Winter Witch II

- Rozluźnij się – mruknęła, siadając za nim na podwiniętych nogach. – Nie chcę zrobić ci krzywdy.
- Nie zrobisz – wyszeptał, zamykając oczy. Był wyraźnie spięty, co widać było po jego zaciśniętych pięściach i napiętych mięśniach karku. Westchnęła i również zamknęła oczy, koncentrując się na jego umyśle. Skrzywiła się mocno, dopiero teraz tak wyraźnie widząc, jak czarny i poszarpany był. Zniszczony. Odetchnęła głębiej, ostrożnie przeglądając jego wspomnienia. Tych dobrych nie było zbyt wiele. Rosjanie wykonali kawał porządnej roboty... Lecz te, które jakimś cudem ocalały, pozwoliły mu zachować resztki jego człowieczeństwa.
- Nie musisz tego robić – powiedział cicho, wyczuwając jej lekkie drżenie ciała. – Poradzę sobie.
- Powiedziałam, że ci pomogę i to zrobię – zirytowała się lekko. – Siedź spokojnie.
- Tylko nie bij – uśmiechnął się pod nosem. Polubił tę młodą dziewczynę. Była naprawdę sympatyczna i dobra. Nie zasłużył sobie na tę pomoc.
- Też jesteś dobry – wyszeptała, doskonale znając jego myśli i wciąż pracując delikatnie nad tym, by przynajmniej nie męczyły go już koszmary. Niestety przy tej ilości tragicznych wspomnień, wcale nie było to łatwe.
- Nie wiem, czy jestem, Wando... W życiu zrobiłem wiele złego.
- Ale nie ze swojej winy, Bucky. Nie miałeś wyboru, prawda? – delikatnie pogładziła go dłonią po włosach.
- Nie, nie miałem... Nie zmienia to jednak faktu, że czułem i widziałem to wszystko i nie mogłem zareagować. Będąc Zimowym Żołnierzem, nie panuję nad własnym ciałem... Jestem tylko marionetką posłuszną rozkazom.
- Już nie... Shuri usunęła kod, a ja też ci pomogę i znów będziesz sobą.
- Lecz wciąż pozostanę niebezpieczny. W tym również dla ciebie. Znasz przecież moją siłę...
- Nie zrobisz mi krzywdy, powtarzam ci... James, ja naprawdę chcę ci pomóc, dlaczego tak bardzo się przed tym bronisz?
- Bo nie jestem tego wart, Wando.
- Jesteś! Każdy wart jest szczęścia. Każdy!
- Steve jest wart szczęścia, które wreszcie znalazł. Ja nie.
Westchnęła lekko i przestała majstrować mu w głowie.
- Zechcesz powiedzieć mi, dlaczego właściwie? – usiadła wygodnie obok niego.
- Bo większość rzeczy, które robiłem, podyktowana była prymitywną rządzą – mruknął. – Zwłaszcza przed tym, jak dopadła mnie Hydra.
- Na przykład?
- Umawiałem się z wieloma kobietami... I nie jestem z tego wcale dumny... Łaziły za mną, a ja korzystałem.
- A czemu zostałeś żołnierzem? – oparła brodę na kolanach, wpatrując się w niego.
- Przecież dobrze wiesz... Byłaś w mojej głowie.
- Bucky...
- Chciałem zapewnić w miarę godne warunki mojej siostrze. Tylko dzięki temu po mojej śmierci otrzymała odpowiedni zasiłek... Gdybym dalej kradł, możliwe, że nie przeżylibyśmy wojny...
- I ty uważasz się za złego człowieka? – zdumiała się. – Zapewniłeś najlepszą opiekę osobie, którą kochałeś ponad życie. – ujęła jego twarz w swoje drobne dłonie, zmuszają go tym, by odwrócił się w jej stronę. – Spójrz na mnie, James – poprosiła łagodnie. Podniósł na nią oczy zmęczonego życiem i niechcianymi doświadczeniami człowieka. – Jesteś dobry. I wiesz, skąd to wiem? Bo nie tylko Steve o tobie opowiadał. Nat również. Widziała w tobie to dobro, James i właśnie za nie cię kochała.
Westchnął, całując ją w dłoń.
- Pocieszasz mnie pięknymi słówkami, choć wcale nie musisz.
- Ale taka jest prawda, ty uparty ośle! Natasha naprawdę cię kochała. Cały czas, nawet gdy byłeś Zimowym. Myślisz, że mając tyle szans na zabicie cię, czemu nigdy tego nie uczyniła? Bo nie chciała twojej śmierci. Liczyła na to, że w końcu ją rozpoznasz... I wydaje mi się, że wiem, czemu oddała swe życie za Kamień Duszy...
- No? – chrypnął, wpatrzony w punkt gdzieś poza nią.
- Byś ty mógł żyć dalej i cieszyć się tym, James... I co, według ciebie to nie jest miłość? – nie odpowiedział, wpatrzony w okno. – Wszyscy, których straciliśmy w tej walce... Tony, Nat i ...Vision – chrypnęła. – Chcieliby, byśmy dalej cieszyli się życiem.
- Wybacz – mruknął przybity. – Wybacz, Wando, nie chciałem cię zasmucać.
- To nic – szybko starła łzy. – Po prostu muszę przyzwyczaić się do faktu, że Visiona już nie ma i nigdy więcej nie będzie.
- Wiem, przepraszam – objął ją lekko swoim zdrowym ramieniem.
- Po prostu daj sobie pomóc...
- Dobrze... Ale może już nie dzisiaj, co? Wyglądasz na zmęczoną – zatroskał się.
- Nic mi nie będzie – bąknęła. – Powinnam znaleźć sobie jednak jakieś lokum. Nie mogę ci przecież wiecznie siedzieć na głowie.
- Daj spokój, to raczej ja powinienem się wyprowadzić...
- Słuchaj... To tylko propozycja, ale...
- Ale co? – uśmiechnął się krzywo.
- A gdybyśmy po prostu zostali tu oboje? Miałabym szansę pilnować cię, byś został do końca wyleczony, ty byś mógł... zajmować się tu czymkolwiek i zrobilibyśmy sobie z tego coś na kształt kwatery studentów – zarumieniła się mocno, proponując mu to rozwiązanie.
- Stancja studencka?
- No mniej więcej – przytaknęła, przygryzając uroczo wargę.
- A w jakiej roli miałbym tu występować? – uśmiechnął się lekko.
- Jako mój dozgonny przyjaciel... Poza tym Avengers dalej istnieją, no i sądzę, że Sam może czasem potrzebować twej pomocy.
- Na razie nie chcę walczyć – wyszeptał. – I wiesz, podoba mi się ten pomysł. Będę dbać o ciebie i mieszkanie... Jutro kupimy nowe meble, a ja sobie tutaj wydzielę niewielkie pomieszczenie do spania. CO ty na to?
- Więc... Planujesz remont? – zaśmiała się cicho.
- A co, nie mogę? – puścił jej oczko.
- Oczywiście, że możesz – wyszczerzyła się. – Pan domu pełną gębą... Ale wiesz, dalej nie mogę uwierzyć, że Pepper podzieliła pieniądze między nas wszystkich...

Miesiąc później.
Wszedł cichaczem do domu, stąpając na palcach, by nie obudzić śpiącej już zapewne Wandy. Niestety nie miał pojęcia, że w czasie jego nieobecności Wanda zdołała nieco poprzestawiać w saloniku. Przekonał się o tym dość boleśnie, uderzając bosą stopą, a konkretnie małym palcem w kant niskiego stolika. Jęknął, klnąc siarczyście, gdy na blacie zabrzęczało szkoło. W sekundę później zmrużył oczy przed rażącym światłem zapalonym w pokoju.
- Co ty robisz? – usłyszał za sobą zaniepokojony głos przyjaciółki.
- Przestawiam meble palcami stóp – warknął zirytowany. – Czemu to tu stoi? – zapytał, nie odwracając się do niej, tylko sprawnie lawirując między meblami do swojej alkowy, jak nazywał malutkie pomieszczenie w rogu pokoju.
- Była tu Pepper z Morgan wczoraj i zapomniałam przestawić stolik – wyjaśniła. – I jak było?
- Sam to największa łamaga, jaką znam.
- Co takiego zrobił? – zainteresowała się, nie ruszając się z miejsca.
- Prawie stracił tarczę, którą Steve podarował mu z takim poświęceniem – wyjaśnił, z cichym jękiem bólu odrywając lepką od krwi koszulkę od rany na brzuchu.
- W porządku? – zapytała.
- Oczywiście, nie musisz się niczym przejmować – odmruknął, mając nadzieję, że jego gburowaty głos zniechęci ją do dalszych pytań.
- Na pewno?
- jejku, Wando, to tylko niewielka ranka... Od tego się nie umiera – syknął.
- Pokaż – poprosiła cierpliwie.
- No, ale naprawdę...
- Bucky! – fuknęła na niego niezadowolona.
- Oh, no aleś ty uparta – mruknął obrażony, wychodząc do niej tylko w spodniach, przyciskając dłoń do brzucha. Spomiędzy jego palców sączyła się krew.
- Ty jeszcze bardziej – warknęła, widząc jego ranę. – Mówiłeś przecież, że skaleczenia szybko ci się goją – pochyliła się, lecząc mu ją.
- Najwyraźniej ta jest wyjątkowa – syknął lekko, gdy zapiekło.
- Buck!
- Oh, no!... Ostrze raczej na pewno nie pochodziło stąd – mruknął niezadowolony tym, że dziewczyna tak drąży.
- Co to znaczy?
- Świeciło lekkim blaskiem... Zielonym.
- Myślisz, że mogło pochodzić z kosmosu? – zainteresowała się, patrząc na niego poważnie.
- A cholera wie... Można przy okazji zapytać Danvers, jeśli raczy się tu kiedyś zjawić.
- Powinnam była tam z wami iść – zgłosiła pretensje.
- Nie wydaje mi się, by był to dobry pomysł.
- Dlaczego? – zdumiała się.
- Bo to było niebezpieczne.
- Bucky – zaśmiała się. – Umiem przecież o siebie zadbać.
- Nie przeczę, lecz nie mogę pozwolić, byś się narażała...
- Zauważ, proszę, że niejednokrotnie już się narażałam.
- I wystarczy... To ja tu jestem żołnierzem... czy też raczej byłem. No, ale to nie zmienia faktu, że to moim obowiązkiem jest dbać o bezpieczeństwo kobiety i kraju... Cholera, zaraz zacznę mówić, jak Steve Pieprzony Patriota Rogers – zaśmiał się. – Chodzi mi po prostu o to, że kobieta nie powinna się tak narażać.
- Ale zauważyłeś, że mamy dwudziesty pierwszy wiek i równouprawnienie? – uśmiechnęła się.
- Nie denerwuj mnie, proszę tymi pierdołami o równouprawnieniu.
- Czemu tak bardzo cię do denerwuje?
- W moich czasach kobiety były szanowanymi gospodyniami. Nie wykonywały ciężkich prac, na równi z mężczyznami... Oczywiście, pracowały w fabrykach, na froncie ginęły razem z mężczyznami, ale zdziwiłabyś się bardzo, jaka byłaby odpowiedź społeczeństwa, gdyby jakiś mężczyzna odważył się znieważyć cię w towarzystwie.
- Być może wtedy było lepiej...
- Wydaje mi się, że prościej... Co prawda nie było tylu udogodnień, co teraz, lecz mimo wszystko ludzie potrafili być szczęśliwi. Nie chodzili z nosami wlepionymi w ekrany ich telefonów, potrafili ze sobą rozmawiać... No i z uczuciami sprawa też była prostsza. Albo miałaś prawidłową orientację seksualną, albo nie... Nie było niczego pomiędzy. Bo jak widzę teraz te dziwactwa w telewizji, to robi mi się niedobrze.
- Nadal nie możesz przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości, co?
- Wiesz.... Tak, mam to – postukał palcem w lewe ramię – ale będąc Zimowym, nie interesował mnie ten cały postęp technologiczny. Po każdej hibernacji spędzałem kilka, kilkanaście godzin na nauce nowych rzeczy, a potem wysyłali mnie na misję. Nie pytałem o zmiany. Nie potrzebowałem wiedzieć... Zresztą oni nie tolerowali moich pytań. Apotem robili już tak, by nie pytał – otrząsnął się, niczym ze złego snu.
- Spokojnie – pogładziła go po ramieniu. – Już jesteś bezpieczny.
Zaśmiał się wdzięcznie i po raz pierwszy można było zauważyć w nim tego dawnego Buckiego. Bez trosk, takiego, jakim był w czasie zabawy na Expo Starka.
- Czy mi się wydaje, czy raczej to ja powinienem to powiedzieć? – mruknął, całując ją w dłoń delikatnie.
- Oh, no wiesz – bąknęła.
- Wiem, nowe czasy, w których to kobiety bronią mężczyzn...
- Nie zawsze, ale owszem...
- Ty broniłaś Visiona.
- Bo go kochałam... Wiem, że może nie do końca był człowiekiem, ale... Po prostu nie mogłam pozwolić na to, by Thanos ot tak dostał to, czego chciał... Poza tym ty też walczyłeś.
- To był mój obowiązek – mruknął.
- Walczyłeś za tych, których kochałeś, Buck.
- Może masz rację – kiwnął głową, uśmiechając się lekko. – Umyję się i przebiorę. Idź lepiej spać...
- Nie jestem już śpiąca... Odgrzać ci zupę?
- Spokojnie, sam potrafię to zrobić – uśmiechnął się.
- Kiedy to naprawdę żaden kłopot, a ja chyba już nie zasnę.
- Przepraszam, nie chciałem cię budzić – bąknął, czując się winnym, że nie spała.
- Nie przesadzaj... To jak, zjesz?
- Chętnie – puścił jej jeszcze oczko i zniknął w łazience.
Wrócił po kilku minutach, znów tylko w spodniach, rozsiewając wokół siebie gorzkawy zapach żelu pod prysznic. Zastał Wandę w kuchni.
- Ale pachniesz! – mruknęła, nalewając mu do talerza gęstej zupy cebulowej.
- Lubię pachnieć – zaśmiał się, siadając na krześle i przyglądając się jej z nikłym uśmiechem w kąciku ust.
- Co tam? – podniosła na niego wzrok, siadając naprzeciwko.
- Nic – mruknął, zaczynając jeść. – Po prostu jesteś bardzo ładna.
- Ja? – zdumiała się, rumieniąc mocno.
- No przecież nie ja! – zaśmiał się. – Poza tym widzisz tu jakąś inną kobietę?
- Też jesteś bardzo przystojny – uśmiechnęła się lekko.
- Teraz nie... Kiedyś... Może.
- Może? Widziałam twoje wspomnienia, Bucky. Myślisz, że czemu panie tak za tobą ganiały? To nie chodziło zawsze o mundur...
Wzruszył ramionami, skupiony nagle całkowicie na jedzeniu.
- Czemu tak bardzo wstydzisz się tego, co wtedy robiłeś? – zapytała cicho, łapiąc go delikatnie za dłoń.
- Wiesz... Wtedy... Ja nawet większości tych kobiet nie pamiętałem później. Chodziłem z nimi do łóżka, bo tego chciały... Ja też. Ale nie pamiętam ich. Ich twarzy, imion... Liczył się tylko seks. Nie chciałem mieć stałej partnerki, nie liczyły się żadne uczucia. Zaliczałem...
- Nie masz się czego wstydzić... Takie czasy. Ja też poddałam się eksperymentom z berłem Lokiego tylko dlatego, by móc potem zabić Toniego za to, że jego broń doprowadziła do śmierci moich rodziców... A on? Nigdy nie miał mi tego za złe. Powiedział nawet, że żałuje. I walczył o Visiona...
- A ja zabiłem jego rodziców...
- Wiem, widziałam te wspomnienia. Przykro mi... Zajmę się tobą do końca i pomogę ci się z tym pogodzić.
- I tak jestem ci już bardzo wdzięczny za to, że nie męczą mnie koszmary... Nie budzę cię przynajmniej.
- Od razu ci powiem, że nie mam do ciebie pretensji.
- Przeze mnie się nie wysypiałaś – burknął.
- Nie powiedziałam tego...
Delikatnie wziął jej dłoń w swoją i pocałował czule, z przyjemnością wyczuwając subtelny zapach jej ulubionego mydła. Zarumieniła się mocno, już nawet samej nie wiedząc, który to raz.
- Śliczne rumieńce – mruknął, obserwując ją. – Obiecuję ci, że w miarę moich możliwości zrobię wszystko, żeby ci pomóc.
- Dziękuję – uśmiechnęła się, po przyjacielsku cmokając go w policzek i zabierając się za zmywanie.
- Naprawdę powinnaś się położyć – wyszeptał, patrząc na nią spod oka.
- Nie jestem zmęczona.
- Wiesz, potrafię ocenić, kiedy ktoś jest zmęczony – zaśmiał się, podchodząc do niej i niespodziewanie biorąc ją na ręce.
- Co robisz? – pisnęła zaskoczona.
- Zanoszę cię do łóżka – wyjaśnił pogodnie, kierując się wraz z nią do jej sypialni. – Masz się porządnie wyspać. Nie przyjmuję odmowy.
- Tak jest, sierżancie – zaśmiała się wdzięcznie, kiedy delikatnie położył ją na łóżku. – Potrafisz zadbać o kobietę...
- Mama Steve’a byłaby z tego zadowolona – uśmiechnął się, okrywając ją kołdrą. – Przez kilka lat tłukła mi do łba, jak mam się zachowywać względem kobiet.
- Wspaniała kobieta – uśmiechnęła się, zamykając oczy. Po chwili smacznie spała. Wrócił do kuchni.

Tydzień później.
- Muszę przyznać, że coraz lepiej gotujesz – wyszczerzył się, odsuwając talerz po obfitym obiedzie.
- Dziękuję – uśmiechnęła się, zbierając talerze.
- Jeszcze kilka takich obiadów, a będę wyglądać jak Thor – zachichotał.
- Myślę, że to akurat ci nie grozi – zawtórowała mu. – Thor się po prostu zapuścił... A ty jedynie wyglądałbyś statecznie.
- Coś jak w czasie walki ze Starkiem w Berlinie, co?
- Wtedy też wyglądałeś bardzo dobrze – powiedziała, wycierając ręce.
Spojrzał na nią z łobuzerskim uśmiechem i zachichotał.
- A tobie co? – zainteresowała się.
- A mam bardzo niecny plan...
- Ou... Mam zacząć się bać? I jaki?
- Oczywiście, że masz – powiedział tak nisko i złowrogo, podchodząc do niej, z cwanym uśmiechem. – A plan jest taki – podniósł ją bez żadnego wysiłku i przerzucił ją sobie przed bark. Pisnęła ciut przestraszona i dała się ponieść w nieznane. Do salonu, gdzie delikatnie usadził ją na sofie. – Siedź, a wujek Buck wszystko przygotuje – i pognał do kuchni. Po jakimś czasie wrócił z michą popcornu, flaszką dobrego wina i dwoma kieliszkami.
- O, a to co?
- Moje dbanie o ciebie i odwdzięczanie się za to, co dla mnie robisz – puścił jej oczko i niezbyt kulturalnie wyciągnął korek zębami, nie bawiąc się w żaden korkociąg i rozlał czerwoną ciecz do kieliszków.
- Aha... – uśmiechnęła się szeroko, popijając wino, podczas gdy on ustawił film na dvd. – Dziękuję – cmoknęła go w policzek i przytuliła się do jego ramienia, gdy usiadł obok. Uśmiechnął się nieco zażenowany i zaskoczony, obejmując ją lewym ramieniem i oglądając film.
Półtorej godziny później usnęła z głową na jego kolanach. Delikatnie odsunął kosmyk włosów, który opadł jej na twarz i zamyślił się. Śmierć Natashy mocno go zabolała, lecz ta mała potrafiła jakoś sprawić, że w końcu pogodził się z tą stratą.

674 czyt.
100%81
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 3051 słów i 17207 znaków.

1 komentarz

 
  • emeryt

    emeryt · 10 maja · 202091556

    Tego mi było dzisiaj nad ranem potrzeba: wspaniały odcinek, uważne czytanie ze zrozumieniem i wczucie się w bohatera tego opowiadania. Przesyłam najserdeczniejsze pozdrowienia i proszę o więcej.