Nim przyjdzie jutro # 3

Nim przyjdzie jutro # 3Następnego dnia wypadała sobota, Eli ulubiony dzień, który był właściwie dniem gospodarczym jak zwykła mówić o wczesnych godzinach swego odpoczywania przy pracy.  
Gdy nadchodził już taki cieplejszy okres jak obecnie w maju, wstawała z uśmiechem na twarzy, by przy taktach muzyki przemieszczać się po swoim domu, doprowadzając do perfekcji każdy metr pomieszczeń, zbliżający ją do prawdziwego relaksu i wyjścia w plener.
Po tej wczorajszej rozmowie na przyszpitalnej ławeczce długo rozmyślała o pani Czesławie i rano postanowiła, że upiecze szarlotkę, którą podzieli się ze staruszką, gdy po obiedzie wybierze się do teściowej.


       Gdy po blisko godzinie teściowa stwierdziła, że chce się zdrzemnąć, Ela postanowiła poszukać swojej rozmówczyni, której nie spotkała przed budynkiem, kiedy wchodziła tu o czternastej.  
Przez ułamek sekundy przestraszyła się, że może ją wypisano i nie spotka jej już nigdy, co ją troszeczkę rozbawiło, bo przecież to irracjonalne, by raz jedyny widzianą osobę traktować jak kogoś znajomego.  
To jakby podczas spaceru z dzieckiem wdać się w konwersacje z inną mamą i po rozstaniu rozmyślać, czy jutro będzie w tym samym miejscu. Zerknęła przez okno i zauważyła znajomą fizjonomię, sprawdziła instynktownie czy jej wypiek nadaje się do poczęstunku i przyśpieszyła kroku, jakby kogoś musiała dogonić.  
Gdy mijała jedną z pielęgniarek pchającą podręczny wózek na kółkach, ta z taksowała ją ostentacyjnie wzrokiem, ale Ela nie starała się zmniejszyć narzuconego tempa, a mając wygodne sandałki nawet torba foliowa wokół jej stóp nie stanowiła problemu.

Wyszła na zalane słońcem podwórze, bardzo parne, ale po spędzonej godzinie wśród cierpiących, było to i tak bardziej znośne niż ten chłód przenikający przez jej serce.

- Sądziłam, że może przespałam twoja wizytę, bo hm…kimnęłam sobie.
O! Tak się chyba teraz mówi, moja wnuczka tak mnie podszkoliła w tym slangu młodzieżowym.

  
    Pani Czesława, nie bawiła się w jakieś podchody, że to zaskoczenie, że nie spodziewała się, a była naturalna w swych reakcjach i to może zjednywało jej sympatię innych. Nie było w niej sztuczności, powściągliwości w wyrażaniu emocji, pragnień, pozwalało to poczuć się przy niej swobodnie, bo ją chyba by nic nie zaskoczyło, żadna bezpośredniość.

- Ona to rzadko mnie odwiedza w domu, ale jak przyjdzie, to woła : - „ hejka babciu, to ja Weronika”, i ja jej też tak odpowiadam bo wiesz, co, to nawet mi się podoba, jest takie inne, jakby nasze. A może pogodziłam się z tymi czasami, gdzie nosi się podarte spodnie, słuchawki na uszach, a każdy je o innej porze.
Dawniej się buntowałam, napominałam, ale teraz, stałam się pokorna, nauczyłam cierpliwości, ustąpiłam z pozycji, które zajmowałam przez lata. Teraz jak mnie rano nic nie boli, to się zastanawiam, czy jeszcze żyję, więc, co mi zostało innego jak godzenie się z tym, co może jeszcze przez chwilę.

Ela usiadła obok i zaczęła powolutku wyjmować ciasto, nawet nie próbowała przerywać swej towarzyszce jakimiś słowami powitania, pani Czesława ciągnęła swój monolog jakby Eli nie było przez chwilę, bo wyszła za potrzebą fizjologiczną.

- Przyniosłam szarlotkę, proszę się tym poczęstować w sali, może to nie idealna receptura, ale…

- A co ja będę czekać, ja już kosztuję.

Staruszka otworzyła pudełko i ułamała część z jednego kawałka, włożyła do ust i na moment przymknęła powieki.
Delektowała się, jej żuchwa prawie nie wykonywała ruchów, co wprawiło Ele w stan konsternacji, czy aby pani Czesława nie jest mistrzynią kulinarną i za chwilę nie stwierdzi, że jej przysmak to według niej nawet nie stał obok szarlotki.

- Uhm..tego mi trzeba było, na pieszczoty to już nie mogę liczyć, ale coś jeszcze chcę doznać i to jest właśnie jedna z tych namiastek. Dziękuję, ci moja droga.

Spojrzała w kierunku Eli, a jej oczy się zaszkliły, próbowała powstrzymać śmiech, ale nie wytrzymała i wystrzeliła jak po usłyszeniu świetnego dowcipu, równocześnie poklepując Elę po lewym udzie.
Proste stwierdzenie, kilka słów, a tak wiele można takimi gestami osiągnąć, zburzyć mur, bo Ela nawet nie zdążyła pomyśleć, czy wypada się z tego zaśmiewać a zwyczajnie parsknęła śmiechem, bo tylko ziewanie jest bardziej zaraźliwe.
A wszystko to działo się na oczach przechodzących ludzi, którzy odwiedzali swoich bliskich w te sobotnie gorące popołudnie. I pomyśleć, że jeszcze wczoraj oddychała rękawami po wyjściu od teściowej, bała się tego wnętrza, rokowań, szeptów, westchnień, zapachu eteru.

- Uwielbiam jeść, jestem łasuchem, wychowałam się przy tych dziewczynach i ich sklepie, gdzie zamawiano torty i ciasta na specjalne okazje.  
Jak najstarsza z nich, czyli Zosia kończyła szesnaście lat, to urządzono jej poczęstunek na zewnątrz, na który mogła zaprosić swoje koleżanki, ja również mogłam przyjść, choć byłam trzy lata młodsza, a to jak wiesz, w tym wieku ma duże znaczenie.  
Jej tato zbił duży stół, ustawił przy nim masywne ławy z oparciami, które używali w czasie sobotnich spotkań, a mama poświeciła najładniejsza ceratę z wytłoczonymi iglakami, księżycem, misiami i serduszkami.
  
  My same zrobiłyśmy konfetti, girlandy, a jej bracia Antoś i Julek powycinali otwory w dyni, a następnie nakryli nimi lampy naftowe, które zawiesili na drzewie.
Było pięknie, noc pachniała zbożem, które tego roku tak obrodziło, że do naszego młyna stało się w kolejce po dwa dni.

Złożyła ręce jak do modlitwy, delikatnie kiwając głowa na znak sprzeciwu.

     A dziś w tym miejscu jest „ Centrum ogrodnicze”, iglaki, tuje, kosiarki, ehm…. żniwa to teraz odstawić można w odświętnym ubraniu przy budce z piwem, największy problem to złapać kombajn.  
A ja tak uwielbiałam ten moment, gdy właściciel młyna pan Jamroży Gryń, po zważeniu wszystkich worków, wołał mego tatę do swego kantorka po kwitek, a ja cichaczem wdrapywałam się po starych drewnianych schodach na pięterko, by ujrzeć te wielgaśne koła.

    Bałam się, że z nich zjadę na pupsku, to znaczy z tych schodów, takie strome były, że musiałam na każdym stopniu obiema nogami stawać, a jedną ręką podciągnąć spódnicę do kolan.  
A tam na górze, to tylko jedne okienko było i z niej taka mała pryzma światła padała. W powietrzu to tyle pyłu ze zboża się unosiło, że jak schodziłam, to musiałam Elwirkę prosić, by mnie otrzepała, jej się oczywiście to nie podobało, mówiła, że dostanę pylicy płuc i jak większość młynarzy umrę przed czterdziestką.  

   Stałam tam na pięterku, a zewsząd dochodził jeden wielki harmider, że nawet z dziesięć młocarek tego by nie zagłuszyło.  
Mimo, że taka lekka byłam, to przy każdym stąpnięciu podłoga z desek się leciutko wyginała, pasy transmisyjne przeskakiwały na kolach, były coraz bliżej, a mnie serce tak głośno biło, że wyczułam puls na skroniach.
Zerknęłam w dół, a tam w szparach zauważyłam, jak mężczyźni zarzucali sobie wory na plecy, każdy biały na twarzy jak mój kołnierzyk przy świątecznej sukni….

milegodnia

opublikował opowiadanie w kategorii obyczajowe, użył 1352 słów i 7299 znaków, zaktualizował 15 wrz 2020.

Dodaj komentarz