Winter Witch I

Winter Witch I!!!!Uwaga!!!! Spojlery z Endgame!!!!  


Uśmiechnął się nieco ponuro, patrząc na swojego przyjaciela i Sama, którzy rozmawiali cicho na ławce, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł, nie chcąc im przeszkadzać. Cieszył się, że Steve znalazł wreszcie szczęście u boku ukochanej. Zasługiwał przecież na nie. Mijając domek rodziny Starka, dostrzegł nad jeziorem samotną postać. Wandę. Siedziała na ławce, wpatrzona w ciemną, spokojną toń. Widać było, że jest smutna. Zawahał się, zastanawiając się, czy podejść i zagadać, czy może lepiej zostawić ją w spokoju. Musiała jednak jakoś go wyczuć, bo odwróciła się w jego stronę z lekkim uśmiechem i mruknęła:
- James...
- Hej – wyszeptał, dosiadając się do niej. – Steve właśnie wrócił... Jako osiemdziesięciolatek, czy coś – uśmiechnął się półgębkiem.
- Żałujesz, że to nie ty? – odparła pytaniem.
- Nie – pokręcił stanowczo głową. – Nie. To mój przyjaciel i zasłużył na to szczęście.
- Tak, ale ty na nie też zasługujesz... Nie wybrał cię...
- Sądzę, że Sam lepiej się nada do tej roli... Ja zbyt wiele złego zrobiłem w życiu, by przejąć po Stevie pałeczkę... A co do szczęścia... To może. Nie wiem.
- Steve dużo o tobie opowiadał... Bardzo żałował, że nie powstrzymał cię wtedy przed pójściem na front. Obwiniał się, że to przez niego Hydra cię dopadła.
- Przecież to nieprawda! – zaprzeczył gwałtownie. – Przecież wykonywałem tylko swój obowiązek względem kraju! To nie jego wina, że mnie znaleźli, gdy...spadłem w Alpach.
- O to też miał do siebie żal... Że nie zdołał cię chwycić – wyszeptała.
- Osioł bezdenny! – warknął.
- Ale i tak go kochałeś, prawda? – uśmiechnęła się nieco.
- Odkąd pamiętam – zaśmiał się na samo wspomnienie ich młodości. – Tylko nie zrozum mnie źle. Tak, kocham Steva, ale jak brata... Nie jesteśmy gejami.
- Nie oceniam cię. Każda miłość jest warta istnienia.
- A ty? Jak się czujesz? – zapytał.
- Sądziłam, że wróci razem z nami – westchnęła. – Wygląda jednak na to, że nie dało się przywrócić go do żywych.
- Bardzo za nim tęsknisz...
- Owszem. Był pierwszym mężczyzną, na którym tak bardzo mi zależało. Pomógł mi pozbierać się po śmierci brata.
- Chciałabyś się napić? – zaproponował miękko. – To czasem pomaga.
- Chętnie – uśmiechnęła się lekko.
Podał jej dłoń...

Stare mieszkanie Steva wprost idealnie nadawało się na tego typu pogawędkę. Zaopatrzeni w zapas alkoholu, usiedli na wysłużonej kanapie.
- A ty? Kochałeś kogoś kiedyś? Oprócz Steva? – zagadnęła go po jakimś czasie.
- Nie miałem okazji... W czasie II Wojny Światowej skupiałem się głównie na walce i...podrywach – odchrząknął nieco zażenowany. – A potem nie było już możliwości na to uczucie. Miałem tylko krótki epizod w Hydrze, którzy dla naszej dwójki skończył się dość nieprzyjemnie... No i poróżniły nas nasze charaktery.
- Wdowa?
- Mówiła ci? – zapytał nieco zaskoczony, popijając whisky. I tak nie mógł się tym upić... Cholerne serum!
- Widziałem, jak na ciebie patrzyła.
- Byliśmy tylko kochankami. Nigdy nic więcej nas nie łączyło.
- Najwyraźniej i tak cię kochała.
- Tego nie wiem. Nat nie lubiła gadać o swoich uczuciach, a ja wtedy... Też niewiele mówiłem... Teraz już niczego się nie dowiem.
- Przykro mi, James... naprawdę.
- Mnie też. Z powodu Visiona.
- Dziękuję – uśmiechnęła się lekko.
Kiwnął głową, wpatrując się w ciszy w zawartość swojej szklanki, po czym wypił ją na raz.
- Za chwilę się upijesz – uśmiechnęła się.
- Bardzo chętnie, ale to niewykonalne – mruknął ponuro, dolewając sobie.
- Dlaczego? – zainteresowała się.
- Przez eksperymenty Hydry. Naszprycowali mnie jakimś serum, który mocno mnie...podkręcił. Żołnierz doskonały, nie zna strachu, bólu, nie ma uczuć wyższych – skrzywił się lekko. – Moje rany niemal natychmiast się goją, mam przyspieszony metabolizm, więc mój organizm natychmiast niweluje działanie alkoholu... Musiałbym wypić... Z cysternę czystej wódki, bym odczuł jakieś skutki. Choć i tego nie jestem pewny na sto procent.
- Tez nie jestem w pełni normalna – zauważyła z nikłym uśmiechem.
- Mówisz o tych wszystkich? – pomachał palcami, jak to ona często robiła.
- Tak...
- I tak jesteś normalniejsza, niż ja, Wando.
- Wychowała nas ta sama organizacja – mruknęła ponuro.
- Owszem, lecz ciebie nikt nie torturował. Nie wymazywali ci wspomnień za pomocą elektrowstrząsów. Wciąż pamiętasz swoją rodzinę, a w mojej głowie nadal jest pełno białych plam, których nie umiem nijak zapełnić.
- Jeśli byś chciał, prawdopodobnie mogłabym ci z tym pomóc... Może nawet usunąć te wspomnienia, których już nie chcesz mieć. Lub załagodzić twój ból. Pomóc ci się z nimi pogodzić – zaoferowała łagodnie.
- Obawiam się, że mogłabyś się przerazić moich wspomnień.
- Nie zaszkodzi spróbować...
- Może kiedyś – uśmiechnął się i pocałował ją w dłoń.
- To tylko propozycja, nie musisz z niej korzystać – zarumieniła się lekko. Pogładził ją kciukiem po wierzchu dłoni.
- Jesteś dobra, Wando. Miło tak porozmawiać...
- Owszem.
Na chwilę zapadła między nimi cisza, w której czasie oboje pogrążyli się w swoich niezbyt przyjemnych myślach. Naraz jednak Bucky podniósł się i niczym człowiek w letargu ruszył do półki z płytami.
- Co się dzieje? – spojrzała na niego niepewnie, gdy przeglądał opakowania.
- To muzyka moich czasów – wyszczerzył się, pokazując jej płytę winylową. – Miałabyś ochotę?
- Nie jestem zbyt dobrą tancerką – uśmiechnęła się przepraszająco.
- To nic, poprowadzę cię – wciąż szczerząc się do niej rozbrajająco i wyciągnął do niej dłoń. – No chodź.
W końcu dała się namówić i wstała z kanapy. Objął ją w talii, prowadząc w takt uzyki. Zarumieniła się lekko, z całych sił starając się nie nadepnąć mu na stopę.
- Rozluźnij się – mruknął z wielce łobuzerskim uśmiechem. – Daj się ponieść muzyce i nie myśl o krokach.
- Wtedy na pewno cię podeptam...
- Spokojnie, nie jestem ze szkła. Możesz mnie deptać do woli – zaczął chichotać.
- Naprawdę dobrze tańczysz – mruknęła, całkowicie mu się poddając.
- Kiedyś dużo tańczyłem – uśmiechnął się. – Takie prywatki pomagały zapomnieć o ciężkich czasach. Była wojna, ja nie pochodziłem z bogatej rodziny...
- Opowiesz?
- Właściwie, to tu niewiele jest do opowiadania... Mieszkałem z mamą, młodszą siostrą i...ojcem. Jego właściwie mogłoby nawet nie być.
- Dlaczego?
- Pił... I bił. Moją mamę, gdy stawała w naszej obronie, a po jej śmierci mnie, gdy nie pozwalałem krzywdzić Becci. Cieszę się, ze w końcu zachlał się na śmierć.
- To przykre.
- takie życie – mruknął, wciąż obracając się z nią w takt muzyki. Bliskość jej ciała przepełniała go dziwnym spokojem. Delikatnie przytuliła się do jego klaty, zamykając oczy.
- Może chciałabyś się już położyć? Za nami długi dzień.
- Chętnie, ale gdzie ty się prześpisz?
- Tutaj, zdaje się, że ta kanapa jest rozkładana.
- Tu raczej nie jest zbyt wygodnie – zerknęła niepewnie na mebel.
- Spokojnie, nie w takich warunkach sypiałem na froncie. Poza tym to kobieta zasługuje na luksusy, a rolą mężczyzny jest jej je zapewnić.
- Jesteś bardzo szarmancki, James – cmoknęła go w policzek.
- Stare naleciałości...
- I to właśnie dzięki nim jesteś tak wyjątkowy – powiedziała jeszcze cicho i ruszyła do sypialni. Bucky pościelił sobie na kanapie i wkrótce zasnął głęboko. I niespokojnie.

Obudziły ją jakiś czas później jego krzyki. Zmartwiona przeszła do jego pokoju. Bucky rzucał się po kanapie, jęcząc coś głośno, acz niewyraźnie. Jego nagi tors i twarz lśniły od potu. Męczył go kolejny koszmar związany z jego szkoleniem w Hydrze. Westchnęła cicho, klękając przy nim i za pomocą swoich mocy zaczęła wpływać na to, co mu się śniło. Nie dziwiła się już, że krzyczał. Wspomnienia tortur, jakim go poddawano i wiele morderstw, których dokonał, a nie pamiętał, doprowadzały jego osłabiony umysł do szaleństwa. W końcu jednak się uspokoił, rozluźniając zaciśniętą kurczowo lewą dłoń. Westchnął przez sen i zaczął oddychać spokojniej. Uśmiechnęła się lekko i wróciła do siebie. Tę noc przespał spokojnie...

Rano obudził go zapach smażonych jajek i boczku. Wciąż ubrany tylko w spodnie, boso i z rozczochranymi włosami, wszedł powoli do kuchni, w której Wanda robiła dla nich śniadanie. Ubrana w jedną z koszul Steva, która sięgała jej do połowy uda, wyglądała niczym bogini. Dla niego. Bucky uśmiechnął się lekko.
- Dzień dobry – mruknął, oparty barkiem o futrynę drzwi.
- Hej – odwróciła się w jego stronę z uśmiechem. – Jak się spało?
- Wyjątkowo dobrze – przyznał. – Miałem jakieś koszmary, ale...
- Je zablokowałam – przerwała mu z delikatnym uśmiechem, nalewając im soku do szklanek.
- Co? Dlaczego?
- Bo nikt nie zasługuje na takie cierpienie, James – odparła, serwując im żarełko. – Smacznego.
- Zadziwiasz mnie. Ledwie się znamy, a ty tak bardzo mi pomagasz.
- Ty też mi pomogłeś.
- Kiedy? I czym?
- Rozmową i tą chwilą normalności... Tańcem.
- Jak mogłem ci pomóc, skoro o ile dobrze pamiętam, gadaliśmy głównie o mnie? – zdziwił się, siadając.
- Właśnie dlatego, James. Przestałam myśleć o cierpieniu, które zafundował mi Thanos.
- Aha...
- I dziękuję.
- Naprawdę nie musisz. A jeśli zdołałaś zablokować moje koszmary, to znaczy, że zapewne je widziałaś... Wiesz, czym się stałem...
- Wciąż jesteś człowiekiem, James i mam zamiar ci pomóc.
- Dlaczego? – zdumiał się.
- Bo wiem, że tak trzeba. Nie chodzi o litość, tylko o współpracę, James... Poza tym tutaj... Tutaj jestem w stanie zaznać trochę spokoju. Zdaje się, że ty też tego pragniesz.
- Owszem. Chcę spokoju... Normalnego życia, o ile z bagażem moich doświadczeń jest to w ogóle możliwe – mruknął, dziabiąc jajko widelcem.
- Więc pozwól sobie pomóc, James.
- proszę... Mów mi Bucky – uśmiechnął się.

367 czyt.
100%71
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1874 słów i 10426 znaków, zaktualizowała 2 maj o 22:12.

1 komentarz

 
  • Almach99

    Almach99 · 2 maja

    To samo w innym wydaniu. Podoba mi sie