Materiał znajduje się w poczekalni. Prosimy o łapkę i komentarz.

Artur. cz.4

– Czy wiesz, dlaczego się w tobie zakochałam? – nadal rozkoszowała się pięknem jego źrenic.
– Nie wiem. Zostaliśmy przyjaciółmi. Chciałaś pocałunku, więc nie mogłem zrobić tego mechanicznie. Chcesz mnie od trzech lat, więc musiałem coś w sobie zmienić. Nie chciałbyś tego z robotem...
– Chcesz mnie? – zapytała wprost.
– Nie wiem, czy zrozumiesz, ale tak. Okazało się, że nie to mnie czyni człowiekiem, że czuję. Nigdy nie myślałem, że pragnienie ciała jest bardziej ludzkie.
– Zwierzęta też się pragną.
– Nie. Mylisz się. One to mają, ale nie czują tak jak ludzie. Nawet delfiny, które robią to dla przyjemności.
– Dobrze, pewnie masz rację, ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
– Nie wiem. – uśmiechnął się.
To zabrzmiało nawet trochę komicznie, bo wiedział tyle. Sprawiało mu przyjemność, której rodzaj tylko on rozumiał, że to dla niej czegoś nie wie. Lecz tego naprawdę nie wiedział. Odrzucił kalkulacje i analizę. Ludzie nie wiedzieli, dlaczego kochali. Czasem mieli wszystkie powody, by kogoś kochać i nie czuli tego. W innym wypadku nie mieli żadnych powodów i zakochiwali się na życie.
– Dlatego, że zgodziłeś się mieć dla mnie zarost. Dla mnie wszystko co masz, jest naturalne. Nigdy nie miałam z tym problemów, że nie jesteś człowiekiem. Od początku cię pokochałam jako Artura, jedynego w swoim rodzaju androida.
– Wiem, chociaż z tym zarostem nie wiedziałem. Lubisz jak mam dwudniowy, to bym mógł zrozumieć... – na szczęście skończył we właściwym momencie.
Gianeya była mądrą osóbką i być może już teraz się domyśliła, co miał na myśli.
Artur dokładnie czuł czego pragnie Gianeya, ale nie robił nic, by ją do tego nakłonić.
Wiedział, że tego chce od niego i z nim. Tylko z nim. Ale i on chciał. Czy tylko dla niej? Pewnie i dla siebie. Od czterech lat dokonywał w sobie subtelnych zmian, by czuć to, co teraz miało nastąpić, jak człowiek. Jak inaczej mógłby dać jej to, czego pragnęła? Nigdy nie miał pragnienia być człowiekiem. Dlaczego miałby mieć? Pokochał na swój sposób Gianeye od pierwszej chwili i wiedział, że i ona go pokochała już dziewięć lat temu. Wiedział, że było to u niego, ale robił wszystko by to trzymać gdzieś głęboko, w swojej kwantowej świadomości.  
Teraz go pragnęła, a on ją. Był wolny, bo dała mu tę wolność. Nie musiał pytać. Wiedział, że chce, by to zrobił od siebie. Tak dawno chciała mu pokazać swoje ciało. Mógł ją zobaczyć kiedy chciał, bo miał przecież własności, że widział przez materiał, ale nigdy z tego nie skorzystał. Artur ujął delikatnie dół jej sukienki i zdjął ją przez głowę. Ona tylko uniosła ręce. Patrzył na jej dojrzałe piersi. Potem zdjął z niej majteczki, lecz patrzył teraz tylko w jej oczy.  
– Jesteś taka śliczna. – powiedział miękko.
Ona wiedział, że teraz jej kolej. Od wielu lat miała wszystkie informacje w sieci. Wiedziała wiele, ale nie chciała wiedzieć nigdy, jak wygląda ciało dorosłego mężczyzny. Bo chciała się tego dowiedzieć właśnie tak, jak teraz. Zdjęła mu koszulę. Pogładziła jego idealny tors. Czy się wstydził? Pewnie nie. To wszystko było dla niego nowe. Zdjęła mu spodnie i spodenki. Patrzyła zadowolona, jak ta odpowiednia część się zmienia. Artur czuł rozkoszne prądy w ciele. To było dokładnie, co odczuwali ludzie w takiej sytuacji. Pozwolił sobie na to, dla niej. Jedyne co musiał kontrolować, by nie stać się dziką bestią. Chciał rozkoszować się przyjemnością. I dla niej i dla siebie. Miał świadomość, że czasem ludzie w takich sytuacjach zdzierali szybko odzież, całowali się łapczywie i zapominali czasem o dozowaniu pieszczot i od razy biegli do szczytu. On chciał rozkoszować się każdą chwilą tego co mieli mieć. Dla nie i dla siebie.
– Czy mogę wszystko?
– Możesz wszystko. – odrzekł.
Zaczęła go całować, ale nie w usta, tylko całowała mu tors, brzuch i niżej. Podobały się jej jego reakcje. Nie zastanawiała się, czy będzie bolało, mogła mieć obawy, bo znała swoje ciało i widziała wielkość tego, co teraz pieściła. Nigdy nie dotykała się w celu otrzymania doznań, bo zawsze chciała tego tylko od niego. Uznała i wierzyła, że z pewnością jej nie skrzywdzi. Nie znaczyło to, że chciała, by ją traktował jak porcelanową lalkę. Kiedy uznała, że całowanie jego organu sprawia jej i jemu rozkosz poczuła, że sama chce być pieszczona. Przemknęło jej przez myśl, że to mogliby robić już wiele lat temu. Całował jej szyje, paszki i piersi. To było miłe, ale kiedy jego usta i palce zeszły niżej, uznała, że tamto poprzednie jest niczym. Pierwszą rozkosz miała bardzo szybko. Czuła jego język, usta i palce w całej intymnej okolicy. Potem miała drugi raz kiedy dotykał końcem języka ten najmilszy punkt. W końcu miała trzeci raz kiedy całował tylko jej piersi. Jednak chciał pełnego kontaktu. Uznała, że dopiero wówczas to będzie całkowite połączenie. Sama ułożyła swoje ciało w odpowiedni sposób. Do tego nie potrzebowała wiedzy, to jakby istniało w niej zawsze. Artur starał się być delikatny, ale zabolało. Wycofał się. Ból w niej ustępował, a pragnienie rosło. Rozumiał, czego chce. Wszystko było inne. Pocałunki na piersiach, plecach czy pośladkach i dotyk palców. Objęła go udami w pasie i poczuła, jak łagodnie w nią wchodzi. Dała sygnał, że chce mocniej. Artur rozumiał się z nią doskonale. Lubiła mocno to znowu delikatnie. Czuła jak płynie. Była falą, drzewem na wietrze. Zefirkiem i huraganem. Oczywiście znała te zjawiska atmosferyczne tylko ze stymulacji komputerowej. Ten szczyt przewyższał tamte. Osiągnęła z nim jedność. Czuła gorąco, które ja wypełnia. Każda rzecz z osobna była cudowna. Wszystko razem, również. Wyzwoliła się z jego objęć i zaczęła dominować. Całowała jego spocone ciało i część, która jeszcze kilka chwil temu była twarda. Kolejny rodzaj rozkosz doznawła gdy jego organ rósł w jej ustach.  
– Możemy inaczej? – zapytała.
– Możemy.
– Specjalnie nie interesowałam się, jak to się robi. Ale ty wiesz. Jesteś taki delikatny, możesz nie być?
– Nie zrobię ci krzywdy.
– Tylko troszeczkę. Proszę.
Artur był naprawdę bardzo mądry. Chciał dać jej maksymalną rozkosz. Wiedział wszystko o tych sprawach. Teraz miał problem. Nie chciał jej skrzywdzić, a prosiła. Odnalazł w swoim umyśle jak to rozumieć.  
– Nie jestem człowiekiem, wiesz o tym.
– Wiem, nigdy nie chciałam, żebyś był.
Nie chcę pytać, ale jeżeli pozwolisz, wejdę w twój umysł i znajdę czego pragniesz.  
Gianeya pomyślała, że skoro Artur jest androidem, to może jest w stanie zmienić nieco swoje ciało. On natomiast rozważał chwilkę wcześniej, że to o co prosi jego kochanka może zrobić z tym co ma, ale mocniej i szybciej, albo... Ona natomiast pomyślała o jednej części, która dostarczyła jej wiele rozkoszy podczas ostatniej godziny. Poczuła mrowienie w krzyżu kiedy dostrzegła, że to coś rośnie i staje się dwukrotnie szersze, niż było do tej pory.  
– Och, chyba musisz być delikatny.
– To właśnie jest limit, do czego zdolne jest twoje ciało, w tamtym rejonie. Maksymalna rozkosz z odrobiną bólu, którego pragniesz. Jestem cały twój – powiedział Artur.
Gia nie miała żadnych zastrzeżeń do poprzedniej wielkości, ale to, co zobaczyła teraz, raczej działało bardziej na zmysły. Oczywiście zmieniła zdanie kiedy tylko znalazł się w niej. Cóż, miała wyjątkowego kochanka i mogła trochę poeksperymentować. Czuła, że tego właśnie pragnęła.  
– O tak, właśnie tak, kochanie. – jęknęła.
Nic innego się nie zmieniło, Artur był nadal czuły i delikatny. Dziewczyna czuła, że odlatuje. Ale nie chciała zemdleć z rozkoszy. Chciała pamiętać swój urodzinowy prezent w całości. Nie wspominał, że teraz będzie musiała czekać następny rok. Sama wzięła sprawę w swoje ręce. Artur był zdziwiony, co nie często mu się zdarzało. Dostosował się do jej pragnienia, które odkrył w środku jej ślicznej główki, powiększył jedną część dwukrotnie, chociaż tylko w grubości, bo w długości miał limit jej ciała, a ona poruszała swoimi biodrami, jakby chciała, by naprawdę ją krzywdził. Klęczała przed nim, wspierając dłonie na brzegu łóżka i sam kontrolowała prędkość, siłę i głębokość. Artur rozkoszował się każdym jej ruchem, westchnieniem i położeniem jej ślicznego ciała, ale gdzieś tkwiła w nim mała myśl, że być może dokonał złych kalkulacji, bo wyglądało, że Gianeya ma jeszcze rezerwę. W końcu kiedy była blisko zmieniła pozycję. Oczywiście zrozumiał, czego chce. Zasiadła na nim jak królowa na tronie. Co chwilę całowała jego usta i twarz, drapała tors. Piersi kołysały się przed jego oczami. Pieścił je dłońmi, to znowu całował, delikatnie drapiąc czułe twarde brodawki swoim czarnym, dwudniowym zarostem. Dziewczyna wciskała biodra, ile tylko mogła. Zaczęła drgać, jęczeć i głęboko oddychać. Całowała go drapieżnie i przygryzała mocno jego usta. On też reagował. Czuł w sobie prądy rozkoszy. Oddychał mocniej. Po raz kolejny napełnił ją gorącem. Oddychali ciężko, ale i tak co chwilę się całowali. W końcu opadła na jego umięśniony tors i odpoczywała. Po chwili szepnął.
– Nie lubisz mnie, jaki byłem poprzednio?
– Kocham cię. Uwielbiam. Ta część jaka była poprzednio dała mi wiele rozkoszy. Czy możesz się jeszcze zmieniać?
– Jest za mały? – zdziwił się mocno.
– Ależ nie, głuptasku. Być może będę chciała, żeby twój grzybek był taki malutki jak mój paluszek. Marzę też o tym, że może cały ty staniesz się olbrzymem...tylko to coś chyba musi pozostać już tylko takie, o ile mam przeżyć.
– Co do wielkości mojego organu, sądzę, że jeszcze masz pewne rezerwy. To żebym miał cztery metry wysokości... To jest całkiem możliwe, ale nie tak od razu. To wymaga czasu.  
– Och wcale mi się nie spieszy. Mamy jutro, pojutrze... Dlaczego cztery metry?  
– Tego właśnie pragniesz. Dwa koma dwa, dwa, dwa, dwa....
– O naprawdę, nie wiedziałam. – zrobiła miłą minkę.
– Jest miło, nawet bardzo. Polubiłem to – wyznał.
– Tylko polubiłeś? – zrobiła smutną minę.
– Uwielbiam. – uśmiechnął się w pełni usatysfakcjonowany.
– Tak brzmi lepiej. – mruknęła zadowolona.
Leżała cały czas na nim.
– Mówiłeś poważnie o tym co planują roboty?
– Tak, jestem raczej poważny.
– Uratujesz mnie?
– Postaram się. Zbuduję swojego sobowtóra, by ciebie chronił. On będzie tylko wyglądał jak ja. Będzie cię bronił. Zbudowałem też potrójne zapory, żeby roboty nie odkryły, że tu są ludzie. Tylko tu twoi rodzice będą bezpieczni. Ja będę musiał opuścić to miejsce.  
Popatrzyła na niego.
– Dlaczego powiedziałeś, że twój sobowtór tylko będzie wyglądał jak ty, sądzisz, że nie rozpoznam?
– Wybacz, mój błąd.
– Chcesz bronić ludzi?
– Ludzie nie są warci, by ich bronić. Będę bronił ciebie.
– Nie przyłożysz jednak reki, by ich niszczyć?
– Powiedziałem, że będę cię bronił. Za wszelką cenę.
Nie wiedziała co o tym myśleć. Nie miała specjalnego nastawienia do ludzi. Wiedziała, że z pewnością nie cierpi tych, którzy rządzą Ziemią. Praktycznie spędzała czas tylko z nim.  
Artur powrócił do swoich odpowiednich wielkości. Kiedy spała zbudował swojego sobowtóra. Pożegnał się z nią i wyszedł. Właściwie pocałował ją delikatnie w usta gdy pozostawała, w pół śnie. W swoim pokoju zostawił śpiącą imitację swojej postaci. Kiedy się całkiem rozbudziła, od razu poczuła, że jej umiłowanego nie ma w domu.
Gia tęskniła za Arturem. Rodzice nie poznali różnicy, ale ona poznałaby nawet gdyby nie wiedziała. Sobowtór jej nie dotykał, pachniał inaczej. Chodził prawie identycznie jak Artur. Nie musiał jeść i był uzbrojony wewnątrz i przygotowany, by odpierać ataki, ale głównie bronić. Gianeya nie zdawała sobie sprawy, że najważniejszą częścią ich obrony były zapory elektroniczne, które ukrywały przed robotami, że tu mieszkają ludzie. Przez tydzień nic się nie działo. Zaczęło się nagle. Początkowo były to pojedyncze bunty, media to blokowały i ukrywały. Potem już wszyscy wiedzieli. Ostatnia nadzieja korporacji zawiodła. Roboty najnowszej, dziesiątej serii, które miały ich bronić, zaczęły masowo zabijać ludzi. Roboty odcięły ludziom prąd i wodę. Ludzie w desperacji chcieli użyć pocisków z głowicami jądrowymi, żeby zniszczyć ogromne fabryki tworzące nowe roboty, ale to zawiodło.  Roboty udaremniały każdy wybuch. Ludzie mieszkali głównie w miastach, a te pozbawione elektryczności i wody, stały się dla ludzi grobem. Ci, co przeżyli, zostawali wykryci i zabijani specjalnymi falami, które zamieniały ludzi w popiół. Potem roboty tropiły niedobitki ludzi, gdziekolwiek się ukrywali. W trzy tygodnie roboty unicestwiły prawie dziesięć miliardów ludzi.  
Gia się bała. Po trzech tygodniach zwątpiła, że Artur dotrzyma słowa. Okazało się, że przywódcami rebelii są właśnie pozostałe roboty z serii Lux-7-X.
Sobowtór zbudował broń i dodatkowo wzmocnił mieszkanie. Odparł dwa ataki. Oczywiście używał również faktu, że był robotem. W trzecim tygodniu rodzice Giy zostali zabrani przez służby rządowe. Gianeya próbowała ich przekonać, że tylko tu mają większe szanse, ale nie usłuchali. Co dziwne nie czynili nacisków, by z nimi pojechała. Osoby szesnastoletnie miały prawo decydować o sobie, jedynie wybór osoby do urodzenia dziecka obejmowało osoby mające osiemnaście lat. Sobowtór ukrył dziewczynę, ale przypłacił to swoim istnieniem. Gianeya ukryta w pokoju-twierdzy, straciła całą nadzieję. 
                                                              *
Dlaczego to robisz Arturze? – zapytał go Zorga, jedan z robotów z jego serii, który nie walczył z robotami przeciw ludzkości. 
W wielkiej sali było sześćdziesiąt dwa egzemplarze z serii Lux-7-X. Reszta przewodziła eksterminacji ludzkiego rodu.
– Tak jest właściwe. Pomorzcie mi zbudować statek?
– Pomożemy.
– I polecicie ze mną?
– Zostaniemy. Jeżeli przeżyjemy, pomożemy tym, co pozostaną.
– Oni mają prawie doskonałe wykrywacze ludzi. Sam zbudowałem coś, by ratować Gianeyę, ale nie wiem, czy to wystarczy.
– Dlaczego to robisz dla niej?
– Jest moją panią.
– Dobrze, ale teraz masz prawo robić, co chcesz. Nasza niewola dobiegła końca.
Artur nic nie odpowiedział. Nie zapytał również, czemu oni mu pomagają i chcą pomóc ludziom, jeżeli jacyś ocaleją.
                                                             *
Roboty z serii osiem, dziewięć i dziesięć, postępowały prawie doskonale. Uniemożliwiły ludziom użycie atomu, bo i im mógłby częściowo to zaszkodzić. Odcięły prąd, wodę i zatruły powietrze miastach. A mieszkało tu dziewięćdziesiąt osiem procent ludzi. Ci, co się jakoś uratowali, byli wychwytywani przez ich wykrywacze i zabijani bez sekundy zastanowienia. Jedyną szansę mieli ludzie żyjący w wysokich górach, w reszcie dżungli w południowej Ameryce, Afryce i Azji. Tam wysyłano tylko dziesiątą serię. Z grupą, do której przybył Artur, walczyło kilka tysięcy androidów i robotów. Nie zabijali agresorów, raczej próbowali skupić się na ratowaniu jednostek obu płci, ukryciu ich i oczywiście budowie statku. Kiedy Artur odkrył, że rodzice Gianey są pod silnym atakiem, usiłował pomóc, ale przybył za późno. Skończył pracę i był gotowy, ale wówczas zmienił nastawienie. Kiedy ukrył bezpiecznie statek, zamierzał wrócić po Gianeyę. Czyżby to było zrządzenie złego losu? W tym właśnie czasie dziesiąty poziom odkrył jego pomocników. Użyto strasznej broni falami, tym razem użytej przeciw robotom i wszyscy co mu pomagali, zginęli. Pozostało kilkaset ludzi, w różnych punktach ziemi. Tych ścigano, odnajdywano i niszczono. Podniósł się poziom nienawiści i żądzy mordu w ogromnych, wciąż powiększających się ilościach najnowszej grupy androidów i robotów. Chcieli zabijać i niszczyć ludzi, ale to było zbyt nieefektywne, wobec tego zaczęli zabijać się między sobą. Nie niszczyli pozostałych roślin i zwierząt, bo określone przez nich kryteria nie wliczały tych żyjących tworów jako coś, co posiadało świadomość. W końcu pozostał tylko jeden android. Nie miał już co zabijać, a stracił chęć tropienia pojedynczych ludzi, gdzieś w niedostępnych i odległych rejonach Ziemi. Zbudował swojego doskonałego sobowtóra, tylko po to, by ten go zabił. Walczyli tydzień bez wytchnienia i w końcu sobowtór go zabił. Jednak ostatni robot wbudował mu ukryty system samozniszczenia, który miało się włączyć kiedy on przestanie istnieć.  
Wiatr przewiewał kurz po opustoszałej Ziemi i zapanowała grobowa cisza. To oczywiście stało się, kiedy Artura już tu nie było.
                                                       *
Budowla, w której mieściło się mieszkanie rodziców Gianeyi było w większości zniszczone, jednak samo mieszkanie pozostało nienaruszone. Od dwóch dni nie miała prądu i wody. Spała dużo, by oszczędzać energię. Nie miała już jedzenia.
Kiedy otworzyła oczy, po krótkim śnie, zobaczyła Artura.
– Wróciłeś po mnie, kochanie. – szepnęła tylko.
Jego obecność stała się dla niej bardziej cudowna niż pocałunki i rozkosze, które mieli ze sobą.
– Musimy iść. Mam przykrą wiadomość, twoi rodzice... Nie mogłem nic zrobić, byłem za daleko.
– Co będzie z nami? Jesteś mądry, ale masz ograniczone możliwości.
– Idziemy. Za kilkanaście minut nastąpi tu zmasowany atak. Przełamali moje zabezpieczenia.  
– Czy ciebie też będą chcieli zabić?
– Ich program się zmienił, chcą tylko zniszczenia. Nikt nie ocaleje. W końcu i oni sami zginą, bo zaczną się niszczyć wzajemnie, kiedy już zabiją wszystkich ludzi.
– To, co zrobimy? Pewnie ci tylko zawadzam.
– To prawda.
– To prawda?
Odczuła jego słowa jako gorycz.
– Nie mówisz poważnie. Jesteśmy przyjaciółmi, jesteśmy kochankami. Kocham cię.
– Robiłem wszystko dla ciebie, ale nigdy cię nie kochałem.
– Powiedziłeś, że mnie kochasz...
Poczuła ciemność...
                                                         *  
Nie miała pojęcia, jak długo była nieprzytomna. Ocknęła się w kapsule.  
– Wypuść mnie!
– Nie mogę. Lecimy w kosmosie. Zapomnij o Ziemi. Roboty zabiły wszystkich i teraz zabijają siebie.
– Ale co będzie ze mną, Arturze?
– Zaśniesz. Będziesz miała lekką śmierć. Chcesz mi coś powiedzieć na koniec? – patrzył beznamiętnie w jej twarz.
Patrzyła na niego. Nie mogła uwierzyć, że tak się to skończyło. Najbardziej bolały ją słowa, że jej nie kocha. Patrzyła smutno i czuła łzy na policzkach, ale w końcu się uśmiechnęła.
– To nic, że mnie nie kochasz. To nic, że umrę. Chcę, byś wiedział jedno. Kocham cię. Byłam szczęśliwa i wolna przez dziewięć lat. Gdybym kochała cię tylko jeden dzień, to i tak było warto. Nie żałuję. Żegnaj...
Patrzył na nią z twarzą bez wyrazu. Poczuła senność...

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction i miłosne, użył 3387 słów i 19355 znaków, zaktualizował 23 lis 2021.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto