Tym razem zaparkował blisko i nie zwracała uwagi czy Jaret za nią patrzy. Z pewnością to zrobił. Miała cały czas ze sobą komórkę, ale nie chciała rozmawiać przy swoim młodym kochanku o sprawach zawodowych. Po wejściu do wozu, nie zapaliła motoru, tylko od razu zadzwoniła do Paula.
– Witaj Abi. Bardzo mi przykro – słyszała prawdziwy smutek w jego głosie.
– Bardzo cię przepraszam, umówiliśmy się na wczoraj...
– Przecież to wyjątkowa sprawa. Dam radę. Rozumiem sytuację.
– Paul, nie rozumiesz. Czy masz czas dzisiaj? Teraz?
– Tak, ale, jak ty...
– Wyjaśnię. Będę za dwadzieścia minut.
– Dobrze, mieliśmy jeść obiad z dziećmi. Może zjesz z nami?
– Zjem, poczekajcie. Dziękuję.
Przerwała połączenie i natychmiast wysłała wiadomość do Tracy. Chciała widzieć, czy jutro jest aktualne.
Abi nie miała pewności czy blondynka ma teraz zajęcia. To mogło mieć miejsce, bo czasem studenci mieli klasy nawet wieczorem. Dochodziło kilka minut po piątej. Ruszyła. Na drugich światłach sprawdziła wiadomość. Dostała potwierdzenie, że może wpaść, o której chce, nawet rano.
,,Żeby wszystko się dobrze skończyło” – pomyślała.
Od początku nie obawiała się o Jareta. Podobała mu się, ale wyczuła, że to nie miłość. Niestety w wypadku Tracy było inaczej. I nie tylko w jedną stronę. Abigal czuła, że rozsądek będzie musiał wziąć górę nad uczuciem. Postanowiła zrobić wszystko by wyrządzić najmniejsze szkody.
Paul mieszkał nieco za miastem. Dom stał na małej górce, ale sam podjazd do garażu nie był stromy.
Zadzwoniła do drzwi. Nigdy tu jeszcze nie była. Dwa razy pomagała mu w miejscu pracy. Usłyszała szczekanie psa.
– Zabierz Rexa – głos Paula brzmiał zdecydowanie.
,, Czyli w domu on nosi spodnie" – pomyślała.
Po chwili otworzył drzwi.
– Dziękuję, że jesteś.
Za sekundę pojawiła się żona. Zaokrąglona, ale z pewnością nie miała dużej nadwagi. Pewnie taki typ budowy. Radosna.
– To moja żona, Madison – przedstawił ją Abi.
Krótko obcięta szatynka podała jej dłoń.
– Miło poznać Abigail – głos miała sympatyczny. – Piękna sukienka – przejechała wzrokiem po jej figurze.
– Dziękuję. Dla ścisłości rodzice dali mi na imię Abigal. Nie wiem dlaczego.
– Przepraszam, nie wiedziałam. Mąż nie uprzedził – posłała Paulowi spojrzenie. – To zapraszamy do stołu. Zjemy razem.
– Drobiazg, Paul chyba nie załapał. Nawet jeśli przeglądał papiery z moim imieniem, pewnie widział tam, Abigail.
Miedzianowłosa uznała, że już raczej wyczerpali kwestię jej imienia.
Do salonu wpadł czarny labrador, obwąchał gościa i poszedł do swojego miejsca. Do końca wizyty go już nie widziała.
W salonie siedziały dzieci. Dwie dziewczyny i chłopak. Wszyscy koło dwudziestki.
– To nasze dzieci – zaczął – Rosmund – wskazał najstarszą brunetkę – Martin – pokazał na blondyna z kędzierzawymi włosami – i najmłodsza Kathy.
Kathy miała czarne włosy. Abi z miejsca pomyślała o Jarecie.
– Każde ma inny kolor włosów – zauważyła Abi.
Tak wyszło. Najstarsza Rosmund ma brązowe, być może po dziadkach, bo Paul pewnie miał kiedyś podobne do Kathy. – Madison uprzedziła męża, bo widać było, że miał się odezwać.
– Bardzo nam przykro z powodu męża – odezwała się najmłodsza.
– Dziękuję. Niestety już nic nie możemy zrobić.
Abigal rzuciła okiem na stół. Zastawiony po królewsku. Dwa rodzaje mięsa. Wołowe bitki w dobrze pachnącym sosie. Drugie, którego nigdy nie jadła, z lamy lub baranka. Dodatkowo prawdopodobnie łosoś w dwóch postaciach: smażony i pieczony. Kilka rodzajów sałatek. Ziemniaki, ryż. Surowe jarzyny. Pewnie deser w lodówce. Co interesujące, dzieci wyglądały na szczupłe. Najmłodsza, Kathy była bardzo ładną dziewczyną. To znaczy Rosmund i Martin mieli ładne twarze i smukłe budowy ciał, ale Kathy była wyjątkowej urody. I co najdziwniejsze robiła wrażenie, że jest najbardziej rozmowna.
– Tata wspominał, że jest pani ładna, ale on się pomylił.
– Kathy! – zrugała ją matka.
– No co mamusiu? Czy to bardzo niestosowne, co powiedziałam?
– Biorąc pod uwagę, że pani Abigal jest w żałobie, tak – włączył się Paul.
Abigal nie skomentowała wypowiedzi rodziców, natomiast odezwała się do ich najmłodszej latorośli.
– Co miałaś na myśli, mówiąc, że tata się pomylił? Jestem brzydka? – Abi wiedziała po wyrazie twarzy dziewczyny, co ma na myśli, ale specjalnie tak zapytała, bo chciała się przekonać co powie Kathy.
– Jest pani bardzo ładna. Powiedziałbym, piękna.
Zarówno Paul, jak i Madison, a nawet reszta rodzeństwa spojrzeli na najmłodszą z wyrzutem.
– Przepraszam, za córkę. Zupełnie nie rozumiem – korpulentna mama nie wiedziała, gdzie ma schować oczy.
– Nic się nie stało. Dziękuję za komplement – spojrzała na brunetkę.
Abi nie miała doświadczenia, jeśli chodzi o dzieci, ale wiedziała, że pewnie rodzice będą później z nią rozmawiać, dlatego o coś poprosiła.
– Nie, żebym się wtrącała w wychowanie, ale mam prośbę. Nie róbcie jej uwag. Czasem tak jest, że dwie nieznajome osoby z miejsca czują więź i tak odczułam u Kathy. Proszę jej nie robić wykładu. Jestem pewna, że jeszcze nigdy się tak nikomu nie powiedziała.
Paul uniósł brwi i spojrzał krótko na żonę.
– Rzeczywiście! Kathy zawsze wiedziała, jak się zachować.
– Lepiej jedzmy. Pani Abigal ma pomóc waszemu tacie, a ja mogę mieć radość z powodu, że możemy razem zjeść. Smacznego – Madison w dobry sposób rozładowała atmosferę.
– Jesz mięso, Abigal? – Paul zniżył głos.
– Tak. Wygląda i pachnie super i pewnie jest doskonałe w smaku. Co to jest – wskazała na półmisek z nieznajomym rodzajem mięsa.
– To koźlina, wyczułaś po zapachu, bo wygląda podobnie jak wołowina?
– Tak. Dziwne, bo nie sądziłam, że mam wyczulony zmysł zapachu na nieznane potrawy. Nigdy nie próbowałam. Staram się unikać mięsa, ale nie jestem wegetarianką.
Zobaczyła spojrzenia rodziców w kierunku najmłodszej i już wiedziała, że brunetka nie jada mięsa.
– Widzisz! Możesz zawsze zacząć – mama nie mogła się powstrzymać od uwagi.
– Ludzie czasem sami czują, co im pasuje. Jem mięso, ale nie uważam, że bycie wegetarianinem jest niewłaściwe. Obecnie cała żywność jest pełna chemii, nawet ta biologiczna. Co prawda trzeba uważać, bo w jarzynach i owocach czasem brakuje pewnych składników. Jeszcze bardziej ma się to u weganów. – Abi uznała, że powinna stanąć nieznacznie w obronie wyboru diety ich najmłodszej.
Madison chyba nie była za bardzo zadowolona z wypowiedzi Abigal, za to Kathy posłała jej miły uśmiech.
Obiad trwał dobre trzy kwadranse i Abi pomyślała, że dzieciom ciężko będzie utrzymać szczupłe figury, jeżeli zawsze tyle jedzą. Oczywiście nie myślała o brunetce. Podziękowała i wraz z Paulem poszli do jego gabinetu.
– Przepraszam za Kathy. Wytłumaczyłaś, ale jednak nie było to na miejscu. Czy jej uwaga może świadczyć, że lubi dziewczyny? Nie ma żadnych kolegów. To byłby cios dla Madison. – Paul patrzył na nią jak na wyrocznię.
– Ona jest hetero, wierz mi.
– Jak to wiesz? Ja jestem liberalny, ale żona by tego nie przeżyła.
– Nie wiem. Tak odczuwam. Dobrze, weźmy się do pracy. Czy by nie przeżyła? Pewnie przesadzasz.
– Jesteś mocną kobietą. To musi być dla ciebie ciężkie. Chodzi mi o śmierć męża.
Spojrzała na niego.
– Nie ma dla mnie znaczenia czy się wygadasz, czy nie. Spencer mnie zdradzał ze swoimi studentkami. Bóg raczy wiedzieć jak długo. Uczelnia go chciała wywalić. Był tchórzem i do końca kłamał. Oczywiście, żebym się z nim i tak rozwiodła i byłoby mu ciężko znaleźć równie dobrze płatną pracę, ale wolał się zabić niż stawić czoła rezultatom swojego długotrwałego działania. Dziwne, że tak późno to wyszło na jaw. Dlatego to, że umarła ani ziębi mnie, ani grzeje. Szkoda mi, go. To wszystko. Możesz myśleć o mnie, że jestem złą kobietą, ale nie wiesz, jakie miałam życie.
– Przepraszam. Trudno mi to tak natychmiast przyjąć. Skoro jesteś w stanie pracować, to pomóż.
– Właśnie mam zamiar. Wspomniałeś coś o właścicielu. Z dokumentów, które mi wysłałeś, wynika, że firma ma osiem milionów długu.
– W dobrych latach obroty wynosiły dwanaście.
– Ile było zysków?
– Cztery, cztery i pół.
– Czyli spłacenie długu zajęłoby dwa lata, gdyby cały dochód na to przeznaczyć. Zatrudnia pięćdziesiąt osób, plus ośmiu pracowników biurowych. Ma czterech menadżerów i dwóch brygadzistów. Jednym z menadżerów jest kobieta. Susan Carlson. Rafael Queensway upatruje w niej winę za upadek firmy. I to jest interesujące. Jak długo ją zatrudnia?
– Dziesięć lat. Kobieta ma czterdzieści pięć lat, czyli jest w twoim wieku.
– Mam czterdzieści trzy.
– Przepraszam.
– Nie szkodzi. Nie wydaje ci się dziwne, że skoro tak jest, czemu jej już dawno nie zwolnił?
– Nie wiem. Przedstawił mi roboczy plan wyjścia z długu. Oczywiście potrzebuje wsparcia finansowego.
– Mogę zobaczyć ten plan?
Paul przerzucił papiery i podła cztery kartki. Abigal śledziła wydruki przez dziesięć minut.
– Czytałeś?
– Tak. Jest trochę błędów.
– Trochę? Wierzysz w kobiecą intuicję?
– Nie wiem. Słyszałem o tym.
– Znasz telefon do tej Susan?
– Oczywiście, mam ich dane.
Abigal zapoznała się informacjami i spojrzała na kolegę z pracy.
– Możesz do niej zadzwonić?
– Teraz?
– Tak, teraz.
– Czy coś czujesz?– świdrował ją wzrokiem.
– Przekonamy się razem.
Paul wystukał numer. Miał włączony na głośnomówiący więc Abi wszystko słyszała.
– Halo – usłyszeli.
– Dobre popołudnie. Tu Paul z Alpantrex CO, prowadzimy negocjacje z pani szefem, Rafaelem Queenswayem. Sprawa dotyczy upadłości firmy.
– Tak wiem o tym. W czym mogę pomóc?
Abigal dała znak, że chce rozmawiać.
– Jest ze mną moja koleżanka z pracy. Jak pani wie, podejmujemy decyzje zbiorowo. Ma do pani kilka pytań. Czy ma pani chwilkę?
– Tak. To dla mnie ważne. Zamkną zakład, stracę pracę. Znajdę coś i dam radę, ale firmę można uratować. Niestety decyzje pana Queenswaya są niedobre od wielu lat. Przez ostanie dwa, fatalne. Wydawał więcej, niż zarabiał i to na rzeczy niezwiązane z firmą.
– Jest właścicielem. To jego pieniądze – chyba Paul nie stał po jej stronie i być może wierzył argumentacji szefa, że Susan ponosi odpowiedzialność za problemy firmy.
– Jak ktoś wydaje nie swoje pieniądze, to nie są zupełnie jego, jak pan mówi.
Abigal wyjęła mu z dłoni komórkę, co przyjął zdziwieniem.
– Dobre popołudnie, Susan. Nazywam się Abigal Carter. Mam w zasadzie jedno pytanie.
– Proszę je zadać – kobieta miała zdecydowany głos.
– Czy ma pani konkretne plany jak wyciągnąć firmę z kłopotów?
– Oczywiście, tylko jak długo Queensway będzie właścicielem, nigdy się na to nie zgodzi. Sześćdziesiąt procent problemów firmy to on sam.
Paul zmienił się na twarzy. Kobieta albo była szalona, albo miała racje i musiała być bardzo odważna.
– Możemy do pani przyjechać na rozmowę?
– Oczywiście.
– Proszę podać adres. – Mieli te informacje, ale zapytanie o adres wyglądało bardziej profesjonalnie.
Susan podała a Abigal obliczyła ile zajmie im dojazd.
– Będziemy za dwadzieścia minut.
Przerwała połączenie.
Paul siedział spocony, a twarz mu płonęła.
– Słyszałaś, co powiedziała? Ktoś z nich się myli. Ta kobieta...
– Tak. Queensway.
Posłuchaj Abi. Widzę, że podjąłbym fatalną decyzję. Nie bardzo się widzę w tej rozmowie.
– Czyli mam jechać sama? To chcesz powiedzieć?
– Bo chyba źle ją oceniłem i uwierzyłem Rafaelowi.
– Mam przeczucie, ale muszę zobaczyć jej plan, bo ten podany przez Queenswaya jest mydleniem oczu. Firma zostanie sprzedana.
– Czyli facet będzie bankrutem, a cztery tuziny ludzi zostaną na bruku. Oczywiście dostaną jakieś pieniądze przez sześć miesięcy...
– Mam inne rozwiązanie.
– Abigal, rozumiem, dlaczego James cię ceni. Tylko jeśli się dowie, jak się spisałem, będę pierwszy na liście do odstawki.
– Nie panikuj. Facet na jedną ważną część ciała. Jaja. Ty je masz, ale czasem zachowujesz się jak baba. Poprowadziłeś wiele dobrych spraw. Do tej może się nie przyłożyłeś. Ponoszę wszelkie konsekwencje, jeśli coś pójdzie nie tak. Natomiast jeśli wszystko się uda, zbierzesz laury. Pasuje?
– Jesteś cudowna. Mogę cię przytulić?
– No jasne.
Paul wziął ja w ramiona i pocałował policzek.
– Co ja bym bez ciebie zrobił?
– Dałbyś radę. Nic tu po mnie.
Wyszli i po chwili znalazła się z nim przy drzwiach wyjściowych. Po chwili zobaczyła Madison i jak przypuszczała, jeszcze jedną osobę.
– Abi jest cudowna. Po raz trzeci uratowała mi... pewną część – zwrócił się do żony.
– Czyli dobrze czułam, że Queensway coś kreci.
Abigal spojrzała na Paula.
– Następnym razem pamiętaj, że twoja żona ma to co ja. Intuicję. Nie ważne, że się nie zna na kruczkach.
– Nie tylko mama to mówiła – włączyła się Kathy.
– W zasadzie dyskutuję czasem z nimi przy posiłku. To wyszło od Kathy, a Madison potem się zgodziła, że właściciel coś kręci – przyznał Paul.
– Czyli rozumiesz! – uśmiechnęła się do kolegi. – Słuchaj swoich kobiet, a dobrze na tym wyjdziesz.
– Pani już ucieka? Myślałam, że porozmawiamy przy lamce wina – Madison szczerze się zmartwiła.
– Abigal jedzie do menadżerki tej firmy, uważa, że ona może coś zaradzić. Podobno ma plan ratowania firmy.
– Jest tylko menadżerem – wtrąciła Madison.
– Prawdopodobnie przejmiemy firmę i jeśli ma dobry plan, ona ja dostanie. Trzeba pomagać ludziom, którzy podejmują własciwe decyzje. Kupimy upadającą firmę i oddamy w odpowiednie ręce. Ludzie utrzymają pracę, a odważna i mądra kobieta nareszcie będzie mogła się wykazać.
– Czy mogłabym jechać z panią? – Kathy patrzyła na Abi jak w obraz.
– Interesują cię takie sprawy?
– Bardzo! Mam dużo pomysłów.
– To nie moja decyzja. Poza tym będę musiała cię odwieść.
– Mogę posprzątać albo ugotować coś po szkole, w ramach wdzięczności...
Szatynka nie patrzyła na twarz rodziców, ale czuła, co tam by zobaczyła.
– Tato! Mamusiu! Mogę?
– Co jest z tobą, kochanie? – Madison miała chyba problem.
– To będzie fascynujące być świadkiem takiej rozmowy. Proszę!
– Abi? – Paul jednak miała decydujący głos, co Abigal doceniła, ale nie dała poznać.
– Dla mnie nie ma sprawa. Dziewczyna wie, czego chce. Jesteście dobrą rodziną. Nie mam nic przeciwko.
– Czy to potrwa długo? Zrobiłaś już lekcje?
– Pierwsze co robię po przyjściu do domu, tatusiu.
– Odwieziesz ją, Abi? To kłopot dla ciebie.
– Gdyby tak było, nie powiedziałabym o tym?
Dziewczyna wyraźnie się ucieszyła.
– Wezmę tylko kurtkę.
Oni stali w drzwiach.
– Nigdy tak się nie zachowywała – powiedziała Madison.
– Nic o tym nie wiem – Abigal pozostawiła pokerową twarz.
Za pięć minut już jechały.
– Bardzo dziękuję, Abigal – Kathy chyba czuła, że może mówić w ten sposób.
– Nie ma sprawy. Czyli przy następnej sprawie ojciec ci powinien odpalić większe kieszonkowe.
– Mógłby. Od razu ten facet wydał mi się lewy. Tata zna się na rzeczy, ale czasem powinien nas posłuchać.
– Będzie.
– Abigal?
– Tak – prowadziła, skupiając się na drodze, ale nie widząc twarzy dziewczyny, już wiedziała, co zaraz usłyszy.
– Mam pytanie. W zasadzie problem. Jestem blisko z rodzicami, ale to jest nieco... prywatne. Powiedziałabym intymne.
– I mnie chcesz zapytać? Znasz mnie chwilkę.
– Jest chyba tak, jak powiedziałaś. Odczułam od razu, że mogę ci ufać.
– To ryzykowne. Co chciałaś wiedzieć?
– Mam chłopaka i on chce tego... no wiesz.
– I masz kłopot, bo ciało chce, a serce i umysł ci potrzepuje coś innego.
– Dokładnie! Wiesz, teraz jest inaczej niż pół wieku temu. Moralność jest inna. Wiele moich koleżanek straciło dziewictwo pięć lat temu. Ja nadal jestem.
– To ważna decyzja. Nie chodzi o ciąże. Skoro tak długo czekałaś, musisz być pewna, że to ten. Bo jak się pomylisz, będzie bolało. Potem pomylisz się drugi raz i będzie bolało również.
– Mówisz o bólu psychicznym, bo fizycznie boli raz.
– Tak.
– Obawiam się, że jeśli mu nie dam, to mnie zostawi.
– Czyli odpowiedź jest prosta. Jak mu dasz, z pewnością cię zostawi – Abi miała pewność.
– O tak! Cholera! Nie wpadłam na to.
– Pamiętaj, że ten właściwy będzie czekał, aż ty mu się ofiarujesz. żadnych przymusów.
– Czyli to nie jest ten?
– Nie sądzę. Będę pewna, jeżeli go zobaczę.
– Mam zdjęcie.
– Nie o to mi chodziło. Nie jestem jasnowidzem, ale jeśli go zobaczę na żywo.
Przez kilka minut milczały.
– Kathy?
– Tak.
– Nie zrozum tego źle. Myślę, że jesteś wspaniałą dziewczyną. Na drugi raz, jeśli nie będziesz pewna, że to ten właściwy, zapytaj mamy.
– Jesteś zła, że zapytałam?
– Nie. Ona ma lepsze doświadczenie. Ja popełniłam pomyłkę i zmarnowałam dużo lat życia, tak na skróty. Chociaż nie miałam wcale doświadczenia. Mój mąż mnie zdradzał od wielu lat, a ja uświadomiłam sobie dzisiaj, że nigdy go nie kochałam.
– Och! Wiem, że miał wypadek. Tata wspomniał...
– Zabił się wczoraj, wjeżdżając z ogromną prędkością na latarnie. Zginął na miejscu, oszczędzę ci opisu ciała. Nie miał zapiętych pasów i wyleciał przez przednią szybę i walnął ciałem w latarnię.
– O mój Boże! To straszne!
– Dobrze, że nikt inny nie zginął. Jest mi przykro, że to zrobił. Mógł żyć i poprawić swoje błędy.
– Wybaczyłaś mu?
– Nie. To pewnie trochę zajmie. Faceci są niezbyt dobrymi istotami, oczywiście i kobiety bywają perfidne. Co do mężczyzn są wyjątki. Twój ojciec, na przykład.
– Jest kochany. Nie ma super wyglądu, ale wiem, jaki jest. Kocha mamę i nas. Jest uczciwy.
– Pewnie ma jakieś grzeszki, ale masz rację. Jest dobrym człowiekiem. Dlatego mu zawsze pomogę.
– Jak zorganizujemy to, żebyś zobaczyła Mattha? Może nie jest tak jak sądzisz...
– Kiedy macie się spotkać?
Pojutrze.
– Gdzie?
– Poważnie mi pomożesz?
– Przecież mówię.
– Szósta, podam namiar. Dziękuję!
– Jesteś pełnoletnia, ale nie jestem pewna czy to w porządku byśmy się wymieniły numerami telefonów.
– Powiem, że poprosiłam – Kathy podejmowała szybkie decyzje.
– Muszę to przemyśleć.
Abi czuła coś, ale nie miała do końca pewności. Kathy patrzyła na nią jak Tracy. Nie! W oczach brunetki dostrzegła dziwny blask. Zauroczenie? Tam było coś jeszcze.
Dojechały.
Susan mieszkała w małym domku. Kiedy weszły, Abi powiedziała, kim jest Kathy, a Susan przyjęła to naturalnie. Mąż był z psem na spacerze a dwójka synów w swoich pokojach. O tym też poinformowała na wstępie.
Nie rozmawiały dłużej niż dwadzieścia minut. Intuicja Abi ją nie myliła. Plan kobiety był prosty i konkretny.
– Czy jesteś na siłach zostać właścicielem tego zakładu?
Susan zrobiła wielkie oczy.
– Mam dobry kredyt, ale nigdy w życiu żaden bank mi nie da tylu pieniędzy.
– Bank nie, ale nasza firma tak. To potrwa miesiąc. Podejmujemy decyzje kolektywnie, ale właściciel naszej placówki ostatecznie musi zatwierdzić. Przez pięć lat będziesz zarabiać trzy razy tyle co teraz, a potem, będzie zależało od wielu czynników. Musimy się zabezpieczyć. Masz zaufanie do kogoś, z kim pracujesz? Na wypadek gdyby ci się coś stało. Wiesz, nie jesteśmy bogami i nie wiemy, co nas czeka jutro.
– Mam co najmniej cztery osoby, na których mogę polegać. Dwie zwolnił, bo mu mówiły prawdę.
– Skontaktuj się z nimi i jeśli pracują gdzieś indziej, zaproponuj trzydzieści procent wyższe wynagrodzenie. Zabiorę twój plan i będziemy w kontakcie. Ja podejmuje decyzje, ale szef musi to zatwierdzić.
Przez cały czas wizyty, Kathy milczała. Wyszły.
– Było miło cię obserwować. Czy czasem się mylisz? – zapytała córka Paula.
– Nikt nie jest nieomylny.
– Tak. Abi, nie pojechałam z tobą tylko dlatego... – Kathy miętosiła w dłoni kawałek chusteczki.
– Wiem. To nie jest dobry pomysł. Zapomnij.
Dziewczyna posmutniała.
– Musisz wiedzieć, czego chcesz. To chwilowe zauroczenie. Jesteś za młoda, ale najważniejsze, że pracuję z twoim ojcem i go szanuję.
– Ale...
– Nic nie mów, proszę.
Brunetka była na tyle mądra, że nie pytała, czy to zostanie między nimi. Z trudem, ale się pozbierała.
Dojechały do domu.
– Och, telefon – powiedziała brunetka.
– To nie jest potrzebne. Dałam ci odpowiedź. Musisz zastanowić się, czego chcesz, Kathy. Na razie weszłaś na cienki lód. Do zobaczenia.
Odprowadziła brunetkę wzrokiem. Dziewczyna odwróciła się przed samymi drzwiami i spojrzała na Abi.
,,Co jest we mnie, że podobam się pewnym kobietom” – pomyślała.
Sprawiła komuś ból, ale zrobiła to z pewnością dla dobra tej osoby.
,,Jest trzy lata młodsza od Tracy, ale nie wygląda na głupią małolatę. Czy specjalnie wspomniała jeszcze raz o numerze komórki?”
Weszła do samochodu, zapaliła motor i ruszyła.
,,Nie odpuści, widziałam to w jej oczach. Co zrobię? Mam Jareta, Tracy i Jamesa na głowie, a teraz Kathy” - pomyślała.
Dojechała do domu. Nie czuła się tu dobrze. Zaczęła myśleć, że pewnie sprzeda dom i to jak najszybciej. Zbyt wiele przypominało jej Spencera. Wywalenie jego rzeczy by wiele nie zmieniło. Musiała na razie to przetrzymać. Zrobiła sobie herbaty i zjadła herbatnika. Siedziała na kanapie w salonie i pomyślała o Kathy. Usłyszała, że dostała wiadomość.
,,Pewnie od Paula” - pomyślała.
Miała racje, jednak treść wiadomości trochę ją zaskoczyła.
,,Abi. Dziękuję jeszcze raz za wszystko. Kathy prosiła mnie o twój numer komórki. Powiedziała, że miałaś jej dać. Nie zrobię tego bez twojej zgody. Nie bardzo rozumiem jej postępowanie. Pozdrawiam. Paul”.
Przeczytała dwa razy.
,,Czy ta dziewczyna nie zdaje sobie sprawy, że chce mi sprawić kłopot? Powiedziałam wyraźnie, nie. Wie, że wystarczy jedno moje zdanie do Paula. Tylko chyba też wie, że ja tak nie zrobię.”
Na chwilę wszystko poszło na drugi plan. Nawet Tracy. A przecież wiedziała, że jutro czeka ją bardzo trudna sprawa. Nie chodziło o samo kochanie. Obawiała się, czy Tracy się nie zakochała.
Wszelkie zmęczenie z niej uleciało i wszystkie myśli zaczęły krążyć wkoło brunetki. Mimo starań niczego rozsądnego nie wymyśliła. Jutro ma widzieć Tracy, ale obiecała sobie, że po spotkaniu z nią skontaktuje się z Paulem. Tylko co mu powie?
Wzięła prysznic i szybko zasnęła. Pewnie dlatego, że dziwnym, wręcz cudownym zrządzeniem, myśli o Kathy całkiem zniknęły.
2 komentarze
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.
Hart
Trochę tu namieszałeś. Abigail z pewnością poradzi sobie i w tym wypadku . Pewnie masz już pomysł na rozwiązanie tego węzła. Poczekam na następną część
Pozdrawiam👍🏻
Pumciak
Zrobiło się bardzo ciekawie
Telemach77
@Pumciak Rzekłbym nawet: obiecująco.