
Gdy Marta po latach otworzyła zeszyt oprawiony w wypłowiałe płótno, z kartek uniósł się zapach kurzu, lawendy i czegoś jeszcze: dalekiego, wojennego sierpnia.
„Dwór mój przez trzy noce należał do ułanów” - napisała wtedy, a potem starannie przekreśliła zdanie, jakby było zbyt śmiałe nawet dla papieru.
Był koniec sierpnia 1920 roku. Zamość trzymał się jeszcze, Budionny krążył ze swoją konnicą, a drogi pełne były taborów, patroli, rannych i wieści, które raz dodawały odwagi, raz odbierały sen. Przed południem na podjazd Marty wjechał szwadron. Najpierw usłyszała kopyta: głuche, miarowe, coraz bliższe. Potem brzęk wędzideł, skrzyp skóry, czyjś krótki rozkaz, parsknięcie konia. Dopiero na końcu zobaczyła mężczyzn.
Byli zakurzeni, zmęczeni, piękni tą niebezpieczną urodą ludzi, którzy nie wiedzą, czy następnego dnia będą jeszcze żywi. Na rogatywkach mieli orły, przy bokach szable, przy siodłach karabinki. Lance z proporczykami kołysały się nad drogą jak wysokie trzciny. Dwór, dotąd pachnący politurą, różami i świeżo pieczonym chlebem, nagle nasiąkł owsem, końską sierścią, tytoniem, potem, mokrym suknem i prochem.
Marta przyjęła ich na ganku w jasnej sukni. Nie była już młodą panienką, ale miała w sobie tę pewność dojrzałej kobiety, która zna siłę spojrzenia spuszczonego o sekundę za późno. Włosy upięła gładko. Przy szyi miała małą broszę po matce, na dłoniach rękawiczki. Stała prosto, prawie chłodno.
Rotmistrz przedstawił się pierwszy.
Był starszy od reszty, przyciężki, z twarzą pobrużdżoną i oczami, które dawniej mogły uchodzić za ułańsko błyszczące, a teraz były po prostu natarczywe. Oddychał głośno, wręcz sapał. Mundur nosił z honorem, lecz ciało już go zdradzało: drżała mu ręka, gdy zdejmował czapkę, a gdy pochylił się do dłoni Marty, trwało to niezręcznie długo.
— Pani dobrodziejka ratuje dziś polską kawalerię — powiedział, muskając ustami jej rękawiczkę.
Marta uśmiechnęła się uprzejmie.
— Ratuję raczej moje stajnie przed nudą, panie rotmistrzu.
On roześmiał się zbyt mokro, zbyt chciwie.
— Dowcipna dama. A do tego piękna. To najgroźniejszy rodzaj artylerii.
Marta skinęła głową, lecz gdy odwróciła się do zarządcy, jej twarz stężała od ledwie uchwytnego obrzydzenia. Rotmistrz pachniał ciężką wodą kolońską, starym tytoniem i lekarstwem. Ten zapach jeszcze długo potem czuła na rękawiczce.
Za nim stał porucznik Jan Wolski, znacznie młodszy, ciemnowłosy, chudy od marszu i bezsennych nocy. Nie silił się na komplement. Tylko spojrzał na Martę tak, jakby w całym tym zamęcie zobaczył nagle rzecz niemożliwą: czysty ganek, białą suknię, kobietę pachnącą mydłem i lawendą.
Przy kolacji salon zamienił się w sztab. Na stole, obok pieczonego drobiu i dzbanka nalewki, leżała mapa okolic Zamościa, Komarowa, Tyszowiec i Cześnik. Mężczyźni mówili o 1 Dywizji Jazdy, o pułkach idących na Budionnego, o koniach, które padały ze zmęczenia, o szarżach, które czasem były prawdą, a czasem tylko legendą opowiadaną przy winie.
Marta słuchała uważnie. Lubiła historię, ale tej historii nie była w książkach. Siedziała z nią przy jej stole, jadła jej chleb, grzała ręce nad jej świecami.
Gdy pochyliła się nad mapą, dekolt sukni odsłonił jej pełne i piękne piersi. Rozmowa na moment przycichła.
— Tędy jest skrót przez sad i dalej groblą — powiedziała. — Ale po deszczu konie mogą się zapaść.
Porucznik Wolski spojrzał na nią z uznaniem.
— Pani zna teren lepiej niż nasze mapy.
— Mapy nie słyszą, gdzie nocą chlupie błoto.
Rotmistrz westchnął teatralnie.
— Ach, pani Marto, pani mówi o błocie tak, że człowiek chciałby w nim utonąć.
Marta odpowiedziała uśmiechem. Był to uśmiech dobrze wychowanej gospodyni, nie kobiety zainteresowanej. Rotmistrz oczywiście nie zauważył różnicy.
Późno wieczorem wyszła do stajni. Tak przynajmniej powiedziała pokojówce: że musi sprawdzić, czy konie dostały wody. W rzeczywistości potrzebowała oddechu. Salon był zbyt duszny od dymu, męskich głosów i spojrzeń.
W stajni było ciemno i ciepło. Konie poruszały się niespokojnie w boksach. Pachniało sianem, owsem, skórą rzemieni i ciężkim zwierzęcym snem. Latarnia wisząca na belce kołysała się lekko, rzucając złote plamy na grzbiety koni.
— Pani sama? — usłyszała za sobą.
To był Wolski.
— We własnym domu trudno być samej, panie poruczniku. Dziś szczególnie.
Stanął obok niej. Przez chwilę patrzyli na karego konia rotmistrza, który leniwie przeżuwał siano.
— On panią męczy — powiedział cicho.
Marta nie udawała, że nie rozumie.
— Pan rotmistrz męczy przede wszystkim sam siebie swoimi nadziejami.
Porucznik uśmiechnął się po raz pierwszy tego wieczoru. Ten uśmiech był młody, zmęczony i niebezpiecznie szczery. Między nimi iskrzyło.. Kiedy Marta oparła się o boks w którym stał ogier pułkownika poczuła na szyi oddech Jana. Przytulił się do jej pleców a ona poczuła sztywniejącą męskość. Kiedy próbowała się odwrócić ich usta zetknęły się na moment a Marta spłoszona uciekła.
Nazajutrz w pamiętniku zapisała: „Ułan pachnie inaczej niż salonowy pan. Mniej perfumą, więcej wiatrem, koniem i niebezpieczeństwem”.
Potem długo patrzyła na to zdanie. W końcu przekreśliła tylko słowo „niebezpieczeństwem” i dopisała nad nim: „życiem”.
* * *
CZĘŚĆ II — WIECZÓR PO WIEŚCI
Drugi dzień przyniósł odległy huk dział. Szyby w bibliotece drżały lekko, jakby dwór miał gorączkę. Przez podjazd przewijali się ordynansi. Ktoś przyniósł meldunek. Ktoś inny żądał owsa. Kucharka klęła pod nosem, że całe wojsko polskie postanowiło umrzeć z głodu właśnie u niej.
Marta krążyła między kuchnią, salonem i werandą. Wydawała polecenia, uciszała służbę, pilnowała zapasów, a przy tym czuła na sobie wzrok ułanów. Nie był to wzrok salonowych gości. Ci mężczyźni patrzyli krótko, mocno, bez ozdobników. Jakby jutro miało nie istnieć.
Wieczorem wrócił patrol. Dwóch ułanów było lekko rannych, jeden stracił konia i siedział na schodach stajni z miną dziecka, któremu umarł brat. Porucznik Wolski miał rozcięty rękaw i smugę błota na policzku. Marta podała mu wodę.
— To nic — powiedział.
— Mężczyźni zawsze mówią „to nic”, gdy chcą, żeby kobieta spojrzała drugi raz.
Spojrzał więc, a ona rzeczywiście spojrzała drugi raz. Ich spojrzenia się spotkały. Wytrzymała spojrzenie.
Na werandzie zebrało się kilku oficerów i podoficerów. Jeden z nich, wachmistrz Sokołowski, mężczyzna barczysty, wąsaty, rubaszny, ale nie prostacki, opowiadał o koniu, który miał więcej rozumu niż jego poprzedni dowódca. Marta śmiała się cicho, zasłaniając usta dłonią.
— Pani się śmieje, a to prawda — zapewniał wachmistrz. - Koń przynajmniej wie, kiedy nie iść w błoto.
— A ułan?
— Ułan idzie w błoto, jeśli po drugiej stronie stoi ładna kobieta.
— To bardzo nierozsądny rodzaj broni.
— Ale jaki oddany.
Wolski milczał. Siedział dalej, w cieniu, z papierosem niedopalonym między palcami. Marta czuła jego milczenie mocniej niż żarty Sokołowskiego. W ogrodzie pachniały lipy i mokra ziemia. Gdzieś za stajnią koń uderzał kopytem o deskę.
Gdy wachmistrz poszedł po tytoń, zrobiło się nagle zbyt cicho.
— Pani lubi, gdy oni tak mówią? — spytał Wolski.
— Lubię wiedzieć, co mężczyzna myśli, zanim zacznie udawać dżentelmena.
— A ja co myślę?
Marta oparła dłoń na poręczy werandy. Biała skóra rękawiczki odcinała się od ciemnego drewna.
— Pan myśli za dużo, poruczniku.
— Przy pani trudno inaczej.
Kroki rzeczywiście rozległy się za nimi. Ciężkie, nierówne.
Rotmistrz wyszedł na werandę z kieliszkiem koniaku. Twarz miał rozgrzaną alkoholem i własnym wyobrażeniem o sobie.
— Ach, tu pani jest. Wiedziałem, że pani lubi nocne powietrze.
Marta cofnęła dłoń z poręczy. Wolski wyprostował się.
— Panie poruczniku — powiedział rotmistrz z fałszywą łagodnością — konie same się nie obejrzą.
Wolski skłonił się Marcie i odszedł. Rotmistrz patrzył za nim z miną zwycięzcy.
— Młodzież bywa zuchwała — westchnął.
— A starość bywa zbyt pewna siebie — odparła Marta słodko.
Rotmistrz uznał to za flirt. Przysunął się bliżej.
— Pani ma cięty języczek. Niebezpieczny.
— Tylko dla tych, którzy podchodzą za blisko.
Roześmiał się, znowu zbyt wilgotno. Pochylił głowę, jakby chciał powiedzieć coś poufnego. Marta poczuła jego zapach: koniak, kamfora, tytoń, rozgrzane ciało. Cofnęła się niby przypadkiem i ujęła świecznik stojący na parapecie.
Płomień znalazł się między nimi.
Weranda pustoszała powoli. Najpierw zniknął wachmistrz Sokołowski, wezwany do stajni przez jakiegoś rozhukanego konia. Potem porucznik Wolski, posłuszny rozkazowi, choć z twarzą tak nieruchomą, że Marta od razu poznała w niej gniew. Został tylko rotmistrz.
Stał przy balustradzie z kieliszkiem koniaku, ciężki, rozgrzany, zbyt pewny siebie. Noc pachniała lipami, wilgotną ziemią i końmi stojącymi w stajni. Marta lubiła ten zapach. Był prawdziwy. Natomiast zapach rotmistrza drażnił ją od pierwszej chwili: słodka woda kolońska, tytoń, kamfora i stary pot ukryty pod mundurem.
Pani Marto - powiedział, pochylając się ku niej. - Mam wrażenie, że pani lubi drażnić biednych żołnierzy.
Uśmiechnęła się lekko.
Biedni żołnierze bywają zadziwiająco odporni, panie rotmistrzu.
Przyjął to jak pieszczotę. Oczy mu zabłysły, a w kąciku ust pojawiła się wilgotna iskra śliny. Marta odwróciła wzrok ku ogrodowi, jakby nagle zainteresował ją cień starej lipy.
Odporni, tak - mruknął. - Ale nie na panią.
Podszedł krok bliżej. Marta cofnęła się o pół kroku i ujęła świecznik stojący na małym stoliku. Nie zrobiła tego ostentacyjnie. Ot, gospodyni przenosi światło. Ale płomień znalazł się między nimi jak mała, złota granica.
Świece dogasają - powiedziała spokojnie. - A pan rotmistrz powinien odpocząć.
Odpoczynek? Przy pani? To okrucieństwo.
Wojna hartuje mężczyzn.
A kobiety? - spytał, zniżając głos.
Kobiety hartuje konieczność wysłuchiwania męskich komplementów po północy.
Roześmiał się, zachwycony.
Ostry języczek. Zawsze wiedziałem, że pod chłodną manierą kryje się temperament.
Marta pomyślała, że mężczyźni naprawdę słyszą czasem tylko własne pragnienie odbite od cudzych słów. Wystarczyło powiedzieć zdanie z uśmiechem, a oni robili z niego obietnicę.
Temperament, panie rotmistrzu, najlepiej trzymać na wodzy.
A jeśli ktoś umie prowadzić?
Tym razem wyciągnął rękę. Nie brutalnie. Gorzej: poufale, z poczuciem prawa, którego nikt mu nie dał. Chciał dotknąć jej dłoni.
Marta przesunęła świecznik na drugi stolik i przy okazji odsunęła rękę. Gest był tak płynny, że nie mógł go nazwać odmową, choć właśnie nią był.
Nie każdy, kto nosi ostrogi, umie prowadzić, panie rotmistrzu.
Znów uznał to za flirt. Aż spuchł od zadowolenia.
Pani mnie prowokuje.
Ja pana jedynie ostrzegam.
Przez chwilę patrzył na nią z uśmiechem, który miał być zwycięski, a był tylko lepki. Marta poczuła niechęć tak wyraźną, jak chłód kamiennej posadzki pod cienką podeszwą pantofla. Wiedziała jednak, że nie wolno jej okazać obrzydzenia wprost. Rotmistrz był stary, śmieszny, ale wciąż dowodził ludźmi stojącymi w jej stajniach.
Chodźmy do biblioteki - powiedziała. - Tam jest mniej wiatru.
Rozpromienił się natychmiast.
Biblioteka pachniała papierem, kurzem i woskiem. Marta weszła pierwsza, zostawiając drzwi szeroko uchylone. To był drobiazg, ale bardzo ważny. Potem stanęła za biurkiem ojca, jak za linią obrony.
Rotmistrz tego nie zauważył. Albo nie chciał zauważyć.
Pani umie stworzyć nastrój - powiedział.
To tylko biblioteka.
Nie. Przy pani nic nie jest „tylko”.
Marta zdjęła rękawiczkę z jednej dłoni, palec po palcu, powoli, bo wiedziała, że patrzy. Pozwoliła mu patrzeć. Słowem i gestem dawała mu tyle, ile było jej wygodne: błysk skóry, cień uśmiechu, pół tonu miękkości w głosie. Ciałem jednak nie dawała nic. Między nimi stało biurko, świeca, krzesło i jej własna spokojna wola.
Pan rotmistrz jest dziś bardzo poetycki.
To pani czyni ze mnie poetę.
Niech Bóg broni kawalerii przed poezją. Jeszcze ktoś zapomni, jak trzyma się szablę.
Przy pani można zapomnieć więcej.
Zrobił krok wokół biurka. Marta w tej samej chwili sięgnęła po leżący na blacie atlas i otworzyła go szeroko.
Skoro już pan tu jest, proszę mi pokazać, gdzie dokładnie stał wasz patrol.
Zatrzymał się, zbity z rytmu.
Teraz?
A czemu nie? Mówił pan, że wojna nie czeka.
Pochyliła się nad mapą tak, by nie mógł podejść bliżej bez jawnej niezręczności. Rotmistrz przestąpił z nogi na nogę. Przez moment walczyły w nim dwa pragnienia: wojskowa próżność i męska zachłanność. Wygrała próżność.
Nachylił się nad atlasem, sapiąc cicho.
Tu - powiedział, wskazując palcem. - A potem dalej, ku grobli.
Marta skinęła głową, choć prawie go nie słuchała. Patrzyła na jego dłoń: grubą, drżącą, z pożółkłymi paznokciami. Gdy przesunął ją z mapy w stronę jej palców, zamknęła atlas z lekkim trzaskiem.
Dziękuję. Bardzo pan pomocny.
Powiedziała to miękko. Zbyt miękko.
Rotmistrz westchnął, jakby właśnie otrzymał wyznanie.
Pani Marto, niech pani nie będzie taka okrutna. Ja widzę więcej, niż pani sądzi. Te spojrzenia, te słowa, ten taniec…
Pan widzi dużo - odparła - ale niekoniecznie trafnie.
Zmarszczył brwi. Na sekundę dotarło do niego coś nieprzyjemnego. Zaraz jednak przykrył to uśmiechem.
Dama musi zaprzeczać.
Dama musi czasem mówić wyraźnie.
Marta wyprostowała się. Już się nie uśmiechała. Nie była niegrzeczna, nie była wzburzona, nie podniosła głosu. Właśnie dlatego zabrzmiała twardo.
Panie rotmistrzu, jest pan gościem w moim domu i oficerem Wojska Polskiego. Proszę nie mylić mojej uprzejmości z obietnicą.
Zapadła cisza.
Za oknem koń parsknął w stajni. Z salonu dobiegł krótki śmiech któregoś z ułanów, daleki i nierzeczywisty.
Rotmistrz zaczerwienił się. Przez chwilę wyglądał staro i żałośnie. Marta prawie mu współczuła. Prawie.
Potem skłonił się przesadnie.
Naturalnie. Pani jest zbyt szlachetna, by mówić inaczej.
I znowu uciekł w swoje urojenie.
Marta pozwoliła mu odejść z resztką godności. Gdy zamknęły się za nim drzwi, zdjęła drugą rękawiczkę i przez chwilę pocierała palce chusteczką, choć właściwie jej nie dotknął.
Dopiero wtedy odetchnęła.
Na biurku leżał atlas, a na nim kropla wosku zastygła w kształcie małej tarczy. Marta patrzyła na nią długo. Potem otworzyła pamiętnik i zapisała:
„Pan rotmistrz uważa, że kobiecy uśmiech jest furtką. Nie wie, biedak, że czasem jest tylko zamkiem w drzwiach”.
Następnego dnia przyszła wieść: pod Komarowem polska jazda zatrzymała Budionnego. Mówiono o wielkim boju, o 1 Dywizji Jazdy, o pułkach, które szły raz po raz w ogień, o koniach padających na polach Wolicy Śniatyckiej, o szablach, kurzu i krzyku. Radość była gwałtowna, ale krótka. Zaraz potem zaczęto liczyć rannych, brakujące konie, ludzi, którzy nie wrócili.
Marta kazała wynieść do salonu dodatkowe świece. Nie był to bal. Raczej wojenny oddech między jednym strachem a drugim.
Na stole stanął chleb, mięso, ogórki, butelka nalewki, trochę koniaku. Ktoś nakręcił gramofon. Trzeszcząca muzyka zabrzmiała w salonie, w którym jeszcze rano leżały mapy.
Ułani tańczyli w zakurzonych butach. Ostrogi dzwoniły o parkiet. Służące zerkały zza drzwi. Wachmistrz Sokołowski śpiewał kuplety tak rubaszne, że Marta powinna była się oburzyć, ale zamiast tego uniosła brew i powiedziała:
— Panie wachmistrzu, jeśli to jest wersja przyzwoita, nie chcę znać koszarowej.
— Pani Marto, przy pani nawet koszarowa sama by zdjęła czapkę.
Śmiech poszedł po salonie. Rotmistrz natychmiast uznał, że powinien odzyskać uwagę.
Poprosił Martę do tańca.
Nie mogła odmówić bez afrontu. Podała mu rękę. Był ciężki, spocony, nazbyt przejęty. Prowadził ją sztywno, mylił krok, ściskał jej palce. Oddychał przy jej uchu, a ona uśmiechała się tym swoim uśmiechem damy, który mężczyźni brali za obietnicę, choć był tylko maską.
— Pani dziś promienieje — wyszeptał.
— To świece, panie rotmistrzu.
— Nie. To serce.
Marta pomyślała, że gdyby serce mogło przewracać oczami, jej właśnie by to uczyniło.
Gdy muzyka ucichła, rotmistrz zatrzymał jej dłoń odrobinę za długo. Wtedy Wolski podszedł i skłonił się bez słowa. Marta pozwoliła mu przejąć taniec.
Porucznik prowadził inaczej: lekko, precyzyjnie, jakby znał nie tylko kroki, ale i jej wahanie. Przez chwilę nie mówili nic. Gramofon trzeszczał. Za oknem noc była ciemna, wilgotna, pełna zapachu ogrodu i koni.
— Pani drży — powiedział.
— Po prostu jest chłodno.
— W salonie?
— Panie poruczniku, kobieta ma prawo do kłamstwa, jeśli mężczyzna zadaje zbyt trafne pytania.
Uśmiechnął się.
— Więc nie zapytam.
I właśnie dlatego Marta zapragnęła odpowiedzieć.
* * *
CZĘŚĆ III — TRZECIA NOC
Po północy dwór cichł stopniowo. Najpierw urwały się śpiewy, potem śmiechy, potem kroki na schodach. Służba posnęła gdzie się dało. W salonie dogasały świece. Na stole zostały okruchy chleba, kieliszki, popiół, mapa z tłustą plamą po sosie i jedna rękawiczka Marty.
Marta znalazła ją dopiero wtedy, gdy wróciła z oranżerii.
Rotmistrz siedział w fotelu przy kominku, półprzytomny od koniaku i zachwytu nad samym sobą. Gdy ją zobaczył, wyprostował się niezdarnie.
— Pani Marto… ja wszystko rozumiem.
— Doprawdy? — spytała łagodnie.
— Są uczucia, których nie trzeba wypowiadać.
— To bardzo wygodne dla uczuć.
— Pani taniec… pani spojrzenie…
Marta westchnęła. Był w tym westchnieniu cały wysiłek kobiety, która musi być uprzejma wobec cudzego urojenia.
— Panie rotmistrzu, mój taniec był tańcem, a spojrzenie spojrzeniem. Proszę nie robić z nich kampanii wojennej.
Ale on już słyszał tylko to, co chciał.
— Pani jest ostrożna. Rozumiem. Dama musi być ostrożna.
Marta skłoniła głowę i wycofała się, zanim zdążył podnieść się z fotela.
Na korytarzu czekał Wolski. Nie powiedział nic. I ona też nie powiedziała nic. Czasem milczenie jest bardziej nieprzyzwoite niż najbardziej rubaszny żart.
Poszła pierwsza.
O świcie obudziła się pierwsza.
Pokój był chłodny. Przez szparę w zasłonie wpadało blade światło. Na krześle wisiał mundur porucznika. Pas leżał na dywanie, jedna ostroga przy nodze łóżka, jak dowód rzeczowy w sprawie, której żaden sąd nie powinien rozpatrywać. W powietrzu mieszały się lawenda, dym świecy, skóra, proch i męskie ciepło.
Wolski spał mocno, twarzą odwrócony ku oknu. We śnie wyglądał młodziej. Prawie chłopięco. Marta patrzyła na niego długo i poczuła nagle coś, czego się nie spodziewała: nie triumf, nie wstyd, lecz czułość podszytą strachem.
Za kilka godzin mógł odjechać.
Za dzień mógł nie żyć.
Dotknęła lekko jego dłoni. Otworzył oczy natychmiast, jak żołnierz.
— Już? — zapytał.
— Jeszcze nie. Ale zaraz dom się obudzi.
— Żałuje pani?
Marta odwróciła wzrok ku oknu. Na podjeździe ktoś prowadził konia. Zwierzę parsknęło, a dźwięk ten przeszedł przez poranek jak znak.
— Żałować można rzeczy rozsądnych — powiedziała. - Ta do nich nie należała.
Uśmiechnął się, ale smutno.
Gdy Wolski wyszedł bocznymi schodami, Marta została sama. Usiadła przy biurku w szlafroku, z włosami rozsypanymi na ramionach, i otworzyła pamiętnik.
Nie zdążyła napisać ani słowa, gdy pod drzwiami zaszeleścił papier.
List.
Rozpoznała pismo rotmistrza: duże, napuszone, pełne zawijasów. Otworzyła kopertę.
„Pani Marto, po wczorajszym wieczorze nie mogę dłużej milczeć. Pani taniec, pani rumieniec, pani ucieczka przed własnym sercem…”
Marta parsknęła śmiechem tak gwałtownie, że aż zakryła usta dłonią.
Czytała dalej. Rotmistrz pisał o „wzajemnym płomieniu”, o „tajemnym porozumieniu dusz”, o „dyskrecji należnej damie”. Każde zdanie było bardziej pewne siebie od poprzedniego.
Na końcu obiecywał, że będzie czekał na „znak”.
Marta złożyła list bardzo starannie. Przez chwilę zastanawiała się, czy wrzucić go do kominka. Potem zmieniła zdanie i wsunęła go między rachunki za owies.
— Tam pańskie miejsce, panie rotmistrzu — powiedziała cicho.
Odjazd nastąpił krótko po śniadaniu.
Szwadron formował się na podjeździe. Konie parowały w chłodnym powietrzu. Ułani poprawiali popręgi, sprawdzali broń, żartowali zbyt głośno, jak zawsze wtedy, gdy trzeba było zagłuszyć lęk. Wachmistrz Sokołowski ukłonił się Marcie z przesadną galanterią.
— Gdyby wszystkie kwatery tak wyglądały, pani Marto, wojna miałaby większą frekwencję ochotników.
— To najgorszy komplement, jaki dziś słyszałam.
— Ale szczery.
Rotmistrz podjechał na swoim karym koniu. Wyglądał uroczyście i absurdalnie zarazem. Skłonił się głęboko.
— Będę pamiętał, pani Marto.
— Proszę pamiętać przede wszystkim o ostrożności.
— Ach, pani troska…
Marta nie sprostowała. Niech jechał z tą troską, skoro tak bardzo jej potrzebował.
Na końcu podjechał Wolski. Nie mógł powiedzieć nic przy wszystkich. Podał jej tylko rękawiczkę, tę zgubioną w salonie, a w niej mały proporczyk od lancy, złożony ciasno jak tajemnica.
— Znalazłem pani zgubę — powiedział.
— A ja pańską?
— Moją?
Marta spojrzała na niego spokojnie.
— Pański sen został w moim domu.
Przez sekundę był znowu nie żołnierzem, lecz młodym mężczyzną, który nie umie ukryć wzruszenia.
Potem padł rozkaz.
Konie ruszyły. Kopyta uderzyły o podjazd, lance zakołysały się nad drogą, kurz podniósł się lekko i zaraz opadł. Marta stała na ganku w narzuconym szalu, aż ostatni ułan zniknął za aleją.
W pamiętniku zapisała dopiero wieczorem:
„Przez trzy noce mój dwór pachniał wojną, owsem, świecami, męskim śmiechem i czymś tak żywym, że bałam się oddychać zbyt głęboko. Pan rotmistrz był przekonany, że skradł moje serce. Biedny człowiek. Nie wiedział, że serce tej nocy nie zostało skradzione. Ono samo poszło, dokąd chciało”.
* * *
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
1 komentarz
Chaosik
Chyba przeoczyłem erotykę
Jakub
@Chaosik dopiero wersja robocza, chodziło o nawiazanie do pewnych osób..