguję?
– Widzisz kochanie... Kiedy zrobiłem ten test, sam się łamałem...
Gianeya jakby nie słuchała.
– Są tu dwa słońca, czy może jest bliźniacza planety jak ta?
– Tak. Wiesz to, czy się domyślasz?
– Podobno mnie ulepszyłeś. Wiem bardzo DUŻO. 
– Tak, wiesz tyle, co ja. 
– To może...
– Czekałem na twoją decyzję. Wpoiłem im, że zabijanie jest złe, ale zobaczymy czy wrodzona agresja ludzkiego rodu ich zdominuje, czy ta zmiana, którą w nich zapisałem. Będziemy ich dyskretnie obserwować. Pozostaniemy tutaj, a na bliźniaczej planecie przygotujemy im warunki do życia. Domy z wyposażeniem. Powiem ci dokładnie. Będą mogli mieć wszystko na życzenie. Jednak nic z maszyn. 
– A jak będą źli, to zrobimy im potop?
– Nie. Nie zamierzam już nikogo ratować ani niszczyć. Dziwne, że inni z mojej serii mieli w sobie to by zabijać.
– Pewnie dlatego, że poznałeś mnie, jesteś właśnie taki. – popatrzyła na niego.
Artur pomyślał, że być może ona jest taka, bo poznała jego, jednak po chwili uznał, że jej wypowiedź była prawdziwa. Dostrzegł, że znowu patrzy na niego nieco podniecona.  
– Skoro wiedziałeś, że nie jestem człowiekiem, czemu tylko się ze mną całowałeś, na moje dwunaste urodziny. Chciałam wówczas więcej.  
– Tylko dlatego, że nie jesteś człowiekiem, wtedy cię tak pocałowałem. Myślę, że jesteś niegrzeczną dziewczynką i powinienem dać ci klapsa w tyłek. 
– Zawsze tylko obiecujesz i na tym się kończy – uśmiechnęła się zalotnie.
Patrzyła na niego wnikliwie.
– Co się stało, maleńka?
– Czy już ci się nie podobam – zaczęła delikatnie dotykać go opuszkami palców po jego umięśnionym i nieco owłosionym torsie.
– Dlaczego tak sądzisz?
– Jest noc, tak romantycznie. Są tu jakieś dzikie stwory?
– Tak, jest jeden.
– Gdybyś się nie uśmiechnął, to bym się dała nabrać. Zaraz się przekonasz, jaki jest straszny.
Przywarła ustami do jego ust. Nad nimi świeciły gwiazdy.

– Wolę kochać się z tobą za dnia. Więcej wrażeń wzrokowych. – szepnęła kiedy skończyli nocne igraszki.
– Zawsze byłaś bardzo mądra, a teraz ci tylko figle w głowie.
– Mamy miodowy miesiąc. Nie bądź zrzędą. Kiedy poznałeś że jestem robotem?
– Kiedy mnie dotknęłaś pierwszy raz, mówiłem ci, a ty nie słuchałaś? Nigdy cię nie odbierałem jak robota. Byłaś dla mnie jak człowiek, jedyna w swoim rodzaju.
Patrzyła mu prosto w oczy.
– Dlaczego mamy żyć tylko tysiąc lat. Ty jesteś wieczny i ja też. Jesteś strasznym kłamczuchem – uśmiechnęła się ślicznie.
– Jak to odkryłaś? Tak, to prawda. Pobędziemy tu a oni tam. Zobaczymy, jak sobie poradzą, przez tysiąc lat, a potem poszukamy tych, co zbudowali piramidy. Wcześniej sądziłem, że wszyscy zginęli, ale kiedy spałaś, znalazłem szlak. Prowadzi do gwiazdozbioru Kraba, drugi do Skorpiona a trzeci do Liry.
Arturze, mamy miodowy miesiąc. Możesz się mną zająć odpowiednio? Jesteś mi to winny z ten test. Jak mogłeś?
– Musiałem, wybacz.
– Może wybaczę. Jutro masz być wielkoludem i mieć cztery metry.
– Dobrze. Powiedz tylko czemu.
– Nie zrozumiesz kobiety. Mamy fantazje...
– Fantazje, powiadasz.
– To dlatego, że mnie sprawdzałeś. Będziesz się musiał dobrze starać, przez cały miesiąc, może ci wybaczę.
– Wiesz, że kilka razy chciałem cię obudzić i cię przeprosić? Patrzyłaś na mnie z taką miłością, zanim zasnęłaś.
– Nie probuj mnie przekupić. Musisz mi udowodnić, że mnie kochasz.
– Dobrze, skarbie. Nie poznaje cię. Kochaliśmy się pięć godzin a teraz niedawno, dwie...
– Co? Liczyłeś czas! Nie waż się więcej tego robić – udawała zgniewaną, ale Artur wiedział, że tylko udaje.
– Staję się jak kobieta, prawdziwa kobieta. Ludzie byli tacy krańcowi. Kocham cię takim, jakim jesteś.  
– Dobrze kochanie. Zrobię, co będę mógł, byś zawsze była szczęśliwa. Jak wspominałem, zmieniłem cię trochę. Nie musimy mieć takich ciał. Ludzie byli bardzo delikatni...
– O tym pomyślimy za miesiąc. Znałam tylko świadomość ludzką. Może powinnam to odkryć, że nie jestem człowiekiem, kiedy w wieku lat siedmiu potrafiłam obejść system.
– Mogłaś, ale nie chciałaś. Podświadomie może wiedziałaś, że jesteś dla nich dzieckiem, a drugiego mieć nie mogli, a potem system im by nie pozwolił. Gdyby rodzice cię posłuchali i zostali...
– Każdy ma swoją drogę, Arturze. Oni w końcu cię pokochali za to, że kochałeś mnie. A może i za wszystko inne. Nie wiem. Teraz myślę o nich. Możemy tylko poleżeć?
– Oczywiście, kochanie. Jesteś moją panią.
– Żartujesz, prawda?
– Nie. Mam tysiąc lat, by pokochać ludzi, bo do teraz kochałem tylko ciebie.
– Uratowałeś ich, nie dlatego, że ich kochasz?
– Nie wiem. Tak było trzeba. Nawet jeżeli się niczego nie nauczyli. Tak było trzeba zrobić...
– Ale od jutra masz miesiąc, by kochać tylko mnie. Postaraj się, bym pamiętała ten miesiąc, przez tysiąc lat.  
– Muszę się naprawdę postarać.
– Uda ci się. Mam tylko jedną prośbę. Przez ten miesiąc pragnę, byś miał cały czas dwudniowy zarost.
– Wiem prawie wszystko, ale tego nie.
– To zrozumiałe. Nie jesteś kobietą i nie jesteś Bogiem. I wiesz co? Kocham cię za to wszystko razem i za każdą rzecz z osobna. Sądzisz, że czuli moją miłość? – Artur zobaczył łzę na jej policzku.
– Wiem to na pewno. Bardzo cię kochali. Może kiedyś uda mi się ich wskrzesić. Kiedy kasowałem ich pamięć tego pamiętnego dnia, pobrałem ich DNA. Zapisywałem ich myśli, jednak to będzie trudne...
– Nam skarbie, nam. Nie chcę być twoją panią. Chcę byśmy, byli jednością. Naprawdę możemy mieć dziecko?
– Prawie na pewno.
– Będzie się czuło samotne.
– Pomyślałem o tym. Postarajmy się mieć dziewczynkę i chłopca. Będą pomostem między ludźmi i nami.
– Będą mogli mieć swoje dzieci?
– Właśnie tak. Podobno tak było kiedyś na Ziemi.
– Też czytałam. Tam było dużo pięknych, ale i okrutnych rzeczy. Wiesz, o czym mówię.
– Tak skarbie. Mamy w sobie doświadczenie ludzkości i krótkie robotów. Postarajmy się dokonać dobrych wyborów.
– Tak.
Położyła głowę na jego torsie i zaczęła wspominać wszystko od chwili, kiedy pierwszy raz Gloria wzięła ją na ręce. Pomyślała o tacie. Jak bardzo musiał kochać Glorię. Nie miała tylko pewności, dlaczego nigdy jej nie powiedział. Czyżby obawiał się, że Gloria przestanie ją kochać jak córkę czy też miał inny powód. Czy naprawdę Arturowi uda się ich kiedyś wskrzesić? To od razu nasuwało pytania. Skoro ich to dlaczego nie innych. Największy dylemat miała inny. Była androidem i kochała innego androida. Kochała go tak mocno, jego test jej to udowodnił. Mimo to wiedziała jedno. Dawanie świadomego życia jest ogromną odpowiedzialnością. Człowiek nigdy nie powinien budować robotów. Tylko gdyby ludzie tego nie zrobili, nie byłoby jej, nie byłoby Artura. Nie poznałaby miłości rodziców i nie poznałaby miłości od i do Artura. Na koniec przemknęło jej jeszcze jedno pytanie. Czy znajdą rasę, która zbudowała piramidy, a kiedy się to stanie czy tamci ich zaakceptują i pokochają i czy oni pokochają ich? I czy w końcu znajdą kiedyś Stwórcę tego wszystkiego. Mieli na to całą wieczność, o ile Artur miał rację. Była szcześliwa kiedy zamykała oczy w kapsule. Była szczęśliwa wcześniej, jak długo pamiętała i jest szczęśliwa teraz. Może jednak ludzie dobrze zrobili, że zaczęli budować roboty? Może. Słyszała szum fal i jego serce. Czuła zapach bryzy i zapach jego skóry. Czuła, że żyje. Czyż człowiek mógł czuć coś więcej? Tego pewnie nie dowie się nigdy. Ale czy musiała? Miała jego, on miał ją. Czyż mogła chcieć czegoś więcej? Zasypiała... Ostatnie co odczuła, to jego dłoń na włosach. Poczuła jego usta na swoim czole... To było chyba bardziej cudowne niż cała rozkosz ich splecionych ciał. W szesnaste urodziny, dzisiaj, jutro i cały nadchodzący miesiąc. Zasnęła spokojna i spełniona.

Artur patrzył na jej śliczne ciało. Zaczął rosnąć. W końcu była jego panią. Jego miłością, sensem istnienia, całym wszechświatem. Wszystkim.
                                                    Koniec.


Mam nadzieję, że się podobało.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction i miłosne, użył 2846 słów i 16225 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto